Krzysztof Hariasz
Ilustrowane notatki z podróży do Francji.
Pomysł tego wyjazdu był dość zwariowany, przynajmniej na początku. Pewnego dnia, może pod koniec lutego, wpadły nam w oko dwie informacje na temat wystaw w galeriach Paryża; późny Matisse (cokolwiek by to nie miało znaczyć) oraz Leonora Carrington. Któreś z nas rzuciło (tak naprawdę to pół żartem, pół serio): “Może pojedziemy zobaczyć?” a drugie się natychmiast zgodziło. Czasu przecież na emeryturze trochę jest, sił też jeszcze co nieco, a i parę groszy udałoby się wysupłać. Dodatkowym impulsem był fakt, że mamy w Paryżu sporo znajomych, także takich u których możemy się na kilka dni zatrzymać. Wahania i dywagacje nie trwały długo; szybko kupiliśmy bilety lotnicze i zaczęliśmy dyskusje o programie pobytu. A co z tego wynikło?
Podróż rozpoczynamy w środę. Cleveland – Toronto – Paryż. Mamy bardzo mało czasu na przesiadkę, pędzimy jak zwariowani, a kiedy wreszcie docieramy do „bramki” okazuje się, że jesteśmy gdzieś w połowie listy rezerwowej („stand by”) na samolot do Paryża. Nie wiadomo z jakiego powodu. Więc nieźle się ta podróż zaczyna. Na szczęście nas przyjmują, ale jakby każde z osobna, ponieważ siedzimy w zupełnie innych rzędach. Lecimy w nocy, lecz pomimo prób i zaklęć nie udaje się zdrzemnąć, docieramy więc do celu oboje zmęczeni i niewyspani.
A tu program napięty. Po lunchu tylko chwila na zrzucenie ubrań podróżnych (a te mogłyby być przedmiotem odrębnego tekstu/artykułu. Nie będziemy się jednak publicznie obnażać) i pędzimy do teatru. To słynny Théâtre du Soleil, założony w połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku przez Ariane Mnouchkine i do dzisiejszego dnia przez nią prowadzony. Jedziemy na przedmieścia, gdzie na terenie byłej fabryki amunicji – La Cartoucherie – znajduje się kompleks hal zawiadywanych przez cztery czy pięć zespołów teatralnych, m.in. właśnie „Teatr Słońca.”
Brama kompleksu teatralnego w Vincennes. (fot. MAH)
Przedstawienie nazywa się „Ici sont les Dragons,” czyli “Tu żyją smoki” i jest zainspirowane wojną w Ukrainie. Lecz najpierw jakby tor przeszkód, aby się do Sali teatralnej dostać. Bilety rezerwujemy przez internet, ale zapłacić za nie możemy dopiero na miejscu. Wiedzą o tym nasi przyjaciele/gospodarze, więc zaraz po przybyciu ustawiamy się w kolejce do kasy. Dokładnie na godzinę przed rozpoczęciem spektaklu kasa się otwiera, płacimy, dostajemy bilety i ustawiamy się w następnej kolejce. Tym razem po miejscówki, które wybiera się, może „negocjuje,” jakby na aukcji – bardzo to wszystko dziwne, ale jakoś sobie radzimy i pędzimy do następnej (trzeciej) kolejki.
Aukcja miejscówek.
A wszystkie trzy są pod gołym niebem – dobrze, że tego dnia jest dość ciepło i nie pada. Na końcu trzeciej kolejki miła niespodzianka – wita nas i przedziera bilety sama Ariane Mnouchkine. Wygląda świetnie jak na swoje lata (87), uśmiecha się do każdego, wymienia grzeczności, wzbudza zaufanie.
Le billet.
Wreszcie znajdujemy się w środku. A tu następna kolejka. Tym razem po jedzenie. To też tradycja Théâtre du Soleil; serwują potrawy w jakiś sposób zainspirowane tematem przedstawienia. Tym razem mamy do wyboru barszcz ukraiński i „pierożki.” Bierzemy wszystkiego po trochu… i piwo. Dopiero posiliwszy się wchodzimy do Sali teatralnej. Okazuje się, że miejsca, które wynegocjowaliśmy wcześniej są bardzo dobre. Oczekujemy z niecierpliwością na gong anonsujący początek widowiska.
Pusta scena tuż przed spektaklem.
I rzeczywiście jest to widowisko: ogromna scena, ruchoma scenografia wzbudza podziw (a przy tym jest bardzo funkcjonalna), wydaje się, że tłumy aktorów (to pewnie trochę złudzenie powodowane faktem, iż aktorzy występują w maskach i każdy gra kilka różnych postaci), akompaniament muzyczny na żywo, dramatyczne wątki. Czyli duży rozmach. Ale tego mogliśmy się przecież spodziewać - kilka lat temu widzieliśmy inny spektakl tego teatru w Nowym Jorku. Tym razem historyczno-polityczne zainteresowania Mnouchkine zaowocowały podróżą do porewolucyjnej Rosji (z krótkimi wycieczkami w Europie Zachodniej). Wtedy rodziły się autorytarne ideologie oraz ekspansywne reżimy, które do dzisiaj próbują zawładnąć albo jałowymi umysłami zawistnych (faszyzujące prądy na całym świecie) albo żyznymi ziemiami sąsiadów (inwazja Ukrainy). Więc przemawiały maski Lenina, Stalina, Hitlera (czy może jakiegoś innego nazisty), Leona Blooma i różnych innych historycznych postaci. Autorka/reżyserka chciała uzyskać jak największy efekt autentyczności więc wiele z tych przemówień cytowała w całości. Dłużyły się przez to, tym bardziej, że trzeba było czytać napisy (na dodatek po francusku) bo aktorzy przemawiali w oryginalnych językach. Nic więc dziwnego, że gdzieś po godzinie zaczęły nam powieki ciążyć. Dotrzymaliśmy tylko do przerwy. Ale zważywszy, iż poprzednia noc była nieprzespana, a było już dość późno, bez żadnego wstydu wracaliśmy do domu.
Następnego ranka (piątek) wczesna pobudka, szybka poranna toaleta i pędzimy na dworzec kolejowy Bercy, skąd odchodzą (a prawdę powiedziawszy, to odjeżdżają) pociągi do Burgundii. A tam jakby mały zjazd koleżeński romanistów z UMCS (4 osoby plus ja, prawnik, też z UMCS). Organizuje Gregoire (Grzegorz), który 10 lat temu zakupił w miasteczku Varzy zabudowania byłej plebanii, które od tego czasu remontuje i urządza. Grube stare mury (a niektóre fundamenty chyba z XIII wieku), obszerne pomieszczenia mieszkalne, plus budynek gospodarczy i spory ogród. Po francusku taka posiadłość nazywa się maison de maître a ja mówię résidence Gregoir.
Le petit château
Najpierw zwiedzamy. Atmosfera oczywiście dość historyczna. Na przykład w jednym z pomieszczeń znajduje się sporych rozmiarów biblioteka, złożona z książek uzbieranych latami przez poprzednich właścicieli, czyli księży proboszczów. Na szczęście wszystkie książki wydają się być na tematy religijne (a na dodatek są po francusku), więc bez żalu bibliotekę opuszczam.
Fragment biblioteki parafialnej.
Jak przystało na właściciela takiej rezydencji, Grzegorz kolekcjonuje dzieła sztuki i ozdabia nimi pokoje. Ale atmosfera historyczna również dlatego, że chłód przejmujący praktycznie aż bije od kamiennych murów i podłóg. Na szczęście na dworze jest słonecznie i dość ciepło, więc posiłki spożywamy na tarasie, dyskutując, popijając lokalnym winem.
Gospodarz obwozi nas po okolicznych wsiach, miasteczkach i innych atrakcjach. Pejzaże (od fr. paysage) iście bukoliczne.
Le paysage bourguignon.
Myślę, że główną przyczyną jest fakt, iż nigdzie nie widzę słupów sieci elektrycznej. Ani linii wysokiego napięcia. Nie wiem dlaczego, mogę się tylko domyślać, że albo zakopali (jak w dużych miastach) albo jakoś poprowadzili okrężnymi drogami aby widoków nie psuć. Jak by nie było, przyjemnie jest popatrzeć na pagórkowaty krajobraz, z rzadka tylko upstrzony wieżą lokalnego kościoła, z wygrzewającymi się w słońcu winnicami. A na dokładkę co i rusz mijamy żółte pola rzepaku – chciałoby się powiedzieć „ojczyzno moja.” Ale jednak nie. Zameczki na wzgórzach, romańskie kościoły, mury kamienne raczej niż drewniane, oraz jakby nieco inny zapach w powietrzu. Może przez te winnice. Degustujemy kilka lokalnych gatunków: Sancerre, Pouilly-Fuissé, Chablis, burgundzkie Pinot-Noir, ale nie upijamy się, mimo iż wina są przednie.
Dużo się wspinamy. Najpierw na wieżę zamkową w Sancerre (XV w.), skąd mamy 360˚ widok na okolicę. Grzegorz wyjmuje z torby butelkę wina i bagietki z serem (albo kto jada, z wędliną). Popijamy, zagryzamy, grzejemy się w słońcu, cieszymy oczy i podniebienia.
Reprezentacja absolwentów UMCS Lublin na wieży w Sancerre.
W Vézelay wspinamy się brukowanymi uliczkami na szczyt sporej góry, gdzie znajduje się romańska bazylika pod wezwaniem Św. Magdaleny. Nie wiemy kto zacz, ale schodzimy do podziemi, gdzie przechowywane są relikwie świętej, a że nic z tego nie wynika, przechadzamy się po kompleksie kościelno-klasztornym, podziwiając skalę projektu a przy okazji ciesząc oko okolicznym pejzażem (taka sprytna aliteracja). Wspinamy się chyba na jeszcze dwa albo trzy wzgórza z zameczkami albo innymi kaplicami. Jak przystało na prawdziwych a sumiennych turystów. Odpoczywać będziemy w wieczornym pociągu do Paryża.
Basilique de Ste. Madelaine à Vézelay.
W niedzielę mamy zaplanowaną wystawę „późnego” Matisse’a oraz spotkanie z przyjaciółmi, którzy nie mogli pojechać z nami do Burgundii. Późny Matisse znaczy od rozpoczęcia II Wojny Światowej do śmierci artysty w 1954. Malarz, rzeźbiarz, grafik, kolorysta, fowista, rywal Picassa (ale także wraz z nim współtwórca nowoczesnej sztuki XX wieku), jednym słowem, artysta wybitny. W okresie, o którym mowa był już w podeszłym wieku, schorowany (rak jelit), dość odizolowany od wielkomiejskiego świata sztuki, w jakim uczestniczył dotychczas. Miał coraz większe trudności z malowaniem. Wypracował sobie więc technikę wycinanek i kolaży. Najpierw stosunkowo niewielkie dzieła, później większe, wreszcie sporych rozmiarów freski a nawet kaplica. Ja nigdy nie byłem specjalnym wielbicielem Matisse’a, ale doceniam, owszem, nawet mi się niektóre rzeczy podobają. Jednak nagromadzenie podobnych do siebie wycinanek w jednym miejscu nie zrobiło na mnie specjalnego wrażenia.
Matisse, jaki jest, każdy wie. (fot. MAH)
Po wystawie wyszliśmy z Grand Palais i Polami Elizejskimi pomaszerowaliśmy do ogrodów Tuileries, gdzie umówiliśmy się z koleżankami. Najpierw piwo na świeżym powietrzu, czyli w typowej paryskiej atmosferze, później przeszliśmy przez dziedziniec Louvre’u i z bulwaru nad Sekwaną złapaliśmy autobus do Gosi. To dobra koleżanka Misi jeszcze z Białegostoku oraz ze studiów w Lublinie, której córka Olga jest w wieku naszej Faustyny i którą gościliśmy któregoś lata przez miesiąc, kiedy dziewczynki miały może po 7-8 lat. Później nam się jakby „odwdzięczyła” udostępniając swoje mieszkanie w Utrechcie (gdzie studiowała filozofię), kiedy my podróżowaliśmy autem po Europie. Dzisiaj Olga mieszka w Normandii i zajmuje się pszczelarstwem. Bo lubi. Ale właśnie jest w odwiedzinach u mamy więc i my mamy okazję się z nią zobaczyć. Miło.
Tu pijemy piwo.
W poniedziałek główny punkt naszej wycieczki do Paryża, czyli wystawa twórczości plastycznej Leonory Carrington. Nie bardzo wiem na ile Carrington wymaga przedstawiania na stronach tego bloga. Pojawiała się tu przecież kilkakrotnie w przeszłości; jako malarka i jako pisarka. Postać fascynująca. Z urodzenia (1917) Angielka, z dobrego domu, uzdolniona artystycznie, zbuntowana, ale i ciekawa świata, znalazła się pod koniec lat trzydziestych w środowisku surrealistów w Paryżu. Po wejściu wojsk hitlerowskich Niemiec, partner Leonory, niemiecki surrealista Max Ernst został aresztowany, a ona sama musiała uciekać do Hiszpanii. Tam przeżyła kilka traumatycznych wydarzeń, m.in. załamanie nerwowe, z powodu którego spędziła jakiś czas w zakładzie psychiatrycznym. Po wyjściu ze szpitala wyjechała do Meksyku, gdzie z przerwami (np. na pobyt w Nowym Jorku) spędziła resztę życia. Cały czas pracując jako artystka. Zmarła w 2011.
Leonora Carrington na fotografii Lee Miller (patrz wtorek).
Na wystawie w Musée du Luxembourg może nie zaraz tłumy nieprzebrane, ale dość gęsto. Jeszcze kilka lat temu o malarstwie (ani o pisarstwie) Leonory Carrington nic nie wiedziałem. Nie żebym był jakimś historykiem sztuki współczesnej albo innym koneserem malarstwa surrealistycznego, ale przecież zupełnym dyletantem w tych sprawach też nie byłem. Że pracowała w Meksyku a nie w Nowym Jorku albo Paryżu? Że kobieta? Prawdopodobnie i jedno, i drugie. Na dokładkę, surrealizm po II Wojnie nie odgrywał już tak dużej roli w świecie sztuki jak w latach 30-tych.
Więc najpierw bardzo mnie zaciekawiły jej rysunki z okresu dzieciństwa i młodości. Od razu widać, że miała talent i że coś się w niej interesującego szamotało. Jak to zwykle bywa na wystawach malarstwa, jedne dzieła podobają się bardziej niż inne, ale łażę tam i z powrotem, starając się w każdym dostrzec coś interesującego. Przy jednym z obrazów czytam informację/interpretację kuratora i się z nią nie zgadzam. Nie ma się jednak z kim kłócić, więc daję sobie spokój. Częścią wystawy są również projekcje sfilmowanych wywiadów z malarką. Można więc na chwilę przysiąść i dać odpocząć nogom. Bo głowa odpocznie może dopiero za dzień, dwa.
Obrazek nastolatki.
Werdykt? Warto było lecieć przez ocean, warto było czekać na lotniskach i męczyć się w samolotach. Nawet zważywszy, że droga powrotna jeszcze przed nami.
Po wyjściu z Ogrodu Luksemburskiego, paryski lunch w „ogródku” restauracji przy Rue de Vaugirard. Pogoda świetna, przechodniów nie ma zbyt dużo, więc się możemy skupić na jedzeniu i impresjach po wystawie. Ktoś zauważa, iż jesteśmy stosunkowo niedaleko od katedry Notre Dame, więc moglibyśmy się tam przespacerować a nawet wejść do środka, aby zobaczyć w jakim stadium są renowacje po pożarze.
Z naszymi przyjaciółmi (i gospodarzami) w Ogrodzie Luksemburskim po drodze do Notre Dame.
Spacer bardzo przyjemny. Po drodze mijamy teatr Odéon i Musée de Cluny, dochodzimy do Sekwany i… na wyspie Cité przed Notre Dame tłumy turystów. Do tej pory właściwie udawało nam się uniknąć podróżujących ciekawskich tego świata. A przynajmniej nie widzieliśmy ich w takiej dużej koncentracji na takim małym skrawku paryskiego bruku. Nie psioczymy jednak, bo przecież i my się do kategorii turystów zaliczamy. Kolejka do wejścia jest długa może na 200 metrów, ale posuwa się bardzo szybko. Rusztowań już od strony frontowej nie ma, więc podziwiamy słynny portal i rozetę na froncie. Prawdę powiedziawszy, to my właściwie nie „stoimy w kolejce,” ale się w niej powoli, ale systematycznie przesuwamy i może po kwadransie jesteśmy już wewnątrz katedry.
Notre Dame de Paris. (fot.MAH)
Byłem tu może ze trzydzieści lat temu, więc nic nie pamiętam i nie mam z czym porównywać. Owszem, duża sprawa, jak przystało na gotyckie budowle. Robi wrażenie skalą i harmonią. Nawet podziwiam architektoniczne detale. Tłum turystów jest jednak ciut uciążliwy, więc przechodzę w szybkim tempie. Zatrzymuję się tylko raz; żeby na sekundę usiąść w nawie głównej i popatrzeć na sklepienie. Oczywiście widzę, że mury są niedawno czyszczone, śladów pożaru nie widać, ale i wieki zabobonów też przy okazji zmyto. Nagle z bocznej nawy wybiega garbaty facet w kapturze i przeciska się przez tłum porozglądanych dookoła turystów. Pędzę za nim bo myślę, że to dzwonnik. Zna ten budynek dużo lepiej ode mnie i wkrótce tylko od czasu do czasu prześwituje mi tylko jakiś skrawek jego zgrzebnej katany. Ale nie daję za wygraną i też przyspieszam. Co skutkuje faktem, iż nagle znajduję się na zewnątrz. Rozglądam się. Niestety tylko turyści w kolejce do wewnątrz.
Jedna z bocznych naw.
Więc w sumie niewiele w środku widziałem. Głównie ten gotyk i witraże. Czyli część zabytkową. Co ciekawe, Notre Dame jest własnością państwa francuskiego a kościół katolicki tylko budynek użytkuje (za darmo). Więc państwo pokrywa wszystkie koszty utrzymania i remontów. Ale przecież ma też zyski z turystyki. Spędzając te kilka dni w mieście nad Sekwaną, także i my się dorzuciliśmy do tego szczytnego celu.
Na wtorek nie mamy żadnych konkretnych planów. Ale przecież nie będziemy bezczynnie siedzieć w domu. Zastanawiamy się czy nie odświeżyć sobie Musée d'Orsay, ale boimy się trochę tłumów. W końcu wybieramy Musée d'Art Moderne de Paris. Żadne z nas nigdy w tym miejscu wcześniej nie było, co może nie jest jakoś bardzo dziwne, zważywszy ilość innych interesujących muzeów i galerii w tym mieście (tylko miejskich jest 14, a ile państwowych? Na przykład Musée National d'Art Moderne, które znajduje się w właśnie remontowanym Centrum Pompidou. Ile prywatnych, ile fundacji, itd.?). Dygresja/ciekawostka: to muzeum znajduje się w budynku pod nazwą Palais de Tokyo. Ponieważ ulica, przy której go zbudowano nazywała się przed II Wojną Avenue de Tokyo. Po wojnie zmieniono nazwę ulicy na Avenue de New York, ale wszyscy tak byli przyzwyczajeni do nazwy budynku, że ją pozostawiono.
Płaskorzeźba na Palais de Tokyo.
To właściwie zasługa Misi, że wybieramy to właśnie muzeum. A dlatego, ponieważ Misia bardzo lubi fotografię (polecam jej Instagram) a w muzeum odbywa się właśnie wystawa fotografii Lee Miller. Amerykańska modelka, artystka, w końcu fotograf(ka), znana głównie ze zdjęć promujących aktualną modę (fashion photography) oraz okresu II Wojny, kiedy pracowała jako foto-dziennikarka dla amerykańskiej armii, podczas gdy ta wyzwalała Europę. Co ciekawe, w Paryżu pojawiła się w latach trzydziestych, obracała w kręgach artystów, włącznie z surrealistami, poznała Leonorę Carrington, bardzo blisko (dosłownie) współpracowała z Man’em Ray’em, fotografowała ich wszystkich. Jednak jej najbardziej znane zdjęcia są z okresu wojny. Była w Dachau zaraz po jego wyzwoleniu. Fotografowała okropności obozu koncentracyjnego a także zemstę tych którzy przeżyli na oprawcach. W Monachium poszła do mieszkania Hitlera i sfotografowała się w jego wannie. Ale na wystawie są też dziesiątki innych znakomitych zdjęć; z podróży po Europie i Afryce Północnej, z modelkami prezentującymi nowe trendy w modzie kobiecej, martwa natura, itd. Bardzo wszystko ciekawe.
Wątek polski w fotografii Lee Miller: Anna Leska pilotująca Spitfire dla RAF w 1942 r.
Ale i męczące. Więc na lunch wychodzimy z muzeum a po powrocie dodatkowa stymulacja zmysłów estetycznych oraz ciężka praca dla nóg. Inna duża impreza w muzeum to wystawa twórczości brytyjsko-kanadyjskiego artysty Brion’a Gysin’a. Nigdy o nim wcześniej nie słyszałem, nie był chyba jakoś bardzo znany (nie mówiąc już sławny), ale po to właśnie między innymi chodzi się na wystawy i do muzeów, aby się czegoś nowego dowiedzieć. Gysin był artystą plastykiem (nawet z surrealistami w Paryżu współpracował), poetą, muzykiem, a być może przede wszystkim eksperymentatorem. Wymyślił między innymi „dreammachine,” urządzenie do stymulacji doznań wizualnych doświadczanych z zamkniętymi oczami. Ciekawe.
Później jeszcze decydujemy się zwiedzić ekspozycję stałą muzeum. Mają właściwie wszystkich ważnych artystów nowoczesnych. Być może nie najważniejsze dzieła, być może nie w dużych ilościach, ale wszyscy są reprezentowani. No dobrze, nie ma Carrington, ale jest Matisse, i Picasso, i Braque, i… skoro mówimy o kubizmie, Jacques Lipchitz. A znamy tego artystę rzeźbiarza jeszcze z Druskiennik na Litwie, Nie pisałem o tym w notatkach z tamtej podróży, mimo iż widzieliśmy jego dom rodzinny, ponieważ nigdy wcześniej o nim nie słyszałem (O, potęgo ignorancji). A tu się okazuje, że pan Chaim Jakób Lipschitz (znany jako Jacques), tworzył bardzo interesujące rzeźby i miał duży wpływ na sztukę kubistyczną.
Kubistyczna rzeźba autorstwa Lipschitza (w Barnes Foundation, Filadelfia)
Opuszczamy wreszcie muzeum i wzdłuż Sekwany dochodzimy do Place Trocadero, skąd oczywiście jest najładniejszy widok na Tour Eiffel. Stajemy na tarasie i robimy sobie zdjęcia z wieżą w tle - dokładnie tak jak zrobił to Hitler po zdobyciu Paryża. Wynosimy się stamtąd szybko, ponieważ ze zrozumiałych względów są tu po prostu tabuny turystów, ale także bo musimy jeszcze „zdobyć” kilka rzeczy pośledniejszej natury, czyli dokonać drobnych zakupów.
W sumie, według naszych telefonów, tego dnia robimy około 13 tysięcy kroków. Co tam, jutro wracamy do Ameryki, więc będziemy mieli okazję odpoczywać podczas lotu nad Atlantykiem. Dziewięć godzin odpoczynku. Uff.
Au revoir, Paris!




















