4.
Wy, co serduszka zbyt żywe,
Winicie o cnoty brak,
Wstrzymajcie skargi zelżywe:
Czyliż zmienność grzeszną tak?
Jeśli Miłość jest skrzydlata,
Cóż dziwnego, że ulata?
Cóż dziwnego, że ulata?
Tak przetłumaczył Boy francuski wierszyk, który w sztuce "Wesele Figara", Piotra-Augustyna Beaumarchais zaczyna dziesiątą scenę czwartego aktu. Jean Renoir wstawił na ekran ten tekst tuż przed pierwszy kadr filmu, jako motto na cały seans:
Dla rymu na -ywe Boy z lekka pokręcił, bo w wierszyku "wy" to są wrażliwe i wierne "serduszka", czytaj: marudni cnotliwcy, którzy okrutnie potępiają niestałych kochanków. "Zmienność grzeszna tak" to niestałość w miłostkach, ale jakie to przestępstwo? Co w tym dziwnego, że miłość odfruwa, skoro ma skrzydła?
Na ekranie widzimy pod tytułem filmu,
że to "Fantazja dramatyczna Jeana Renoira".
Czy owa fantazja dramatyczna dotyczy bardziej dramatów czy bardziej urojeń niestałej miłości, ulotnej, fruwającej, jak się powiada, z kwiatka na kwiatek? A dokładniej: w jakim sensie? – fantazyjnej apoteozy owej niestałości, czy dramatycznego jej potępienia? Wierszyk w oryginalnej sztuce nuci jako śpiewankę niejaki Bazylio, frywolny i paskudny nauczyciel muzyki w Sewilli, który przyszłą żonę Figara, Zuzannę, bezwstydnie namawia, żeby się w końcu zgodziła zostać kochanicą Hrabiego Almaviva i przed swoim ślubem i po. Rajfurstwo, plotkarstwo, intryganctwo Bazylia do wściekłości zbrzydza i Zuzannę i Figara, bo oboje nie zamierzają po ślubie fruwać z kwiatka na kwiatek.
To tylko jedna strona medalu, po drugiej stronie fantazjuje się w filmie dramatycznie o mnóstwie z całej reszty spraw, które są nie-miłością. Na przykład? A choćby od takiej dupereli zacząwszy, jak ryzyko bez sensu, do takiej ostateczności jak śmierć bez sensu.
° ° °
Czy wskazanie wierszykiem akurat na "Wesele" oznacza, że tylko tę sztukę Beaumarchais'ego i film Renoira należy wspólnie kojarzyć? Piotr-Augustyn jako dramaturg jest autorem dwóch teatralnych papużek-nierozłączek – "Wesela..." i "Cyrulika...", a postać Figara występuje w obydwu dramatach. Trzeci utwór z Figarem, pt. "Występna matka", dołączają znawcy niechętnie, bo ponoć jest o klasę gorszy. Koneksje Renoir i Beaumarchais dawno już ustalono jako oczywiste, ale jest pytanie o film Altmana: na ile to dzieło dziedziczy geny Figarowskie?
Rzecz najprostsza w skojarzeniach: autoportrety. Po pierwsze: Figaro to w obu sztukach (pseudo)portret samego Piotra-Augustyna; niekoniecznie co do osobistych właściwości i perypetii, zwłaszcza miłosnych, lecz jako postaci uformowanej przez życiowe doświadczenia i wydarzenia, w sensie kogoś nimi srodze doświadczanego; także jako osoby w nieustannej konfrontacji z jawnymi i tajnymi wrogami. Jako postaci, która mimo wszystko chce mieć swój własny wpływ na zdarzenia, na różne typy, miłe mu i niemiłe. Jako postaci wyraźnie osobnej w tłumie, choć nie zawsze triumfującej. Portret więc sentymentalnie podobny, ale ironiczny, a nawet prześmiewczy. Tak czy inaczej nakreślony, przedstawia jegomościa, bez którego galeria tworzonych na scenę postaci nie tyle byłaby niepełna, co w ogóle nie mogłaby zaistnieć. Zatem: Beaumarchais-Figaro.
Po drugie: Ten wyraźnie grubszy pan z fotek po wypadku w Citroenie, sponiewierany Octave (czyli Oktawio) to Jean Renoir we własnej postaci. Czegóż ten Oktawio, biedaczyna, nie doświadcza z powodu amorów przyjaciela lotnika i fochów Christine, którą się rzekomo opiekuje... W zupełnie niemetaforycznym obrazie, dosadnie realistycznym, dostaje batem po tyłku, a nawet kopniaka, kiedy w farsie dworskiej dla gości markiza, przebrany za niedźwiedzia niezbyt żwawo zmyka ze sceny. Na dodatek nikt z aktorów, ani z rozbawionej publiki nie chce mu pomóc w zdjęciu futra-kostiumu, kiedy farsa już się skończyła. A to jest najmniej dotkliwy blamaż, czy niefortunność, jakie mu przychodzi ścierpieć. Postać postacią, niby całkiem aktorstwem chroniona – niewielkiej miary, przyznawał po latach Renoir – ale jak nie dopatrzeć się autoportretu? Nie koleś pilot jest w filmie Figarem, lecz Oktawio. Albo sam reżyser. A więc Jean Renoir-Beaumarchais-Figaro?
Trochę tak, a trochę nie. Tak – jako postać niby kamuflująca autora; nie – gdyż sam Oktawio pochodzi po trochu od nieszczęśliwego w miłości Oktawia ze "Spowiedzi dziecięcia wieku" Alfreda de Musset (który się kochał w George Sand tragicznie i ze szkodą dla rozumu), a po trochu z Oktawia ze sztuki tegoż Musseta pt. "Kaprysy Marianny". Ten drugi ma w miłości do Marianny konkurenta Coelio, a po jego tragicznej śmierci zwraca się do dziewczyny z okrutną naganą: "To Coelio cię prawdziwie kochał, nie ja."
W filmie Renoira przyjaciel-lotnik całkiem słusznie podejrzewał Oktawia o skryte uczucia do Christine. To także znak-zwiastun, bo niezdecydowanie Oktawia w zalotach do niej staną się przyczyną jego śmierci.
Fabularnie było tak: pod koniec filmu Oktawio wyznaje miłość Krystynie, a ona jemu; dzieje się to poza pałacem, w ciemną noc w szklarni, do której ona pobiegła w tunice Lisette, swojej pokojówki; zmylony tą tuniką (z kapturem, trzeba dodać), szpieguje Krystynę wściekle zazdrosny mąż Lisette, gajowy markiza; Oktawio i Krystyna postanawiają uciec razem, ale oboje są leciutko ubrani, a tu ziąb po nocy, więc Oktawio wraca do pałacu po swoje i jej palto; w szatni w głównym holu Lisette wręcza mu palto pani, a widząc, co się święci, klaruje mu, że on, golec bez majątku nie zapewni jej dobrego życia; Oktawio momentalnie oklapł i zleciał z chmur, bo to prawda, a tu na tę gadkę zjawia się przy szatni Andre-lotnik, więc przegrany Oktawio jemu oddaje palta, swoje i Krystyny; Andre wybiega w noc przeszczęśliwy, prosto w krzaki przed szklarnią, gdzie już zaopatrzony w strzelbę czeka zadrosny gajowy. Strzał. I koniec. Wydarzenia w szatni widział markiz; Lisette płacze, że pani ucieka, a on mówi: "Uspokój się. Patrz, a ja nie płaczę". Chwilę później już wiadomo, że lotnik leży zastrzelony pod szklarnią. Krystyna wraca do pałacu, a markiz ogłasza zaniepokojnonym gościom, że ot, zdarzył się w ciemnościach nieszczęśliwy wypadek z bronią. Tragedię się wyklucza, wymazuje.
Markiz Renoira chciałby być hrabią Beaumarchais'ego, ale w teatrze są tylko pomylone garnki, a nie śmierć,jak na filmie. Podobnie pozamieniane ubiory hrabiny Rosiny i pokojówki Zuzanny zmyliły i wściekły Figara, co było drugim planem w intrydze obu pań, jej głównym zamierzeniem było zrobienie w tak zwanego konia pana Hrabiego, który po nocy nie poznał, że pitigrili z żoną, a nie z Zuzanną.
Po trzecie: Robert Altman nie włączył siebie między filmowe postacie, bo zrobił to za niego producent, Robert Balaban. Gra on w "Gosfrod Park" reżysera Weissmana. Nieszczęsny Figaro-Weissman wśród rozigranej i zorientowanej na siebie angielskiej society ma amerykański kłopot biznesowy i pyta wkoło, gdzie tu telefon, otrzymując odpowiedzi niechętne i bledsze niż zdawkowe, jakby pytał o coś niestosownego. Potem tkwi godzinami przy słuchawce, gadając zapalczywie przez Atlantyk. Nie widzi, że wokół niego dzieje się jego własny scenariusz o morderstwie w arystokratycznej rezydencji, scenariusz do filmu, o który się przez telefon wykłóca. Na dodatek ten Figaro jest Żydem, a to w owym towarzystwie taki lapsus, fałszywie tuszowany, jak niestosowność zalotów Figara do własnej narzeczonej, kiedy pan hrabia chce ją do łóżka. A więc Balaban-Renoir-Beaumarchais-Figaro. I Altman pośrednio.
A bezpośrednio wdał się w komitywę z "Weselem Figara", stawiając przed kamery postać rzekomego Szkota, Henryka Dentona. Mamy coś więcej niż komitywę – misterny, pysznie wypracowany zabór mienia teatralnego do filmu, w ślad za Fellowesowską podbiórką postaci Cherubina – ze sztuki do scenariusza. Aktor Ryan Phillipe to nie ciacho jak Brad Pitt, ale kiedy go wypatrzyła lady Sylwia, oglądamy z nią młodziana tak chłopięco uroczego, że widzimy oczami lady, jak o północy otwierają mu się drzwi do jej sypialni. Wypisz-wymaluj cudny paź Cherubin na dworze hrabiostwa Almavivów, któremu hrabina Rosina nie ma siły odmówić niczego, na co on miałby (i ma) małoletnio-testosteronową ochotę.
Po czwarte: Obydwaj Francuzi tego jeszcze wspólnie zaznali, że sobie twórczością napytali nielichych kłopotów. Piotr-Augustyn rozgniewał samego króla i trafił do Bastylii za pokazywanie w teatrze prostaków nazbyt śmiałych wobec arystokracji. A za film o hulankach tejże i za obśmianie ludu roboczego Jean dostał w kość od komunistów. Równolegle zaś wciry od wściekłej prawicy, za postać markiza przedstawianą przez aktora-Żyda i za obraz pustej i głupawej klasy elitarnej. Dostali obaj po równo za przepowiednie – Beaumarchais za wróżbę rewolucji we Francji; Renoir za proroctwo wojny w obrazach zabijania dla uciechy na pańskim polowaniu. A co Altman by miał w szerokiej socjalno-politycznej skali przepowiadać, oczywiste nie jest. W drobiazgach wyszło trafniej – w "Gosford Park", na podobnej co u Renoira strzelaninie, świsnęła koło głowy paskudnemu Williamowi niecelna kula i go zraniła w ucho.



