To nie jest sfilmowany poemat.
Kiedy w rozmowie jeden z panów, zorientowany, jak widać, globalnie, wspomniał, że wzrasta sprzedaż literatury pięknej, a spada non-fiction na światowych rynkach książki, zaś drugi z panów wysnuł z tej informacji refleksję: "Może za zwrotem w stronę fikcji – powieściowej, serialowej – stoi jakaś potrzeba syntezy? Opowieści, narracji, mitu, które tę mnogość spływających do nas codziennie danych i informacji są w stanie ująć w jakiś spójny obraz? To najlepiej może zrobić tylko literatura..." – pani z nimi rozmawiająca powiedziała: "Widzieliście przecież "Odyseję" Nolana. Dla mnie sukces tego filmu jest przykładem, jak bardzo potężne są stare opowieści i jak bardzo ich potrzebujemy."
Poczuć potęgę starej opowieści zapragnęło w Polsce w tegoroczne lato prawie dwa miliony widzów.
Kolejny wspominek o powyższej rozmowie powinienem wziąć w nawias, bo choć dotyczy ona sensacji nie mniejszej niż film (byłem na nim w kinie trzy razy i być może doczekam oglądania go z dysku w połowie listopada), a może i większej – jak na mój gust (czyli, że od dziś za trzy dni dostanę przedpłacone "Świata jest za dużo" Olgi Tokarczuk) – to w tej rozprawce mam zamiar dywagować o Nolanowskiej "Odysei". Powinienem też w nawiasie dodać, że dwaj panowie to: Michał Okoński i Tomasz Stawiszyński, a ich rozmowę z Autorką nowej powieści da się znaleźć w Tygodniku Powszechnym z 29 września.
Kto mojej poniższej rozprawki czytać nie zamierza, niech weźmie jej tytuł za informację podstawową i najważniejszą: "Odyseja" Nolana nie przekłada na język filmu poematu Homera. Niech ten ktoś w to uwierzy albo i nie, ale ja dłużej spróbuję wyjaśniać (sobie samemu przede wszystkim), dlaczego tak sądzę. A także jak z powodu niesfilmowania poematu wprost powstało nieporozumienie w sferach świetnie z Homerowską epopeją obeznanych, a nawet coś jakby aferka.
Przez ćwiartkę, a może nawet połowę ostatnich ośmiu lat Gwiazdą Odysejską była Emily Wilson. Swoją wersję epopei Homera zaczęła tak:
Opowiedz mi o skomplikowanym człowieku.
Muzo, powiedz mi, jak wędrował i zabłądził,
po zniszczeniu Troi, świętego miasta,
i dokąd poszedł, i kogo spotkał, jakiego bólu
doświadczył podczas sztormów na morzu i jak
starał się ocalić swe życie, a swoich ludzi sprowadzić
z powrotem do domu. Nie zdołał ich ochronić; biedni głupcy,
zjedli bydło boga słońca, więc ten bóg
nie pozwolił im wrócić do domu. Bogini, dziecko Zeusa,
opowiedz starą historię naszym czasom.
Znajdź początek.
Przekładanie na polski tej wersji nie ma zbytniego sensu, po angielsku jest to opowiedziane bardzo prostym językiem, niezwykle rytmicznym – nie aż tak jak w rapie, ale wciąż piosenkowo. Czyta się to-to prawie samo z siebie, gdzieś za oczami, w tych obszarach mózgu, które rezerwujemy do śpiewania tzw. lyrics. Żeby było lepiej widoczne, o czym tu dywaguję:
Tell me about a complicated man.
Muse, tell me how he wandered and was lost
when he had wrecked the holy town of Troy,
and where he went, and who he met, the pain
he suffered in the storms at sea, and how
he worked to save his life and bring his men
back home. He failed to keep them safe; poor fools,
they ate the Sun God’s cattle, and the god
kept them from home. Now goddess, child of Zeus,
tell the old story for our modern times.
Find the beginning.
W jakiej to galaktyce gwiazdorzyła Emily? Na angielski pierwszy raz przetłumaczył epopeję w roku 1616 George Chapman, ostatni przekład jaki się odnotowuje - to w roku 2026 wersja Daniela Mendelshona. W ciągu tych 410 lat powstało ich około sześćdziesięciu. W roku 2018, kiedy wydano książkę z "Odyseją" Emily, powstały dwie wersje innych tłumaczy, rok później – następna, a potem – ta ostatnia.
* * *
Być może taki będzie początek większego tekstu o Odysie w filmie Christophera Nolana i o tym jak Emily zgrzytała zębami, że milion kopii jej tłumaczenia ma się cienko do prawie miliarda dolarów, które przyniósł film.