1.
Cztery dni we wrześniu zarezerwowane są na obchody święta Mabon – od 20 do 23. Mabon to równonoc, przesilenie jesienne, o którym znający się na kalendarzach twierdzą, że w drugiej i trzeciej dziesiątce XXI wieku zdarzało się i zdarzy 22 albo 23 dnia w poszczególnych wrześniach. W tym roku nastąpiło 22, w niedzielę, siedemnaście minut przed dziewiątą rano. Ale Mabon, które tu prezentuję, odbyło się w sobotę po południu. Zapraszano na sesję fotograficzną, podając śmieszną i zagadkową nazwę "Wyrd Photo Shoot". Owo "wyrd" przetłumaczyć wypada w dialektach polskich, czy też w językach do polszczyzny równoległych, jako, powiedzmy: dziwocny, śmysny albo dzywny. W poprawnej współcześnie angielszczyźnie pisze się "weird", a ta dziwaczność pochodzi ponoć od Wikingów i dziś jest używana magicznie. W opisywanym przypadku nic zaskakującego, bo od lat wiem, że niektóre panie zebrane w sobotnie popołudnie na Mabon są czarownicami o większej lub mniejszej miotle.W sobotę w ogóle o tym nie myślałem, było słoneczne popołudnie, a nie mroczny wieczór, auta na podjeździe, żadnych mioteł pod ścianą, stół z przysmakami na typowe party na tarasie i w ogrodzie, smartfony w dłoniach, fotografka z lufą obiektywu, czterech facetów do towarzystwa i dwa psy. Czarownice wyglądały przyjemnie, a nawet dostojnie, poprzebierały się dziwacznie, ale rozmawiały o kuracjach, spotkaniach, a jeśli o magii to na wesoło i niestraszno. Moja bezmyślna niefrasobliwość sprawiła, że nie pamiętałem o Mabon i nie domyślałem się utajnionej celebracji jesiennego przesilenia. Tajemnicę rozgryzłem tydzień później przeczytawszy... ale zaraz, po kolei.
2.
Impreza płynęła falami w ogrodzie, czasem w parku, czasem cichła na rozległym tarasie, a za chwilę rozlewała się we wnętrzach wielkiego domu na Farmie R., w którym mieszka malarka Ania. Spoglądając na zachód ze wzgórza z domem widzi się w dolinie rzekę Hudson, dalej łagodne pagórki drugiego brzegu, a potem błękitne góry Catskill spadające spod chmur na horyzont. Pod domem kasztan przy tarasie sypał w trawę nostalgicznie lśniący brąz. Słońce, jesiennie leżąc nad parkiem, co chwilę lipcowo wyskakiwało spoza czubków drzew. Obie pory roku poetycko i zawzięcie nie ustępowały sobie na krok.
3.
W rezydencji na Farmie R. od dawna jest tradycją, że malarka Ania gości teatry pisarki Cait. Przedstawienia odbywały się tutaj wielokrotnie, czasem były to nieomal sekretne misteria szamańskie w parku i nad Hudsonem, czasem elitarne przedstawienia w komnatach rezydencji, czasem wodewile w wielkiej stodole dla tłumu widzów. W sobotnim Mabon rozpoznałem aktorki i aktorów z poprzednich inscenizacji. Panie przybyły prawie tuzinem, panowie mniejszą grupką. Tym razem nie zapowiadało się na przedstawienie skrojone pod precyzyjny scenariusz. Aktorzy, uczestnicy, przyjaciele Ani i Cait mieli dziwnie się przebrać i pozować do fotografi.
4.
Reżyserką artystycznej imprezy była Cait, główna czarownica w towarzystwie. To ona rozstawiała pojedynczo, parami, w trójki albo całym tłumkiem dziesięć pań i trzech panów. Sadowiła przebierańców w wielki fotel z salonu wytaszczony na trawę, prowadziła do altany w ogrodzie, namawiała do strojenia min i do wygłupów, albo do majestatycznego zastygania w pięknie krajobrazu lub pod wielkim zegarem w salonie. Może pozory mylą, ale wydawało mi się wtedy, że co do detali planów fotograficznych wszyscy gorączkowo improwizują. Teraz wiem, że to żywioły dwóch pór roku zagrażały artystycznej zabawie dramatem klasycznego archetypu. Oprócz koronek, chustek, sukni, narzutek, masek przebierańców wymykały się spoza kadrów ostatnie strzępki lata, a kalendarz początkowej jesieni owierał się niepewny swej solidności.
5.
Później dopiero uświadomiłem sobie, że w naturze na naszej Planecie perfekcja i stabilność to stan chwilowy, zaledwie momentalny między rozległością chaosu i bezmiarem zmienności. Kto próbuje wbrew tym prawom ustalić siebie w owym nieokreślonym momencie spokoju, równowagi, równych wymiarów, wydaje się obserwatorowi nie tylko niespokojny, ale i zagubiony – no, pewnie: przecież próbuje się umieścić w czymś, czego prawie nie ma. Nikt nie wie, nawet najwybitniejsze na Planecie czarownice, ile trwa równonoc.
"Później" – to znaczy po kilku dniach, gdy w jednej z książek autorstwa Cait odszukałem przypominający się siłą rzeczy rozdzialik poświęcony Mabon, czyli przesileniu jesiennemu. Cait pisała tak:
6.
"Podczas Mabon celebruje się moment idealnej równowagi, kiedy światło i ciemność, dzień i noc, stają się sobie równe. Ale po Mabon noce będą dłuższe od dni, a to oznacza, że kiedy ziemia świętuje obfitość ostatnich zbiorów, maleje, niknie okazałość i przepych słońca. Gdy szuka się sposobu na zrozumienie paradoksu leżącego u podstaw tego wieloznacznego święta, widać jego szczególne, dwojakie powikłanie, niczym podwójny smak nasion granatu Persefony, jednocześnie słodkich i cierpkich. (...) Persefona musi powrócić do Hadesa, boga podziemi, na sześć miesięcy z powodu sześciu fatalnych nasion granatu, które zjadła z jego namowy. Jej matka, Demeter, i cała natura opłakują jej odejście; powolny schyłek na polach i w końcu ich śmierć odzwierciedlają straszliwy żal matki. Ale Persefona odkrywa w podziemiu swoją własną moc, stając się królową na własnych prawach. O nasze działania, dzięki którym poznajemy nasze własne "podziemne" ja, nasze marzenia (sny) i naszą intuicyjną moc, musimy szczególnie dbać właśnie w okresie Mabon i w tej porze roku, którą ono zaczyna."
7.
Szczęśliwie podczas "Wyrd Photo Shoot" nie było sposobności do myślenia o paradoksach, wieloznacznościach przesileń, o powikłanych smakach cierpko-słodkich.
8.
Tymczasem Persefona już była za progiem podziemiów, ale Demeter wciąż nie wiedziała, nie mogła się zdecydować – iść tam za nią, czy nie? Czas nagli, czy można zaczekać? Na dodatek nikt nie miał wiedzieć o co jej chodzi. Zmieniła ożywcze lato w nieurodzajną porę, zatrzymała kwitnienie kwiatów, zabrała zieleni blask słońca. Kiedy patrzyłem jak Cait swoich przebierańców prowadziła na odsapkę w cień ogrodowej altany, nie przypuszczałem, że za parę dni skojarzę tę scenę z odpoczynkiem Demeter, która wściekła na Zeusa nie wróciła na Olimp podczas poszukiwań Persefony, lecz w przebraniu starej kobiety odpoczywała w Eleuzis. Teraz widzę tę scenę jako preludium misteriów eleuzyjskich w kwiatowym ogrodzie Ani.
9.
Wypada mi się przyznać, że w przywołanym w książce micie o Persefonie – jako tako przecież pamiętanym (dopiero co się czytało podobny mit o Innanie w "Anna Inn w grobowcach świata") – moja pamięć nie uporała się z sześcioma ziarnami granatu. Co? Dlaczego? Kiedy?
10.
W micie opowiada się jak powstała jesień. Było tak: Zeus ani zabronił, ani pozwolił Hadesowi ożenić się z Persefoną, córką Demeter, więc bóg podziemi, inaczej bóg piekieł, albo krainy duchów pośmiertnych, zakochany nieprzytomnie porwał dziewczynę podstępem i ukrył w swojej podziemnej krainie. Demeter szukała jej bez skutku – jedni powiadają, że przez dziewięć dni i nocy, inni że przez dziewięć lat. Wtedy właśnie wymyśliła ze złości nieurodzaj, który miał trwać, póki Kora (Persefona) nie wróci na powierzchnię Ziemi. Zeus z Hermesem i Irydą zmusili Hadesa, żeby oddał dziewczynę, która w podziemiach nic nie jadła od czasu porwania. I gdyby pozostała w swym uporze, wyszłaby całkiem wolna, a na Ziemi wróciłby poprzedni porządek, ale Hades podstępem podsunął jej owoc granatu z owymi nieszczęsnymi słodko-cierpkimi ziarnami (jedni opowiadają, że było ich sześć, inni mówią, że siedem, jeszcze inni, że tylko jedno). Te ziarenka to był drugi podstęp Hadesa wobec Persefony – mityczna, a więc typowa próba chytrej przemocy boga-faceta wobec bogiń-pań. Po zjedzeniu owocu śmierci Kora nie mogła na stałe wrócić na Ziemię. I wtedy bogowie wymyślili kompromis, czyli jesień – każdego roku przez dziewięć miesięcy Kora pozostanie u Demeter, a na trzy miesiące zejdzie do Hadesa (inni powiadali, że rok rozdzielono na pół). Te dni kiedy Kora-Persefona schodzi z powierzchni do podziemia to jest właśnie Mabon.
11.
Bardzo możliwe, że w którejś chwili, w jakiejś niewiadomej minucie sobotniej imprezy nastąpił pierwszy krok Persefony ku krainie jesieni. Możliwe zatem, że podczas któregoś kliknięcia kamera fotograficzna zarejestrowała, zatrzymała w obrazie ów moment, tę tajemniczą chwilę. Jeśli dopełnienie wydarzenia nastąpiło paręnaście godzin później na siedemnaście minut przed dziewiątą, to prezentowane tu Mabon w R. byłoby misteryjnym preludium do jesiennej przemiany, rodzajem teatrum przedstawiającym gorączkową krzątaninę niespokojnych bogów, którzy już wiedzą, że muszą odmienić swój boski porządek, tworząc sezon Olimpijski i sezon Hadesowy. W kategoriach ludzkich oznacza to różne pory roku i chyba wynalezienie czasu. Zwykły śmiertelnik nie zna zamysłów czarownic-artystek, więc gdy one inscenizują wynalezienie czasu, on nie ma pojęcia, że jest świadkiem, a nawet uczestnikiem pierwszej chwili w nowej formie Istnienia wyczarowanej z nieustalonej ilości jesiennych ziarenek.

