Najlepszym pomysłem i przedsięwzięciem w historii kultury było wyprodukowanie przez kilkoro utalentowanych literacko pań i panów z angielskich elit postaci genialnego poety i dramaturga, którą nazwano William Szekspir.
Jeśliby temu gronu interes zaproponował rzeczywisty William Szekspir (lub o podobnym nazwisku), to byłby on geniuszem, owszem, ale nie literackim, lecz biznesowym i menedżerskim. Dał im swoje nazwisko za sowite opłaty i zrobił na tym majątek, jakiego nigdy by na oczy nie ujrzał, prowadząc zwyczajnie i bez kombinacji teatr "Globe". Jeśli... Progi były na jego buty za wysokie i raczej z drugiej strony przyszła oferta. Genialnie, albo tylko odważnie na nią przystał słabo piśmienny, kiepskawy aktorsko, ale cwany spryciula, motywowany pasją wygrzebania się z bidy.
Po co z takiej postaci lepić geniusza dramatu i sonetu? Czy nie jest większym do chwały przyczynkiem istnienie wcale obfitej grupy talentów w ówczesnej Anglii?
Trzeba prawdziwemu Williamowi oddać chwalbę, że nie sypnął, że utrzymał w tajemnicy, kto mu dramaty do "Globe" dostarczał. To przypadek wyjątkowy, takie utrzymanie tajemnicy. Ale bez wątpienia jest też zasługą kilku liderów "Globe" wspólne ukrywanie prawdziwych autorów sztuk przez nich wystawianych, "Hamleta", "Makbeta", "Wesołych kumoszek", "Henryków", "Kupca weneckiego", itd.
Nie mam żadnej admiracji, czy estymy dla postaci rzekomego dramaturga, Williama S. (jakkolwiek mu naprawdę było). Mam głęboki podziw dla tych, co się na nią złożyli, dając się w jedno skleić – dla pisarzy i pisarek, którym pisarstwo "nie przystawało" według ówczesnego obyczaju. I dla przedsiębiorców z "Globe" z szefem (być może) Szekspirem (czy jakkolwiek mu było naprawdę).
To była inicjatywa bez precedensu. Genialna. Powinno się historię literatury angielskiej (i powszechnej) uzupełnić, oficjalnie wzbogacić kilkoma dodatkowymi nazwiskami. Kilkoma, a nie jednym, pojedyńczym na podmiankę jakiegoś Williama S. Po co osobna postać domniemana, skoro istniała rzeczywista grupa genialna?
Kłótnie o pojedynczego mistrza są bez sensu. Nawet czynione w dobrej wierze, choć to nie za bardzo dobra wiara stoi przeważnie za zaciekłym modelunkiem tego, czy owego, tej, czy tamtej, rzekomo samotnie godnych piedestału.
Jeśli teatr Szekspirowski geniuszem stoi, to z racji wielu geniuszy. Mizernie wygląda jakiś jeden wyrodzony, wyniesiony przez Muzę-skąpiradło, jakby żałującą natchnień wielu talentom, jakby krótkowzrocznie niedostrzegającą zbiorowego potencjału. Szczęściem teatralna Muza dała jednemu (jednej) talent komediowy, drugiemu (drugiej) talent tragiczny, trzeciej (trzeciemu) talent kronikarski. Być może była wśród nich Królowa Elżbieta I – co mogło wtajemniczonym zamknąć gęby na sto kłódek. Za solidnych jednokłódkowców uznaje się Edwarda de Vere, Sir Francisa Bacona, Christophera Marlowe'a, William Stanley'a, Mary Sidney Herbert, Sir Waltera Ralegh, Emilię Bassano Lanier. Któraś lub któryś dali jeden dramat, inni po kilka.
Niechby tylko oni (bo tłumek pretendentów jest większy) – oto grupa literacka angielskich talentów dramatycznych i poetyckich z przełomu XVI i XVII wieku, utajniona, ale znana pod kryptonimem "William Shakespeare". I chwała im.
° ° °
wersja angielska
https://eightandhalfminutes.blogspot.com/2026/04/a-literary-group-under-codename.html