Okładka książki wydanej przez Fundację Festina Lente
° ° °
Opowiastkę tę, pochodzącą z roku 1806, podaję tutaj w wersji niezupełnie oryginalnej, gdyż w słownictwie i stylizacji w wielu miejscach uwspółcześnionych, a to z tego powodu, że dziś czyta się ten czy ów fragment, jak napisany w obcym nieomal języku. Pomysły literackie pani Mostowskiej trudno rozgyźć przy drugim, a nawet trzecim czytaniu, ale kto by chciał do oryginału zajrzeć, odkryje, że mają te pomysły wiele uroku i nieraz aż je "szkoda psuć", choć zrozumieć trudno. (B.K.)
° ° °
Anna Mostowska
STRACH W ZAMECZKU
POWIEŚĆ PRAWDZIWA
Jest coś w człowieku, co nie może być odgadnione i co nas prowadzi do chęci nabycia nadprzyrodzonych wiadomości. To wszystko, czego zrozumieć nie możemy, ma dla nas nieprzezwyciężony powab. Gdy nocne mroki okryją niebo, a długie cienie od gwiezdnej poświaty powstają w przyziemnej przestrzeni, wtedy wyobraźnia nasza tworzy tysiące mar, które realnej istoty nie mają. Zdaje się nam, że je widzimy i słyszymy, ale gdy dojdziemy źródła mamiącej przyczyny, żałujemy, żeśmy się dowiedzieli, iż nic w tym nadprzyrodzonego nie ma.
Niektórzy przypisują bardziej płci żeńskiej tę skłonność do łatwowierzenia wszystkiemu, co wyobraźnię pobudza. Lecz tak nie jest – mężczyźni nie są wolni od podobnych wrażeń – cały rodzaj ludzki temu błędowi jest podległy, jeśli błędem można to nazwać.
Raczej trzeba myśleć, że dusza nasza doświadcza istnień, których zmysły doświadczyć nie mogą i że dlatego niepewne są jej przeczucia, bo materialna powłoka przeszkadza duszy mieć pewność w tym, co jedynie wyczuwać może. Ten wniosek dotyczy i mężczyzn i kobiet. A potwierdza się on nawet co do tych, którzy najbardziej śmiałków udają i chcą grać rolę niewierzących w duchy.
Dowodem jest zdarzenie które kilka lat temu mi się przytrafiło – aż nadto poświadcza ono, że ludzie każdej płci, w każdym wieku i jakiegokolwiek rozumu, tym samym podlegają słabościom i wszyscy w końcu uwierzą w zjawiska paranormalne, jeśli nie potrafią żadnym sposobem udowodnić, że to, co za rzecz nadprzyrodzoną brali, jest zdarzeniem naturalnym.
Byłam na wsi w towarzystwie dwojga osób, które choć rozumne i posiadające sporo wiedzy, tak różnych były charakterów, że w żadnej sprawie zgodzić się nie mogły. Było to dla nich niewyczerpanym źródłem różnych rozmów. Ponieważ są to osoby żyjące i może by im było przykro czytać swoje nazwiska i być wspomnianymi w tym zdarzeniu, zataję ich prawdziwe imiona. Idalia – tak nazywać będę moją towarzyszkę – panna pełna rozumu i posiadająca tysiąc wytwornych talentów; Edmond – człowiek melancholijny, uzdolniony artystycznie, doskonały rysownik i z gruntu poczciwy – oto osoby, które, od półtora roku towarzyszyły mi na wsi. Przeciwność ich charakterów sprawiała mi wiele przyjemności, bo niezgodny ich sposób myślenia prowadził do atrakcyjnej wymiany zdań. Gniewał nas często Edmond, gdy utrzymywał, że płci naszej nie można powierzać tajemnic, że się nadprzyrodzonych rzeczy boimy i w gusła wierzymy, a także żadnego przedsięwzięcia nie doprowadzamy do końca. Nie wiem, jak długo jeszcze by nam równie przyjemne rzeczy wmawiał, gdyby pewna przygoda nie przerwała tego gatunku rozmów, doprowadzając Edmonda aż do zaprzeczenia wszystkiemu, co się dotąd z nim działo.
Domostwo moje leży w dzikiej okolicy, zdaje się że w tym miejscu ponura wróżka założyła sobie siedlisko. Puszcze, które końca zdają się nie mieć, góry, jeziora i dwa starożytne zamki: jeden na wyspie na jeziorze, od dawna zamieniony w smutny klasztor, drugi wśród kwiecistych łąk. Drzewa i różne rośliny oplotły te starodawne zabytki, w których panował książęcy ród pod nazwiskiem Z... – tak się też nazywa wieś, która dawniej była stolicą ich państwa. Ten drugi zamek wzniesiono na wzgórzu. Ledwo ślady można znaleźć, że tam kiedyś były mury. Wysokie wały obrosły gęstym gajem, ale dziwnym trafem miejsce dawnego dziedzińca pozostało wolne i tylko jak dla ozdoby gdzieniegdzie wyrosły drzewka. Są tylko dwa, naprzeciw siebie, wejścia do tego miejsca. Z jednej strony widzi się niewielką łakę, a za nią ciemną puszczę, z drugiej spostrzega się obszerne jezioro i wyniosłą wieżę, na której zawieszone dzwony, wydając od czasu do czasu smutny odgłos, powiększają melancholię panującą w okolicy.
Odkąd los mi przeznaczył mieszkać w tej wsi, dziedziniec wśród ruin był moim ulubionym miejscem, gdzie po długiej przechadzce lubiłam odpoczywać; postawiłam tam szałas, który może ochronić mnie od burzy lub deszczów, gdy niepogoda mnie zaskoczy podczas rozmyślań lub nazbyt długiego czytania. Często tam bawiąc, snułam myśli o przeszłych wiekach, często też w gorącej imaginacji zdawało mi się, że widzę błąkające się cienie starożytnych mieszkańców tej niegdyś zamieszkałej siedziby, teraz zupełnie opuszczonej. Bywa, iż zdarzenie nadzwyczajne w rzeczywistość przemieni marzenia tych, co w samotne ustronie lubią uczęszczać.
Pewnego dnia poszłam jak zwykle z książką do owego miejsca, nazywanego od dawna Zameczkiem, a że ranek był nie do opisania piękny, kazałam tam zanieść moje śniadanie. Służba moja oddaliła się i zostałam sama; czytałam bardzo długo i widząc po słońcu, że już południe minęło, zabierałam się wrócić do domu, kiedy blisko siebie ujrzałam kawalera na koniu. Był to Edmond, który, powróciwszy z przechadzki i nie znalazłszy mnie w domu, domyślił się, że pewnie w Zameczku bawiłam i tam przybył. Wstałam, on chciał skoczyć z konia, lecz nagle jęk, który zdawał się wydobywać spod ziemi między mną i koniem, wstrzymał nas oboje... Znieruchomieliśmy. Gdy minęło pierwsze zdziwienie, zaczęliśmy szukać przyczyny tego niepojętego jęku, lecz usiłowania nasze były nadaremne; przebiegliśmy cały lasek, a że już była połowa września i liście opadały, widzieć można było z łatwością obszerne pole, które to miejsce otacza. Nie ujrzeliśmy nawet przelatującego ptaka; cisza w powietrzu nie pozwalała przypuszczać, aby wiatr wiejący pomiędzy drzewami mógł spowodować ów dźwięk. Dzwony milczały, pora południowego posiłku zatrzymywała mieszkańców w domach, tak więc, mimo wszelkich starań i przypuszczeń nie mogliśmy dociec, co sprawiło, że ten okropny i przerażający jęk, o którym wątpić nie mogliśmy, z ziemi prawie spod nóg naszych się wydobywał.
Powróciliśmy do domu przejęci i poruszeni tym zdarzeniem, Edmond długo jeszcze dociekał fizycznych jego przyczyn i na koniec wyznał, że znaleźć ich nie może. Zgodził się z nami, że musiało jednak być coś, czegośmy nie dostrzegli, lecz że pewnie to samo zdarzy się ponownie i że może wtedy uda się nam lepiej zrozumieć to, cośmy teraz pojąć nie mogli. Dzień cały i do późnej nocy strawiliśmy czas na rozmawianiu o różnych przygodach podobnie, jak ta niezrozumiałych, a takie rozmowy doprowadziły do przypominania rozmaitych opowieści o strachach. Edmond, swoim zwyczajem, zaprzeczał istnieniu rzeczy zmysłom niedostępnych, utrzymując, iż wszystko się zdarza naturalnie, tylko trzeba rzecz dobrze zgruntować. Idalia przystała na prawdziwość tego wniosku, ale ja utrzymywałam, że mogą być istoty niepostrzegalne zmysłami i podawałam przykłady zdarzeń znanych z historii, jak na przykład: widmo Pompejusza na brzegach afrykańskich, gdy mu się Geniusz Rzymu ukazał i śmierć przepowiedział, albo ten, który pokazał się Brutusowi; albo, co Pliniusz o niewolniku swoim dowodził i wiele innych podobnych. Lecz nadaremnie się trudziłam – Idalia i Edmond pierwszy raz się ze sobą zgodzili i usiłowali zbić moje zdanie, ale przy nim trwale zostałam i tak się rozeszliśmy. Nazajutrz zdawało się, że każde z nas zapomniało o wydarzeniach i rozmowach z poprzedniego dnia.
Jakiś czas potem ujrzałam Edmonda mocno pomieszanego. Szperał ciekawie po wszystkich pokojach i apartamentach, zdawał się liczyć osoby i wybadywać, czy któraś z kobiet domowych nie wychodziła, wszystkie jednak znajdował na miejscu, każdą zatrudnieniem sobie powierzonym zaprzątnioną. Wypytywał też natarczywie, czy ktokolwiek przyjezdny nie przechadzał się w Zameczku, lecz odpowiadano mu zgodnie, że nikogo nie było i nikogo obcego nie widziano. Chcieliśmy dowiedzieć się przyczyny tego osobliwszego wypytywania, ale Edmond wzbraniał się z początku wytłumaczyć nam, o co chodzi, lecz nie mogąc znieść dłużej swego rozkojarzenia, a nawet może i przestrachu, taką nam rzecz opowiedział:
„Pamiętacie panie, jak kilka dni temu zaprzątał nam głowy jęk słyszany w Zameczku, którego przyczyny dociec nie mogliśmy. Zdawałyście się panie zapomnieć o tym, lecz inaczej ze mną się działo – chciałem koniecznie odgadnąć przyczynę i z tego powodu co dzień na to miejsce chodziłem, lecz nic nie słyszałem, ani widziałem. Dziś rano, tym samym pragnieniem prowadzony, wszedłem do gaju w Zameczku i prosto naprzeciw siebie ujrzałem osobę siedzącą pod szałasem. Postać jej była odmienna od każdej z was, moje panie, i żadną z was być nie mogła, bo was obydwie dopiero co w swoich pokojach zostawiłem. Ta postać trzymała na kolanach wielką czarną księgę, którą z uwagą czytała, a od głowy aż do nóg zakrywał ją ciemny welon. Zdumienie i ciekawość sprawiły, że prędko zacząłem iść ku niej, lecz szelest kroków moich przerwał jej czytanie, obróciła się do mnie, wstała, przeszła kilka kroków i zniknęła między krzakami. Tak bliziuteńko niej byłem, że mogłem ją zatrzymać, a jednak nigdzie jej znaleźć nie mogłem, choć długi czas jej szukałem”.
Idalia głośno się roześmiała, a ja wzruszyłam ramionami. „Byłeś w gorączce – powiedziałam mu – alboś ducha ujrzał, chociaż nieustannie zaprzeczasz, że duchy istnieją”. Edmond urażony kpiącym śmiechem Idalii nic nie odpowiedział, lecz odszedł z twarzą ponurą i przez cały dzień do nikogo się nie odzywał.
Krótko po tym zdarzeniu, zabawiwszy, według mego zwyczaju, w tym samym Zameczku, zostawiłam w roztargnieniu książkę, a znalazłszy Edmonda w bawialnym pokoju, poprosiłam go, aby poszedł po nią, co on chętnie uczynił, lecz dopiero po kilku godzinach stamtąd wrócił. Był tak roztrzęsiony, gdy mi moją książkę oddawał, że spytałam go, czy chory czy może duch jakiś znów go w tym miejscu przywitał.
„Żartuj, pani – rzecze do mnie – lecz jest aż nadto pewne, że coś nadprzyrodzonego się w tym miejscu dzieje, bo ledwie wszedłem na wzgórek, gdy oto spostrzegłem białą postać, która się zdawała się nie tykać ziemi. Stała naprzeciw mnie, w miejscu, którym się po drugiej stronie z Zameczka wychodzi. Widziałem wyraźnie ją całą, gdyż stała bez ruchu, wydawała mi się prawie przezroczysta, a zakrywał ją cienki biały welon. Gdy minęło mi pierwsze zdziwienie, pobiegłem szybko do niej, ale gdy byłem w połowie drogi, postać obróciła się poważnie i powoli zniknęła. Kilka godzin strawiłem na jej szukaniu, lecz tak, jak i za pierwszym razem, na próżno usiłowałem znaleźć przyczynę tak nadzwyczajnego widma”.
„Jesteś chory, biedny Edmondzie – odpowiedziałam z politowaniem. – Czytałam w jednym dzienniku niemieckim, iż pewien człowiek bardzo uczony przez czas długi widywał tysiące postaci, których nikt inny nie spostrzegał. Zdawało mu się, że się z nim witają, mówią do niego i rady mu dają. Widywał osoby zmarłe i żyjące, znajome mu i nieznane, zarówno w dzień jak i w nocy, w domu i na ulicy. Czasami tłok ich tak wielki mu się wydawał, iż widziano go przyciskającego się w kąt stancji swojej, aby nie być przygniecionym. Trwało to póty, póki mądry doktor i wielki jego przyjaciel, dowiedziawszy się o tym, odwiedził go, aby go przekonać, że to choroba. Dał sobie uczony wyperswadować i zezwolił, aby przyjaciel przedsięwziął leczenie, po czym przez dni kilka pił chłodzące napoje, potem mu mocno krwi upuszczono. Podczas tej operacji zdało mu się, iż ścisk w jego pokoju był nadzwyczajny, a ubiory cisnących się osób w kolorach bardzo jasnych i nawet lśniących, lecz powoli wszystkie te postacie blednieć poczęły, potem podobne do cieniów się stały, na koniec zupełnie zniknęły. Odtąd nigdy już więcej nic podobnego nie widział. To zdarzenie, Edmondzie, potwierdza moje przypuszczenia – bez wątpienia jesteś chory – czy chcesz, abym posłała po doktora?”.
Edmond wysłuchał mnie cierpliwie. „Nie jestem całkowicie pewien – odpowiedział – że to, co za drugim razem widziałem, to tylko mamidło wyobraźni, moje zmysły są zupełnie zdrowe i zapas mojej krwi nie musi być umniejszony”. „Więc nabrałeś przekonania, iż ci się w tym miejscu coś nadzwyczajnego ukazuje?”. „Jestem przekonany”. „Lecz czemu ja nic nie widuję?”. „Tego nie wiem – odpowiedział Edmond – ale ponieważ o tej samej porze, to jest między piątą a szóstą, postać mi się powtórnie ukazała, przychodź, pani, co dzień o tej godzinie do Zameczku, a może też, jak i ja będziesz widmo widziała”. „Zgoda” – rzekłam.
Nazajutrz, o wyznaczonej porze kazałam, aby nam kawę tam zaniesiono i sami najpierw – to jest ja, Idalia i Edmond – udaliśmy się do Zameczku, lecz ledwo na wzgórze weszliśmy, Edmond zawołał: "Oto ona jest” i piorunem poleciał. Zaraz jednak powrócił, mówiąc tonem pomieszanym: „Znowu na moich oczach i kiedym prawie ją już miał schwycić, jak cień znikła”. „Kto?” – zawołałyśmy obie. „Czyście nic nie widziały?”. „Nic, zupełnie nic”. „To rzecz niesłychana, przecież nigdy tak wyraźnie się nie ukazała. Co za piękna kibić! Co za kształt! Ta istota nie może być śmiertelną kobietą”. „Zaręczamy ci, Edmondzie – powiedziałam – żeśmy nic nie spostrzegły, choć z największą uwagą wpatrywałyśmy się w to miejsce, gdzie jak mówisz, tak nadzwyczajnie ci się ukazała. Edmondzie, lękam się o twoją głowę”.
Idalia śmiała się do rozpuku. „Otóż mężczyźni – wykrztusiła wreszcie – nam przypisują słabostkę wiary w rzeczy nadprzyrodzone, a ten kawaler w biały dzień duchy widuje”. „Idalio – powiedział Edmond urażonym tonem – zmysły moje nie są obłąkane, proszę zaprzestać kpiących prześmiewek.”
Zorientowałyśmy się, że Edmond był dotknięty do żywego. Powróciwszy do domu strawiliśmy niemal całą noc na roztrząsaniu tak nadzwyczajnego zdarzenia. Odtąd co dzień chodziliśmy do Zameczku. Rzadko zdarzał się dzień, w którym Edmond nie widział widma, przywykł i już nie biegł za nim, lecz posmutniał i głęboko się zamyślał; prawie zawsze rozmawialiśmy o cudownej postaci lub «Strachu w Zameczku», albowiem tak nazywaliśmy tę niepojętą postać, która dotąd jednak tylko oczom Edmonda się ukazywała. Tak upłynęło parę tygodni, ale pewnego dnia, wchodząc do zaczarowanego miejsca, Idalia krzyknęła przerażonym głosem: „Oto ona!” i upadła na ziemię.
Przyskoczyliśmy do niej, jej twarz była blada, jak najbielsza chusta, wielkie łzy płynęły z jej oczu, z trudnością ją ocucono i zaprowadzono do domu. Gdy wreszcie mogła mówić, pytaliśmy, co jej się stało. „Wyznaję – powiedziała głosem, w którym słyszało się strach – że byłam warta nagany, gdy się z Edmonda naigrywałam, widmo, które on widuje i mnie się pokazało”. Opisała ducha zupełnie zgodnie z opisami Edmonda. „To dziwne – rzekł ten ostatni – właśnie dziś nic nie widziałem”.
„I ja także nic nie spostrzegłem, ani poczułem – odezwał się nagle cudzy głos – a przecież leżałem w tym samym miejscu, gdzie się duch ukazuje i właśnie nade mną powinien stać”.
Dopiero wtedy spostrzegliśmy sąsiada, który chcąc się przekonać na własne oczy o tym, o czym tak wiele słyszał, udał się przebrany w byle jakie odzienie i kilka godzin leżał na ziemi, czekając pory ukazania się. Dziwiliśmy się jego odwadze, a dociekliwy sąsiad przysiągł, iż choć tym razem nic nie widział, dotąd ścigać będzie upartego ducha, aż go wyśledzi. Prosiliśmy go wszyscy, aby trwał w tak chwalebnym przedsięwzięciu, lecz ostrzegaliśmy: „Stanie się z waszmość panem to, co z Idalią”. „Zobaczysz go zapewne, a kto wie, czy za swoje niedowiarstwo nie będziesz ukarany – dodał Edmond. – Patrz na Idalię, oto chora z przestrachu, a jednak z początku wierzyć nie chciała”. „Przyznaj – przerwałam – Edmondzie, że mężczyźni nie umieją w niczym zachować pomiarkowania, dawniej przeczyłeś wszystkiemu, teraz, przeciwnie, łatwowierność twoja nie ma granic, niedawno tak mocno uprzedzony co do wszelkich objawień nazywałeś naukę o duchach gorączką rozumu, a tych, co o niej pisali omamiaczami szkodliwymi, a teraz nie tylko byt duchów uznajesz, ale postępujesz dalej, nadając im słabości ludzkie i przypisując im zdolność do zemsty. Edmondzie, bądź ostrożny, nie za długo uwierzysz w upiory”. „Cicho, cicho – powiedziała Idalia. – Ani słowa o tym. Już się przekonałam, nie zgłębiajmy tej tajemnicy”. „A dlaczego nie?”. „Bo myślę tak, jak Edmond, że uparte szperania mogłyby jakie złe na nas ściągnąć”.
Sąsiad pożegnał się z nami, i choć każde z nas udało się na spoczynek, nie wszyscy spokojnie spali. Edmond wyznał nazajutrz, że długo w noc rozmyślał nad tym osobliwym wypadkiem. Dzień, który potem nastąpił, był wyjątkowy. Kilka osób z sąsiedztwa oraz wszyscy domownicy udali się do Zameczku w gromadzie. Już dłużej nikt z nas wątpić nie mógł – postać się wszystkim pokazała. Krzyk, poruszenie było powszechne – jedni pobiegli ku niej, inni jak wryci stali. Nic zjawy zmieszać nie mogło, oddaliła się z powagą i na oczach wszystkich wsiąkła w ziemię, która ją oczom naszym skryła...
Odtąd co dzień się ukazywała, mniej lub więcej wyraźnie dawała się widzieć – czasem wzrost jej był mierny, czasem wysoki i imponujący. Ośmieleni i oswojeni z tak nadzwyczajną chimerą, gadaliśmy do niej, wołaliśmy ją, lecz się nie odzywała; zawsze w tym samym miejscu, zawsze milcząca, zawsze cudownym sposobem niknąca na naszych oczach, pozostała dla nas niewyjaśnioną zagadką. Edmond popadł w głęboką melancholię i niepokoiłam się, że ucierpi na tym jego zdrowie.
W pierwszych dniach młodości kochał zapamiętale młodą i piękną kobietę, którą śmierć przedwcześnie zabrała, a jego rozpalona imaginacja wyobraziła mu, iż to ona się ukazuje. Wkrótce ten błahy domysł stał się dominujący, więc czekał z niecierpliwością każdego dnia o stałej porze i zawsze smutniejszy powracał z Zameczku.
Pewnego wieczoru, gdyśmy każde z osobna zanurzali się w myślach, usłyszeliśmy dźwięki gitary. Nie było takiego instrumentu w całym domu, a zdumienie nasze wzrosło, gdy usłyszeliśmy bardzo przyjemny głos, śpiewający następujące wiersze:
Wszystkim żywiołom o, przyjazna nocy!
Skrywaj istnienie moje swoim cieniem,
Niech wszystkie twory uśpione twą mocą
Nieprzebudzone zostaną mym pieniem.
Głuche milczenie nakaż przyrodzeniu,
Niech jedna w całym ja czuwam stworzeniu.
(...)
Me udręczenie, póty się nie skończy,
Póki kochanka duch, z mym się nie złączy.
(...)
„Co za głos!” – zawołał Edmond, gdy harmonia nas zadziwiająca ustała. Przypadek zrządził, że Edmond siedział pod oknem, pod którym głos i gitara słyszeć się dały, chciał przez nie spojrzeć, ale było przysłonione okiennicą, wtem kilka akordów i smutne, z głębi serca wychodzące westchnienie zakończyło wszystko. Wybiegliśmy, lecz prócz wartowników nocnych żadnej żywej istoty nie było, przebiegliśmy dziedzińce, ogrody – nigdzie ślad żaden nawet nie wyjawił nam tajemnicy; wielu z ludzi obcych i z naszej służby słyszało śpiew i instrument, lecz nikt nic nie widział, myśleli, że któraś z nas się bawi.
„O, Boże, – mówił smutnie Edmond – cóż to się w tym domu dzieje!”. Tu się zapomniał i jakby sam jeden był, mamrotał do siebie niewyraźne słowa, z których zrozumiałyśmy: „Tereso! Miła Tereso! Czekaj... niedługo się złączymy”.
Jego nieopanowane emocje wzbudziły w nas obawę, że fantastyczne mniemanie, jakoby to duch zmarłej kochanki do niego wraca, mogło go kosztować życie. Umyśliłyśmy skierować jego umysł w inną stronę, aby inaczej spojrzał na wydarzenia, aby uspokoił swą nadwrażliwość i odrzucił szkodzące jego zdrowiu domysły.
„Słuchaj Edmondzie – powiedziałam – to widmo, te jęki, ten śpiew dziś pod oknem słyszany, wszystko to jest sztuczką wymyśloną dla omamienia i ukrycia jakim to się sposobem dzieje. To my obie wymyśliłyśmy te sztuczki: ja i Idalia”.
Edmond nerwowo się roześmiał. „Jakże możecie myśleć, że nie widzę w waszych oczach powodu, dla którego mnie tym kłamstwem częstujecie? Potraficie czarować, to aż nadto prawda, lecz czar wasz odsłania się w waszych oczach i staraniach; pozwólcie mi prosić was o lepszą opinię o mojej spostrzegawczości; jak możecie myśleć, że przez tak długi czas udawałaby się taka igraszka, na dodatek przez kobiety ułożona; dawno same byście wyjawiły to mniemane cudo, gdybyście wy jego stwórczyniami były. Przecież widzę smutek na waszych twarzach i domyślam się dlaczego właśnie teraz tak żartujecie – lękacie się, abym w nazbyt wielką nie wpadł melancholię, a może nawet umarł... Sądźcie lepiej o męskim umyśle – umiemy znosić wszystkie przygody naszego życia z męstwem i cierpliwością. Strach i straszliwe skutki jego są tylko dla kobiet, a nie chciejcie zapomnieć, żem mężczyzna”.
Po tej mowie uznałyśmy, że na próżno staramy się przynieść ulgę jego umysłowi, zostawiłyśmy to czasowi, który powinien przynieść koniec tej przygodzie. Nic więc nie odpowiedziałyśmy Edmondowi, a zjawa ukazywała się jak zwykle, ale nie co dzień, lecz tylko kiedy niekiedy, zaś w dniach, w których jej nie widziano, zawsze coś o niej słyszano.
Jednej pogodnej nocy, gdyśmy siedzieli pod domem, otoczył nas zapach tak przyjemny, iż wonie, któreśmy uczuli, przewyższały wszystko, co lubieżna wytworność mieszkańców Azji i nawet samej Arabii stworzyła. Zachwyt nasz najwyższego doszedł stopnia, gdyśmy powtórnie usłyszeli akordy gitary i tenże sam głos, lecz z góry, jakby z obłoków wychodzący, który te słowa czule i z wolna śpiewał:
Przedwiecznych duchów wy, mnogie szeregi!
Z waszych rozkoszy na czas oderwana
Doznaję czuciów, miłości potęgi,
Byłam szczęśliwą, tu byłam kochaną.
Córce powietrza, której otwarte są nieba,
Na smutnym tym okręgu szczęścia szukać trzeba.
„Nie, to nie do wytrzymania!” – zawołał Edmond; myśmy milczały. Nie wiadomo, skąd głos dochodził, bo wyraźnie w powietrzu nad głowami naszymi słyszeć się dał, na dodatek mamiące zmysły wonie, noc cicha, rozjaśniona tysiącami świateł, które Bóg na firmamencie zapalił, głos tkliwy i do duszy wdzierający się, mistyczne słowa niewidzialnej, jakby powietrznej śpiewaczki, wszystko to dusze nasze przejmowało najtkliwszym uczuciem, każde z nas chciało upaść na kolana, czcić tę Wszechmocność, która taką słodyczą upajać może serca śmiertelnych.
O, rozkoszy niepojęta, którą czuć mogą ludzie, mający dar odczuwania, lecz nie wy, dusze zimne i niewrażliwe, którym obce jest zniewalające i tkliwe piękno natury. Wy nie żyjecie – podobne do roślin, idziecie długą i krętą ścieżką życia bez wzruszeń, bez odmian. Zlodowaciałe wasze uczucia nie przerywają nigdy jednostajności waszych dni. A gdy kres wszystkim przeznaczony przerwie pasmo dni waszych, żaden świadek waszego zgonu nie uroni łzy nad łożem waszym śmiertelnym, żadne serce tkliwe nie rzuci kwiatka na wasz grobowiec, nie zagrzeje zimnego kamienia, który pokrywa zwłoki wasze! Nikt was nie kochał, bo i wy nie kochaliście! Żyliście bez uczuć. Przeszliście i nikt was nie zapamięta.
O czułości, święta cnoto serc poczciwych, czym bez ciebie byłby wszechświat? Cokolwiek stworzone, pozostałoby niedoskonałe. Ciebie Bóstwo zsyłając dokończyło daru swego, z tobą i przez ciebie jesteśmy szczęśliwi.
Takimi uwagami przejęci, w milczeniu udaliśmy się na spoczynek. Gdy wzruszenie duszy jest ogromne, słowa nie wystarczą.
Kiedy nocą sen zamknął nam oczy, ulotne obrazy zdarzeń za dnia i słodkie marzenia tak łudziły nas, śpiących, malowniczymi wizjami, że kiedy słońce rozpędziło nocny mrok, wszystko co stało się na jawie, zmieszane z nocnymi marami, także wydawało się snem.
W końcu jednak mnóstwo nadprzyrodzonych zdarzeń zwróciło uwagę całej prowincji, a wiele osób specjalnie do mnie przjeżdżało, aby się cudom przypatrzyć i o niczym innym nie rozmawiano, jak o «Strachu w Zameczku».
Niespodziewanie pewnego dnia Edmont jakby nagle odzyskał poczucie rzeczywistości. „Nieba! – zawołał – wszystko bym dał, gdyby teraz jaki mądry teolog, zarazem dobry fizyk, mógł tu przybyć!”.
Ledwie wyrzeka te słowa, słyszymy – jakby miały one czarodziejską moc – turkot kół nadjeżdżającego pojazdu i wysiada z niego ksiądz P., człowiek posiadający zalety wymienione przez Edmonda. Nie daje mu ten ostatni czasu przywitać gospodynię, ani spocząć na chwilę, bo już mu bez wytchnienia opowiada zdarzenie, które od pięciu lub sześciu tygodni zadziwia wszystkie okolice. Mądry i rozsądny ks. P. słucha go z uśmiechem i potem nas pyta, jest li ów kawaler przy zdrowym umyśle. Odpowiedź nasza zastanawia uczonego człowieka, prosi natychmiast o pojazd, będąc nadto zmordowanym, by mógł iść piechotą. Czynimy zadosyć jego żądaniu; przybywa on na miejsce wyznaczone, lecz nic nie widzi, szuka przyczyn fizycznych – może jakieś złudzenie optyczne, lub wyziewy z gleby, lecz nic znaleźć nie może, czyni ponownie próby, sprawdza dziedziniec, gaj, grunt, szuka dokładnie i nic nie znajduje, więc powraca zadziwiony, wątpi w głębi duszy swojej, lecz przez grzeczność nie wyjawia skrytych podejrzeń, wypytuje się u ludzi, żąda, aby mu Idalia obszernie jeszcze powtórzyła, co mu już po tysiąc razy Edmond objaśnił i zamiast rozumieć cokolwiek, coraz ciemniej widzi całą sprawe. Ogłasza nam na koniec, że dni kilka u nas zabawi dla rozwikłania niepojętego trafunku.
Nazajutrz, w porze, w której duch się ukazywał, ktokolwiek był w domu, wyruszył z nami; w drodze szanowny gość raczyl nas roztropnymi uwagami: „Religia – mówił – każe nam wierzyć, że dusze od ciał oddalone modlitw naszych potrzebują, Kościół każe nam błagać Boga, aby kary ich zmniejszył i prędzej ich do siebie przywołał; modlić się trzeba, a duch nie ma przyczyny przypominać nam o naszej powinności – wierzącemu nie musi, a temu, kto nie wierzy, nadaremne byłyby takie napomnienia. Pismo święte wspomina o duchach, lecz teraz Bóg tych cudów nie potrzebuje, dał nam prawdziwą religię, krwią nas swoją odkupił; te cuda położyły tamę innym, nie trzeba, aby Bóg odmieniał naturę."
Podobne mowy nie w smak były Edmondowi, także ci, którzy od dawna co dzień nieomal widzieli ukazującego się ducha, przeczyli uczonemu. Ja i Idalia szłyśmy obok niego w głębokim zamyśleniu, a na naszych twarzach był widoczny smutek. Spostrzegł to Edmond i na swój sposób sobie tłumaczył. On i ksiądz szli na czele, wreszcie stanęliśmy w Zameczku, a wtedy zjawa ukazała się swoim zwyczajem i jak zwykle zniknęła o dziesięć kroków od księdza P., który żwawo ku niej podbiegał. Zdziwiony ksiądz nic nie mówił; odszedł od tego miejsca, usiadł pod szałasem i znowu zaczął wypytywać Edmonda o niektóre szczegóły. Ludzie zbierali się do powrotu.
Zamyślona zeszłam ze wzgórza, prawie śladem ducha, do miejsca, gdzie tak cudownie znikał, a gdy już byłam na dole, krzyknęłam głośno, ściągając do siebie wszystkich, nie tylko księdza P., Edmonda, Idalię, lecz i tych, którzy byli przy Zameczku. Gdy wszyscy mnie otoczyli, pokazałam im, że odkryłam koniec deski, który wydawał mi się niedawno zakryty darnią. „Coś być musi – oznajmiłam – pod tą deską, a w tych okolicznościach nie powinniśmy czegokolwiek pomijać." Edmond podłożył swoją laskę pod deskę przeze mnie znalezioną. „Boże” – powiedział – on, niedawno jeszcze niewierzący, teraz zaś drżący w nieopanowanych emocjach, których sam by sobie wytłumaczyć nie potrafił. „Boże wszechmocny! I cóż... my... tu... znajdziemy?!”.
Podniósł deskę, która jak wieko zapadni odsłoniła jamę, a w niej postać całą na biało... Ręce do nas wyciągnięte, wargi drżące konwulsyjnie, twarz wykrzywiona koszmarnie. Edmond zawołał przejmująco: „O, Nieba, co ja widzę!?”. Odrzucił wieko. W pierwszej chwili zdziwiony i przestraszony, potem przyjrzawszy się uważnie poznaje, że przezroczystą zasłonę postaci ludzka ręka utkać musiała, zdziera ją z niej i odkrywa... Co? Piękną głowę, lecz należącą do śmiertelnej kobiety, jednym słowem poznaje Marysię – ładną garderobianą, służącą Idalii. Śmiech ogólny się rozległ, ksiądz P. śmiał się z nami, a Edmond, gdy się otrząsnął z pierwszego wrażenia, zaśmiał się jak wszyscy, lecz sztucznie, udając, że i jemu wesoło.
„Wybacz, panie – zwróciłam się do szanownego księdza P. – wybacz nam, że cię uczyniłyśmy świadkiem tej dziecinnej igraszki. Kosztowało mnie dużo wysiłku, by ci nie powiedzieć o tym już wczoraj, a na dodatek nieprzytomne postępowanie Edmonda nie zostawiło nam jednej wolnej chwili na rozmowę. Z szacunku do księżej osoby powinnam to zrobić i z wdzięczności za twą fatygę, lecz Edmond nie dał nam czasu, by ci prawdę wyjawić, a w końcu uznałyśmy, że co się ma zdarzyć, zabawi cię i pobyt na wsi urozmaici”. „Nie gniewaj się, Edmondzie – rzekła Idalia – przecież nie raz cię ostrzegałyśmy, że się zemścimy”. „A to za co?” – zapytał ksiądz P. „Kawa gotowa – powiedziałam – napierw chodźmy się jej napić, a potem ci opowiemy, szanowny przyjacielu, przyczynę tej zemsty, która przez cały czas za główny cel zabawę miała”.
Gdyśmy wszyscy usiedli, a służący odeszli, prosili mnie powtórnie ksiądz P. i Edmond, abym opowiedziała, jakim sposobem potrafiłyśmy przez tak długi czas tak wiele ludzi utrzymać w mniemaniu, że duch się ukazywał prawie codziennie i zawsze w jednym miejscu? „Najłatwiejszym sposobem – rzekłam – było wykopać dół, zrobić misternie zapadnię i tak zręcznie darnią przykryć, żeby jej wypatrzeć nie można było. Oto cały mechanizm. Dwie dziewczyny różnego wzrostu kolejno grały rolę ducha, ubrane w przezroczyste odzienie, z daleka nadzwyczajną postać miały, a nierówność wzrostu sprawiała odmianę, która pobudzała wyobraźnię. Przychodziły i odchodziły ukrytą ścieżką. Wtajemniczyłam dwóch tylko mężczyzn, a pięć kobiet dokonało reszty. "
"Pięć kobiet!" – mówiłam. "Słyszysz Edmondzie? Powinno to być dowodem, że płeć nasza tak samo zachować może tajemnicę, jak i wasza. Otoż sposób, jakim się ta rzecz udała, a teraz wyjawię powód naszej zemsty: Edmond utrzymywał, że my nie potrafimy milczeć, że skłonne jesteśmy do przykładania wiary w rzeczy nadprzyrodzone i że nie mamy ani dosyć rozsądku, ani dosyć odwagi by szukać źródeł zjawisk z pozoru nie do rozwikłania. Minione zdarzenia nie tylko Edmonda, lecz cały rodzaj męski, powinny przekonać, że milczeć umiemy i że z drugiej strony mężczyźni, tak jak i my, skłonni są uwierzyć w duchy i że gdy rozpalą wyobraźnię, nie potrafią zgruntować istoty rzeczy, lecz dadzą się z łatwością zwodzić przez mamidła.
Czas, aby ludzie obojga płci z obopólną zgodą uznali, że wszyscy wspólnie posiadamy jednakowe zalety i te same przywary. Płcią tylko się różnimy, a nie mając nic sobie do zarzucenia, będąc we wszystkim podobni, szanujmy jedni u drugich to, co jest warte pochwały, a błędom naszym wzajemnie wybaczajmy. Pozostaje mi jeszcze wytłumaczyć ducha śpiewającego pod oknem i na powietrzu: tu nic innego nie było, prócz śpiewaczki, która po świecie chodząc z mężem, na chleb zarabiała; zatrzymałam ją już na początku, a nauczywszy ją w tajemnicy piosenki, pokazałam, gdzie ma śpiewać nocną porą. Gdy przyjechała do nas drugi raz, śpiewała już nie pod oknem ani na powietrzu, jak się słuchającym wydawało, lecz przy kominie na dachu – co jest kolejnym dowodem, że wystarczą bardzo proste sposoby do omamienia umysłu, gdy wyobraźnia dopomaga.
Może powinnyśmy tę historię, na oczach tylu świadków się dziejącą, puścić w świat, co może wywołałoby mnóstwo podobnych zdarzeń, równie sfingowanych jak nasze, lecz nie chciałyśmy podsycać skłonności do przesądów, bo przecież świadectwo takich, jak my osób, zachwiać by mogło niejednym zdrowym umysłem, a przede wszystkim twoim, Edmondzie, ponadto z oczywistego szacunku wobec ciebie postanowiłyśmy położyć tamę tej zabawie, więc daruj, Edmondzie, i wyznaj, że nasz żart nie raz ci sprawił przyjemne doznania, co dusze wrażliwe potrafią zrozumieć”.










