piątek, 18 marca 2022

Upadłe anioły.

 

O pisarzu Pinhasie Sadeh dowiedziałem się, próbując znaleźć wyjaśnienie pewnych słów w "KJ", więc z powodu "Ksiąg" tu się  pojawił. A sama bajka jest po prostu przecu. 

 


Pinhas Sadeh

Upadłe anioły.

z tomu: Bajki żydowskie.



Niewyobrażalnie dawno temu służyły Bogu dwa anioły. Były to wspaniałe i bardzo ważne anioły, gdyż jeden był Namiestnikiem Wody a drugi Namiestnikiem Wiatru.

Pewnego dnia powiedziały Bogu: "Panie, służymy ci wiernie we dnie i w nocy, wciąż żądasz od nas największych poświęceń, a grzesznym ludziom wielkodusznie wybaczasz grzechy. Ośmielamy się prosić cię, abyś zniszczył ludzkość i stworzył Człowieka od nowa."

"Łatwo wam powiedzieć – odrzekł Stworzyciel. – Was stworzyłem z ognia, czyli z najdoskonalszego żywiołu, zaś ludzie są słabi i zmienni, bo stworzyłem ich z najmarniejszego prochu ziemi. Gdybyście wy byli z niego stworzeni, też bylibyście jak ludzie."

"Z całą pewnością nie zachowywalibyśmy, jak oni" – odrzekli aniołowie.

"No, dobrze – powiedział Bóg. – Zróbię próbę i pozwolę wam żyć między nimi przez sto lat. Jeśli oprzecie się pokusom, zrobię jak chcecie i zniszczę ludzi. Ale jeśli staniecie się jak oni, uśmiercę was i będziecie tkwić na Górze Ciemności między niebem a ziemią."

Stworzyciel, niech będzie pochwalone jego imię, uczynił, jak powiedział i wysłał anioły na ziemię. Po pewnym czasie zapomniały one kim były i oddały się ziemskim przyjemnościom.  Gromadziły bogactwa, upijały się winem i obcowały z pięknymi kobietami, ale że były silniejsze niż rodzaj ludzki, pozwalały sobie na większe występki. Dochowały się dzieci, a potomstwo aniołów było bardziej niegodziwe niż potomstwo ludzkie.

Bóg widział to wszystko i postanowił uśmiercić anioły, a ich ciała zawiesić na Górze Ciemności między niebem a ziemią. Od tego czasu wiedźmy i czarownicy przylatują na tę górę uczyć się tajników magii. Potomkowie aniołów również zostali zniszczeni przez Stworzyciela, aby nie zanieczyszczali ziemi i nie  zdewastowali jej zupełnie. To właśnie był powód Potopu.

Ale że Stworzyciel potrzebował anielskiej służby, musiał zastąpić tych dwóch, których stracił. Przywołał więc do siebie proroków Eljasza i Nachuma, aby pełnili obowiązki tamtych upadłych aniołów.


tłum. z angl. B.K.


niedziela, 13 marca 2022

Listy poetki Drużbackiej do ks. Chmielowskiego.

 Wzięte, rzecz jasna, z "Ksiąg Jakubowych" Olgi Tokarczuk.


Elżbieta Drużbacka pisze

do księdza Chmielowskiego


Boże Narodzenie 1752, Busk

 

Jaśnie Wielmożny Mości Dobrodzieju,

Oto przychodzi ta wielka sposobność, aby w czasie narodzin Pana Naszego Zbawiciela życzyć Ci wszelakiej pomyślności, a nadto ochrony zdrowia Twojego i dobrego samopoczucia, bośmy przecież tak krusi, że byle co powalić nas może. Oby Ci się darzyło we wszystkim i oby łaska Dzieciątka Jezus sprzyjała Ci nieskończenie.

Pod wielkim wrażeniem pozostaję od czasu wizyty w Firlejowie i przyznać muszę, żem sobie tak słynnego Księdza inaczej imaginowała: że masz wielką  bibliotekę, a w niej wielu sekretarzów siedzi i wszyscy oni dla Ciebie pracują, piszą, przepisują. A tu Waszmość skromny niczym Franciszek.

U Waszmości podziwiam kunszt ogrodniczy, pomysłowość wszelką i erudycję Waszmości ogromną. Od razu po przyjeździe z wielką przyjemnością zajęłam swoje wieczory powtórnym czytaniem Nowych Aten, które przecież dobrze znam, bom się w nich zaczytywała, gdy po raz pierwszy były wydane. I gdybyż na to moje oczy pozwoliły, czytałabym godzinami. Bo teraz jest to bardziej szczególne, bo przecież znam Autora osobiście, i nawet zdarza mi się, że słyszę jego głos, jakbym czytanie na głos miała od Ciebie, Dobrodzieju. A i książka ta jest dziwnie magiczna – można ją czytać bez przerwy, to tu, to tam, i zawsze coś ciekawego w głowie zostaje, i ma się wszelkie preteksta do pomyślenia, jaki to świat jest wielki i skomplikowany, że myślą się go nijak objąć nie da, chyba tylko wyrywkami, drobinami małych zrozumień.

Teraz jednak zmrok tak szybko zapada i codziennie połyka nam chwile naszego życia, światło świec zaś jest tylko nędzną imitacją światła, której nasze oczy znieść długo nie mogą.


Wiem jednak, że zamysł Nowych Aten jest zamysłem wielkiego geniuszu i odwagi ogromnej i wielką ma zasługę dla nas wszystkich, jak żyjemy w Polszcze, bo to prawdziwe kompendium naszej wiedzy.

Jest jednakże rzecz, która mi przeszkadza w dobrej lekturze Twego dzieła, Mości Dobrodzieju, i o tym już mówiliśmy, kiedyśmy siedzieli u Ciebie w Firlejowie – a to ta łacina, a nie ona sama, lecz jej nieprzebrana obfitość, wszędzie wtrącona, niczym sól, co się zbyt obficie sypie do potrawy i zamiast podnieść jej smak, czyni ją trudną do przełknięcia.

Ja rozumiem, Mości Dobrodzieju, że łacina to język ze wszystkim otrzaskany i słów w niej poręcznych więcej niż w polskim, lecz ten, kto jej nie zna, czytać Twojej książki mógł nie będzie, zgubi się zupełnie. A myślałeś o tych chętnych do czytania, którzy łaciny nie znają, jak owi kupcy, drobni ziemianie niezbyt kształceni, a nawet i co bystrzejsi rzemieślnicy – to im przydałaby się ta wiedza, którą tak skrupulatnie zbierasz, nie zaś Twoim konfratrom, księżom i akademikom, oni i tak mają dostęp do ksiąg. Jeśli chcą oczywiście, bo chce im się nie zawsze. Nie mówię już o białogłowach, które najczęściej czytać nawet dobrze potrafią, a jako że do szkół ich nie posyłano, w łacinie od razu grzęzną.




O czym pisze Elżbieta Drużbacka

do księdza Chmielowskiego 

w lutym roku 1756

z Rzemienia nad Wisłoką


Chciałabym ja do Ciebie, Drogi Przyjacielu, częściej pisać, ale moja córka w połogu i na mnie starą spadło całe zawiadywanie dworem, bo mój zięć w podróży, która się już przedłuża z miesiąc z powodu śniegów tak okropnych, że wielka część dróg jest w ogóle nieprzejezdna, a i rzeki powylewały, osady ludzkie od świata odłączając.

Od rana więc wstaję i gonię: obory, chlewy, kurniki, konserwowanie tego, co przynieśli chłopi – już od świtu te wszystkie starania o nabiał, gomółki, małdrzyki i twarogi, mięso wędzone, drób tuczony, tłuszcze, mąki, kasze, chleby, grzyby, suszone owoce, konfekty na miodzie smażone, woski i łoje na świece, oleje do lamp i na dni postne, wełnę, przędziwo, skóry na kożuchy i buty. Żeby rano chleb położyć na stole, trzeba wiele, bardzo wiele się przedtem napracować, i to wielu ludzi razem i osobno. A przede wszystkim białogłowy. One poruszają żarna, kołowrotki, krosna. Pod ich okiem dymią wędzarnie, rosną ciasta w dzieżach, dopiekają się chleby w piecach, dociskają się formy na świece, suszą się zioła do domowych aptek, soli się sadło i słoninę. Pod ich nadzorem pędzi się wódkę i przyprawia korzeniami, warzy piwa, syci miody, do spiżarni i lamusów składa zapasy. Na kobiecie bowiem stoją trzy węgły domu, czwarty na Bogu.

Linijki jednej nie postawiłam od miesięcy i rada bym już, prawdę mówiąc, odpocząć trochę od tego młyna. Mam dwie córki, jak wiesz, a jedna jak się wzięła do rodzenia, to już czwartą córeczkę na świat wydała. Dobrze jej się układa, mąż poczciwy, zdolny do pracy i widać, że bardzo są sobie bliscy. Czego chcieć więcej niż takiej ludzkiej bliskości?

Staram się patrzeć na wszystko pogodnie, choć kłopotów wiele. Dlaczego to tak jest, że jedni mają w życiu nadmiar, a inni niedomiar? Nie tylko dóbr materialnych, ale zajęć, czasu wszelkiego, szczęścia i zdrowia. Gdybyż się tak można było podzielić po równo...

Prosiłam już raz Zofię Czartoryską, by moje wino pomogła mi sprzedać, robię bowiem dobre wino, lecz nie gronowe, jeno z owoców leśnych, a zwłaszcza z róży dzikiej. Jest mocne i jego aromat wszyscy zgodnie chwalą. I Tobie, Dobrodzieju, poślę kilka butelek.

Oto gdy to piszę, otwierają się gwałtownie drzwi i wpadają dziewczynki, które gonią Firlejkę, bo weszła do domu z ubłoconymi łapami i trzeba jej te łapy wytrzeć, lecz pies ucieka między nogami mebli i zostawia za sobą brudne ślady, niczym błotniste pieczęcie. Zawsze kiedy patrzę na nią, na ten okruszek bożego stworzenia, myślę o Tobie, Drogi Przyjacielu. Jak się miewasz i czyś zdrów? I  – przede wszystkim – jak idzie Twoja wielka praca. Dziewczynki piszczą i krzyczą, pies nie rozumie zupełnie tego zgiełku, a kiedy najmłodsza przewraca się wprost na deski podłogi, pies, myśląc, że to zabawa, wesoło zaczyna tarmosić ją za sukienkę. Oj, będzie wielkie pranie, Mości Dobrodzieju.

Włożyłbyś mi do listu jakie ciekawe historyjki, bym mogła zabłysnąć w towarzystwie, jak już do niego dotrę. W maju wybieram się znowu do Jabłonowskich na ich zaproszenie...




Pani Elżbieta Drużbacka

do księdza Chmielowskiego,

czyli o doskonałości form nieprecyzyjnych


...wysyłam Jaśnie Wielebnemu Księdzu Dziekanowi moje tomy i może Twoje bystre oko znajdzie w nich coś więcej niż samą płochość świata, aby bowiem wyrazić językiem cały ten jego ogrom, nie można używać słów zbyt jasnych i oczywistych ani jednoznacznych – bo wtedy się robi coś jak szkic piórkiem, przenosi się go na białą powierzchnię czarnymi kreskami. A słowa i obrazy muszą być giętkie i wieloznaczne, muszą migotać, muszą mieć w sobie wiele sensów.

Nie to że wysiłków Twoich, Przewielebny Księże Dobrodzieju, nie doceniam, wręcz przeciwnie, jestem pod wielkim wrażeniem ogromu Twojej pracy. Ale mam wrażenie, że radzisz się umarłych. Bo te księgi cytowane i kompilowane to jakby grzebanie po grobowcach. A fakty szybko stają się nieważne i tracą aktualność. Czy da się opisać nasze życie poza faktami, opierając się jeno na tym, co widzimy i czujemy, na drobnostkach, na uczuciach?

Staram się patrzeć na świat własnymi oczyma i swój język mieć, nie cudzy.

Martwił się Jego Ekscelencja biskup Załuski, że straci na mnie jako wydawca, i goryczą podlewał swe listy, a tu się okazuje, że cały nakład już wyprzedany, i jak się dowiaduję, szykuje się drugi. Przykro mi trochę, bo się teraz domaga ode mnie, bym własne wiersze wydane przez niego sama sprzedawała. Wysłał mi sto egzemplarzy, a że jego gnębią o pieniądze pijarzy z drukarni, to mnie kazał je zbywać. A ja mu napisałam, żem swych wierszy dla pieniędzy żadnych nie składała, ale dla zabawy i refleksji ludzkiej. Majątku dochodzić na nich ani nie chcę, ani nie umiem. Jakże to? Miałabym niczym handlarz jaki wziąć na wózek własne wiersze i po jarmarkach je za grosz oddawać? Czy wpychać je na siłę jakimś wielmożom i czekać ich łaski? To ja już sobie winem pohandlować wolę niźli wierszami.

Czyś dostał ode mnie przesyłkę, którąm przez jadących do Lwowa podała? A były tam filcowe papucie, cośmy je tu jesienią wyszywały, ja mało, bo źle już na oczy widzę, ale córka moja i wnuczki, a do tego słodycze suszone z naszego sadu, a to śliwki, gruszki, które lubię najbardziej, i baryłka mojego własnego wina z róży; uważaj, Ojcze, bo mocne. A przede wszystkim był tam szal piękny z kazimirku na zimne dni w Twojej samotni firlejowskiej. Pozwoliłam sobie dołączyć także tomik niewielki, którego jeszcze nie znasz, lecz gdyby na wagę położyć Twoje Nowe Ateny i moją dzierganinę, to rzecz byłaby oczywiście nieporównywalna. Tak to jest, że jedna rzecz dwu osobom wydaje się inna. Co innego myśli porzucony i porzucający. Co innego ten, kto posiada, i ten, kto jest posiadany. Ten, kto syty, i ten, kto głodny. Bogata córka szlachcica marzy o mopsiku z Paryża, a biedna córka chłopa – żeby gęś mieć na mięso i pierze. Dlatego tak piszę:

 

Dosyć tu będzie na mój rozum podły,

Nie potrafiwszy gwiazd na niebie zliczyć,

Przynajmniej w lesie dęby, sosny, jodły

Rachować, w tej się artmetyce ćwiczyć.

 

Twoja zaś wizja jest inna zgoła. Ty chciałbyś wiedzy jakby oceanu, z którego każdy zaczerpnąć może. I sądzisz, że człowiek wykształcony, gdy przeczyta wszystko, pozna cały świat, nie ruszając się z domu. I że wiedza ludzka jest jak księga, też ma swoje „deszczki”, granice, więc całą ją można streścić i wtedy stanie się dostępna każdemu. Taki cel Ci chwalebny przyświeca i zatom Ci wdzięczna jako czytelniczka Twoja. Lecz swoje wiem.



“Mały świat – człowiek żywy: tam niebo, gdzie głowa,

Zmysły – planety, rozum – Słońce, przy tym słowa.

Błądzi świat, na nim człowiek: niebo się obraca,

Śmierć od wschodu na zachód dzień nocą dotłacza.

Gdyby odmienna Luna niewiast nam nie dała,

Świat by nie stał na nogach, cóż by głowa miała?

 

Ot, powiesz – nieprecyzyjne, czcza gadanina. Pewnie będziesz miał rację i może cała ta sztuka pisania, Mości Dobrodzieju, jest doskonałością form nieprecyzyjnych...



Drużbacka do Księdza Benedykta Chmielowskiego 

Dziekana Rohatyńskiego, 

Tarnów, Boże Narodzenie 1760 roku


Jako że już mi ręka nie odmawia trzymania pióra, jak to było do niedawna, winszuję Waszmości tytułu kanonika, którego się spodziewasz w przyszłym roku, w rocznicę 1760 narodzenia Pańskiego życzę Ci wszelkich błogosławieństw Jego, obyś codziennie doświadczał Jego łaskawości.

Donoszę Ci też jak najkrócej, Drogi Przyjacielu, aby się nad sprawą jakże bolesną nie rozwlekać nadmiernie i serca zbolałego nie szarpać, że zmarła w zeszłym miesiącu moja córka Marianna na zarazę, która tu przyszła ze wschodu. Wcześniej zaraza zabrała z tego świata sześć moich wnuczek, jedną po drugiej. Tak więc znalazłam się w tym strasznym położeniu, które każe rodzicowi przeżyć swoje dzieci, a babce wnuki swoje, choć przecież – wydawałoby się – sprzeczne to jest z całym porządkiem natury i sensem wszelakim. Śmierć moja, która do tej pory czaiła się gdzieś daleko, za sceną, przebrana i utrefiona, teraz zrzuciła balowe stroje i widzę ją przed sobą w całej jej postaci. Nie przeraża mnie ani nie boli. Zdaje mi się tylko, że miesiące i roki idą teraz na opak. Bo czemu staremu pozwolono trwać, a młode trawki ścięto? Boję się przeto sarknąć czy zapłakać, jako że nie ma śmiałości, ja stworzenie z Twórcą o tym rozprawiać, gdzie On granice swoje ustanawia, i stoję jak z kory obnażone drzewo – bez czucia. Powinnam odejść stąd i dla nikogo nie byłoby z tego powodu rozpaczy ani bólu wielkiego. Słów mi brakuje i myśli mi się rwą..





Elżbieta Drużbacka

pisze z klasztoru Bernardynek w Tarnowie

ostatni list do księdza kanonika 

Benedykta Chmielowskiego w Firlejowie


...Ja już, Drogi Przyjacielu, Księże Dobrodzieju, świata prawie wcale nie widuję, tyle, ile przez okno w mojej celi, a więc widzę świat jako dziedziniec klasztorny. Niesie mi to zamknięcie wielką ulgę; mniejszy świat sprzyja spokojowi duszy. Takoż jako te przedmioty, które mam wokół siebie – niewiele – i nie zaprzątają mi one głowy tak bardzo jak te całe kosmosy domowe, które musiałam dźwigać na swoich barkach niczym Atlas. Po odejściu mojej córki i wnuczek wszystko się dla mnie skończyło i choć ostrzegasz, że grzech tak mówić, nie dbam nawet o to. Od urodzin naszych wszystko – kościół, dom, edukacja, zwyczaje i miłości, każe nam się przywiązywać do życia. Tylko nikt nam nie mówi, że im bardziej się przywiązujemy, tym większy ból cierpimy potem, kiedy już nabędziemy ostatecznego rozpoznania.

Ja już do Ciebie pisać nie będę, mój Przyjacielu, któryś mi osłodził swoimi opowieściami stare moje lata i wspomógł mnie, gdy mi się przytrafiło to nieszczęście. Życzę Ci, abyś żył długo i zdrowo. I żeby Twój ogród przepiękny mógł w Firlejowie trwać wiecznie, tak jak Twoja biblioteka i wszystkie Twoje książki – oby służyły ludziom...