Maria Adamowicz Hariasz
Co na obiad?
Para gejów po sześcdziesiątce. W wielkim mieście. Jeden wysportowany, drugi pulchny, właśnie rozpoczyna nową dietę za poradą lekarza. Jest zadowolony z efektów (poprawa samopoczucia, mijają kłopoty ze zdrowiem, i zmęczniem), ale drugi nie tak bardzo. Tęskni za dobrym, dawnym jedzeniem, za wypiekami, itd.
– A co będzie na obiad?
– Już teraz pytasz? Dopiero dziesiąta rano, przed chwilą zjedliśmy śniadanie.
– Tak tylko pytam, bo może ja o to dziś zadbam, dla odmiany. Pójdę do sklepu, zrobię zakupy, a nawet ugotuję.
– Dlaczego? Ustaliliśmy, że gotuję ja i że ja robię zakupy, a ty dbasz o dom. I że pomagamy sobie, kiedy koniecznie trzeba.
– No, tak, właśnie dlatego. Zauważam ostatnio, że jakby masz tego dość. Nie wydaje mi się, że gotowanie sprawia ci taką uciechę, jak kiedyś.
– Och, to miłe z twojej strony, słodziaczku. Ale, nie, obiad należy do mnie. Masz ochotę na coś specjalnego?
– Hmm, a jakby tak twoje quiche Lorraine, jak kiedyś. Pycha.
– No, wiesz, ser, boczek, śmietana i jajka.
– To może orzechowe ciasto na deser. Uwielbiam! Moje ulubione!
– Moje też, przepadam, ale to tyle roboty. I czasu... I kalorii... No, wiesz, muszę uważać na wagę. Boczuś? Przysmaczek, ale weź, jakie to tłuste, i ten cholesterol w jajkach. Orzechowe ciacho, o Boże, no pewnie, ale ile w tym cukru.
– Ojej, przecież nie jemy tłusto bez ustanku. Raz na jakiś czas, to nie katastrofa. Zwłaszcza teraz, z tym twoim reżimem.
– Może i nie, ale mi się dziwnie przestawiło z jedzeniem.
– Że co?
– Jakby mi się odechciało, nie mam apetytu, a czasem w ogóle głodu nie czuję. Jak pomyślę o jedzeniu, to wiesz, całkiem inaczej niż kiedyś, nawet patrzeć nie mogę na żarcie, no, naprawdę, aż mi się, nie wiem, na wymioty zbiera. No, weź pomyśl, quiche Lorraine, co za obrzydłość – obtłuszczone wszystko, ser, boczek, śmietana.
– Można nie dawać boczku.
– Nie mów mi nawet. Wiesz, co myślę? Nienawidzę żarcia!!! I tego, że je nienawidzę, też nienawidzę.
– Nie rozumiem.
– Kiedyś papu było kochane. Jedzonko, gotowanko, kupowanko.
– I twój reżim to wszystko zmienił? Możesz przestać.
– A doktor... przecież powiedział, że mam cukrzycę i nadwagę.
– Ciągle wyglądasz bardzo atrakcyjnie!
– No, to skąd ten problem?
– Nie wiem, chyba tęsknię za twoją beztroską z dawnych czasów. Za naszymi kulinarnymi przygodami.
– Tak, ja też. Fajnie było kochać jedzonko. Fajnie było się tu przeprowadzić, sama radość. Eksluzywne sklepiki, taki wybór, tyle smaków, zapachów, kolorów, a ile się człowiek nauczył od piekarzy, serowarów, rzeźników. A teraz się wstydzę z nimi rozmawiać.
– Właśnie, widzę, że się zamykasz, tracisz energię.
– A było inaczej?
– Tak, przed przeprowadzką do miasta. Wspaniałe było twoje gotowanie dla ludzi, kiedy prowadziliśmy otwarty dom.
– To może przeprowadzka była błędem?
– Daj spokój. Miasto tyle oferuje, nie tylko jedzenie.
– Więc skąd ten problem, bo nie ogarniam.
– Dokładnie to nie wiem, ale może się starzejemy.
– I tęsknimy za sobą z młodości?
(długa cisza)
– No to, co na obiad?
– Zrobię ci quiche i ciasto orzechowe.
– Zrobisz mi!? A ty?
– Wezmę to, co zwykle.
– To znaczy?
– Mój zastrzyk z Ozempiku.
° ° °
Tłumaczenie: B.K.