Wczoraj, na moje obecne urodziny zadzwonił Krzysztof i po bukieciku życzeń zapytał, stawiając w haczykowatym znaku tezo-hipotezę, czy podpisanie Porozumień Sierpniowych w 1980 roku było prezentem na moje urodziny ówczesne.
Wyraziłem przypuszczenie, że mogło tak być z owym słynnym Podpisaniem, że nie wszyscy, albo niezbyt jasno w Stoczni Gdańskiej kojarzyli sierpniowy sukces z moimi, wówczas trzydziestoma drugimi urodzinami, ale dowodów nie mam.
Ja sam wtedy poczułem się zobligowany. Pracowałem jako żurnalista w szmacidełku o literackim profilu, które się nazywało "Kamena". Ze statusem reportera. Nawet bąknąłem naczelnemu parę dni przed końcem sierpnia, że może by mi dał delegację do Gdańska, ale bąkałem w trzęsidupską pustkę.
Już miesiąc wcześniej ani pół sylabą nie zachęcano mnie do reporterowania strajków podczas Lubelskiego Lipca. Odwiedziłem wtedy swoich kolegów ze szkolnych ław technikum, pracujących jako elektrycy, żeby podpytać, jak u nich doszło do strajku. Odpowiedzieli, że zwyczajnie – postanowili współnie: "Pierdolim, nie robim" i przyłączyli się do kolejarzy, samochodowców z FSC i całej nierobiącej w Lublinie reszty.
Kiedy poczułem się zobligowany gdańskim Podpisaniem, poszedłem wprost do Fabryki Samochodów Ciężarowych, aby spotkać tych, co już tworzyli niezależne i samorządne związki zawodowe. Jako reporter poszedłem. Nie pamiętam, czy miałem oficjalne z redakcji zamówienie na tekst o tych spotkaniach i rozmowach, czy niosło mnie na zupełnym spontanie. Chyba miałem.
Okazało się w FSC, że organizują niebawem pierwszą naradę grupki lipcowych liderów strajkowych na konferencyjkę, jak mówili, "pod chmurką", czyli w jakimś ogródku-skwerku śniadaniowym, bodaj w lubelskich warsztatach naprawy samochodów, skrót LZNS. Podczas tej "chmurki", na którą bez ceregieli mnie zaprosili, ustalono, że za parę dni skrzykną ilu się da strajkowców z lubelskiego regionu, żeby utworzyć Region NSZZ. Potem go nazwali Środkowo-Wschodni. Na utworzenie pozwolili mi przyjść. Mało nie pękłem z dumy za takie zaufanie.
Dobrałem na tę wyprawę sympatyzującego z przemianami kolegę z partyjnego dziennika "Sztandar Ludu". Dołączyła do nas, nie pomnę, czy z wyboru, czy na wydrę, któraś z młodszych "sztandarówek". Zapewne mieliśmy wszyscy zawadiacko odważne zezwolenia od naczelnych na oficjalne reprezentowanie obu redakcji i jakie takie zapewnienia, że zapłacą za robotę. Mylna pamięć lokuje mi to zebranie gdzieś na peryferiach Lublina, w jakiejś klubo-kawiarni, ale to nieprawda - odbyło się w pobliskim Świdniku.
Na początek były prezentacje delegacji - kto, skąd, ilu. Kiedy doszło do nas, od razu paru gromko krzyknęło, że prasa kłamie i żebyśmy spadali. Kumple spod "chmurki" stanęli w naszej obronie. Znalazł się jakiś intelektualista i zaproponował, żebym ja z literackiej "Kameny" został, a tamci ze "Sztandaru" wynocha. No, to się odszczeknąłem, że albo zostają wszyscy, albo nikt. Zostaliśmy.
Obiecałem, w płomiennym zapewne orędziu, że napisany tekst najpierw pokażemy im, związkowcom, a dopiero potem zaniesiemy do redakcji "Kameny" i że ja osobiście nie pozwolę, żeby skreślono choć jedno słowo. Dobrze to zabrzmiało, bo zapewne mało kto na sali miał pojęcie, co z tekstami do gazet wyrabiała cenzura oficjalna oraz wstępna w redakcjach.
Napisaliśmy. We dwóch, z Marianem Buczkiem – koleś ze "Sztandaru" naprawdę tak się nazywał, jak ten gieroj-komunista.
Mój naczelny maszynopis wziął i gdzieś z nim poszedł. Zaraz mnie i Mańka wezwano do sekretarza wydziału kultury w komitecie wojewódzkim PZPR. Maniek miał niedaleko, bo ten sekretariat był na drugim piętrze, a jego redakcja na parterze gmachu, który dziś służy lubelskiej Akademii Medycznej.
No i gadamy. Z ich strony jakiś młodziak z naszego pokolenia. I on mówi tak – Tekst jest do zaakceptowania. Ale mówiliście, że nie można skreślić ani jednego słowa.
– No, nie da rady, nie można.
– Ale nam się nie podoba w jednym zdaniu jedno słowo.
Nie pamiętam już, o co temu styliście od poprawnej polszczyzny szło, ale to było jakieś kompletnie obojętne słowo, może "gdyby", może coś w tym rodzaju.
– Postulujemy, żeby je wykreślić, wtedy całe zdanie lepiej zabrzmi.
Udałem zatroskanie, zadumę i z rzekomą boleścią duszy powiedziałem – Dobra, wykreślcie.
Tekst poszedł na łamy.
A potem była sensacja w redakcji, bo to był jedyny numer dwutygodnika "Kamena", jak sięgano pamięcią, który nie miał ani jednego egzemplarza zwrotu. Lud lubelski wykupił całe 20 tysięcy. A zwykle i normalnie tak bywało, że z kiosków zwracano do przemiału najmarniej dwie trzecie nakładu.

