Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Olga Tokarczuk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Olga Tokarczuk. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 lutego 2026

O następnej polskiej Noblistce.


 


 W roku 2026 polska pisarka Irena Rey otrzymała Nagrodę Nobla. Rok później (w 2027) jeden z jej tłumaczy opowiedział dziwną historię o zaginięciu noblistki w Puszczy Białowieskiej. Nazywał się Aleksis Archer, mieszkał w Ułan Bator, kryjąc się w ten sposób przed ekstradycją. * 

 

*   powinno być: "jedna z jej tłumaczek" oraz "opowiedziała", "nazywała się" i "mieszkała", albowiem wiadomo trochę później, że to kobieta i że jest tłumaczką na angielski (płeć niełatwo odkryć w angielszczyźnie, gdy postać relacjonuje w pierwszej osobie)

 

Tyle z początku książki wiem na pewno, ale czytam dalej.  Powieść napisała Jennifer Croft. Ta właśnie Jennifer Croft – tłumaczka Olgi Tokarczuk. Za dwa dni będzie ona opowiadać o swej książce w Nowojorskiej Bibliotece Publicznej. Na razie na TikToku można posłuchać przez minutkę jak Autorka czyta fragmencik. ••

 

 **  te notki powstawały w trakcie czytania od 3-go do 7-go marca, 2024

 

Z pierwszych stron książki (po angielsku, rzecz jasna) wynika, że to opowieść napisana w oryginale po polsku, a tłumaczy ją na angielski Aleksis Archer (Amerykanka), która twierdzi, że choć tu sporo prawdziwych rzeczy o niej, to ogólnie wyszła na najgorszą postać z całego Towarzystwa. Nie jest to utwór Ireny Rey, przyszłej noblistki. Na razie mamy rok 2017 i pani Rey zaginęła, kiedy przebywali w jej domu różnojęzyczni tłumacze, razem ośmioro.  To Argentynka, która się kochała w pisarce,*** napisała książkę  o jej zaginięciu. Być może intryga i tajemnica, w tym, że  w Irenę Rey zamienił się duch Puszczy, zwany Leszy, albo ona zamieniła się w tego ducha.  

 Hannah Weber w World Literature Today uznała powieść za niezmiernie ciekawą i świetnie napisaną. Wyznała, że nie może się doczekać ponownego jej przeczytania.

https://www.worldliteraturetoday.org/2024/march/extinction-irena-rey-jennifer-croft 


*** chyba jak wszyscy z grona ośmiorga tłumaczy; w przypadku Czecha i Szweda było to uczucie nie tylko platoniczne.

 

°

Na dalszych stronicach jest wyznanie, że gronko tłumaczy Ireny Rey miało żal do szwedzkich akademików, że w roku 2018 przyznali Nagrodę Nobla Oldze Tokarczuk, a nie "ich" pisarce. Ale jak widać, nie ma wielkiej straty, bo Irena dostała ją (dostanie???) w roku 2026.

 °

Tych ośmioro rozmawia ze sobą (przynajmniej w domu pisarki) po polsku. Tego zbytnio nie widać w angielskiej wersji, ale zapewne będzie oczywiste w polskim tłumaczeniu (podobno ktoś inny je zrobi, nie Jennifer Croft).

° 

Na początku książki przytrafia się tłumaczowi ze Szwecji niemiła przygoda – w ścisłym rezerwacie Puszczy Białowieskiej zostaje ukąszony przez jadowitego węża. Puchnie mu ręka do łokcia, ale facet znosi ukąszenie całkiem dzielnie i bez większego szwanku (chyba, że się później okaże coś gorszego). Narratorka (Argentynka) podejrzewa, że gość sam jest wężem, skoro tak gładko przetrzymuje działanie jadu. Ona i Francuska podpytują Szweda, po co tego węża brał do ręki i jak go znalazł. Szwed twierdzi, że go nie widział, tylko chciał innym pokazać dziwny grzyb, Rhodotus palmatus. Obie proszą go, żeby im objaśnił, jak to jest po polsku. 


Jennifer Croft napisała w tym miejscu, co Szwed powiedział, to znaczy: "rosy veincap, wrinkled peach". Rzecz jasna, musiałem szukać w Wikipedii, że chodzi o żyłkowca różowawego. Ale nie ma "pomarszczonej brzoskwini". Takie sformułowanie występuje na angielsko-języcznych stronach o tym grzybie. Coś mi się wydaje, że o tym żyłkowcu nie mówi się po polsku "pomarszczona brzoskwinia", ale głowy nie dam, nie jestem grzybiarzem ani mykologiem. Się nie mówi, a Szwed powiedział. Słyszał jednak od Polaków, czy szybko przełożył angielskie powiedzenie?


Francuska i Argentynka i tak nie wiedziały o jaki grzyb chodzi, zaś podejrzenia że Szwed jest wężowym monstrum Argentynce nie minęły i przemieniły się  w archetypowe (jak w Raju) fascynacje wężem.

 




°

Powieść Jennifer  po przetłumaczeniu na polski powinna być wydrukowana złotym drukiem, chociaż kalendarzowo akcja ulokowana jest w niezbyt chwalebnym kawałku naszych dziejów, bo w roku 2017, gdy chciwe świry z wiadomej partii rżnęli Puszczę Białowieską bez miłosierdzia. Mimo tej niechwalebności opisuje się w powieści kazus zaspokajający tęsknoty i demokratycznych patriotów i faszyzujących nacjonalistów – otóż międzynarodowe towarzystwo – Amerykanka, Argentynka, Francuska, Serbka, Słowenka, Szwed, Niemiec i Ukrainiec posługują się polszczyzną tak gładziutko, jak różne ludy łaciną w Imperium Rzymskim –  w towarzyskiej komunikacji, w intymnych kontaktach, a także łażąc po ulicy Stoczek w Białowieży i w każdej innej sytuacji. To jest powieść o modelowej pozycji polszczyzny łączącej narody (na razie pojedynczych przedstawicieli, ale co tam). Weźmy punktową, białowieską metaforę Jennifer Croft za ukryty postulat globalny. Połączmy ją z realną wizją pan-ziemskiej grzybni. Literatura sprzężona z botaniką w służbie dyskursu lingwistycznego – oto są filary  interpretacji tej książki, jako lektury obowiązkowej od podstawówki*, (np. w Białowieży), aż po magisterskie seminaria (np. na UJ w Krakowie). 


* dla małoletnich metafora damsko-męskiej wyprawy rowerowej Argentynki i Szweda, jako kamuflaż aktu płciowego ewentualnie do pominięcia


°

Dwór Na Otulinie przy ul. Puszczańskiej

foto Dawid Bąk /Google Maps, 2018/ 

 

W książkowym epizodzie porannego spaceru Argentynki i Szweda, Emi i Freddiego, wspomniała ona, że aby wrócić na posesję pisarki Ireny Rey, musieli dojść do ulicy Puszczańskiej. W prawdziwej Białowieży jest taka ulica, a przy niej prawdziwy wielki dom, mogący pomieścić ośmioro gości – to hotel "Dwór Na Otulinie". Wygląda tak, że mógłby odgrywać rolę bogatej posiadłości w każdej fabule.

 

Opowieść o spacerze przerywa, zawiesza w powieści sensacyjny zwrot z poprzedniego rozdziału, więc wciąż nie wiadomo, czy pewien jegomość, zjawiający się absolutnie niespodzianie w książkowej Białowieży to osoba realna, czy duch. Jest połowa książki, rozdział piętnasty, zaginiona pisarka wciąż się nie znalazła, gronko Tłumaczy pogrąża się w dziwne nastroje (atmosfera nie mniej tajemnicza jak w "Empuzjonie").

 

° 


  https://www.youtube.com/watch?v=DVfKCQ8m0Rk

 W rozmowie w Publicznej Bibliotece Nowojorskiej Jennifer Croft pytana o pustkę jakiej doświadczają Tłumacze bez Głównej Autorki, powiedziała troszkę żartem, troszkę serio: ‚‚Miałam wiele powodów, żeby pozbyć się Autorki’’. 



                                                 Jennifer Croft w/ Daniel Saldaña París, 

                                                    Conversations from Cullman Center



° 

Nawet w połowie powieści widać, że jej obiektem głównym, czyli bohaterem zbiorowym, jest międzynarodowe środowisko tłumaczy literatury. Że Jennifer Croft opisuje ich jak widzianych przez powiększające szkło – podpatrywanych, inwigilowanych, rozszyfrowywanych, trochę obśmieszanych, wykpiwanych, ale z dużą dozą sympatii. Jest tu też wiele autoironii oraz wcale ciekawych odsłon tajemnic warsztatu, osobowości, relacji. Plotkarska w tej materii jest Jej powieść. I rzeczywiście – po co im w ich samodzielnej enklawie sam Autor? Ta bezautorska samodzielność też jest pokazana w nie bardzo gładkim zwierciadle.

 

Ale żeby nie było żadnych głupawych insynuacji, trzeba zobaczyć, co Jennifer napisała w posłowiu: „Źródłem mojej obsesji na punkcie społeczności tłumaczeniowych jest Olga Tokarczuk, autorka niezwykle uwielbiana przez swoich różnojęzycznych tłumaczy i nie bez powodu: Olga jest świetną pisarką (a o wiele przyjemniej jest tłumaczyć wielką pisarkę niż pisarkę nie-aż-tak-znakomitą), a jej wsparcie dla tłumaczy i tłumaczeń było od początku absolutnie wyjątkowe”.

 



°

W rozdziale dwudziestym, po dwóch trzecich książki,  jest w powieści dzień piąty października 2017 roku. Mijają dwa tygodnie odkąd ośmioro (potem jeden więcej) tłumaczy przyjechało do domu Ireny Rey w Białowieży. Pisarka, nic im nie mówiąc o swych zamiarach, zniknęła dwa dni po ich przybyciu, 22 września. Różne w związku z tym nastąpiły perturbacje, mrożące krew w żyłach podejrzenia, mniej lub bardziej związane z Puszczą Białowieską; chaotyczne, bezskuteczne poszukiwania, przypadkowe albo wścibsko aranżowane odkrywanie tajemnic pisarki, także tajemnic gości, układy między nimi – razem, na razie przez 19 rozdziałów fajna fabuła.


Piątego października całe towarzystwo dowiedziało się, że wbrew ich nadziejom, że mimo ich oczekiwań – napiętych, można powiedzieć, jak struny,  również z powodu dziwacznej sytuacji w jakiej się znaleźli – mimo ich pewności nawet, ogłoszono w Sztoholmie, że Literacką Nagrodę Nobla 2017 otrzymał Kazuo Ishiguro. A nie ich ukochana, uwielbiana, boska Autorka (kapliczkę Naszej Autorki, Madonny Literackiej, urządzili w salonie), nie ich zaginiona, wytęskniona Irena Rey.


Tego dnia niespodziewanie przyjeżdża do tego domu inna polska pisarka. I wówczas Argentynka, pisząca swą relację powieściową, ogląda dom Ireny Rey jakby cudzymi oczami, doświadczając, jak owa obca osoba tego, co przyjezdna zastaje i co widzi:


”Po raz pierwszy zobaczyłam zapierający dech w piersiach bałagan, jaki stworzyliśmy przez ostatnie piętnaście dni. Z tej perspektywy nasze sanktuarium wydawało się tak niedorzeczne, jak rezultat zajęć ze sztuki i rzemiosła na oddziale Alzheimera w domu opieki. Wszystko wokół pokrył kurz, a skrzynie połączyły pajęczyny. Wszystkie książki na stoliku kawowym były poplamione kawą. Obok kominka i Madonny Literatury leżał pogrzebacz, jakiś porzucony kabel od laptopa, znaleziona w garażu bizantyjska lanca i para skarpetek męża Ireny, żółtych lub pożółkłych. Czerwony dywan z nieczytelną kaligrafią stał się jeszcze bardziej nieczytelny, pokryty błotem. Wszystkie ozdobne, jasne obrusy zaścielające nasze beczkowe krzesła były beznadziejnie pogniecione i z przerażeniem zobaczyłam, że jeden z niebieskich został podarty.”

 

°

Na początku powieść Jennifer Croft przypomina kryminał Agaty Christie – kilka osób zebranych w jakiejś posesji próbuje dociec, kto jest winien niespodziewanego braku jednej z nich. Muszą rozwiązać wiele zagadek nie tylko o zagininej osobie, ale ku własnemu zaskoczeniu, także o nich samych. Widać, że Jennifer jest w swoim żywiole, uruchamiając fabularnie postacie  dobrze jej znane z własnych  zawodowych doświadczeń. W "Zaginięciu Ireny Rey" – taki daję tytuł na roboczo  – tłumaczka staje się pisarką, a pisze w lingua franca, czyli nie w swym rodzimym języku (w tym przypadku – w hiszpańskim), lecz w tym, który różnojęzyczni jej koledzy znają i z którego "na własne" przekładają – to znaczy po polsku.


Polską książkę Argentynki przekłada na angielski Aleksis ze Stanów Zjednoczonych – i to jest utwór Jennifer Croft. Fikuśne zagmatwanie literacko-realne zawiera się w tym, że Jennifer mogłaby być, a właściwie jest i jedną i drugą jednocześnie. 


Smaczek wykwintnie wyrafinowany przy okazji taki, że owa Argentynka od początku powieści niesamowicie, maniacko napala się na przystojniaka Szweda i absolutnie nie ukrywa (przed sobą? przed czytelnikiem?) swych zamiarów, ani emocji. Rzecz w tym personalnym wątku wygląda bardzo pamiętnikarsko, intymnie. Także rozwiązywane zagadki Głównej Pisarki, Ireny Rey,  mają charakter bardzo prywatny. Ze zdobywanych o niej informacji okazuje się, że nawet swym tłumaczom Irena albo nie odsłaniała całej prawdy o sobie, albo serwowała im prawdę wykreowaną, równoległą, by tak rzec, czyli ich oszukiwała. Tę niby-powieść, niby-pamiętnik Amerykanki Południowej, przekłada na prawdziwie międzynarodowy angielski Amerykanka Północna. Przekłada... i co i rusz dopisuje swoje wyjaśnienia (przypisy) do opinii Emi o niej właśnie, opinii zwykle zgryźliwych, niechętnych; przesadnych może? – tego czytelnik nie wie. A po czyjej stronie stoi Jennifer – nie wiadomo, gdyż pozawijała niby translatorskie supły w takie kobiece plątanki, żmuty, że się w tym nie rozeznaję.


Czegóż ta napalona Emi nie wyrabia, żeby Freddie się skusił – popatrywanki, niby mimowolne dotykanki, wycieczki, spacery dwuosobowe, dyskuje o grzybach, byleby Freddie się mógł popisać wiedzą. Tworzy sytuacyjki na już-już, na właśnie-teraz – i nic nie osiąga przez długie kilka dni. Naczytamy się wizji, wyobrażeń, jak to spełnione już-już miałoby wyglądać. Nie żeby w niesamowitych ilościach i bezustanie, ale co i raz i chyba w każdym rozdziale zdanko, akapicik.  W tym jest zazdrość o najładniejszą z pań, czyli Aleksis– i kłopot, jak Freddiemu wybić z głowy myśli o żonie.


Aż wreszcie Emi idzie na całość, w trakcie rozmyślań nad tłumaczeniem nawonnia ciało zapachem mandarynek, sprawdza się w lustrze i po schodach na paluszkach zakrada się do pokoju Freddiego. On całkiem jeszcze ubrany, z laptopem na kolanach zaraz się orientuje, że już nie ma co gadać o grzybach i o żonie...


Po czym Emi tak zakończyła rozdział szesnasty:


«„Linda” – powiedział,  co znaczy „ładna” lub „piękna” w moim języku, przedtem nie wiedziałam, że go zna 41)* i jedną ręką odkładając komputer, drugą ręką zaczesywal mi włosy za uchem. Nasze usta się spotkały, mój język znalazł jego szyję, wkrótce w jego ustach był mój sutek, a jego dłoń znalazła się pode mną,  potem pociągnął mnie na siebie i rozpięłam mu dżinsy, a on był we mnie i poruszaliśmy się w gwałtownych falach, zatapiając się w sobie, moje palce w jego ustach i we włosach, a kiedy przewrócił mnie na plecy i byłam pod nim, moje stopy wylądowały na jego kostkach i podnosiły się w zatracającym rytmie, bezwiednie, do jego kolan i coraz wyżej i wyżej, a on jęczał mi do ucha i przygryzal je, potem szyję, aż stał się częścią mnie, co najpierw poczułam w ramionach i w nogach, potem jak iskrę elektryczną w palcach i na skórze głowy, aż w końcu zabrakło nam tchu i leżeliśmy twarzami ku sobie, śmiejąc się.


41)* Nie chcę nic ujmować tej niewątpliwie romantycznej chwili, ale czy nie jest możliwe, że Freddie rzeczywiście zapomniał imienia tej autorki i nazwał ją Lindą?» – wtrąciła od siebie Aleksis.




°

W jednym z ostatnich rozdziałów pojawia się w powieści zagadkowa wiadomość, tajemnicze wspomnienie narratorki Emi. Gdy zbliża się do Białowieży tornado i wszyscy tłumacze w panice zbiegają w domu Ireny do piwnicy, Emi przypomina sobie, że o tornadach wie tyle, ile przeczytała w dziwnej książce pod tytułem Węże i drabiny  (Serpientes y escaleras), napisanej nie wiadomo czemu, dziwi się, w hiszpańskim argentyńskim przez mieszkającą w Stanach Zjednoczonych tłumaczkę Olgi Tokarczuk.

 No, i teraz kombinuj, szukaj po internetach, o kim ona mówi.



° ° °

 próby przekładu fragmentów powieści - BK



sobota, 24 stycznia 2026

Sen na ubogo, sen na bogato.


wpis oryginalny: 12 grudzień, 2025

Sen na bogato 

 


 Edycja wzbogacona, 2025, australijsko-amerykańsko-brytyjska

 

Po półgodzinnym słuchaniu audiobooka, kiedy już narobiłem sporo kolorowych maziajów – na żółto, na czerwono, musiałem natychmiast dodać ostrą zieleń. Słuchając, maznąłem od czasu do czasu to tu, to tam, słowo, dwa, pół zdanka, ale przyszła pora na alarmującą zieleninę, żeby ostro świeciła nie pod paroma słowami, ale wokół dwóch akapitów na szesnaście zdań. Mazałem po dwóch książkach (elektronicznych, czyli nie kalając papierowej świętości – spokojnie) i zaznaczałem, co w wydaniu z roku 2002 wyglądało inaczej, albo czego nie było, a zjawiło się/odmieniło w roku 2025.  



 Audiobook

Minęło zaledwie 28 minut słuchania Priyangi Burford, urokliwie czytającej "House of Day, House of Night" (czyli "Dom dzienny, dom nocny") w amerykańskim wydaniu; przeszły dopiero cztery rozdziały – The Dream, Marta, S0-And-So i Radio Nowa Ruda (czyli po polsku: Sen, Marta, Taki-a-Taki oraz Radio Nowa Ruda). Do tej pory kolorując, zaznaczyłem ponad dwa tuziny mniejszych lub większych różnic, ale nie takich,  jak te wołające o zieleń – na całą stronę. Przestałem z wrażenia szukać dalej, żeby tę anomalię zanotować.


Jaką? – otóż końcówkę rozdziału "Radio Nowa Ruda": 


«Dlaczego Taki-a-Taki widzi duchy, a ja nie? - zapytałam kiedyś Martę. 

Marta powiedziała, że dlatego, bo jest w środku pusty. Zrozumiałam to wtedy jako bezmyślność i prostotę. Człowiek pełny w środku wydał mi się bardziej wartościowy niż pusty. 

Potem myłam podłogę w kuchni i nagle pojęłam, co chciała mi powiedzieć Marta. Bo Taki-a-Taki jest jednym z tych ludzi, którzy wyobrażają sobie Boga tak, jakby on stał tam, a oni tu. Taki-a-Taki wszystko widzi na zewnątrz siebie, nawet siebie widzi na zewnątrz siebie, ogląda siebie, jakby oglądał fotografię. Z sobą obcuje tylko w lustrach. Kiedy jest zajęty, kiedy na przykład składa te swoje filigranowe sanie, to w ogóle przestaje dla siebie być, ponieważ myśli o saniach, a nie o sobie. Sam dla siebie nie jest ciekawą rzeczą do myślenia. Dopiero kiedy ubiera się, żeby ruszyć w swoją codzienną pielgrzymkę do Nowej Rudy po paczkę papierosów i tabletki z krzyżykiem, gdy widzi siebie już gotowego w lusterku, wtedy myśli o sobie „on”. Nigdy , ja”. Widzi siebie tylko oczami innych, dlatego tak ważny staje się wygląd, nowa bistorowa kurtka, kremowa koszula, której jasny kołnierzyk stanowi kontrast dla ogorzałej twarzy. Dlatego nawet dla siebie Taki-a-Taki jest na zewnątrz. Nie ma w środku Takiego-a-Takiego nic, co by patrzyło od środka, więc nie ma refleksji. 

Wtedy widzi się duchy. »



 

Wyd. brytyjskie, 2002, powtórzone w Northwestern University Press 

W brytyjskim wydaniu powieści z roku 2002 tego fragmentu nie ma – w amerykańsktim wydaniu powieści z roku 2025 ten fragment jest. Tak jak jest w każdej z tuzina, lekko licząc, edycji polskich oryginałów.


Nowy, amerykański Taki-a-Taki to jest So-and-So. Poprzedni, brytyjski Taki-a-Taki to był Whatsisname. Czemu tego nonejma chrzczono dwa razy? Rzecz chyba się wyjaśnia przy pulpetach i pierogach, o czym trochę później.


Nie jest tak, że wydanie tegoroczne zjawia się jako pierwsze w Stanach. Powieść po roku (2003), zdublowano za londyńskim Granta Books (2002) w Northwestern University Press w Evanston w Illinois. Pachnie więc wydaniem elitarnym i na dodatek w aranżacji brytyjskiej. To właśnie wydanie czytam i zamazuję na kolorowo, słuchając Priyangę Burford, czytającą aranż amerykański.


Teraz przyznam, co powinienem właściwie zrobić wcześniej, że opisuję, co czytam/widzę z wierzchu,  po drugie – nie wszystko zdołam pojąć, po trzecie – nie przegryzę się do szczegółów przedsięwzięcia, co wszystkim wyjdzie na dobre, bo nie mnie dywagować na ślepo o detalach i tajemnicach pracy tłumaczki nad obiema edycjami.


Widoczne różnice zaczynają się od pierwszego zdania: brytyjskie 2002: "The first night I had a dream"; amerykańskie 2025: "The first night I had a static dream." Po polsku: "Pierwszej nocy miałam nieruchomy sen."  Pamiętam, że przed laty, kupiwszy wydanie NUP i przeczytawszy pierwsze zdanie, pomyślałem: "Ostro i ryzykownie zaczęła tłumaczka, pani Antonia Lloyd-Jones". Czemu mi taka bystra myśl zaświtała? Bo mi dzwoniło, że w Stanach bardzo podobne wyrażenie "I have a dream" to nie jest takie sobie byle powiedzonko. Kto nie kojarzy, niech sobie wygugluje, najlepiej w wikipedii. 


Niby tak bystro skojarzyłem, ale nic tu ryzykownego ze strony pani A.L-J – najpierw, jak widać utrzymała polski czas przeszły, pod drugie tłumaczyła dla czytelników brytyjskich. Dlaczego 23 lata później dodała "static", a nie już wtedy? Po pierwsze - nie bardzo wiem, po drugie - ona lepiej wiedziała, czy wyspiarzom tyle wystarczy i czy Amerykanom lepiej jednak ów static dodać. Kto tu pamięta, czy to było "I had" czy "I have"..., a mogą się znaleźć tacy bystrzy, jak ja przed laty, i dopiero byłby cyrk.


Pierwszy, malutki rodzialik pod tytułem "The dream", raptem trzy akapity (w polskiej edycji - jedna kartka) to są, tylko na oko biorąc książkę z 2002 i książkę z 2025, dwa różne rozdzialiki. Odmian małych naliczyłem piętnaście, jedną średnią i jedną sporą, tę mianowicie, że w wersji 2002 nie ma po angielsku zdań: "Żadne z tych śniących ciał nie jest mi bliższe, żadne dalsze. Po prostu na nie patrzę i w ich pogmatwanych sennych myślach widzę siebie..." Niby drobiazg, ale one są i nieźle przełożone w wersji obecnej.


Zdało mi się zatem, że najpierw był "Sen" prawie na ubogo, a teraz jest w pełni na bogato. Co wywołuje nie żadne jakieś tam przekąsy, tylko absolutnie szczery i niezmierny podziw dla translatorskich talentów i perfekcyjnej zawziętości Antonii Lloyd-Jones. Przecież to pasjonujące, jak Ona, Brytyjka po Oxfordzie, przerabiała się na Amerykankę? ile polskiego się nadouczała przez prawie ćwierć wieku? jak Oldze tłumaczyła zrobienie nowej książki tak translatorsko bogatej, że poprzednia wypadnie prawie przaśnie? miały tę przygodę Obie, czy Antonia wyszykowała siurpryzkę? 


"Pierogi" (obok "kielbasa") to było pierwsze polskie słowo, jakie znalazłem w amerykańskim słownictwie, znane wszystkim – od kolesi z czarnego Amsterdamu na Mahnattanie, po ziomków z italskiego Brooklynu. Narratorka "Domu" słuchała sobie po polsku radia Nowa Ruda, obierając ziemniaki albo klejąc pierogi. Ale dla Brytyjczyków w 2002 drugim robiła "meatballs". Po ćwierć wieku, dla Amerykanów, robiła "pierogi" – to jest absolutnie oczywiste, a z drugiej strony znaczy, że rzekoma masówa polskiej emigracji na Wyspach jeszcze się na początku XXI wieku z pierogami do Anglików nie przebiła.


Piszę cały czas "edycja amerykańska", "dla Amerykanów" – a to nie jest prawda, bo nowy "House of Day, House of Night" opublikowano równolegle na Wyspach przez Fitzcarraldo Editions, wydawnictwo bardzo londyńskie. Co oznacza, że już i tu wiadomo, co to są pierogi. 


Czy tylko rozdzialik "Sen", czy aż cała książka jest teraz na bogato wiedzieć będę za następne jedenaście godzin słuchania i mazania kolorami przy czytaniu następnych 280 stronic starego wydania, które po wszystkim ulokuję w lamusach ciekawostek literackich.

Kolorowanie

° ° °

 

wpis oryginalny: 31 grudzień, 2025 


 

Polszczyzna-Córszczyzna


W anonsie w New York Times'ie z końca grudnia nie wspomina się, że "Dom"  wydany był wcześniej i po raz drugi zjawia się na amerykańskim rynku księgarskim. Ale na zachętę czytelniczą, a i po sprawiedliwości, opisuje się w zajawce kilka bulwersujących wątków przeplatanych w "Domu", które istotnie czynią książkę Olgi Tokarczuk nie tylko pasjonującą, ale i wyjątkową. Skoro zaś takie sympatico, bo wciąż jeszcze cokolwiek napiszą w NYT ma swoje karaty w literackim jubilerstwie, to wspomnieć wypada, że anons jest autorstwa Bena Markowitsa, troszkę jakby kolegi Olgi Tokarczuk z finałowych list Bookera. 


Na razie zatem wyrafinowany czytacz amerykański poczyta sobie dobre pisanie/dobre tłumaczenie, a potem na pewno jakieś akademiczki wyłowią pierwsze wydanie i zdysertują uczenie różnice między przekładami. 


W moim kolorowaniu edycji sprzed lat przybywa koloru zielonego, co oznacza fragmenty kiedyś opuszczone przez Antonię Lloyd-Jones, a teraz – starannie wymuskane translatorsko – dopełniające angielską wersję w kształt bardzo, ale to bardzo bliski polskiemu oryginałowi.


Na przykład mały rozdzialik "Listy". Po polsku jest tak:


Listy

Dostaję listy prawie tylko od kobiet i prawie wszyscy ludzie, do których piszę listy – to kobiety. Kiedy nie ogląda się telewizji, cały świat widziany z tego miejsca wydaje się zupełnie kobiecy. Kobiety sprzedają żywność w sklepach, organizują spotkania, chodzą po zakupy z dziećmi, wypełniają autobusy do Nowej Rudy i z powrotem, strzygą włosy, umawiają się na wieczór, całują w oba policzki, pachną, przymierzają ciuchy w sklepach, podają żetony na poczcie, rozwożą listy pisane przez kobiety, które czytają kobiety. Mam jeszcze Martę i suki. Także kozę. R. stanowi w tym wyjątek; jego obecność podkreśla tę wszechobecną żeńskość. Na tej samej zasadzie soli się słodkie ciasto drożdżowe, a do kwaśnego sosu dodaje się trochę cukru.

Myślałam o słowach, które są niesprawiedliwe pewnie dlatego, że wyrastają z nierówno i niechlujnie podzielonego świata. Co jest żeńskim odpowiednikiem słowa “męstwo”? “Żeństwo”? Jak nazwać w kobiecie tę cnotę, żeby nie przekreślić jej płci? Nie istnieje żeński odpowiednik słów “starzec” czy “mędrzec”. Stara kobieta to staruszka lub starucha, jakby w starzeniu się kobiet nie było żadnej dostojności, żadnego patosu, jakby stara kobieta nie mogła być mądra. Co najwyżej można powiedzieć o niej “wiedźma” i zaznaczyć, że pochodzi od “wiedzieć”. Ale i tak będzie to obraz złośliwej staruchy o obwisłych piersiach i brzuchu niezdolnym do rodzenia, istoty szalonej ze złości do świata, choć potężnej. Stary mężczyzna może być mądrym i dostojnym starcem, mędrcem. Żeby powiedzieć coś podobnego o kobiecie, trzeba kluczyć, omawiać, opisywać – stara, mądra kobieta. A i tak brzmi to na tyle podniośle, że staje się podejrzane. Ale najbardziej niepokoi mnie słowo “usynowić”, bo nie istnieje “ucórzenie”. Bóg usynowił człowieka.



W pierwszej edycji jest:.... nic.


W drugiej edycji:


«LETTERS 

Almost all the letters I receive are from women, and almost all the people I write to are women. If you don’t watch television, the whole world viewed from this place seems entirely female. Women sell food in the groceries, organize meetings, go shopping with their children, fill the buses to Nowa Ruda and back again, cut hair, arrange to meet in the evening, kiss on both cheeks, smell nice, try on clothes in shops, hand out phone tokens at the post office, deliver the letters that women write and women read. I also have Marta and my female dogs. And the nanny goat. R. is the exception; his presence highlights this omnipresent femaleness. On the same principle you add salt to a sweet yeast cake and a pinch of sugar to a sour sauce. 


I’ve been thinking about words that are unjust, probably because they arose from an unevenly and sloppily divided world. What is the female equivalent of the word manliness? Womanliness? But the former implies strength and fortitude, while the latter implies weakness. How can women be ascribed this virtue without erasing their gender? The same is true of the words virility and effeminacy — the former implies vigour and energy, while the latter implies affectation and feebleness. In Polish tradition, old men are stereotypically wise and experienced, while old women are typified as bitter and gossipy. It’s as if there were no dignity in the ageing of women, no pathos, as if an old woman could not be wise. At best one might call her a wiedźma, derived from the same root as wiedzieć, meaning ‘to know’, but wiedzma translates as a witch, and at once we have the image of a spiteful old crone with sagging breasts and a belly incapable of giving birth, a creature gone mad with anger at the world, though powerful. An old man can be wise and worthy, in Polish described by the single word mędrzec —meaning ‘a sage’, which even has an echo of the word męski, meaning ‘male’. To say something similar about a woman you have to fudge it, talk around it, paraphrase — a wise old woman. Even so, it sounds grandiose enough to seem suspect. But the word that bothers me the most is mankind. In Genesis, ‘God created them male and female. And he named them “Mankind”.’ In the historical dictionary, a ‘mankind woman’ is a virago, a monster.»



Od razu widać, że ten fragment (w oryginale) dotyczy subtelności i zawikłań w polszczyźnie, które nawet dla rozpracowującej je autorki nie są łatwiutkie do odwikłania. Co dopiero dla tłumaczki. Całkowite zatem zrozumienie dla pierwszego pominięcia i głęboki szacun dla obecnej próby przełożenia anglofonom, co i jak się pulta w polszczyźnie. 


Kilka rozdzialików później pan R. przychodzi z rewelacją: «Znalazłem to słowo – powiedział. – Żeński odpowiednik słowa “mędrzec” to “mądrala”.»


Niby OK, ale czy na pewno "mądrala" to ktoś "mądry i dostojny"? Tak zwyczajnie i od razu? Raczej przy dużej dozie dobrej woli.


Antonia L-J i tym razem nie zrejterowała: 


«‘I’ve found that word,’ he said. ‘The feminine equivalent of mędrzec — a sage — is mądrala.’ It’s from the same root, and yes, in Polish it’s feminine in grammatical form, but it means a wise guy, a smart alec.»


Nietrudno spostrzec, że po polsku są dwa zdania, a po angielsku trzy. I że trzecie dodane. A w pominiętym rozdzialiku "Listy" takich dodanych po angielsku zdań znajduję cztery sztuki. Ciekawy byłby esej o wpisywaniu owych zdań dodanych, gdyby panie OT i AL-J zechciały kiedyś odsłonić trochę tajemnic.


Są zdania dodane, ale nawet i teraz są opuszczone albo przynajmniej ominięte bocznym ślizgiem. Bo na czymś takim: "Ale najbardziej niepokoi mnie słowo “usynowić”, bo nie istnieje “ucórzenie”  – musi się tłumacz pośliznąć, nie ma rady. O ileż łatwiej było pozostać przy męskich skojarzeniach, nawet tak zdradliwych jak gombrowiczowskie: Ojczyna – Synczyzna. Lata temu Carolyn French i Nina Karsov wymyśliły na Synczyznę "Filistria", co po polsku brzmi ryzykownie blisko do "filistra", ale po angielsku idzie wcale z sensem za "filial" (synowski). Gdyby Gombrowicz wymyślił "Córszczyznę", fiknęłyby kozła w pośligu tłumaczki "Transatlantyka".


Być może znajdą się tacy amerykańscy, brytyjscy lub australijscy czytelnicy, którzy widząc dziwaczne słowa z literkami "ź", "ę" i "ą" zechcą je wpisać w jakąś aplikację translatorską, żeby posłuchać jak mają brzmieć. Być może nawet zechcą je samodzielnie na głos powiedzieć. Co do słówka "ucórzenie", to oczywiste, że wcale nie z powodu dziwnych literek "ó"i "rz" Antonia L-J nie skusiła się i nie zmobilizowała do przekładni, nawet mimo obecnej skrupulatności. Po polsku to słowo powstało dopiero co, a i tak nie istnieje, cóż dopiero w środowiskach anglofońskich (i żeby tylko tam), gdzie przez wieki córki  jakby przebywały na uboczu Kosmosu, np. nie brane były pod uwagę w podziale ojcowizny. "Daughtistrii" nawet Szekspir nie wymyślił.


° ° ° 


PS Jeśli Google pokaże istnienie słowa "córszczyzna", to będzie błąd. Ma to być rzekomo miejsce w gminie Kolno, w woj. Podlaskim. W rzeczywistości osada owa nazywa się "Górszczyzna".


° ° °



wpis oryginalny: 14 grudzień, 2025

 


Tokarczuk poleca. Ją polecają.



 6.XII.2025

The New Yorker: 

«W twórczości laureatki Nagrody Nobla częsty jest wątek nieszczelności granic – między narodami, między grupami etnicznymi, między fikcją a rzeczywistością, między świadomością a snami.

Jej powieści i opowiadania ukazują ciągłe zmiany granic państwowych, szczególnie w Europie Wschodniej (Tokarczuk jest Polką), a jednocześnie z upodobaniem autorka wplata elementy nadprzyrodzone i ze sfer fantastyki naukowej. W książce „Dom dzienny, dom nocny”, wydanej w tym tygodniu przez wydawnictwo Riverhead, pisze: „Na całym świecie, wszędzie tam, gdzie ludzie śpią, w ich głowach rozbłyskują małe, chaotyczne światy, narastające na rzeczywistości jak blizny” (w oryginale: "Na całej ziemi, gdziekolwiek ludzie śpią wybuchają w ich głowach małe, pogmatwane światy, które jak dzikie mięso przerastają rzeczywistość."). Niedawno Tokarczuk przesłała nam kilka uwag na temat swoich ulubionych autorów science fiction i literatury spekulatywnej, których książki mistrzowsko łączą fantastykę z prozą życia. Jej notatki przetłumaczyła Antonia Lloyd-Jones.» 

 ° ° °

W magazynie "The New Yorker" z szóstego grudnia Olga Tokarczuk poleca pięć książek sci-fi, zaczynając od "Dzienników gwiazdowych" St. Lema. Pozostałe cztery też są do przeczytania po polsku:

Ubik - Philip K. Dick

Cieplarnia - Brian W. Aldiss 

Historia twojego życia - Chiang Ted

Problem trzech cial - Cixin Liu



«Zaczęłam czytać science fiction w bardzo młodym wieku. Byłam przekonana, że kiedy dorosnę, będziemy latać na Marsa i Księżyc bez żadnych problemów. Chciałam pracować w medycynie kosmicznej lub jako fizyk. Na początku czytałam książki dla młodzieży, ale prawdziwym wprowadzeniem do gatunku były dla mnie dzieła Stanisława Lema. Moje ulubione książki to „Dzienniki gwiazdowe”, opowiadające o samotnym podróżniku kosmicznym i naukowcu Ijonie Tichym, oraz „Cyberiada”, zbiór opowiadań o robotach i inteligentnych maszynach.


Lem wyprzedzał swoją epokę, zwłaszcza w temacie sztucznej inteligencji. Miał znakomite poczucie humoru i unikalny geniusz w odkrywaniu różnych paradoksów; jego twórczość pobudza wyobraźnię, stawiając pytania, które są przedmiotem studiów filozoficznych. W opowiadaniu „Siódma podróż” statek kosmiczny Ijona wpada w pętlę czasową, co skutkuje pojawieniem się roju różnych Ijonów z różnych momentów tego samego dnia. Który z nich jest „prawdziwy”? Dzisiaj powiedziałabym, że prawdziwy jest ten, który opowiada historię. Prawdziwy jest obserwator.

Ponieważ dziś jesteśmy zafascynowani sztuczną inteligencją, powinniśmy koniecznie wracać do opowiadań Lema, w których przewidział on wszelkiego rodzaju inteligentne maszyny.»



 



«Twórczość science fiction nie jest w większości wyrafinowana literacko. Raczej chodzi w nich o przekazanie koncepcji, paradoksu, wizji. Czasami wizja jest tak potężna, a pragnienie jej wyrażenia tak intensywne, że sprowadza język do jego najbardziej pragmatycznej roli: czystej komunikacji. Myślę, że Philip K. Dick był wielkim wizjonerem.

Był pierwszym pisarzem, który stworzył naprawdę poruszającą wizję rozpadającego się świata i cienkiej granicy między tym, co rzeczywiste, a tym, co wytwarza nasz mózg. Wielowymiarowość, różnorodność i innowacyjność jego twórczości zmieniły nie tylko science fiction, ale literaturę w ogóle. W niezwykle nowoczesny i przenikliwy sposób porusza on pytania, które ludzkość zadaje sobie od wieków.


W Polsce Lem był wielkim propagatorem twórczości Dicka i korespondowali ze sobą, dopóki Dick nie uznał, że Lem nie jest osobą, lecz siecią szpiegowską o nazwie L.E.M. Zaczęłam od „Ubika” i nigdy nie zapomnę opisu rozpadającej się rzeczywistości: nowoczesne przedmioty nagle zamieniają się w starożytne, jedzenie natychmiast się psuje, technologia traci swoją moc. Tylko tymczasowo ożywieni zmarli i polimorficzny produkt znany jako Ubik mogą temu zaradzić. Da się odczytywać tę historię jako metaforę rozpadającego się umysłu i "upadłego kosmosu”, których funkcje musi nieustannie animować tajemnicza siła.»

 

 


«Wciąż pamiętam moje pierwsze spotkanie z „Szklarnią”, dalekowzroczną, halucynacyjną, surrealistyczną książką o Ziemi za miliardy lat. Ludzie nie są już panami stworzenia; tę rolę przejęły małe ssaki wspólnie z wysoko rozwiniętymi, inteligentnymi roślinami. Ziemia przypomina jeden wielki organizm roślinny, a rośliny kolonizują również przestrzeń kosmiczną. Ta książka, napisana w 1962 roku, wprowadziła ideę, że drzewa stanowią jeden wielki, wzajemnie komunikujący się organizm – rzeczywistość, którą nauka potwierdziła sześćdziesiąt lat później. Zaraziłam mojego ojca miłością do tej książki i pozostało mi z nią jedno z najczulszych wspomnień: wymienialiśmy się tym samym, wielokrotnie czytanym egzemplarzem i dyskutowaliśmy o pomysłach Aldissa.» 


 



 

«Opowiadania z Twojego życia i inne 

autorstwa Teda Chianga

Nadal czytam science fiction, ale teraz wymieniam się książkami z moim synem, który jest w tym gatunku dobrze zorientowany i często poleca mi książki, takie jak ta. Byłam pod ogromnym wrażeniem tego zbioru, a zwłaszcza opowiadania „Historia twojego życia”. To fascynująca filozoficzna refleksja na temat nieliniowej natury czasu i roli języka w postrzeganiu rzeczywistości. Nie ma tu szybkiej akcji, żadnych mrożących krew w żyłach przygód, ale ta historia dała mi wiele do myślenia i na długo pozostanie w mojej pamięci.

 

Problem trzech ciał
autorstwa Cixina Liu
Każdy fan science fiction, który marzy o ucieczce do epickiego, wykreowanego świata – dziwnego świata zawieszonego między upadkiem a powstaniem – prawdopodobnie przeczytał trylogię Cixina Liu „Wspomnienie o przeszłości Ziemi”, której „Problem trzech ciał” jest pierwszym tomem. Jej rozmach i wizjonerski charakter sprawiły, że na jakiś czas porzuciłam własne pisanie i zanurzyłam się w pytaniach dotyczących kosmologii, historii cywilizacji i przyszłości Ziemi.
Jak powiedziałby Philip K. Dick, w science fiction jest więcej, niż nam się wydaje.»

 

° ° °

 

Z "Dzieników" (1957), czytanych za dinozaurów, albo i przed potopem, pamiętałem tylko jedno opowiadanie: "Podróż jedenasta" - o kłopotach astronauty z Ziemi, prześladowanym na planecie robotów, które okazują się co do jednego ludźmi udającymi roboty z powodów mafijno-oportunistycznych. Przy czytaniu na świeżo o podróżach Ijona Tichego przez kosmos i czas, mam dziwne, intuicyjne, przez co wymagające solidniejszych dociekań, uczucie, że w tomie "Dzienników"opowiadanie pt. "Podróż dwudziesta", ujawniające osobliwe źródła historii rodzaju ludzkiego, koresponduje fantazyjnością z niezwykłym ujawnieniem losów Jakuba Franka w "Księgach Jakubowych" Olgi Tokarczuk. Pozostałych książek nie czytałem, więc na zimowe wieczory pośpieszam czym prędzej za rekomendacją.


W "Podróży dwudziestej" jest objaśnienie skąd na obrazie Hieronima Boscha "Ogród rozkoszy ziemskich" wziął się wizerunek chronobusa dwunastoosobowego, skonstruowanego (na Ziemi?) bodajże w roku 2661.



To jest chronobus↑

albo to↓  




° ° °

W grudniowej edycji swych stron internetowych instytucja równie szacowna jak TNY, czyli Center for Fiction, to znaczy New York Mercantile Library, poleca powieść Olgi Tokarczuk "House of Day, House of Night", znaną nam jako, rzecz jasna, "Dom dzienny, dom nocny". 

 

CfF anonsuje:


«...wielokrotnie nagradzana polska pisarka wraca (na rynek amerykański*) z kolejną pasjonującą powieścią o nietypowych postaciach; temat przyjaźni między kobietami zgłębiany jest przez jedną z najwybitniejszych umysłowości literackich w historii. »


«W powieści poznajemy mieszkańców peryferyjnego miasteczka na Śląsku, w którym zamieszkują narratorka z mężem, oboje nie znający tutaj nikogo. Opowiadająca kreśli portret ekscentrycznej wioski w której obok kobiety, rozróżniającej poszczególne epoki po ich unikalnych kolorach, mieszka mężczyzna, uważający, że w jego ciele trzepoce się ptak, a inni sąsiedzi to profesor, który pasjonuje się religiami i dachami, oraz rodzina, produkująca noże i śpiewająca psalmy przez całe dnie. Poza nimi – alkoholicy, intelektualiści, niemieccy żołnierze albo dziwny, chełpliwy jegomość z piłą łańcuchową – pisze o nich w książce opublikowanej w Polsce w 1988 roku (w końcu dostępnej w Stanach) polska laureatka Nagrody Nobla, pisarka całkowicie wyjątkowa, której najnowsza powieść jest reinterpretacją "Czarodziejskiej góry".»

 

* 23 lata temu wydano "House..." w NUP w Evanston, Illinois.




 ° ° °

Po nocnych i dziennych okolicach "Domu" błąkałem się czytelniczo w maju br. 

https://osiemipolminuty.blogspot.com/2025/05/kalendarz.html

° ° °


wpis orginalny: 16 grudzień, 2025

O co chodzi z chronobusem... 


  



Na obrazie Boscha jedyny przedmiot podobny do maszyny, do skomplikowanego przyrządu pozwalającego czymś manipulować, służącego do regulowania czegoś i do działań tajemnych za pomocą  wyrafinowanego mechanizmu – to drewniana, wysoka konstrukcja. Wygląda, jakby mogła pomieścić kilkanaście osób, choć ten i ów musi wystawać spoza wnętrza, żeby czymś pokręcić, coś poprzesuwać, uregulować akustycznie, czy też wzbudzić wibracyjnie. Jej lokacja w środku malowidła jest jednakowoż wątpliwa.


Przedmiot trochę bardziej namalowany na środku nie wygląda na mechanizm, ale wyraźnie posiada wieloosobowe wnętrze pasażerskie. Istotę konstrukcji kamufluje kształt drzewnego jaja, jakby malującemu chodziło o dalekie skojarzenie z rakietą, samolotem, międzyplanetarnym pojazdem podróżnym, oraz o aluzyjność oczywistą, ale czytelną tylko dla wtajemniczonych z przyszłości, nie dla wspólczesnych. Ci mają widzieć tylko jajo i drzewo.


Który z nich jest właściwą aluzją do chronobusa? Objaśnienie Ijona Tichego w "Podróży dwudziestej" jest więcej niż skąpe:  «...Bosch nie powstrzymał się od niedyskrecji. W “Ogrodzie uciech ziemskich”, w “piekle muzycznym” (prawe skrzydło tryptyku) stoi w samym środku dwunastoosobowy chronobus.»


Od jakiej niedyskrecji? Otóż od prawie wypaplania (ikonicznego w tym przypadku), od ujawnienia, że niejaki Hieronimus Bosch z Den Bosch nad rzeką Maas w Niderlandach, malujący w XV i XVI wieku, to agent Programu TEOHIPHIP z wieku XXVII, programu mającego na celu komputerowe poprawienie historii ludzkości. Uznano w tej dalekiej przyszłości, że człowieczeństwu mającemu «taką masarnię i jatkę w rodowodzie, wstyd pchać się pomiędzy wysokie kosmiczne cywilizacje.»


Dyrektorem zespołu działającego w ramach owego zamierzenia został Ijon Tichy. Było to przedsięwzięcie tak ryzykowne i trudne, że Ijon Tichy z wieku XXVII przeniósł się w czasie w wiek XX, aby własną swoją postać dwudziestowieczną, Ijona Tichego, narratora, opowiadacza tych wydarzeń,  nakłonić prośbą i groźbą do przeniesienia się w wiek XXVII, by ten za niego pokierował TEOHIPHIPem.


Oprócz H.Boscha agentami korygującymi historię byli na przykład wysłannicy P.Latton, Harry S.Totteles czy  H.Omer i cały szereg podobnych (np. A.Donnai lub H.Yobb). Niestety wszystko się rypło i o tym jest opowiadanie pt. "Podróż dwudziesta" w "Dziennikach gwiazdowych".


Chronobus był używany w specyficznych sytuacjach. Służył do przerzucania komandoskich grup tajniaków w newralgiczne obszary czasów ludzkich. Do podróży indywidualnych, powszechnych w programie, służyły osobiste chronocykle. Siadało się na nich jak na rowerze, a ich podłużny kształt przypominał miotłę. 


Lata sześćdziesiąte XXVII wieku, zapewne z powodu popularności programu TEOHIPHIP i rozpowszechnionej mody na ingerencje w czas 

(powstały wówczas takie oto pojęcia:


chronocykliści

telechroniczny

chronotraki

chronomocyjna rewolucja/albo cywilizacja

chronotrakcja

chronomocja

telechronia

czasochroniarze

chronooszuści

chronoligańskie wybryki

chronomutacja

kinochroniczna energia

chronoklazm

chronalna głowica

technokroniczne

chronokolizja

chronoratorium

gigachroniczna energia

chronotraktor

chronołaz

chronobus

chronoalergiści

kryptochronia

chronicja tajna

chronicjanci sekularni

chronociąg)



spowodowały masową produkcję i używanie chronocykli personalnych. Ijon Tichy, jako dyrektor Programu relacjonował:


«Chronocykl indywidualny stanowi rurę z siodełkiem i lejem wylotowym, toteż, zwłaszcza przy niedostatecznym oświetleniu, można go wziąć za miotłę. Różne bezwstydnice wypuszczały się na przejażdżki, najchętniej nocą, by straszyć wieśniaków wczesnego średniowiecza. Mało, że jeździły im lotem koszącym nad głowami, śmiały wyruszać w XIII czy XII wiek w drastycznym dezabilu (topless), cóż więc dziwnego, że brano je w braku lepszych określeń za gołe wiedźmy, pędzące okrakiem na miotłach. Dziwnym zbiegiem okoliczności w śledztwie i wykryciu winnych dopomógł mi H.Bosch, przebywający już na zesłaniu, nie tracił bowiem przytomności na widok byle czasownika, i jak żywych sportretował w swym cyklu “piekielnym”, nie żadnych diabłów, lecz dziesiątki nielegalnych chronocyklistów z towarzyszami, co przyszło mu tym łatwiej, że wielu znał osobiście.»

 


https://solaris.lem.pl/