wtorek, 12 sierpnia 2025

TZO 2. Maria Adamowicz Hariasz. Co na obiad?

 

Maria Adamowicz Hariasz


Co na obiad?


Para gejów po sześcdziesiątce. W wielkim mieście. Jeden wysportowany, drugi pulchny, właśnie rozpoczyna nową dietę za poradą lekarza. Jest zadowolony z efektów (poprawa samopoczucia, mijają kłopoty ze zdrowiem, i zmęczniem), ale drugi nie tak bardzo. Tęskni za dobrym, dawnym jedzeniem, za wypiekami, itd.

– A co będzie na obiad?

– Już teraz pytasz? Dopiero dziesiąta rano, przed chwilą zjedliśmy śniadanie.

– Tak tylko pytam, bo może ja o to dziś zadbam, dla odmiany. Pójdę do sklepu, zrobię zakupy, a nawet ugotuję.

– Dlaczego? Ustaliliśmy, że gotuję ja i że ja robię zakupy, a ty dbasz o dom. I że pomagamy sobie, kiedy koniecznie trzeba.

– No, tak, właśnie dlatego. Zauważam ostatnio, że jakby masz tego dość. Nie wydaje mi się, że gotowanie sprawia ci taką uciechę, jak kiedyś.

– Och, to miłe z twojej strony, słodziaczku. Ale, nie, obiad należy do mnie. Masz ochotę na coś specjalnego?

– Hmm, a jakby tak twoje quiche Lorraine, jak kiedyś. Pycha.

– No, wiesz, ser, boczek, śmietana i jajka.

– To może orzechowe ciasto na deser. Uwielbiam! Moje ulubione!

– Moje też, przepadam, ale to tyle roboty. I czasu... I kalorii... No, wiesz, muszę uważać na wagę. Boczuś? Przysmaczek, ale weź, jakie to tłuste, i ten cholesterol w jajkach. Orzechowe ciacho, o Boże, no pewnie, ale ile w tym cukru.

– Ojej, przecież nie jemy tłusto bez ustanku. Raz na jakiś czas, to nie katastrofa. Zwłaszcza teraz, z tym twoim reżimem.

– Może i nie, ale mi się dziwnie przestawiło z jedzeniem. 

– Że co?

– Jakby mi się odechciało, nie mam apetytu, a czasem w ogóle głodu nie czuję. Jak pomyślę o jedzeniu, to wiesz, całkiem inaczej niż kiedyś, nawet patrzeć nie mogę na żarcie, no, naprawdę, aż mi się, nie wiem, na wymioty zbiera. No, weź pomyśl, quiche Lorraine, co za obrzydłość – obtłuszczone wszystko, ser, boczek, śmietana.

– Można nie dawać boczku.

– Nie mów mi nawet. Wiesz, co myślę? Nienawidzę żarcia!!! I tego, że je nienawidzę, też nienawidzę.

– Nie rozumiem.

– Kiedyś papu było kochane. Jedzonko, gotowanko, kupowanko.

– I twój reżim to wszystko zmienił? Możesz przestać.

– A doktor... przecież powiedział, że mam cukrzycę i nadwagę.

– Ciągle wyglądasz bardzo atrakcyjnie!

– No, to skąd ten problem?

– Nie wiem, chyba tęsknię za twoją beztroską z dawnych czasów. Za naszymi kulinarnymi przygodami.

– Tak, ja też. Fajnie było kochać jedzonko. Fajnie było się tu przeprowadzić, sama radość. Eksluzywne sklepiki, taki wybór, tyle smaków, zapachów, kolorów, a ile się człowiek nauczył od piekarzy, serowarów, rzeźników. A teraz się wstydzę z nimi rozmawiać.

– Właśnie, widzę, że się zamykasz, tracisz energię.

– A było inaczej?

– Tak, przed przeprowadzką do miasta. Wspaniałe było twoje gotowanie dla ludzi, kiedy prowadziliśmy otwarty dom.

– To może przeprowadzka była błędem?

– Daj spokój. Miasto tyle oferuje, nie tylko jedzenie. 

– Więc skąd ten problem, bo nie ogarniam.

– Dokładnie to nie wiem, ale może się starzejemy.

– I tęsknimy za sobą z młodości?

(długa cisza)

– No to, co na obiad?

– Zrobię ci quiche i ciasto orzechowe.

– Zrobisz mi!? A ty?

– Wezmę to, co zwykle.

– To znaczy?

– Mój zastrzyk z Ozempiku.

° ° °


Tłumaczenie: B.K.