Kilka uwag do Historii o Pięknej i Potworze
która jest tu: https://osiemipolminuty.blogspot.com/2026/02/historia-o-pieknej-i-o-potworze-odc1.html
Jedenaścioro dzieci kupca nie ma imion. Dokładnie – prócz Pięknej w bajce nikt inny nie ma imienia. W książce Gabrieli-Zuzanny* wiadomo, kto bajkę opowiedział, wiadome są imiona kilkorga ze słuchaczy, ale w świecie bajki – pełny anonimat. Istnieje ona, opowiadana przez dwie godziny codziennie, podczas żeglugi z La Rochelle do Léogâne, a więc z zachodniego wybrzeża Francji przez Atlantyk na wschodni skraj wyspy Dominikany, do jej francuskiej części, to znaczy do Haiti. Przepłynięcie oceanu na tej trasie trwało w połowie XVIII wieku najkrócej 25 dni, jeśli była bardzo sprzyjająca pogoda.
* Gabrielle-Suzanne Barbot de Villeneuve: La Belle et la Bête (Piękna i Potwór), 1740
Morska przygoda z audiobookiem na pokładzie to jedynie fabularny pretekst do zaistnienia opowieści o Pięknej i Potworze – ta ostatnia jest w książce pięć razy dłuższa od początkowych relacji o towarzystwie podróżników. Na statku pasażerowie i grupa oficerów słuchają pięciu odcinków serialu niejakiej Pani de Chon.
To ona opowiada bajkę pełną bezimiennych postaci – Wielka Wróżka, Królowa, Książę, inne wróżki, kupiec i jego jedenaścioro dzieci. Paskudnemu monstrum można przypisać jakie takie imię, skoro każe na siebie mówić Potwór (w oryginale la Bête, czyli Bestia, ale niezręcznie było mi pisać o dziwolągu męskiego rodzaju "przyszła, powiedziała, zrobiła" i zamieniłem go w Potwora). A może bezimienność dziewcząt była aluzją do jakichś wielodziewczęcych rodzin ówczesnych? Niby, że nienazwane, mogą być kimkolwiek, np. siostrami de Mailly-Nesle, które w cztery po kolei były kochanicami króla Ludwika XV. Albo córkami tegoż króla, z których cztery, czyli połowa, omotały młodego Piotra-Augustyna de Beaumarchais.
Książka Gabrieli-Zuzanny Barbot de Villeneuve z roku 1740 ma tytuł "Młoda Amerykanka i morskie opowieści Pani de •••". Trele-morele o owej młodej niby Amerykance (bo chodzi o Francuzkę, dopiero mającą stać się przez malżeństwo panią z Nowego Świata), o szykowaniu jej zamążpójścia, o zaangażowanych w to rodzinach zajmują pierwsze dziesięć stron. Gdyby ich w książce było tylko dwie, nic złego by się nie stało dla jej urody literackiej i dla wydarzeń w akcji. Dalsze pięć stron przynosi nagle, jak sypnięte z garści, dwa tuziny wzmianek o pani de Chon, sympatycznej, wesołej i gadatliwej guwernantce panny Amerykanki. Potem jest 75 stron bajki. Cała książka kończy się niedługim opisem zachwytów słuchaczy nad gawędami pani de Chon.
Przy końcu trzeciego odcinka wspomniałem o wydaniu francuskim w Gallimard z 2014 roku i że opuszczono w nim opowieść Księcia. Nie tylko ten fragment – również dedykację i piętnaście stron o żegludze. Uczciwie zatem tytułem nie jest "La Jeune Amériquaine..." itd., ale "La Belle et la Bête". Wydawnictwo tłumaczyło się koniecznością tzw. kalibracji objętości. Tratatata, bujać to my. Książka ma 134 strony, następne sto byłoby może nadmiarem, ale cóż to za kłopot dodać jakieś 30? Finansowy? Drukarski? Powiem otwarcie – Gallimard wyrzucił przegadaną, rozwlekłą mizerotę literacką. Wspomniane wyżej trele-morele to pierwszy majak fabularny. Znam tę część z już wyposażonego w logikę i sens tłumaczenia angielskiego Aurory Wolfgang (bo jak inaczej tłumaczyć?), a i tak nie mogę się połapać co, kto, kiedy, gdzie, a zwłaszcza po co w prezentacji postaci rzekomej Amerykanki i perypetii prowadzących do morkiej wyprawy.
Co do drugiego skrótu, załóżmy że Książę, ledwo co wykaraskany z postaci bełkotliwego Potwora, który z trudem potrafił wyryczeć jedno zdanie, opowiadający w oszołomieniu, musiał się wygadać jak w malignie. Jest więc jakieś usprawiedliwienie dla Gallimardowskiej bezceremonialności wobec jego zwierzeń. Ale co tam opinia czytelnika, czy nawet zuchwałość wydawców – sama Gabriela-Zuzanna była świadoma, że arcydzieła nie sworzyła: «(...) błagam czytelnika o pobłażliwość. (...) pisałam z większą szybkością niż dokładnością. Wstyd przyznać się do błędów; lepiej byłoby w ogóle nie publikować. Ale jak stłumić pragnienie zobaczenia siebie w druku?(...)»
Po co kupcowi cały tuzin dziecisków? Co do sześciu synów – fabularnie – prawie po nic. Najważniejsze, co mamy o nich wiedzieć, to tyle, że bardzo lubią swoją siostrę, Piękną. Są przez to jej eskortą i ochroną przed pentagramem zawistnych sióstr. Te nie lubią Pięknej całą mocą panien brzydszych, głupszych i rozwydrzonych. Ale, żeby owe animozje ujawnić, wystarczą dwie siostry, jak w skróconych dla dzieci i powszechnie znanych wersjach "Pięknej i Bestii". Pierwszy skrót, sławny, znany do dziś, przerabiany na dziesiątki sposobów jest autorstwa Madame de Beaumont i powstał w 1756, czyli w rok po śmierci Gabrieli-Zuzanny.
Konfrontacja pięciu panien z Piękną ma w bajce fabularny sens, niewielki, ale jakiś tam ma. Ideowy – nieco większy, gdyż na tle zawistnej grupki obrazuje się kontrastująco wizerunek cnót przecudnej i przedobrej Pięknej. Czy pani de Chon chodziło o to, że zło liczebnie przeważa dobro? Że to drugie musi się do bólu utyrać, by nad pierwszym zatriumfować?
Pominąłem w streszczaniu oryginału niezbyt długi, ale nudny opis perypetii, jakich doświadczyła Piękna w czasie pobytu z rodziną – jak wiemy, z lekka ponad wyznaczony limit dwóch miesięcy. Rzecz oczywista, głównie chodzi o to, żeby panna się spóźniła z powrotem do pałacu i tak ofiarnie się ulitowała nad ledwo już zipiącym Potworem, aby w końcu gładko wypowiedzieć magiczne "kocham cię". Kupiec i dzieci nie mieszkali wówczas w wiejskiej chacie i choć nie w Wielkim Mieście, to gdzieś w pobliżu. Pannice-siostry znów miały adoratorów, a oni wszyscy, chyba potajemnie, zaczęli się do Pięknej umizgiwać, więc ona, chyba równie potajemnie, starała się im wybić z głów durne zachciewajki. To była główna, według pani de Chon, aktywność Pięknej przez osiem tygodni.
Opowiadająca nie zapomniała pod koniec, czyli w piątej gawędzie na statku, o durnawych adoratorach. W towarzystwie sióstr i sześciu braci, oraz oczywiście kupca, zostali oni magicznie dostarczeni do zaczarowanego pałacu na ślub Pięknej i Księcia, i dopiero wtedy zrozumieli ostatecznie, że muszą odpuścić zalecanki do Pięknej.
° ° °
Gabriela-Zuzanna zadedykowała swoją książkę Luizie-Adelajdzie Feydeau de Marville, żonie generała-porucznika policji.
Najpierw wspomniała, że Luiza już od wczesnej młodości zadziwiała bystrością umysłu, a potem pisała mniej więcej tak: "Pochlebiam sobie, że znajdzie Pani przyjemność w lekturze książki, którą oddaję pod Pani opiekę, choć nie śmiem oczekiwać aplauzu, który zapewniłby jej pełny sukces. Pani naturalne usposobienie, wsparte doskonałym wykształceniem, od dawna przyzwyczaja Panią do poważniejszej lektury. (...)
Jesteś córką znakomitego ojca, którego umiejętności i czujność pomogły zapobiec katastrofom, gdy zagrożenie było aż nazbyt dotkliwie odczuwalne, a miasto uznaje, że zawdzięcza jemu swoje przetrwanie. (...)
Nie jestem zawodową pisarką i bez względu na los tej książki, pozostaję w nadziei, że posłuży ona wypełnieniu celu, który skłonił mnie do jej zadedykowania Tobie, a mianowicie do wyrażenia uczuć czci, jakie żywię do Ciebie i Twojej rodziny, i udowodnieniu Ci, że pozostaję z wielkim szacunkiem, etc."
Musiała być Luiza znana już za wczesnych latek panieńskich jako koneserka literatury, skoro otrzymała dedykację od Gabrieli. W roku 1740 miała 19 lat, od dwóch była żoną Klaudiusza-Henryka Feydeau de Marville, który wtedy, jak przedtem jej ojciec, także dowodził policją. Klaudiusz starszy był od żony o 17 lat, ale przeżył ją o ponad trzydzieści. Coś tragicznego stało się w rodzinie w roku 1754, bo wtedy umarła Luiza i dwie ich córki – Joanna i Adelajda. Być może z powodu ospy, choć ta choroba nie wystąpiła wówczas w epidemicznym nasileniu, ale tradycyjnie kosiła tuzinami dzieci i młodych dorosłych.
Za cóż to w dziele powieściowym chwaliło się paryskiego policjanta?
Otóż nakazał on utworzenie publicznych wysypisk śmieci na przedmieściach Paryża. Wprowadził praktykę polewania ulic podczas letnich upałów, aby zapobiec pożarom. W 1728 roku po raz pierwszy nakazał umieszczanie nazw ulic na szyldach. Jego zarządzenie z 30 lipca 1729 roku upowszechniło tę praktykę: nakazywało wszystkim właścicielom domów umieszczanie na początku i na końcu każdej ulicy kamiennych tablic z wyrytą nazwą ulicy. Próbował również wprowadzić system numeracji domów i budynków, ale musiał się wycofać w obliczu sprzeciwu szlachty, która nie chciała, aby wejścia do ich kamienic zostały oszpecone przez umieszczanie numerowanych tabliczek. Praktykę uznano za nazbyt egalitarną, ponieważ miała być stosowana zarówno do rezydencji arystokratycznych, jak i do mieszkań zwykłych ludzi.
Przyczynił się do prześladowań jansenistów (rozłamowy wobec kościoła ruch teologiczny, za św. Augustynem krytykujący zepsucie natury ludzkiej). Nakazał poszukiwania w Paryżu autorów, drukarzy i dystrybutorów ich gazety, która została podarta i spalona przez kata w 1731 roku, ale nadal była drukowana potajemnie. Hérault często znajdował świeżo wydrukowane arkusze w swojej rezydencji, a nawet w powozie, celowo umieszczane tam przez niewidzialne ręce.
Zwalczał masonerię, która wówczas pojawiła się we Francji. Zakazał karczmarzom i restauratorom przyjmowania lub obsługiwania lóż masońskich pod groźbą sześciomiesięcznego zamknięcia i grzywny w wysokości 3000 liwrów. Po otrzymaniu kopii rytuału masońskiego od prostytutki, opublikował go w satyrycznych gazetach w 1737 roku.. Ujawnienie rytuału wywołało powszechne kpiny i znacząco spowolniło rozwój masonerii we Francji na kilka lat.
21 grudnia 1739 roku René Hérault zrezygnował ze stanowiska generała porucznika policji, a jego miejsce zajął jego zięć, Claude Henry Feydeau de Marville, mąż Luizy-czytelniczki.
Nie wiadomo, czy nastoletnia lub dorosła Luiza bywała w salonowych kręgach, ale jeśli, to miałaby do dyspozycji (przed małżeństwem i po) salony czytelnicze i literackie w Paryżu, prowadzone przez kobiety z wyższej arystokracji lub wyższej klasy średniej, zwane salonnières. Gospodynie te pełniły rolę mediatorek kulturowych, organizując dyskusje i sprzyjając powstawaniu idei oświeceniowych.
Oto paryżanki, które przewodziły tym kręgom w pierwszych czterech dekadach XVIII wieku:
Markiza de Lambert (1647–1733): Prawdziwa pionierka epoki, otworzyła swój salon w Hôtel de Nevers już w 1710 roku. Jej krąg był tak wpływowy, że nazywano go „przedsionkiem Akademii Francuskiej”, ponieważ podobno ułatwiła wybór połowy jej członków, w tym Monteskiusza. Jej salon wyznaczył przejście między stylem „precieux” XVII wieku a filozoficzną powagą XVIII wieku.
Księżna Maine (1676–1753): W Sceaux prowadziła „Grandes Nuits”, bardziej arystokratyczny i żartobliwy salon, skupiający się na rozrywce literackiej, teatrze i szarmanckiej poezji.
Madame de Tencin (1682–1749): Od 1733 roku (po śmierci markizy de Lambert) utrzymywała część swoich stałych bywalców. Jej salon słynął z swobodniejszego i bardziej politycznego tonu, gościł błyskotliwe umysły, takie jak Fontenelle i Marivaux.
Markiza de Rambouillet: Chociaż jej historyczny salon pochodzi z XVII wieku, jest uznawana za założycielkę „niebieskiego pokoju”, który zainspirował wszystkie gospodynie salonowe z początku XVIII wieku do ustanowienia sztuki konwersacji.
Jeśli panna Luiza nie miała dostępu do wielkich salonów, mogła brać udział w mniej elitarnych spotkaniach pań we własnych domach, gdzie nabierały czytelniczego i dyskusyjnego sznytu. Skoro Gabriela pisała, że adresatka dedykacji "była niezwykła od młodości" to zapewne intelektualną aktywność panienki miała na myśli.
Literatura i sztuki sceniczne – takie są pasje nastoletniej Pięknej. Potwór stworzył jej, a właściwie nie on, jak się później w bajce okaże, lecz Wielka Wróżka, jej prawowita ciotka (no, tak – Piękna nie była prawdziwą córką poczciwego kupca i stąd może (intuicyjna?) zawiść pozostałych "sióstr" wobec "odmieńca"). Dziewczyna znalazła w pałacu olbrzymią bibliotekę i urządzenie w ślepych oknach jednego z salonów, działające jak telewizja, a nawet jak internetowe kamery na żywo. Dzięki temu miała transmisje z oper albo z teatrów. Utyskiwała, że nie ma urządzenia jak np. messenger, pozwalającego rozmawiać i widzieć się na odległość. Różne bywały w baśniach podobnie działające szklane kule, kryształy, misy z wodą, zwierciadła, ale czegoś tak wyraźnie telewizyjnego czy "jutubowego", jak miał Potwór w pałacu, u innych dziwolągów nie było.
