sobota, 29 czerwca 2024

Zjawa w ruinach zamkowych.

 

 

Okładka książki wydanej przez Fundację Festina Lente

 ° ° °

Opowiastkę tę, pochodzącą z roku 1806, podaję tutaj  w wersji niezupełnie oryginalnej, gdyż w słownictwie i stylizacji w wielu miejscach uwspółcześnionych, a to z tego powodu, że dziś czyta się ten czy ów fragment, jak napisany w obcym nieomal języku.  Pomysły literackie pani Mostowskiej trudno rozgyźć przy drugim, a nawet trzecim czytaniu, ale kto by chciał do oryginału zajrzeć, odkryje, że mają te pomysły wiele uroku i nieraz aż je "szkoda psuć", choć zrozumieć trudno. (B.K.)


° ° ° 

Anna Mostowska

STRACH W ZAMECZKU 

POWIEŚĆ PRAWDZIWA 




Jest coś w człowieku, co nie może być odgadnione i co nas prowadzi do chęci nabycia nadprzyrodzonych wiadomości. To wszystko, czego zrozumieć nie możemy, ma dla nas nieprzezwyciężony powab. Gdy nocne mroki okryją niebo, a długie cienie od gwiezdnej poświaty powstają w przyziemnej przestrzeni, wtedy wyobraźnia nasza tworzy tysiące mar, które realnej istoty nie mają. Zdaje się nam, że je widzimy i słyszymy, ale gdy dojdziemy źródła mamiącej przyczyny, żałujemy, żeśmy się dowiedzieli, iż nic w tym nadprzyrodzonego nie ma. 

Niektórzy przypisują bardziej płci żeńskiej tę skłonność do łatwowierzenia wszystkiemu, co wyobraźnię pobudza.  Lecz tak nie jest – mężczyźni nie są wolni od podobnych wrażeń – cały rodzaj ludzki temu błędowi jest podległy, jeśli błędem można to nazwać. 

Raczej trzeba myśleć, że dusza nasza doświadcza istnień, których zmysły doświadczyć nie mogą i że dlatego niepewne są jej przeczucia, bo materialna powłoka przeszkadza duszy mieć pewność w tym, co jedynie wyczuwać może.  Ten wniosek dotyczy i mężczyzn i kobiet. A potwierdza się on nawet co do tych, którzy najbardziej śmiałków udają i chcą grać rolę niewierzących w duchy. 

Dowodem jest zdarzenie które kilka lat temu mi się przytrafiło – aż nadto poświadcza ono, że ludzie każdej płci, w każdym wieku i jakiegokolwiek rozumu, tym samym podlegają słabościom i wszyscy w końcu uwierzą w zjawiska paranormalne, jeśli nie potrafią żadnym sposobem udowodnić, że to, co za rzecz nadprzyrodzoną brali, jest zdarzeniem naturalnym. 

Byłam na wsi w towarzystwie dwojga osób, które choć rozumne i posiadające sporo wiedzy, tak różnych były charakterów, że w żadnej sprawie zgodzić się nie mogły. Było to dla nich niewyczerpanym źródłem różnych rozmów. Ponieważ są to osoby żyjące i może by im było przykro czytać swoje nazwiska i być wspomnianymi w tym zdarzeniu, zataję ich prawdziwe imiona. Idalia – tak nazywać będę moją towarzyszkę – panna pełna rozumu i posiadająca tysiąc wytwornych talentów; Edmond – człowiek melancholijny, uzdolniony artystycznie, doskonały rysownik i z gruntu poczciwy – oto osoby, które, od półtora roku towarzyszyły mi na wsi. Przeciwność ich charakterów sprawiała mi wiele przyjemności, bo niezgodny ich sposób myślenia prowadził do atrakcyjnej wymiany zdań. Gniewał nas często Edmond, gdy utrzymywał, że płci naszej nie można powierzać tajemnic, że się nadprzyrodzonych rzeczy boimy i w gusła wierzymy, a także żadnego przedsięwzięcia nie doprowadzamy do końca. Nie wiem, jak długo jeszcze by nam równie przyjemne rzeczy wmawiał, gdyby pewna przygoda nie przerwała tego gatunku rozmów, doprowadzając Edmonda aż do zaprzeczenia wszystkiemu, co się dotąd z nim działo. 

Domostwo moje leży w dzikiej okolicy, zdaje się że w tym miejscu ponura wróżka założyła sobie siedlisko. Puszcze, które końca zdają się nie mieć, góry, jeziora i dwa starożytne zamki: jeden na wyspie na jeziorze, od dawna zamieniony w smutny klasztor, drugi wśród kwiecistych łąk. Drzewa i różne rośliny oplotły te starodawne zabytki, w których panował książęcy ród pod nazwiskiem Z... – tak się też nazywa wieś, która dawniej była stolicą ich państwa. Ten drugi zamek wzniesiono na wzgórzu. Ledwo ślady można znaleźć, że tam kiedyś były mury. Wysokie wały obrosły gęstym gajem, ale dziwnym trafem miejsce dawnego dziedzińca pozostało wolne i tylko jak dla ozdoby gdzieniegdzie wyrosły drzewka.  Są tylko dwa, naprzeciw siebie,  wejścia do tego miejsca. Z jednej strony widzi się niewielką łakę, a za nią ciemną puszczę, z drugiej spostrzega się obszerne jezioro i wyniosłą wieżę, na której zawieszone dzwony, wydając od czasu do czasu smutny odgłos, powiększają melancholię panującą w okolicy. 

Odkąd los mi przeznaczył mieszkać w tej wsi, dziedziniec wśród ruin był moim ulubionym miejscem, gdzie po długiej przechadzce lubiłam odpoczywać; postawiłam tam szałas, który może ochronić mnie od burzy lub deszczów, gdy niepogoda mnie zaskoczy podczas rozmyślań lub nazbyt długiego czytania. Często tam bawiąc, snułam myśli o przeszłych wiekach, często też w gorącej imaginacji zdawało mi się, że widzę błąkające się cienie starożytnych mieszkańców tej niegdyś zamieszkałej siedziby, teraz zupełnie opuszczonej. Bywa, iż zdarzenie nadzwyczajne w rzeczywistość przemieni marzenia tych, co w samotne ustronie lubią uczęszczać. 

Pewnego dnia poszłam jak zwykle z książką do owego miejsca, nazywanego od dawna Zameczkiem, a że ranek był nie do opisania piękny, kazałam tam zanieść moje śniadanie. Służba moja oddaliła się i zostałam sama; czytałam bardzo długo i widząc po słońcu, że już południe minęło, zabierałam się wrócić do domu, kiedy blisko siebie ujrzałam kawalera na koniu. Był to Edmond, który, powróciwszy z przechadzki i nie znalazłszy mnie w domu, domyślił się, że pewnie w Zameczku bawiłam i tam przybył. Wstałam, on chciał skoczyć z konia, lecz nagle jęk, który zdawał się wydobywać spod ziemi między mną i koniem, wstrzymał nas oboje... Znieruchomieliśmy. Gdy minęło pierwsze zdziwienie, zaczęliśmy szukać przyczyny tego niepojętego jęku, lecz usiłowania nasze były nadaremne; przebiegliśmy cały lasek, a że już była połowa września i liście opadały, widzieć można było z łatwością obszerne pole, które to miejsce otacza. Nie ujrzeliśmy nawet przelatującego ptaka; cisza w powietrzu nie pozwalała przypuszczać, aby wiatr wiejący pomiędzy drzewami mógł spowodować ów dźwięk. Dzwony milczały, pora południowego posiłku zatrzymywała  mieszkańców w domach, tak więc, mimo wszelkich starań i przypuszczeń nie mogliśmy dociec, co  sprawiło, że ten okropny i przerażający jęk, o którym wątpić nie mogliśmy, z ziemi prawie spod nóg naszych się wydobywał. 

Powróciliśmy do domu przejęci i poruszeni tym zdarzeniem, Edmond długo jeszcze dociekał fizycznych jego przyczyn i na koniec wyznał, że znaleźć ich nie może.  Zgodził się z nami, że musiało jednak być coś, czegośmy nie dostrzegli, lecz że pewnie to samo zdarzy się ponownie i że może wtedy uda się nam lepiej zrozumieć to, cośmy teraz pojąć nie mogli. Dzień cały i do późnej nocy strawiliśmy czas na rozmawianiu o różnych przygodach podobnie, jak ta niezrozumiałych, a takie rozmowy doprowadziły do przypominania rozmaitych opowieści o strachach. Edmond, swoim zwyczajem, zaprzeczał istnieniu rzeczy zmysłom niedostępnych, utrzymując, iż wszystko się zdarza naturalnie, tylko trzeba rzecz dobrze zgruntować. Idalia przystała na prawdziwość tego wniosku, ale ja utrzymywałam, że mogą być istoty niepostrzegalne zmysłami i podawałam przykłady zdarzeń znanych z  historii, jak na przykład: widmo Pompejusza na brzegach afrykańskich, gdy mu się Geniusz Rzymu ukazał i śmierć przepowiedział, albo ten, który pokazał się Brutusowi; albo, co Pliniusz o niewolniku swoim dowodził i wiele innych podobnych. Lecz nadaremnie się trudziłam – Idalia i Edmond pierwszy raz się ze sobą zgodzili i usiłowali zbić moje zdanie, ale przy nim trwale zostałam i tak się rozeszliśmy. Nazajutrz zdawało się, że każde z nas zapomniało o wydarzeniach i rozmowach z poprzedniego dnia. 

Jakiś czas potem ujrzałam Edmonda mocno pomieszanego. Szperał ciekawie po wszystkich pokojach i apartamentach, zdawał się liczyć osoby i wybadywać, czy któraś z kobiet domowych nie wychodziła, wszystkie jednak znajdował na miejscu, każdą zatrudnieniem sobie powierzonym zaprzątnioną. Wypytywał też natarczywie, czy ktokolwiek przyjezdny nie przechadzał się w Zameczku, lecz odpowiadano mu zgodnie, że nikogo nie było i nikogo obcego nie widziano. Chcieliśmy dowiedzieć się przyczyny tego osobliwszego wypytywania, ale Edmond wzbraniał się z początku wytłumaczyć nam, o co chodzi, lecz nie mogąc znieść dłużej swego rozkojarzenia, a nawet może i przestrachu, taką nam rzecz opowiedział:

 

„Pamiętacie panie, jak kilka dni temu zaprzątał nam głowy jęk słyszany w Zameczku, którego przyczyny dociec nie mogliśmy. Zdawałyście się panie zapomnieć o tym, lecz inaczej ze mną się działo – chciałem koniecznie odgadnąć przyczynę i z tego powodu co dzień na to miejsce chodziłem, lecz nic nie słyszałem, ani widziałem. Dziś rano, tym samym pragnieniem prowadzony, wszedłem do gaju w Zameczku i prosto naprzeciw siebie ujrzałem osobę siedzącą pod szałasem. Postać jej była odmienna od każdej z was, moje panie, i żadną z was być nie mogła, bo was obydwie dopiero co w swoich pokojach zostawiłem. Ta postać trzymała na kolanach wielką czarną księgę, którą z uwagą czytała, a od głowy aż do nóg zakrywał ją ciemny welon. Zdumienie i ciekawość sprawiły, że prędko zacząłem iść ku niej, lecz szelest kroków moich przerwał jej czytanie, obróciła się do mnie, wstała, przeszła kilka kroków i zniknęła między krzakami. Tak bliziuteńko niej byłem, że mogłem ją zatrzymać, a jednak nigdzie jej znaleźć nie mogłem, choć długi czas jej szukałem”. 

Idalia głośno się roześmiała, a ja wzruszyłam ramionami. „Byłeś w gorączce – powiedziałam mu – alboś ducha ujrzał, chociaż nieustannie zaprzeczasz, że duchy istnieją”. Edmond urażony kpiącym śmiechem Idalii nic nie odpowiedział, lecz odszedł z twarzą ponurą i przez cały dzień do nikogo się nie odzywał. 

Krótko po tym zdarzeniu, zabawiwszy, według mego zwyczaju, w tym samym Zameczku, zostawiłam w roztargnieniu książkę, a znalazłszy Edmonda w bawialnym pokoju, poprosiłam go, aby poszedł po nią, co on chętnie uczynił, lecz dopiero po kilku godzinach stamtąd wrócił. Był tak roztrzęsiony, gdy mi moją książkę oddawał, że spytałam go, czy chory czy może duch jakiś znów go w tym miejscu przywitał. 

„Żartuj, pani – rzecze do mnie – lecz jest aż nadto pewne, że coś nadprzyrodzonego się w tym miejscu dzieje, bo ledwie wszedłem na wzgórek, gdy oto spostrzegłem białą postać, która się zdawała się nie tykać ziemi. Stała naprzeciw mnie, w miejscu, którym się po drugiej stronie z Zameczka wychodzi. Widziałem wyraźnie ją całą, gdyż stała bez ruchu,  wydawała mi się prawie przezroczysta, a zakrywał ją cienki biały welon.  Gdy minęło mi pierwsze zdziwienie, pobiegłem szybko do niej, ale gdy byłem w połowie drogi, postać obróciła się poważnie i powoli zniknęła. Kilka godzin strawiłem na jej szukaniu, lecz tak, jak i za pierwszym razem, na próżno usiłowałem znaleźć przyczynę tak nadzwyczajnego widma”.  

„Jesteś chory, biedny Edmondzie – odpowiedziałam z politowaniem. – Czytałam w jednym dzienniku niemieckim, iż pewien człowiek bardzo uczony przez czas długi widywał tysiące postaci, których nikt inny nie spostrzegał. Zdawało mu się, że się z nim witają, mówią do niego i rady mu dają. Widywał osoby zmarłe i żyjące, znajome mu i nieznane, zarówno w dzień jak i w nocy, w domu i na ulicy. Czasami tłok ich tak wielki mu się wydawał, iż widziano go przyciskającego się w kąt stancji swojej, aby nie być przygniecionym. Trwało to póty, póki mądry doktor i wielki jego przyjaciel, dowiedziawszy się o tym, odwiedził go, aby go przekonać, że to choroba. Dał sobie uczony wyperswadować i zezwolił, aby przyjaciel przedsięwziął leczenie, po czym przez dni kilka pił chłodzące napoje, potem mu mocno krwi upuszczono. Podczas tej operacji zdało mu się, iż ścisk w jego pokoju był nadzwyczajny, a ubiory cisnących się osób w kolorach bardzo jasnych i nawet lśniących, lecz powoli wszystkie te postacie blednieć poczęły, potem podobne do cieniów się stały, na koniec zupełnie zniknęły. Odtąd nigdy już więcej nic podobnego nie widział.  To zdarzenie, Edmondzie, potwierdza moje przypuszczenia – bez wątpienia jesteś chory – czy chcesz, abym posłała po doktora?”. 

Edmond wysłuchał mnie cierpliwie. „Nie  jestem całkowicie pewien odpowiedział – że to, co za drugim razem widziałem, to tylko mamidło wyobraźni, moje zmysły są zupełnie zdrowe i zapas mojej krwi nie musi być umniejszony”. „Więc nabrałeś przekonania, iż ci się w tym miejscu coś nadzwyczajnego ukazuje?”. „Jestem przekonany”. „Lecz czemu ja nic nie widuję?”. „Tego nie wiem – odpowiedział Edmond – ale ponieważ o tej samej porze, to jest między piątą a szóstą, postać mi się powtórnie ukazała, przychodź, pani, co dzień o tej godzinie do Zameczku, a może też, jak i ja będziesz widmo widziała”. „Zgoda” – rzekłam. 

Nazajutrz, o wyznaczonej porze kazałam, aby nam kawę tam zaniesiono i sami najpierw – to jest ja, Idalia i Edmond – udaliśmy się do Zameczku, lecz ledwo na wzgórze weszliśmy, Edmond zawołał: "Oto ona jest” i piorunem poleciał. Zaraz jednak powrócił, mówiąc tonem pomieszanym: „Znowu na moich oczach i kiedym prawie ją już miał schwycić, jak cień znikła”. „Kto?” – zawołałyśmy obie. „Czyście nic nie widziały?”. „Nic, zupełnie nic”. „To rzecz niesłychana, przecież nigdy tak wyraźnie się nie ukazała. Co za piękna kibić! Co za kształt! Ta istota nie może być śmiertelną kobietą”. „Zaręczamy ci, Edmondzie – powiedziałam – żeśmy nic nie spostrzegły, choć z największą uwagą wpatrywałyśmy się w to miejsce, gdzie jak mówisz, tak nadzwyczajnie ci się ukazała. Edmondzie, lękam się o twoją głowę”. 

Idalia śmiała się do rozpuku. „Otóż mężczyźni – wykrztusiła wreszcie – nam przypisują słabostkę wiary w rzeczy nadprzyrodzone, a ten kawaler w biały dzień duchy widuje”. „Idalio – powiedział Edmond urażonym tonem – zmysły moje nie są obłąkane, proszę zaprzestać kpiących prześmiewek.”

Zorientowałyśmy się, że Edmond był dotknięty do żywego. Powróciwszy do domu strawiliśmy niemal całą noc na roztrząsaniu tak nadzwyczajnego zdarzenia. Odtąd co dzień chodziliśmy do Zameczku. Rzadko zdarzał się dzień, w którym Edmond nie widział widma, przywykł i już nie biegł za nim, lecz posmutniał i głęboko się zamyślał; prawie zawsze rozmawialiśmy o cudownej postaci lub «Strachu w Zameczku», albowiem tak  nazywaliśmy tę niepojętą postać, która dotąd jednak tylko oczom Edmonda się ukazywała. Tak upłynęło parę tygodni, ale pewnego dnia, wchodząc do zaczarowanego miejsca, Idalia krzyknęła przerażonym głosem: „Oto ona!” i upadła na ziemię.

Przyskoczyliśmy do niej, jej twarz była blada, jak najbielsza chusta, wielkie łzy płynęły z jej oczu, z trudnością ją ocucono i zaprowadzono do domu. Gdy wreszcie mogła mówić, pytaliśmy, co jej się stało. „Wyznaję – powiedziała głosem, w którym słyszało się strach  – że byłam warta nagany, gdy się z Edmonda naigrywałam, widmo, które on widuje i mnie się pokazało”. Opisała ducha zupełnie zgodnie z opisami Edmonda. „To dziwne – rzekł ten ostatni – właśnie dziś nic nie widziałem”. 

„I ja także nic nie spostrzegłem, ani poczułem – odezwał się nagle cudzy głos – a przecież leżałem w tym samym miejscu, gdzie się duch ukazuje i właśnie nade mną powinien stać”. 

Dopiero wtedy spostrzegliśmy sąsiada, który chcąc się przekonać na własne oczy o tym, o czym tak wiele słyszał, udał się przebrany w byle jakie odzienie i kilka godzin leżał na ziemi, czekając pory ukazania się. Dziwiliśmy się jego odwadze, a dociekliwy sąsiad przysiągł, iż choć tym razem nic nie widział, dotąd ścigać będzie upartego ducha, aż go wyśledzi. Prosiliśmy go wszyscy, aby trwał w tak chwalebnym przedsięwzięciu, lecz ostrzegaliśmy: „Stanie się z waszmość panem to, co z Idalią”. „Zobaczysz go zapewne, a kto wie, czy za swoje niedowiarstwo nie będziesz ukarany – dodał Edmond. – Patrz na Idalię, oto chora z przestrachu, a jednak z początku wierzyć nie chciała”. „Przyznaj – przerwałam – Edmondzie, że mężczyźni nie umieją w niczym zachować pomiarkowania, dawniej przeczyłeś wszystkiemu, teraz, przeciwnie, łatwowierność twoja nie ma granic, niedawno tak mocno uprzedzony co do wszelkich objawień nazywałeś naukę o duchach gorączką rozumu, a tych, co o niej pisali omamiaczami szkodliwymi, a teraz nie tylko byt duchów uznajesz, ale postępujesz dalej, nadając im słabości ludzkie i przypisując im zdolność do  zemsty. Edmondzie, bądź ostrożny, nie za długo uwierzysz w upiory”. „Cicho, cicho – powiedziała Idalia. – Ani słowa o tym. Już się przekonałam, nie zgłębiajmy tej tajemnicy”. „A dlaczego nie?”. „Bo myślę tak, jak Edmond, że uparte szperania mogłyby jakie złe na nas ściągnąć”. 

Sąsiad pożegnał się z nami, i choć każde z nas udało się na spoczynek, nie wszyscy spokojnie spali. Edmond wyznał nazajutrz, że długo w noc rozmyślał nad tym osobliwym wypadkiem. Dzień, który potem nastąpił, był wyjątkowy. Kilka osób z sąsiedztwa oraz wszyscy domownicy udali się do Zameczku w gromadzie. Już dłużej nikt z nas wątpić nie mógł – postać się wszystkim pokazała. Krzyk, poruszenie było powszechne – jedni pobiegli ku niej, inni jak wryci stali. Nic zjawy zmieszać nie mogło, oddaliła się z powagą i na oczach wszystkich wsiąkła w ziemię, która ją oczom naszym skryła... 

Odtąd co dzień się ukazywała, mniej lub więcej wyraźnie dawała się widzieć – czasem wzrost jej był mierny, czasem wysoki i imponujący. Ośmieleni i oswojeni z tak nadzwyczajną chimerą, gadaliśmy do niej, wołaliśmy ją, lecz się nie odzywała; zawsze w tym samym miejscu, zawsze milcząca, zawsze cudownym sposobem niknąca na naszych oczach, pozostała dla nas niewyjaśnioną zagadką. Edmond popadł w głęboką melancholię i niepokoiłam się, że ucierpi na tym jego zdrowie. 

W pierwszych dniach młodości kochał zapamiętale młodą i piękną kobietę, którą śmierć przedwcześnie zabrała, a jego rozpalona imaginacja wyobraziła mu, iż to ona się ukazuje. Wkrótce ten błahy domysł stał się dominujący, więc czekał z niecierpliwością każdego dnia o stałej porze i zawsze smutniejszy powracał z Zameczku. 

Pewnego wieczoru, gdyśmy każde z osobna zanurzali się w myślach, usłyszeliśmy dźwięki gitary. Nie było takiego instrumentu w całym domu, a zdumienie nasze wzrosło, gdy usłyszeliśmy bardzo przyjemny głos, śpiewający następujące wiersze: 


Wszystkim żywiołom o, przyjazna nocy! 

Skrywaj istnienie moje swoim cieniem, 

Niech wszystkie twory uśpione twą mocą 

Nieprzebudzone zostaną mym pieniem. 

Głuche milczenie nakaż przyrodzeniu, 

Niech jedna w całym ja czuwam stworzeniu.

(...) 

Me udręczenie, póty się nie skończy,

Póki kochanka duch, z mym się nie złączy. 

(...)


„Co za głos!” – zawołał Edmond, gdy harmonia nas zadziwiająca ustała. Przypadek zrządził, że Edmond siedział pod oknem, pod którym głos i gitara słyszeć się dały, chciał przez nie spojrzeć, ale było przysłonione okiennicą, wtem kilka akordów i smutne, z głębi serca wychodzące westchnienie zakończyło wszystko. Wybiegliśmy, lecz prócz wartowników nocnych żadnej żywej istoty nie było, przebiegliśmy dziedzińce, ogrody – nigdzie ślad żaden nawet nie wyjawił nam  tajemnicy; wielu z ludzi obcych i z naszej służby słyszało śpiew i instrument, lecz nikt nic nie widział, myśleli, że któraś z nas się bawi. 

„O, Boże, – mówił smutnie Edmond – cóż to się w tym domu dzieje!”. Tu się zapomniał i jakby sam jeden był, mamrotał do siebie niewyraźne słowa, z których zrozumiałyśmy: „Tereso! Miła Tereso! Czekaj... niedługo się złączymy”. 

Jego nieopanowane emocje wzbudziły w nas obawę, że fantastyczne mniemanie, jakoby to duch zmarłej kochanki do niego wraca, mogło go kosztować życie. Umyśliłyśmy skierować jego umysł w inną stronę, aby inaczej spojrzał na wydarzenia, aby uspokoił swą nadwrażliwość i odrzucił szkodzące jego zdrowiu domysły.

„Słuchaj Edmondzie – powiedziałam –  to widmo, te jęki, ten śpiew dziś pod oknem słyszany, wszystko to jest sztuczką wymyśloną dla omamienia i ukrycia jakim to się sposobem dzieje. To my obie wymyśliłyśmy te sztuczki: ja i Idalia”. 

Edmond nerwowo się roześmiał. „Jakże możecie myśleć, że nie widzę w waszych oczach powodu, dla którego mnie tym kłamstwem częstujecie? Potraficie czarować, to aż nadto prawda, lecz czar wasz odsłania się w waszych oczach i staraniach; pozwólcie mi prosić was o lepszą opinię o mojej spostrzegawczości; jak możecie myśleć, że przez tak długi czas udawałaby się taka igraszka, na dodatek przez kobiety ułożona; dawno same byście wyjawiły to mniemane cudo, gdybyście wy jego stwórczyniami były. Przecież widzę smutek na waszych twarzach i domyślam się dlaczego właśnie teraz tak żartujecie – lękacie się, abym w nazbyt wielką nie wpadł melancholię, a może nawet umarł... Sądźcie lepiej o męskim umyśle – umiemy znosić wszystkie przygody naszego życia z męstwem i cierpliwością. Strach i straszliwe skutki jego są tylko dla kobiet, a nie chciejcie zapomnieć, żem mężczyzna”. 

Po tej mowie uznałyśmy, że na próżno staramy się przynieść ulgę jego umysłowi, zostawiłyśmy to czasowi, który powinien przynieść koniec tej przygodzie. Nic więc nie odpowiedziałyśmy Edmondowi, a zjawa ukazywała się jak zwykle, ale nie co dzień, lecz tylko kiedy niekiedy, zaś w dniach, w których jej nie widziano, zawsze coś o niej słyszano. 

Jednej pogodnej nocy, gdyśmy siedzieli pod domem, otoczył nas zapach tak przyjemny, iż wonie, któreśmy uczuli, przewyższały wszystko, co lubieżna wytworność mieszkańców Azji i nawet samej Arabii stworzyła. Zachwyt nasz najwyższego doszedł stopnia, gdyśmy powtórnie usłyszeli akordy gitary i tenże sam głos, lecz z góry, jakby z obłoków wychodzący, który te słowa czule i z wolna śpiewał: 


Przedwiecznych duchów wy, mnogie szeregi! 

Z waszych rozkoszy na czas oderwana 

Doznaję czuciów, miłości potęgi,

Byłam szczęśliwą, tu byłam kochaną. 

Córce powietrza, której otwarte są nieba, 

Na smutnym tym okręgu szczęścia szukać trzeba. 


„Nie, to nie do wytrzymania!” – zawołał Edmond; myśmy milczały. Nie wiadomo, skąd głos dochodził, bo wyraźnie w powietrzu nad głowami naszymi słyszeć się dał, na dodatek mamiące zmysły wonie, noc cicha, rozjaśniona tysiącami świateł, które Bóg na firmamencie zapalił, głos tkliwy i do duszy wdzierający się, mistyczne słowa niewidzialnej, jakby powietrznej śpiewaczki, wszystko to dusze nasze przejmowało najtkliwszym uczuciem, każde z nas chciało upaść na kolana, czcić tę Wszechmocność, która taką słodyczą upajać może serca śmiertelnych. 

O, rozkoszy niepojęta, którą czuć mogą ludzie, mający dar odczuwania, lecz nie wy, dusze zimne i niewrażliwe, którym obce jest zniewalające i tkliwe piękno natury. Wy nie żyjecie – podobne do roślin, idziecie długą i krętą ścieżką życia bez wzruszeń, bez odmian. Zlodowaciałe wasze uczucia nie przerywają nigdy jednostajności waszych dni. A gdy kres wszystkim przeznaczony przerwie pasmo dni waszych, żaden świadek waszego zgonu nie uroni łzy nad łożem waszym śmiertelnym, żadne serce tkliwe nie rzuci kwiatka na wasz grobowiec, nie zagrzeje zimnego kamienia, który pokrywa zwłoki wasze! Nikt was nie kochał, bo i wy nie kochaliście! Żyliście bez uczuć. Przeszliście i nikt was nie zapamięta. 

O czułości, święta cnoto serc poczciwych, czym bez ciebie byłby wszechświat? Cokolwiek stworzone, pozostałoby niedoskonałe. Ciebie Bóstwo zsyłając dokończyło daru swego, z tobą i przez ciebie jesteśmy szczęśliwi. 

Takimi uwagami przejęci, w milczeniu udaliśmy się na spoczynek. Gdy wzruszenie duszy jest ogromne, słowa nie wystarczą.

Kiedy nocą sen zamknął nam oczy, ulotne obrazy zdarzeń za dnia i słodkie marzenia tak łudziły nas, śpiących, malowniczymi wizjami, że kiedy słońce rozpędziło nocny mrok, wszystko co stało się na jawie, zmieszane z nocnymi marami, także wydawało się snem.


W końcu jednak mnóstwo nadprzyrodzonych zdarzeń zwróciło uwagę całej prowincji, a wiele osób specjalnie do mnie przjeżdżało, aby się cudom przypatrzyć i o niczym innym nie rozmawiano, jak o «Strachu w Zameczku». 

Niespodziewanie pewnego dnia Edmont jakby nagle odzyskał poczucie rzeczywistości. „Nieba! – zawołał – wszystko bym dał, gdyby teraz jaki mądry teolog, zarazem dobry fizyk, mógł tu przybyć!”. 

Ledwie wyrzeka te słowa, słyszymy – jakby miały one czarodziejską moc – turkot kół nadjeżdżającego pojazdu i wysiada z niego ksiądz P., człowiek posiadający zalety wymienione przez Edmonda. Nie daje mu ten ostatni czasu przywitać gospodynię, ani spocząć na chwilę, bo już mu bez wytchnienia opowiada zdarzenie, które od pięciu lub sześciu tygodni zadziwia wszystkie okolice. Mądry i rozsądny ks. P. słucha go z uśmiechem i potem nas pyta, jest li ów kawaler przy zdrowym umyśle. Odpowiedź nasza zastanawia uczonego człowieka, prosi natychmiast o pojazd, będąc nadto zmordowanym, by mógł iść piechotą. Czynimy zadosyć jego żądaniu; przybywa on na miejsce wyznaczone, lecz nic nie widzi, szuka przyczyn fizycznych – może jakieś złudzenie optyczne, lub wyziewy z gleby, lecz nic znaleźć nie może, czyni ponownie próby, sprawdza dziedziniec, gaj, grunt, szuka dokładnie i nic nie znajduje, więc powraca zadziwiony, wątpi w głębi duszy swojej, lecz przez grzeczność nie wyjawia skrytych podejrzeń, wypytuje się u ludzi, żąda, aby mu Idalia obszernie jeszcze powtórzyła, co mu już po tysiąc razy Edmond objaśnił i zamiast rozumieć cokolwiek, coraz ciemniej widzi całą sprawe. Ogłasza nam na koniec, że dni kilka u nas zabawi dla rozwikłania niepojętego trafunku. 

Nazajutrz, w porze, w której duch się ukazywał, ktokolwiek był w domu, wyruszył z nami; w drodze szanowny gość raczyl nas roztropnymi uwagami: „Religia – mówił – każe nam wierzyć, że dusze od ciał oddalone modlitw naszych potrzebują, Kościół każe nam błagać Boga, aby kary ich zmniejszył i prędzej ich do siebie przywołał; modlić się trzeba, a duch nie ma przyczyny przypominać nam o naszej powinności – wierzącemu nie musi, a  temu, kto nie wierzy, nadaremne byłyby takie napomnienia. Pismo święte wspomina o duchach, lecz teraz Bóg tych cudów nie potrzebuje, dał nam prawdziwą religię, krwią nas swoją odkupił; te cuda położyły tamę innym, nie trzeba, aby Bóg odmieniał naturę." 

Podobne mowy nie w smak były Edmondowi, także ci, którzy od dawna co dzień nieomal widzieli ukazującego się ducha, przeczyli uczonemu. Ja i Idalia szłyśmy obok niego w głębokim zamyśleniu, a na naszych twarzach był widoczny smutek. Spostrzegł to Edmond i na swój sposób sobie tłumaczył. On i ksiądz szli na czele, wreszcie stanęliśmy w Zameczku, a wtedy zjawa ukazała się swoim zwyczajem i jak zwykle zniknęła o dziesięć kroków od księdza P., który żwawo ku niej podbiegał. Zdziwiony ksiądz nic nie mówił; odszedł od tego miejsca, usiadł pod szałasem i znowu zaczął wypytywać Edmonda o niektóre szczegóły. Ludzie zbierali się do powrotu.

 Zamyślona zeszłam ze wzgórza, prawie śladem ducha, do miejsca, gdzie tak cudownie znikał, a gdy już byłam na dole, krzyknęłam głośno,   ściągając do siebie wszystkich, nie tylko księdza P., Edmonda, Idalię, lecz i tych, którzy byli przy Zameczku. Gdy wszyscy mnie otoczyli, pokazałam im, że odkryłam koniec deski, który wydawał mi się niedawno zakryty darnią. „Coś być musi – oznajmiłam – pod tą deską, a w tych okolicznościach nie powinniśmy czegokolwiek pomijać." Edmond podłożył swoją laskę pod deskę przeze mnie znalezioną. „Boże” – powiedział – on, niedawno jeszcze niewierzący, teraz zaś drżący w nieopanowanych emocjach, których sam by sobie wytłumaczyć nie potrafił. „Boże wszechmocny! I cóż... my... tu... znajdziemy?!”. 

Podniósł deskę, która jak wieko zapadni odsłoniła  jamę, a w niej postać całą na biało... Ręce do nas wyciągnięte, wargi drżące konwulsyjnie, twarz wykrzywiona koszmarnie. Edmond zawołał przejmująco: „O, Nieba, co ja widzę!?”. Odrzucił wieko. W pierwszej chwili zdziwiony i przestraszony, potem przyjrzawszy się uważnie poznaje,  że przezroczystą zasłonę postaci  ludzka ręka utkać musiała, zdziera ją z niej i odkrywa... Co? Piękną głowę, lecz należącą do śmiertelnej kobiety, jednym słowem poznaje Marysię – ładną garderobianą, służącą Idalii. Śmiech ogólny się rozległ, ksiądz P. śmiał się z nami, a Edmond, gdy się otrząsnął z pierwszego wrażenia, zaśmiał się jak wszyscy, lecz sztucznie, udając, że i jemu wesoło. 

„Wybacz, panie – zwróciłam się do szanownego księdza P. – wybacz nam, że cię uczyniłyśmy świadkiem tej dziecinnej igraszki. Kosztowało mnie dużo wysiłku, by ci nie powiedzieć o tym już wczoraj, a na dodatek nieprzytomne postępowanie Edmonda nie zostawiło nam jednej wolnej chwili na rozmowę. Z szacunku do księżej osoby powinnam to zrobić i z wdzięczności za twą fatygę, lecz Edmond  nie dał nam czasu, by ci prawdę wyjawić, a w końcu uznałyśmy, że co się ma zdarzyć, zabawi cię i pobyt na wsi urozmaici”. „Nie gniewaj się, Edmondzie – rzekła Idalia – przecież nie raz cię ostrzegałyśmy, że się zemścimy”. „A to za co?” – zapytał ksiądz P. „Kawa gotowa – powiedziałam – napierw chodźmy się jej napić, a potem ci opowiemy, szanowny przyjacielu, przyczynę tej zemsty, która przez cały czas za główny cel zabawę miała”. 

Gdyśmy wszyscy usiedli, a służący odeszli, prosili mnie powtórnie ksiądz P. i Edmond, abym opowiedziała, jakim sposobem potrafiłyśmy przez tak długi czas tak wiele ludzi utrzymać w mniemaniu, że duch się ukazywał prawie codziennie i zawsze w jednym miejscu? „Najłatwiejszym sposobem – rzekłam – było wykopać dół, zrobić misternie zapadnię i tak zręcznie darnią przykryć, żeby jej wypatrzeć nie można było. Oto cały mechanizm. Dwie dziewczyny różnego wzrostu kolejno grały rolę ducha, ubrane w przezroczyste odzienie, z daleka nadzwyczajną postać miały, a nierówność wzrostu sprawiała odmianę, która pobudzała wyobraźnię. Przychodziły i odchodziły ukrytą ścieżką. Wtajemniczyłam dwóch tylko mężczyzn, a pięć kobiet dokonało reszty. "

"Pięć kobiet!"  – mówiłam. "Słyszysz Edmondzie? Powinno to być dowodem, że płeć nasza tak samo zachować może tajemnicę, jak i wasza. Otoż sposób, jakim się ta rzecz udała, a teraz wyjawię powód naszej zemsty: Edmond utrzymywał, że my nie potrafimy milczeć, że skłonne jesteśmy do przykładania wiary w rzeczy nadprzyrodzone i że nie mamy ani dosyć rozsądku, ani dosyć odwagi by szukać źródeł zjawisk z pozoru nie do rozwikłania. Minione zdarzenia nie tylko Edmonda, lecz cały rodzaj męski, powinny przekonać, że milczeć umiemy i że z drugiej strony mężczyźni, tak jak i my, skłonni są uwierzyć w duchy i że gdy rozpalą wyobraźnię, nie potrafią zgruntować istoty rzeczy, lecz dadzą się z łatwością zwodzić przez mamidła. 

Czas, aby ludzie obojga płci z obopólną zgodą uznali, że wszyscy wspólnie posiadamy jednakowe zalety i te same przywary. Płcią tylko się różnimy, a nie mając nic sobie do zarzucenia, będąc we wszystkim podobni, szanujmy jedni u drugich to, co jest warte pochwały, a błędom naszym wzajemnie wybaczajmy. Pozostaje mi jeszcze wytłumaczyć ducha śpiewającego pod oknem i na powietrzu: tu nic innego nie było, prócz śpiewaczki, która po świecie chodząc z mężem, na chleb zarabiała; zatrzymałam ją już na początku, a nauczywszy ją w tajemnicy piosenki, pokazałam, gdzie ma śpiewać nocną porą. Gdy przyjechała do nas drugi raz, śpiewała już nie pod oknem ani na powietrzu, jak się słuchającym wydawało, lecz przy kominie na dachu – co jest kolejnym dowodem, że wystarczą bardzo proste sposoby do omamienia umysłu, gdy wyobraźnia dopomaga. 

Może powinnyśmy tę historię, na oczach tylu świadków się dziejącą, puścić w świat, co może wywołałoby mnóstwo podobnych zdarzeń, równie sfingowanych jak nasze, lecz nie chciałyśmy podsycać skłonności do przesądów, bo przecież świadectwo takich, jak my osób, zachwiać by mogło niejednym zdrowym umysłem, a przede wszystkim twoim, Edmondzie, ponadto z oczywistego szacunku wobec ciebie postanowiłyśmy położyć tamę tej zabawie, więc daruj, Edmondzie, i wyznaj, że nasz żart nie raz ci sprawił przyjemne doznania, co dusze wrażliwe potrafią zrozumieć”. 



środa, 12 czerwca 2024

Dozmyślać zmyślone.

 

1. Jedyna Rymotworka nasza



 

Pisano o niej: "Imię Drużbackiej w dziejach literatury naszej na szczególną z wielu względów zasługuje uwagę. Naprzód, jest to jedyna Rymotworka nasza – a przynajmniej, jedna godna pamięci; powtóre jest nie zaprzeczenie najlepszą, z rymopisów wieku swojego." 

Zalety jej twórczości przypisywano "talentowi samej Autorki, wady zaś więcej wpływowi czasu przyznać należy." 


W tym spostrzeżeniu widzę pewien sens – na początku XVIII wieku czasopisma były właściwie zamysłem, ani przypuszczano, że pojawi się telegraf, telefon, radio, prasa jako potęga medialna, fotografia, kino, telewizja, internet. Konkurencja muzyki i opery nie zmieniała sytuacji, że jedynym poważnym medium była drukowana książka, też przecież nie od bardzo dawna. Czytanie, pisanie to wciąż były umiejętności dające wstęp do wyższych sfer. Wyobrażam sobie, że im grubszą się miało książkę, tym ciekawiej zapowiadały się nie tylko dnie i noce spędzone przy niej, ale też zmiany, jakie z racji jej poznania nastąpią w życiu czytelnika. Posiadanie biblioteki zawyżało status społeczny. Pozycję dającą wstęp na uniwersytety i dwory można było pozyskać pisząc wiele listów. Ciągnęła się ta epoka po czasy, gdy nikomu nie były za obfite dzieła Dickensa, Dumasa, Tołstoja, Zoli, Balzaka, Verne'a, Agaty Christie, Manna, Joyce'a. 


A dzisiaj onieśmiela nawet zawziętych czytelników ogrom Ksiąg Jakubowych. Ta epopeja prawie się zaczyna od występu pani Drużbackiej właśnie, piszącej kiedyś obficie, zawile, bez umiaru, na chwałę swoją i ku satysfakcji czytelników. Dziś narzeka się, że twórczość jej za obfita jest, zbyt zawiła, nadmierna, za czym trudna, nudna i nie do czytania. 


Księgi Jakubowe to nie jeden, nie pierwszy utwór literacki, gdzie z postacią Elżbiety Drużbackiej, z domu Kowalskiej, możemy się spotkać. 


Z boku, za bluszczu zielonym wiankiem, 

Niby jutrzenka letnim porankiem, 

Zabłysła w oknie postać dziewicy;

Niby w zwierciadle, w ciemnej źrenicy 

Każde słyszane słowo koleją, 

Odbija trwogą albo nadzieją.

Na straszny obraz klęsk i zniszczenia, 

Lice Elżbiety dziwnie się zmienia; 

Śladu rumieńca nie dojrzeć cale,

Ust nawet bledną kraśne korale

Od siły, z jaką jej serce bije. 

Chwieje się rąbek słoniący szyje, 

i pierś dziewiczą białą a młodą. 


Ten cudny opis stworzyła Seweryna z Żochowskich Pruszakowa w książce pod tytułem Elżbieta Drużbacka, wydanej w 1855, a nazwanej POWIEŚCIĄ


 

2. Poetka i Encyklopedysta 

W  Księgach Jakubowych  pani Elżbieta Drużbacka odwiedza księdza Benedykta Chmielowskiego (autora Nowych Aten, encyklopedii ze słynnym hasłem "KOŃ jaki jest, każdy widzi") i zostawia mu na wyjezdne książeczkę ze swymi wierszami:


«Ksiądz idzie do domu, w ciemnej sieni zrzuca buty i wchodzi do swojej biblioteki – niskie pomieszczenie z belkami u powały zdaje się go nagle dławić. Siada w fotelu, piec już na całego rozpalony i białe kafle powleczone miedziowym szkliwem rozgrzewają się powoli. Patrzy na książeczkę tej starszej kobiety, bierze do ręki, wącha. Czuć jeszcze farbę drukarską. Czyta: 


...prawda, że straszna, wyschła, nazbyt blada, 

Junktury żyłmi jak drutami spięte;
Znać nigdy nie śpi, nie pije, nie jada, 

Wnętrzności widać przez żebra wygięte, 

Gdzie oczy były, tam głębokie doły,
Tam gdzie mózg mieszkał, jakby nalał smoły. 


– Zbaw nas, Panie Boże, od wszelkiego złego – szepcze ksiądz i odkłada książeczkę. Taka mu się miła zdawała ta kobieta... »



Fragmencik poetycki, który nim wstrząsnął, to jest opis Śmierci. Pani o imieniu Sylwia, mieszkająca gdzieś w Karpatach, spotkała Śmierć w  poemacie Drużbackiej, zatytułowanym: 


"SNOPEK. 

Na polu życia ludzkiego, związany, przez śmierć 

starożytną Gospodynią, która spotkawszy się w puszczy 

z Pustelnicą, wzaiem z sobą rozmawiaią, śmierć 

ciekawey Penitentce moc y własność swoię 

opowiada."




Dalsza część opisu, której na razie nie doczytał  ksiądz Chmielowski, przedstawia się następująco:



Chusta przez biodra brudna przepasana.

Czy z prześcieradła czy z zgniłej koszuli,

Ledwie co chude zakryła kolana,

Gdzie kiedy było coś, to kryje, tuli;

Uznać nie mogła w strachu pustelnica,

Jeźli był samiec, alboli samica.


Nogi zbyt długie, cienkie, przytym bose,

Ręce jak cepy przyprawione wiszą,

Jednak dość ostrą piastowały kosę,

Wiatry je wznoszą, jak trzcinę kołyszą,

A te bez końca jakieś prochy mielą

W dwóch szkiełkach niby duszę z ciałem dzielą.

Snopek pod pachą z różnego zbóż ziarna,

Trzyma, powrósłem opasan do koła ;

Blisko niej stoją pracowite żarna,

Paprzyca kamień kręcąc, gwałtu woła,

Bez smarowidła darmo piszczy, skrzypie,

Bo ta nie słucha, ziarno w dziurę sypie.


Przeraził widok Sylwią niezwykły (...)



W Księgach Jakubowych czyta się o korespondencji między poetką i encyklopedystą, aż do śmierci obojga prawie pod koniec książki.  Także aż do ostatniej chwili Elżbiety Drużbackiej na tym padole doprowadzona jest POWIEŚĆ poetycka pani Duchińskiej i na tym się kończy (Księgi Jakubowe na śmierci Drużbackiej się nie kończą). Tę scenę przytoczę, bo nie jest ona równie powszechnie znana jak powieść Noblistki. Rzecz stała się w klasztorze:


I przy ostatnim organów dźwięku,

Niosąc gromnice poważnie w ręku,

Wchodzą w próg celi dziewice Boże,

I okrążają śmiertelne łoże.

I w dłoń Elżbiety, chłodną a drżącą,

Składają z wiarą świecę płonącą;

A przyklękając wieńcem na ziemi,

Cieszą modlitwy słowy świętemi

Pełną powagi skonu godzinę.


Lica Elżbiety chłodne a sine...

Pierś ledwie słabe wydaje tchnienie...

Czoło żałobne owiały cienie,

Kroplami zbiega pot z bladej skroni,

Gromnica pada z zmartwiałej dłoni....

I cichy szelest ozwał się w celi:

Zda się, białymi skrzydły anieli,

Z duchem Elżbiety mkną przez powietrze....


Oblicze zmarłej coraz to bledsze.

Twarda dłoń śmierci, na zrytem czole

Ciężkie żywota wygładza bole;

A łuna gromnic świeci grobowo,

Nad martwej wieszczki sędziwą głową!

KONIEC



Właściwie to nie jest koniec  książki z POWIEŚCIĄ, gdyż potem następuje trzydzieści jeden stron PRZYPISÓW, które są osobnym esejem o Drużbackiej i o epoce, ciekawszym niż rymowana POWIEŚĆ  i normalniej napisanym.


Na zasadzie przypisu kawałek pierwszego listu, jaki do księdza Chmielowskiego napisała pani Drużbackiej pani Tokarczuk. Poetka wyznaje w nim, że Nowe Ateny zna od młodości i zaczytywała się encyklopedią:


Od razu po przyjeździe z wielką przyjemnością zajęłam swoje wieczory powtórnym czytaniem Nowych Aten, które przecież dobrze znam, bom się w nich zaczytywała, gdy po raz pierwszy były wydane. I gdybyż na to moje oczy pozwoliły, czytałabym godzinami. Bo teraz jest to bardziej szczególne, bo przecież znam Autora osobiście, i nawet zdarza mi się, że słyszę jego głos, jakbym czytanie na głos miała od Ciebie, Dobrodzieju. A i książka ta jest dziwnie magiczna – można ją czytać bez przerwy, to tu, to tam, i zawsze coś ciekawego w głowie zostaje, i ma się wszelkie preteksta do pomyślenia, jaki to świat jest wielki i skomplikowany, że myślą się go nijak objąć nie da, chyba tylko wyrywkami, drobinami małych zrozumień. 

Teraz jednak zmrok tak szybko zapada i codziennie połyka nam chwile naszego życia, światło świec zaś jest tylko nędzną imitacją światła, której nasze oczy znieść długo nie mogą. 

Wiem jednak, że zamysł Nowych Aten jest zamysłem wielkiego geniuszu i odwagi ogromnej i wielką ma zasługę dla nas wszystkich, jak żyjemy w Polszcze, bo to prawdziwe kompendium naszej wiedzy.



Jak już wiemy, o KONIU Pani Elżbieta nie czytała, bo sama widziała, jaki jest, więc nie musiała, za to dwie strony dalej nabrała wiedzy o stworzeniu zwanym MUMERUS... jest Zwierz osobliwy w Lybii, Teste Lochnero, który łup swój, albo pożywienie, zawsze na jedenaście dzieli części, dziesięć zjada, jedenastą na dalszy czas rezerwuje.

Również pod literką M znajdowała poetka naukowe objaśnienie sposobu polowania na małpy w Afryce – otóż pisał ksiądz Chmielowski, że cechą małp jest małpowanie tego, co robią ludzie, więc myśliwi przychodzą na miejsca, gdzie bywają małpy, przynoszą ze sobą dużo sznurów, siadają na ziemi i tymi sznurami związują sobie nogi i ręce, potem się rozwiązują, zostawiają sznury i odchodzą; na to miejsce przybywają małpy, które podpatrywały myśliwych i tak samo jak oni, krepują sobie sznurami ręce i nogi; wtedy myśliwi wracają na gotowe i zwyczajnie,  jak na grzybobraniu, zbierają samopowiązane małpy. 

 


3. Paka ze sta egzemplarzami.

 



Czy wnuczka pani Elżbiety Drużbackiej, Krystyna, która ponoć była babką Aleksandra Fredry, to matka jego matki, czy też matka ojca? Pisano, że była babką jego w linii żeńskiej, ale czy to oznaczało początkową linię pochodzenia, czy finalne babciowanie od strony matki?

Babka owa posiadała rzekomo egzemplarz "Nowych Aten", czyli encyklopedii ks. Benedykta Chmielowskiego z połowy XVIII wieku. Ową zwariowaną encyklopedię Aleksander rzekomo czytywał, w domowej bibliotece przeglądał. Wspomina Olga Tokarczuk, że ten egzemplarz "Aten" z księgozbioru Fredry można oglądać w Ossolineum wrocławskim. Wspomina, ale może zmyśla? Bo jak babka pana Aleksandra mogła mieć w całkiem niepewnej schedzie po swojej babce Elżbiecie podarunek, który zapewne nigdy nie zaistniał?

Przecież nic, nic kompletnie nie wiadomo, o tym, jakoby ks. Benedykt pani Elżbiecie dzieło swoje podarował. To są fabularne zmyślenia z "Ksiąg Jakubowych". Napisała im obojgu noblistka Olga korespondencję na parę listów w "Księgach" swoich; o spotkaniu ich obojga napisała, o zaprzyjaźnieniu się – i sama przyznaje, że to zdarzenia nieprawdziwe, a jedynie prawdopodobne. 

W powieści zmyślonych listów poetki do księdza przyjaciela jest pięć. Rzeczywiście przez nią napisanych ocalało dwadzieścia siedem (niedawno znaleziono więcej). Oczywiście porównuję prawdziwe do zmyślonych i widzę, że te zmyślone ładniejsze, o bardziej skomplikowanych sprawach napisane, refleksyjne albo i mądrzejsze nawet, a przede wszystkim – zrozumiałe od pierwszego czytania. Czy z zaświatów Drużbacka pani Tokarczuk te listy podyktowała, czy w zaświaty Olga Elżbiecie?

Zaczyna się korespondencja między encyklopedystą a poetką od listu wysłanego przez nią w Boże Narodzenie roku 1752 z Buska. Jest miejscowość o nazwie Busk, około dwudziestu kilometrów na wschód od Lwowa i być może to ta z pierwszego listu. Drużbacka znalazła się tam (i w tamtym czasie) z powodu towarzyszenia kasztelanowej Katarzynie Kossakowskiej w podróży do Kamieńca. Wyruszyły na początku października z Lublina, zatem w Busku w grudniu zatrzymały się już z Kamieńca wracając. W powieści Busk ma osobną rolę, zaś kasztelanowa bywa  tam prawie jak u siebie. Załóżmy więc, że na miejscu stojącego do dziś pałacu grafa Badeniego był wcześniej dwór, w którym podróżniczki rozlokowały się na Boże Narodzenie 1752, dojechawszy zimą od Kamieńca na połowę drogi do Lublina. Parę dni tu pobyły, skoro Drużbacka mimo świątecznych rozgardiaszy spokojnie papier rozłożyła, ustawiła kałamarz, pióra naszykowała i czas miała podumać nad wcale długawym listem. 

Nie wiem, którego dokładnie dnia w październiku tę podróż rozpoczęły panie powieściowe. Jeszcze pod koniec września 1752 roku realna Drużbacka przebywała w Rzemieniu. I stamtąd napisała dnia dwudziestego pierwszego list do wydawcy swych wierszy, Załuskiego, że "dużej paki ze sta egzemplarzami" książek jeszcze nie dostała. Załuski wcale się nie kwapił na własny koszt paczkę z Warszawy wysłać, szczęściem Drużbacka uprosiła podstolego Szydłowskiego, żeby ją przywiózł. Jak widać pan podstoli obrobił się z Warszawy i "powracając w te kraje mógł tę pakę zabrać kazać, co mi deklarował", napisała.


Rzemień po lewej, Lublin u góry, Lwów po prawej. Do Kamieńca, za mapę w prawo, daleko jeszcze.


"Te kraje" – czyli które? – Rzemień? Lublin? Prawdziwy Szydłowski paczkę na pewno przywiózł, bo powieściowa Drużbacka w podróży z kasztelanową Kossakowską ma książki na podarunki nawet. Nie mieści mi się w wyobrażeniu, że Kossakowska powozami swoimi pojechała po Drużbacką do Rzemienia. Toż to prawie tyle drogi z Lublina, co do Lwowa i w przeciwnym kierunku, sporo za Sandomierzem. Raczej wyobrażam sobie, że fatygowała się Drużbacka – mogłaby do Zamościa, żeby było krócej i Kossakowskiej po drodze, ale chyba tak się nie stało. Autorka "Ksiąg Jakubowych" wyraźnie napisała, że wyruszyły z Lublina. No, to chyba tam Szydłowski pakę przywiózł. 


 Było książek sto. Paka z nimi miała rozmiar

u spodu na pół metra w tę i w tę, a w górę prawie metr.

 

Autorka "Ksiąg Jakubowych" wykorzystała lukę czasową między owym listem z 21 września 1752, a następnym z 31 stycznia 1753, które są w zbiorze dwudziestu siedmiu, wyszperanych współcześnie przez panią E. Marczewką-Stańdową. W "puste" cztery miesiące pisarka wyekspediowała Kossakowską i Drużbacką do Kamieńca. Ze Lwowa przez Rohatyn je wysłała. Czemu tamtędy, a nie, jak sensownie mapy kierowały, drogami pocztowymi przez Złoczów i Trembowlę do Husiatynia, skąd jeden skok do Kamieńca był? Rohatyn leżał poza szlakami. Czytelnicy "Ksiąg" wiedzą" – żeby podczas przystanku w Rohatynie Drużbacka mogła się wybrać dwadzieścia kilometrów na północ do Firlejowa, do księdza Chmielowskiego. Kossakowskiej może i po drodze nie było, ale paniom Drużbackiej i Tokarczuk wręcz znakomicie.

Od Bożego Narodzenia w Busku miała czas skromna szlachcianka, poetka, wielkiej damie i do Lublina dotowarzyszyć, powinności dwórki dopełnić i wreszcie do Rzemienia spokojnie wrócić. Dwórką musiała być ważną, skoro z kasztelanową w jednym powozie jechała, a kiedy zbłąkane w Rohatynie spotkały przypadkiem ks. Chmielowskiego, Drużbacka go ucapiła, guzik mu u sutanny urywając, i pozwoliła sobie syknąć przez zęby: – "Na zmiłowanie boskie, niechże ksiądz powie, gdzie tu jest dom starosty Łabęckiego! I ani słowa! I milczeć o wszystkim!"

Listy zaraz przed podróżą i po niej pisane, adresowała do wspomnianego wydawcy Załuskiego, ważne sprawy w nich omawiając. Był to Józef Andrzej Załuski – biskup, polityk, mecenas nauki i kultury, bibliofil, edytor, bibliograf, historyk, również poeta, ale raczej średni, no a przede wszystkim współzałożyciel Biblioteki Załuskich w Warszawie.

Miała z tym wielkim panem wydawcą skromna poetka swoje perypetie........



4.Poetryia i wydawca. 

Niemożliwe, żeby Drużbacka zabrała w podróż z Kossakowską wszystkie sta egzemplarzy, ale kilka wzięła, bez wątpienia. Według "świadectwa" Olgi Tokarczuk, Chmielowski wizytował damy bawiące w Rohatynie, nim jeszcze pani Elżbieta odwiedziła go osobiście – "...rozmowa schodzi na Drużbacką i Kossakowska przypomina, że jest ona poetką, czemu bardzo grzecznie dziwi się ksiądz dziekan Chmielowski, lecz po prezentowaną książeczkę chciwie wyciąga rękę. Zadrukowane kartki budzą w nim jakiś odruch trudny do opanowania – złapać i nie wypuścić, dopóki oczy nie zapoznają się, choćby pobieżnie, z całością. Tak jest i teraz, otwiera, zbliża do światła, żeby lepiej się przyjrzeć tytułowej stronie. 

– To rymy – mówi rozczarowany, ale szybko się mityguje i kiwa głową z uznaniem. Zbiór rytmów duchownych, panegirycznych, moralnych i światowych... Nie podoba mu się, że to wiersze, nie rozumie ich, ale wartość tomiku wzrasta, gdy ksiądz widzi, że wydali to bracia Załuscy." 

Dwa lata wcześniej Józef Andrzej Załuski zamyślił pięciotomową serię poetycką różnych autorów, tak skromnie planując, żeby tom z jego własnymi utworami nie był pierwszym, ale i nie ostatnim. Co tam swojego nawtykał i kogo prócz Drużbackiej, mało mnie ciekawi, prócz jednego przypadku. Pierwszy tom z serii dedykował czterem księżniczkom. Mało – księżniczkom: "CNYM HEROINOM POLSKIM", "ARCY-GODNEMU DAM POLSKICH ZBIOROWI"; trzem Czartoryskim i jednej z Czartoryskich Potockiej. Wychwalał przy tym swój produkt, lansując utwory Drużbackiej jako Skarb, a ją samą wznosił na olimpijskie piedestały poezji. "... pierwszy Talent, na chlubę Polski y pompę narodu... w Koronie naszej Perłę..." – tak ją nazywał, a że przy tym nie istniało jeszcze w polszczyźnie słowo "poetka", pisał – Poetryia i Rymopiska.

Pomysł, żeby tom pierwszy w całości Drużbackiej poświęcić, stąd wynikł, że jej wiersze w rękopisach krążyły wśród czytelników i wielki był na nią popyt oraz powszechne wychwalanie. Sam Józef Andrzej rozsyłał odpisy jej twórczości i zapewne o autentyki do kopiowania prosił. Do Autorki także się zwrócił o przysłanie mu już poczynionej twórczości i o pomnażanie jej. 

Wydaje się, że zamysł Załuskiego Drużbacką zaskoczył i chyba przerastał jej wyobrażenia o wartości swojej poezji – "...wypełniam chętnie powinność należącą, ale bardziej pod korektę Pana Dobrodzieja tę pracą podaję, aniżeli sądzę, aby warta była dania do druku..."

Jego list do niej nie zachował się, ale ocalał długaśny od niej, pisany na początku września 1750 roku, chyba po ochłonięciu z szoku, a może według maniery ówczesnej, jako co tam moje poezje warte, tralala i podobne dyrdymały wyskromnione. Że już jednak ochłonęła, ten świadczy pasus na temat portretu: "Co zaś do posłania mego portretu, jest rzecz dla mnie przyciężka oprócz rozkazu Pana Dobrodzieja, gdy  wcale nie mam się z czym przed malarzem popisać, mając lat blisko pięćdziesiąt i dwa. Mam ja portret mój od lat dwudziestu malowany, ale z teraźniejszym wiekiem moim wcale się nie zgadza, a w tym czasie wstyd by mie było twarz starą na publiczny wystawiać widok." Jakbym Szymborską słyszał...

Tak, że były na początku ceregiele, ale szybko się zbyły. Półtora miesiąca pan Załuski nie pofatygował się odpisać: "...jeżeli pisania moje doszły do rąk Pana Dobrodzieja..." – pytała Drużbacka siedemnastego października. Musiała być z lekka wpieniona na Dobrodzieja, bo go wręcz obsztorcowała: "...śmiem przy winnym respekcie Pana Dobrodzieja upraszać, abyś mi oznajmić rozkazał dla uspokojenia mojego, czy te egzemplarze doszły..." Ale co tam Drużbacka! Panią na Baranowie, bo tam poetka akurat przebywała, tak Załuski wkurzył, że się pod liścikiem osobiście dopisała: "Nie chcę inykomodować osobnym listem Pana Dobrodzieja, w tym winny zasyłam ukłon upraszając, a żebyś zawsze był stateczny sercem dla mnie [i] jej jak prędko wyndzie z droku ty tak piękny cheroiny dziło,  żebyś mi chciał przysłać, o co mocno upraszam..." – i się podpisała skromnie  "WXL Sanguszkowa MWLit", co się wykłada: Wielka Księżna Litewska oraz Marszałkowa Wielka Litewska. Brak osobnej "inykomodacji" oznacza w tej dyplomacji: "Na osobny list ode mnie nie zasługujesz, a własnoręczny dopisek stawiam tu jak pieczęć, no, to się, dobrodzieju, ogarnij."

Jak się pan Załuski postarał poetkę, a zwłaszcza księżnę ugłaskać, nie wiadomo. Drużbacka dowiedziała się (może półtora roku poźniej?), że tom "Zbioru Rytmów" już wydrukowany, bo wydawca najwyraźniej sam zawiadomił ją, może jeden przysłał i obiecał dostarczyć, tak zwane dziś, egzemplarze autorskie. Obiecał... Trzeciego sierpnia 1752 roku Drużbacka informowała go, że czeka i czeka i czeka, i nic – "...zaczem odważam się upraszać chocia  o kilka [egzemplarzów], gdy  dobrzy przyjaciele pokoju mi nie dają, a nie mam czym uczynić im satysfakcją." 

 



"Errory drukarskie", czyli cudze ELEGIA, 

pomieszczone między OPISANIE IV ELEMENTÓW 

a FORTECA.


Jaki ma nieporządek w swoim wydawnictwie to się na pewno Załuski z tego właśnie listu dopiero dowiedział, gdy mu Drużbacka taką oznajmiła "bombę": "Teraz dopiero znalazłam czas wolny do przejźrzenia tej książki, w której znalazłam niemało errorów drukarskich, ale te  osobliwie Elegia, nie mojej kompozycji, ani się do tak wysokiego stylu przyznawać mogę, nie wiem, skąd przyszły."

"Nie mojej kompozycji" – oznacza, że to są cudze wiersze...

Na wracającą w styczniu 1753 roku z Kamieńca Drużbacką czekał w Rzemieniu list od Załuskiego, który domagał się opłacenia przez nią prac drukarni pijarów oraz zajęcia się rozsprzedawaniem tomu. Po szesnastu latach Załuski wciąż pamiętał odprawę, jaką mu poetka dała i narzekał, że  go "niewdzięcznością nadgrodziła", zarazem notując w autobiografii, że "jej posłałem 100 egzemplarzy", co, jak wiemy, jest – delikatnie mówiąc – przechwałką. 



5. Poetycki prawie romans. 

 


Wyjaśnienie pomyłki w T.III. "Zbioru Rytmów"

 

"ULRYK XŻE RADZIWIŁŁ Koniuszy W. L. żyiący za Augusta II. i III., iest autorem pięciu rytmów nazwanych elegiami, przez pomyłkę wydrukowanych między wierszami Drużbackiey. (Lecz wydawca onych Józef Załuski, sprostował tę pomyłkę, w przedmowie do trzeciego tomu zbioru rytmów wierszopisów żýiących" 

– tak rzecz objaśnił Feliks Bentkowski w roku 1814, ale 70 lat później niejaki profesor Bełcikowski wysmażył ogromne studium o poezji Drużbackiej, przypisując jej te wiersze, choć coś mu zawadzało, skrzypiało niemile, bo z profesorskim pluralis majestatis wyznawał: "...mianowicie dla nas przynajmniej te elegie mają w sobie coś niezrozumiałego, a zwłaszcza pojedyńcze myśli wydały nam się tak nieraz ciemne, że trudno dojrzeć w nich związku między sobą."

Ulryk albo Udarlyk Krzysztof Radziwiłł chyba przez wiersze pani Elżbiety podkochiwał się w niej platonicznie. Załuski wyłudził od niego jakiś jej rękopis i mu oddać nie chciał, więc pisał do niego Udalryk żałośnie, że bez tego rękopisu czuje się tak, jakby mu rękaw urwano. A może nie przez wiersze tylko? Młodszy był od niej o 17 lat i jako młodzian mógł ją spotkać na jakimś dworze, więc jeśli pani Elżbieta była urodziwą damą, chłopaczyna się zauroczył, a duszę miał poetycką.  J.Peszka namalował w 1839 roku z wyobraźni jej portret najprzecudniejszej urody (choć inne portrety, też z wyobraźni, nie powtarzają olśniewających powabów). Jeśli nie zgodziła się na konterfekt w książce to czy nie dlatego, żeby dawnych wrażeń wielbicielom nie psuć? 

 




Jakby recenzja-reklama edytorska wstawione są w połowie tomu wiersze Ulryka wychwalające poezję Drużbackiej. W zawalonej papierami oficynie rękopisy jego leżały wśród innych z odą pochwalną na wierzchu i wzięto cały pakiet do druku, sądząc, że tu nie chwalącego są utwory, ale chwalonej. Zamieniono Ulryka w Elżbietę, złączono oboje i platoniczne uczucie słowem się stało.

Ulryk wykoncypował, że skoro poetka rezyduje w Rzemieniu "nad Wisłoko" to on na tej "metaforze" osnuje całą odę. Przyznam się, że z jego majaczenia nie rozumiem prawie nic:

Nie z prostej skóry pas ciągnę Rzemienia,

Z której tu snuje muza swe osnowy

Tać z Helikońskiey cór idzie plemienia

W DRUZBACKICH kroplach kręte kroi rowy,

Gdzie po kamykach szumne graią zdroie

Z kąd Poetyckie smak dają napoie.

Któraż z Wisłocznych wod Rzemień opłócze

Z kąd łatwiey zwiiać Poetyckie węzły

Niech się w szemrzących Drużbakach nauczę,

Jak myśl formować iak sens czynić zwięzły.


Następnie jest pięć podobnych zwrotek z tak samo zwięzłymi sensami i z myślą podobnie formowaną. Poniosło go wzruszenie, jak widać, i dalej jeszcze poszedł indagując, aby Załuski podjął się publikacji poezji Drużbackiej.

Ona potem ironizowała delikatnie, że gdzieżby na tak wzniosłej nucie jak owe ELEGIA potrafiła pisać, ale (udawała że???) nie rozpoznała w nich tego samego autora, co ją wychwalał. A przecież mu kiedyś odpisała na tę odę mętną długim, pochwalnym wierszem o nim samym i o jego twórczości, w którym mu pokazała, jak mistrzyni panegiryku potrafi nawychwalać poetycko. Wymiana ich poezji odbyła się chyba znacznie wcześniej – nim Załuski zaproponował jej drukowanie dzieł. Jest tajemnicą księcia Radziwiłła, jak sobie załatwił publikację ody o sobie. Może  dał Załuskiemu wiersze Drużbackiej wychwalające Bibliotekę Załuskich? A potrafiła pani Elżbieta kadzić wręcz niemiłosiernie, bezlitośnie, tak samo zresztą, jak sponiewierać wierszem.





Niezrozumiałe "majaki" księcia Ulryka, wyżej cytowane, odszyfrowuję następująco:

Opisuję przystrojoną w strój,  jaki tkam z najcieńszych rzemyczków,  postać Muzy,  co jest siostrą boskich Muz ze wzgórz Helikonu,  a która tu z leczniczych źródeł w Drużbaku przypłynęła górskim strumyczkiem,  dającym natchnienie niczym mityczne Źródło Poetów.

Ten strumyk Drużbacki łączy się z Wisłoką,  płynącą przez Rzemień i dlatego tu powstaje Poezja tak wspaniała; a ja, gdy zaczerpnę ich zmieszanej wody,  też nauczę się misternej sztuki pisania.

[ Samuel Linde podawał w Słowniku: "DRUŻBAKI, wieś w Starostwie Spiskim, sławna łaźniami i wodami zdrowemi, od Krakowa 13 mil." ]

Potem następuje zwrotka akrobatycznie i ryzykownie porównująca owo czerpanie do obmywania się Jana (Chrzciciela) wodami Jordanu, z których wynurzał się on nawiedzony Duchem mądrości. Nie rozgryzłem jednak następnej "rzemiennej" aluzji:

W raz Ian rzemienne na się wdziewa płaszcze

By nie zalała skazitelna burza.


Zwrotkę kończy fraza...


Czysty jak kryształ, czyste pasze biodra

Lepiey wyrazi muzy ręka szczodra.


...której kompletnie nie rozumiem, bo słowo "wyrazić" miało ongiś (jak ma dziś) tuziny znaczeń – od "wyrzucać", "zabijać", poprzez "odtwarzać", "naśladować" do "mówić", "wysłowić". Nie wiem też, czy "pasze" na pewno znaczy "opasuje", tak jak nie wiem, kto ma być "czysty jak kryształ" – Jan, czy Ulryk? Blado się tylko domyślam, co może znaczyć "muzy ręka szczodra", ale z kryształem i biodrami nijak mi się ta szczodrość nie kojarzy. A pan Ulryk wiedział, chyba nawet jak wytrzeźwiał !!!

Następna zwrotka opowiada o "tratfach", jakimi po Wisłoce płyną przez kraj chleby żywiące go (poezją zapewne), a Muza "kieruje wiatry, by nie rozbiły szkopuły czy tatry". Szkopułami nazywano zdradliwe skały na morzu, a "tatry"...??? – to chyba coś podobnego.

W ostatniej zwrotce Ulryk też igra nazwiskiem pani Elżbiety, ale tym razem chodzi o  "Drużbackie stoki", czyli łąki wokół rzek, które "sprawiedliwie noszą tytuł ożywiciela". A ponieważ "dziwne skutki wód Drużbackich głoszą Muzy" to jako "cudowne leki" wody owe uzdrowią, a przynajmniej "poprawią" niedołęstwo "rhytmów" pana Ulryka – taką wyraża nadzieję.

Po lepszym przeczytaniu wiersza przyznaję, że tak kompletnie niezrozumiałe te koncepty nie są. Owszem, wyobraźnia księcia Radziwiłła hasała bez skrępowania, owszem – zabawy nazwiskiem i nazwą miejscowości to mało wyrafinowana propozycja, ale przecież jakiś pomysł metaforyczny w tym jest. Ot, rozpoetyzowany koniuszy z lekka przybredził, chcąc się poetce podlizać i własne kopytko przy okazji podkuwania Pegaza podstawić. 

*

Zapewne niewiele spod książęcych piór wyszło pochwał dla literackiego pospólstwa. Pani Drużbacka na te peany zareagowała tak, jakby ją spotkało niesłychane wyróżnienie, skoro Jaśnie Oświecony Książę o niej napisał – tak przynajmniej się z pozoru wydaje. Musiały te ich akcje poetyckie odbywać się po roku 1736, gdy ona była już wdową, gdyż o swym "stanie" wspomina i że taki honor i łaska pozwalają jej teraz "umbrę", czyli zasłonę wdowią zdjąć. Brzmi to rzewnie i poddańczo, ale mam nieodparte wrażenie, że Drużbacka serdecznie się z Ulryka obśmiała i zapewne ze znajomymi damami. Tak, czy owak odpowiedziała godnie i w najlepszym panegirycznym stylu wierszem znacznie dłuższym, znacznie misterniej ułożonym. Jego nazwała Orłem, siebie sową. Jego kunszt poetycki oblukrowała pochwałami, jak pączka, swój przedstawiając jako nieporadny i lichutki. 

"Niesłuszna sowie z Orłem w zawód chodzić w locie" – zaczęła, co oznacza, rzecz jasna, że gdzież tam sowie równać się w lataniu z królem ptaków. Potem pisała, że jej muza teraz zamilknąć musi, a ona sama pióra do ręki nie ośmieli się wziąć; że taka "poetyczka", jak ona to za księciem może najwyżej z tabliczką chodzić (pewnie jako skryba), ale raczej powinna mieć tekę  na jego mądrości, i że "za orłem pióra w polach zbiera y tym się chlubi, co orzeł zgubi". 

No i oczywiście nawiązała do Pegaza. A jak do pegaza to i do koniuszego, a właściwie do KONIUSZEGO, co dwa razy w wierszu wielkimi literami napisane jest (książę był też potem generałem majorem kawalerii litewskiej) i Drużbacka go wychwalała, że taki rycerz Sicz hajdamacką na pewno "zdepce podkową" – ale przecież kpiła w żywe oczy, bo podejrzanie dużo jest w jej wierszu "końskich" napomknień. Wiedziano, że Ulryk Krzysztof języków się ponauczał, księgi czytał i zbierał, dziwaczył i wizje snuł, pisał wierszem i prozą, ale zaś mu tam, grubasowi, do rycerstwa w kawalerii. Książę zaś koniuszego, orła, rycerza, mędrca i łaskawcę gładko łyknął, a panią za oczarowaną jego talentem uznał, skoro swoją i Drużbackiej odę zarekomendował Załuskiemu do zbioru jej wierszy. 


 6. Dozmyślać do zmyślonego 

Jak łatwo zauważyć, mieszam fikcję powieściową z dokumentalnymi tekstami i nie przeczę, że jest to niefrasobliwe traktowanie literatury i historii.  Listy, a zwłaszcza mające 300 lat, same zmieniają się w utwory literackie. Czym dla nas Drużbacka, tworząca je za pomocą pisarskiego medium Olgi Tokarczuk, różni się od Drużbackiej, która gdzieś, kiedyś własną ręką je pisała? Staropolszczyzna na pożółkłych papierach i jej autorka, wydają bardziej zmyślone, niż jej pisma i pani sama, występująca na nowiutkich kartach współczesnej powieści. 

Historia jest pełna pustego czasu, pełna wolnej do zagospodarowania przestrzeni. Jak nam się wydaje, w empirycznej realności zjawisko owo nie występuje. Nawet jeśli "nic się nie dzieje" to zawsze choćby wskazówki, lub liczniki atomowe zapełniają upływający czas. Ale historia nie jest realnością doświadczaną na bieżąco, toteż ma ona prawo występować w literaturze, lub dokładniej mówiąc – literatura ma prawo nią zawładnąć, jak się twórcom i czytelnikom żywnie podoba.

Drużbacką przyłapujemy w powieści Księgi Jakubowe na wysłaniu listu bez daty i miejsca – oto ona, która rzekomo nigdy tej powinności nie zaniedbała, zwierza się ks. Chmielowskiemu ze swego rozumienia twórczości poetyckiej, nazywając tę sztukę "doskonałością form nieprecyzyjnych". Olga Tokarczuk czyni z niej osobę w owej chwili roztargnioną, ale przypuszczam, że z tego powodu, aby nie znajdując odnośnika czasowego i miejscowego, czytelnik mimochodem samej autorce powieści przypisał owo genialne spostrzeżenie. Już wspominałem, że nie bardzo rozróżniam która której słowa podpowiadała. Być może Drużbacka była tak przenikliwa dzięki Tokarczuk, ale może działo się na odwrót?

Jakieś roztrzepanie myśli zawładnęło w tamten dzień Drużbacką. Pyta więc Chmielowskiego o przesyłkę dlań z papuciami, z owocami suszonymi, z szalem – czy dostał. A za chwilę cytuje mu fragment poezji ze swego najnowszego tomiku poezji. I filozoficzne myśli też w ów list wplątuje. To jeszcze nie wszystko, a już widać, że namieszała w swym liście grochu z kapustą. 

Najpierw sprawa nowego tomiku – ponoć nic podobnego miejsca nie miało. Oprócz tego, co wydał Załuski, inna książka z jej twórczością za jej życia wydana nie była. Załuski tylko powtórzył edycję Zbioru rytmów i być może w tym samym 1752 roku, co wydanie pierwsze. Na dodatek cytat w liście pomieszczony


Dosyć tu będzie na mój rozum podły,

Nie potrafiwszy gwiazd na niebie zliczyć, 

Przynajmniej w lesie dęby, sosny, jodły 

Rachować, w tej się artmetyce ćwiczyć.


pochodzi z poematu w książce, którą ona księdzu podczas podróży z Kossakowską podarowała, a nie z tomu jakiegoś, którego on jeszcze nie znał.


Co mnie jednak interesuje najbardziej to napomknienie o opisywanej już pace sta książek. Napisała Drużbacka tak:


Martwił się Jego Ekscelencja biskup Załuski, że straci na mnie jako wydawca, i goryczą podlewał swe listy, a tu się okazuje, że cały nakład już wyprzedany, i jak się dowiaduję, szykuje się drugi. Przykro mi trochę, bo się teraz domaga ode mnie, bym własne wiersze wydane przez niego sama sprzedawała. Wysłał mi sto egzemplarzy, a że jego gnębią o pieniądze pijarzy z drukarni, to mnie kazał je zbywać. A ja mu napisałam, żem swych wierszy dla pieniędzy żadnych nie składała, ale dla zabawy i refleksji ludzkiej. Majątku dochodzić na nich ani nie chcę, ani nie umiem. Jakże to? Miałabym niczym handlarz jaki wziąć na wózek własne wiersze i po jarmarkach je za grosz oddawać? Czy wpychać je na siłę jakimś wielmożom i czekać ich łaski? To ja już sobie winem pohandlować wolę niźli wierszami. 


"Wysłał" – ???? Jakże to? – z historii wzięta misja pana podstolego Szydłowskiego, przeniesiona w literaturę w zapomnienie poszła? Nie znamy z dokumentów finału jego szlachetnego zamiaru, ale czy mamy przypuszczać, że do skutku nie doszedł? A może Załuski Drużbackiej wmówił, że paczkę wysłał, a ona w to uwierzyła po kilku latach? Prywatnie, osobiście obstaję za udaną akcją podstolego.


Postawię teraz zmyślone przeciw zmyślonemu, a oba mające tę usprawiedliwiającą możliwość za sobą, że wypełniają historycznie czas pusty. Chodzi o czas jesieni 1752 roku. Jak już wiemy, odbyła się wtedy, pilnie w Księgach Jakubowych opisana, podróż pań (literackich) Drużbackiej i Kossakowskiej do Kamieńca. Na półtora wieku przed  ich literacką eskapadą zdarzyły się realne przypadki, które powodują, że pani Drużbacka (powieściowa z realną) była jednocześnie w dwóch miejscach naraz. Tak już zostanie w literaturze i nic tego dziwnego trafu nie zmieni. Szkopuł w tym jedynie, że Księgi masowo leżą właśnie teraz na półkach sklepów, bibliotek, na nocnych szafkach i biurkach licznych czytelników, a zmyślenie poprzednie znane jest kilku, może kilkunastu zaledwie osobom. 


"Zmyślenie poprzednie" było wydrukowane w roku 1841 w tomie Rozmaitości miesięcznika Przegląd Warszawski, który ukazywał się w latach 1840-42.  Opowiadanie na bite pięć stron nosiło tytuł Dwa dni z życia Elżbiety Drużbackiej i "relacjonowało" imieniny pani Elżbiety, te z listopada (bo jest ich bez liku w kalendarzu polskim), obchodzone w roku 1751 i w roku 1752. Obie celebracje odbyły się w Tarnowie. Rzecz jest o tyle prawdopodobna, że tu w klasztorze bernardynek Drużbacka spędziła ostatnie lata życia. Autorem opowiadania jest Stanisław Jaszowski, człowiek krótko żyjący, gdyż zmarł w rok po drukowaniu sensacji o Drużbackiej, mając lat 39; stało się to we Lwowie, a rodzina jego pochodziła z Przemyśla. 


Przeczytanie całego tekstu pana Jaszowskiego wymaga co najmniej skupienia, jeśli nie wytężenia maksymalnego dobrej woli czytelniczej. Zaczyna się ono tak:


Dzień 19 listopada roku pańskiego 1751, powoli i słabo wydobywał się z-poza chmur dżdżysto-śnieżnych, które cały widnokrąg oblokły. Natura okryta całunem śmierci w trupiem spoczywała uśpieniu, budzona tylko przeciągłym poświstem wiatru, który wzruszając okryte szronem nagie zresztą drzewa gałęzie, spędzał z nich samotną wronę lub kawkę, co uciekając przed dokuczliwem zimnem, kracząc w powietrzu, kryła się lub w otwór komina, lub pod kościelnej wieżycy poddasze.


Jeszcze zacytuję dwa następne w opowiadaniu zdania:


W dworku na przedmieściu w Tarnowie, z ganeczkiem o czterech oknach, zegar z kukułką uderzył godzinę siódmą, zawieszony w głównej izbie naprzeciw obrazu Matki Boskiej z Częstochowy, ubranego w cycowe kwiatami i poświęcanymi wiankami upstrzone firanki, a pod którym dogorywająca lampka slabem płonąc światełkiem, nawet z ukradkowem dnia światłem połączona, nie mogła zmroku w izbie rozpędzić, który w niej jeszcze zalegał i zaledwo będące tam rozwidniał sprzęty. Była to duża, czworograniasta z dwoma oknami izba, zasłonięta firankami z takiegoż jak przed obrazem Matki Boskiej cycu.


(cycową tkaniną nazywano według słownika Doroszewskiego, bawełnę drukowaną w barwne wzory, używaną w dawnej Europie)  


Do tego pokoju wchodzi cichutko dziewczyna i kładzie na na stoliku obraz św. Elżbiety przez siebie malowany, jako prezent dla cioci, a jest nią Drużbacka, o czym dowiadujemy się z myśli tej panienki. Wiersze cioci podczytuje ona trochę skrycie, nie bardzo rozumie o czym są, ale wie, że są piękne, bo często mówią o miłości.


Ukradkiem spojrzała w zwierciadło, zarumieniła się, i westchnienie wykradło się z jej serca, które u szesnasto-letniej dziewczyny najlepszym jest nauczycielem w zrozumieniu poezyi o miłości.


Panienka nie wychodzi z pokoju, a tymczasem pani Drużbacka wstaje, odmawia poranne pacierze z różańcem, potem dopiero dostrzega dziewczynę i zaraz też prezent, zachwycając się, ale  wypominając kochanej siostrzenicy, że pewnie malując go wiele nocy nie dospała, bo wygląda mizernie, ale tu chyba ciocia przesadza:


Przywiązanie ciotki wmawiało w siostrzenicę blade wyglądanie, bo panna Jadwiga Kowalska zajaśniała właśnie w tej chwili najżywszym rumieńcem rozrzewnienia, wstydu panieńskiego i miłości dziecięcej.


Potem następuje śniadanie do którego i młódka i starsza pani wypijają podprawne śmietaną piwo, następnie recytują sobie wiersze, a później, po obiedzie siostrzenica czyta cioci lub Biblją Wujka, lub Żywoty Świętych Skargi, lub Kronikę Bielskiego (co jest możliwe, gdyż jak wiemy z Ksiąg Jakubowych, dopiero od następnego roku pani Drużbacka rozmiłuje się w Nowych Atenach ks. Chmielowskiego).


Około godziny trzeciej po południu przybywa do Drużbackiej księżna Barbara z Duninów Sanguszkowa, marszałkowa Wiel. Lit., która zajechawszy akurat do Tarnowa, odwiedza pisarkę z okazji imienin:


Nie mogłam Drużbasiu, będąc w Tarnowie nie powinszować ci imienin. 


Panie zajęły się dyskursem, a panna Jadwiga na uboczu przysiadła skromnie, gdyż...


Rozmowa panien była jeszcze wtedy bardzo ograniczoną, krążyła najwięcej około ostatniej spowiedzi, około roboty na krosienkach, lub przymiotów pani, na której dworze zostawały, a choć serce i w on-czas miało swoje prawa, i na wykwintnych owoczesnych dworach nie jednę do zajęcia ponętę, umiało w swem wnętrzu chować tajemnicę, która częstokroć aż na ślubnym objawiała się kobiercu.


Księżna opowiada o swoich wnukach bliźniakach, a potem wychwala poezje solenizantki i przyznaje, że już wie, iż niedługo ksiądz referendarz Załuski je wydrukuje. Niebawem się okazuje, że Drużbacka napisała ostatnio Wiersz na plenność krescencyii Wołhyńskiej w dwojgu Jaśnie Oświeconych książętach Sanguszkach razem narodzonych przed żniwami roku pańskiego 1751, czym wzruszyła księżnę do łez.


Nastąpiła uroczysta chwila podziwu nad talentem poetki...


Druga część opowiadania dotyczy roku następnego, 1752, i trzeba od razu powiedzieć, że jest to zmyślenie jeśli nie druzgocące, to więcej niż konkurencyjne wobec koncepcji podróży do Kamieńca, gdyż w ten sam dzień 19 listopada, czyli w imieniny cioci, siedemnastoletnia już Jadwisia, dojrzawszy z dzierlatki w pannę na wydaniu, wychodzi za mąż. Masz ci los!!! Jeśli gdzieś istnieje historyczne, dokumentalne potwierdzenie faktu, że panna Jadwiga Kowalska tego dnia faktycznie wyszła za mąż, to trudno sobie wyobrazić, że pani Drużbackiej wtedy na uroczystości nie było.


Wiadomości szczegółowe, drobiazgowe o pochodzeniu, służbach i zatrudnieniach pana młodego, czyli cześnikiewicza (to znaczy syna cześnika) Dyonizego Jastrzębskiego, jakie przedstawia w opowiadaniu St.Jaszowski, tworzą wrażenie, że doskonale wiedział, o kim i o jakim wydarzeniu pisał. Oblubieniec był więcej niż dwa razy starszy od bogdanki, ale ponoć panna niezłomnym uczuciem doń zapałała, a jeszcze we wszystko się wdała protektorską osłoną księżna Sanguszkowa. Zdradził autor, że inne panny, widząc przyszłego małżonka Jadwigi albo raczka upiekły, albo wzdychały z cicha zazdrośnie. 


Co zmyślenie Jaszowskiego z poziomu dokumentalnego przenosi na poziom fikcyjny, literacki, to przemówienie cześnikiewicza na  ślubie, które w dużej części pochodzi z przedmowy Załuskiego do Zbioru Rytmów. A co już zupełnie całość zdarzenia w fikcję przemienia to opowieść jakoby właśnie na swym ślubie, 19 listopada 1752 roku, pan  Dyonizy ofiarował pani Drużbackiej przywieziony z Warszawy tom jej poezji, a ona tym zaskoczona była, gdyż jeszcze o druku nie wiedziała. Też coś! – w listopadzie nie wiedziała, kiedy we wrześniu o setkę egzemplarzy się kłopotała i wykłócała. Z tego wydarzenia, rozpisując się, St.Jaszowski czyni w swym opowiadaniu punkt kulminacyjny. Trywialnie mówiąc – na tym się historycznie wyłożył w swoim zmyśleniu.


Sto pięćdziesiąt lat później mogła więc Olga Tokarczuk do już zmyślonego w Rozmaitościach, swoje własne dozmyślać w Księgach bez wielkiego ryzyka, że steruje ku nieprawdopodobieństwu.


Można by, rzecz jasna rozważać, czyje zmyślenie większą ma wagę, biorąc na przykład ewentualność przeważenia majestatów –  z jednej strony majestatu księżnej Kossakowskiej, która Drużbacką do Kamieńca uwiozła; z drugiej – majestatu księżnej Sanguszkowej, która mężowi swemu marszałkowi powiedziała, żeby sobie poczekali z królem parę dni w Warszawie, bo ona będzie na ślubie siostrzenicy pani Drużbackiej – jak napisał St.Jaszowski.


W tym wszystkim nie pozostaje nic innego, jak przyjąć za pewnik niepodważalny, że Elżbieta Drużbacka z domu Kowalska, słynna naówczas w całym kraju poetryja, co najmniej przez jeden dzień w listopadzie 1752 roku przebywała jednocześnie w dwóch miejscach – w Tarnowie i w okolicach Kamieńca. Coś podobnego nie zdarzyło się ani przedtem ani potem żadnej polskiej poetce i żadnemu polskiemu poecie.




Księżna K. Kossakowska





 Księżna B. Sanguszkowa



* * *


Dodatek na koniec (i na deser dla cierpliwych w czytaniu), czyli jak panna Jadwiga szykuje się do ślubu, wzięty z początku drugiej części opowiadania St.Jaszowskiego z roku 1841, pod tytułem Dwa dni z życia Elżbiety Drużbackiej.

Tu zachowuję oryginalną pisownię, nawet z tak zwanym e (é) pochylonym, które brzmiało prawie jak  y.



Znowu nadszedł dzień 19 listopada, lecz było to w rok późniéj 1752. Ranek był i znowu widzimy Jadwigę występującą piérwszą na widownię w pełnym kwiecie dziewiczego siedemnastéj wiosny uroku. Żywszy rumieniec, jak krew przez mléko, przebijał się przez jéj wypełnione lice, a w czystych jak niebo oczach promienił się ów odblask uświęcający wychodzącą z dziecka dziewicę na zaszczytne niewiasty przeznaczenie, zgodne z uczuciami jéj serca. Rok upłyniony sprawił wielką zmianę w sercu młodocianéj Jadwigi Kowalskiéj; poznała, pokochała zacnego człowieka, którego niebo za męża jéj przeznaczyło, i dzień dzisiejszy miał ją dozgonnie połączyć z tym, którego obrała za niezmiennego towarzysza w życiu. Na ślub jéj przeznaczono umyślnie dzień imienin szanownéj ciotki, by zjednoczyć razem dwie tak ważne uroczystości. Jadwiga w bieli, w barwie swéj niewinnéj młodości, z rozpuszczonémi wzorem dziewiczego stanu kosami, klęczała przed obrazem Matki Boskiej, modląc się ze skruszoném sercem, by ją wstępującą w stan nowy pobłogosławiła i otoczyła swą przenajświętszą łaską. Łzy spłynęły po jéj rumianych jagodach, lecz nie były to łzy smutku, raczéj pewnéj, radość wewnętrzną znamionującéj bojaźni, pewnego przeczucia, które nieodgadnione przypomina na chwilę znikomość szczęścia ludzkiego, zachmurza je na chwilę, by się potém w czyściejszym okazało blasku. Jeźli kiedy modlitwa dziewicy jest czystą, szczérą, z głębi serca czerpniętą, to bez wątpienia w dzień ślubu, w dzień najważniejszy jéj życia, w którym niejako w nowy świat wstępując, gorąco błaga boskiego Opiekuna, by jéj podał rękę i poprowadził po ciemnéj drodze przyszłości.


° ° °