środa, 14 października 2026

«Świata jest za dużo» – arcymistrzostwo.

 

        Zacząłem czytać. Jednym słowem? – zachwyt. Jeśli tak dalej to "Świat" jest najlepszym dziełem Olgi Tokarczuk.

        Kupiłem legalnie w przedpłacie, czekając do 14 października. Nie sprawdzałem wcześniej u pół-piratów. A okazało się, że była do pozyskania za darmo od dawna, jako egzemplarz recenzencki. I Recenzentowi została podebrana. Chyba nie podejrzewał, co się stało. Nie powiem komu, ale komuś kto wie o literaturze więcej niż wszystko.

           Po przeczytaniu jednej trzeciej wrażenie, że powieść nie ma ostatniej strony. Że ciągną się bez końca między dużymi rzeczami i zdarzeniami drobiazgi, przedmiotki, zdarzonka, odpryski, ułomki, spostrzeżenia, przelotne pół-myśli,  – niczym opisany podwójnie, a potrójnie mnogi w detale obraz Boscha. Wrażenie, że jeśli nawet jest ostatnia strona, czytający jej nie zauważy i w zawirowaniu zacznie czytać całość od początku, ale innymi ścieżkami. A potem znów – i nie będzie wiedział, kiedy zdecydować: przeczytałem.

        Głęboko w części "Wałbrzych" opowieść o Baruchu Barocco, mincerzu, złotniku wrocławskim z 18go wieku. Wzięta z "Maszynopisu" (a wątek "Maszynopisu" kapitalny) – po co? Okazało się, że w niej tkwi tytułowe selfie całej powieści – «Jaki jest świat? Jak go opisać? Na co  postawić, a co pominąć? Czy można świat opowiedzieć i wyjaśnić jednym prostym zdaniem, czy potrzeba do tego wielopiętrowych konstrukcji? Czy spisywać należy tylko fakty, czy także fantasmagorie?» 

Takie kłopoty ma Baruch i stwierdza "świata jest za dużo". 

Na koniec książki okazuje się, że nie tylko zwykłego «świata jest za dużo», również «sennego świata jest za dużo». 

Jutro, ale lepiej pojutrze, zacznę czytać jeszcze raz. Tym razem najpierw przeczytam "Wygnanów", część trzecią.