Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Olga Tokarczuk bio. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Olga Tokarczuk bio. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 maja 2023

Szkic autobiograficzny Olgi Tokarczuk. Cz. 2.

 

Pierwszą powieść (której nigdy nie skończyłam) zaczęłam pisać w wieku dwunastu lat. Opowiadała o rodzinie czarodziejów z mnóstwem dzieci, które przemieszczały się z miejsca na miejsce i nigdzie nie mogły zapuścić korzeni. Niezły pomysł, prawda? Myślę, że wtedy odkryłam, jak wielką satysfakcję daje pisanie i wymyślanie historii. Narysowałam mapy miejsc i portrety postaci. Stworzyłam świat.


Od tego czasu regularnie pisałam krótkie opowiadania, mini-opowiadania, małe obrazy i spostrzeżenia. Od czasu do czasu ocierałam się o poezję, ale nigdy mnie to nie pociągało. Był tylko jeden poeta, którego twórczość czytałam obsesyjnie i który naprawdę wiele zrobił, abym nauczyła się angielskiego – T.S. Eliot. Przez długi czas nosiłam ze sobą dwujęzyczny tom jego poezji, wklejając do niego wszelkie możliwe przekłady. Wysłałam swoje fragmenty beletrystyki do młodzieżowego pisma literackiego, gdzie były publikowane pod pseudonimem. Pamiętam niezwykłe poczucie mocy, jakie poczułam, widząc swoje słowa w druku.


W ostatnich latach szkoły podstawowej zdałam sobie sprawę, że literatura to coś więcej niż zwykła przyjemność. Mogłam powiedzieć, że lektura otworzyła przede mną zupełnie inne światy, pozwalając poznać i doświadczyć życia ludzi, których nigdy nie miałabym szansy poznać ani zobaczyć na własne oczy. Stali się dla mnie tak samo realni, jak ludzie, których spotykam w swoim własnym środowisku. Czytając zmieniałam swoje nawyki, odgrywałam inne egzystencje i bez końca eksperymentowałam z własną tożsamością. Moja mama pamięta, jak czytałam powieść o Eskimosach, a potem nalegałam na suszone mięso. Podróżowanie w czasie i przestrzeni było zdumiewająco proste – wystarczyło położyć się na dywanie lub sofie w salonie, a następnie ruszyć ścieżkami zadrukowanych stron, by spotkać się tam z innym sobą, inną wersją mojego własnego ja.


Co roku z siostrą byłyśmy wysyłane do rodziców mamy na wakacje na wieś. Nasi dziadkowie mieszkali w centralnej Polsce, gdzie mieli piękny drewniany dom, którego część wynajmowali wczasowiczom, bo niedaleko było nadrzeczne kąpielisko i ogromne lasy sosnowe. Tutaj odkryłam zasoby wiejskiej biblioteki, gdzie wszystkie książki były pięknie obłożone szarym papierem, a dzięki jakiejś z góry ustalonej zasadzie rozdzielnictwa można było wypożyczyć wszystko z klasyki literatury amerykańskiej. Te coroczne wakacje były dla mnie synonimem słodkiego i szczęśliwego życia całkowicie pogrążonego w czytaniu, pływaniu i zbieraniu grzybów; życia, które do dziś jest moim wyobrażeniem raju. Czego chcieć więcej?


Moi dziadkowie, a zwłaszcza babcia przenosili mnie w przeszłość, opowiadając mi, ich najstarszej wnuczce, co działo się w okolicy dawniej, kiedy byłam małą dziewczynką, a także wcześniej, zanim się urodziłam. Zarówno dom dziadków, jak i cioci był pełen bibelotów, starych fotografii i pamiątek. Wzdłuż drogi zwanej autostradą rosły ogromne lipy, które pamiętały lokalną historię dłużej niż ludzie. Każde miejsce, każde skrzyżowanie miało tutaj swoją historię. Wkrótce, niczym medium, chłonęłam wszystkie te historie i nosiłam je w sobie przez wieki, aż w końcu udało mi się je wydobyć i zamienić w książkę – to był Prawiek i inne czasy. Być może powinnam wyjaśnić, dlaczego fakt, że to miejsce zostało naznaczone pamięcią i znakami, wywarło na mnie tak głębokie wrażenie. To dlatego, że wychowałam się na terenie, gdzie lokalna ciągłość kulturowa została przerwana po II wojnie światowej. Zmuszeni do wyjazdu Niemcy zabrali ze sobą swoje nazwy, skojarzenia, mitologię i opowieści. Zostaliśmy z pustym miejscem do wypełnienia. Jako dziecko byłam bardzo zaskoczona, gdy po raz pierwszy zobaczyłam polskie nagrobki we wsi moich dziadków, ponieważ zawsze myślałam, że język niemiecki, zwłaszcza zapisany gotyckimi literami, był specjalnym językiem zmarłych, używanym wyłącznie na cmentarzach na całym świecie.


Już w szkole średniej regularnie czytałam czasopisma literackie i zainteresowałam się psychologią, innymi kulturami i religiami. Jednocześnie nagle zafascynowała mnie biologia – zarówno w skali ewolucji, jak i budowy komórek, w skali makro i mikro. Byłam bliska wybrania biologii na studia i być może gdybym to zrobiła, moje życie potoczyłoby się inaczej. Ale kto wie? Pisanie towarzyszyło mi od zawsze, kryjąc się za każdą z moich różnych fascynacji i hobby. Zbadałabym fenomen mitochondriów, a potem bez problemu wróciłabym do Faulknera czy Cortázara. Był to czas moich największych odkryć literackich i najintensywniejszej twórczości literackiej. Od tamtej pory nigdy nie czytałam tyle, ile przez cztery lata w szkole średniej. Ale kiedy przyszedł czas na wybór studiów, poczułam, że powinnam pójść inną drogą, niż wybierać literaturę.


Czasy studiów zbiegły się z dość ponurym okresem w historii mojego kraju. Przeniosłam się do Warszawy na studia w pamiętnym sierpniu 1980 roku, kiedy cała Polska strajkowała przeciwko skorumpowanym władzom komunistycznym, które nie były w stanie poradzić sobie z kryzysem. Po ponad roku niepokojów społecznych i poważnych braków żywności komuniści ogłosili stan wojenny, internowali opozycję, zamknęli uczelnie i ostrzeliwali strajkujących górników. To był trudny czas dla nas wszystkich. Młodej kobiecie z prowincji trudno było odnaleźć równowagę psychiczną w mieście patrolowanym bez przerwy przez milicję i wojsko, z godziną policyjną i skrajnymi brakami wszystkiego, co niezbędne do życia. Już wtedy pracowałam z pacjentami jako wolontariuszka i widziałam, jak bardzo ta sytuacja dotyka ich, najsłabszy element społeczeństwa, ludzi zagubionych i chorych, nie radzących sobie z trudnymi, bezwzględnymi wymaganiami życia w czasie kryzysu i bezprawia. Myślałam, że ci ludzie bardziej potrzebują mojej pomocy niż pisania. Widziałam to wszystko jako rozległe morze niezawinionego nieszczęścia, kosmos szpitali psychiatrycznych całkowicie oderwanych od reszty świata. Ale był to również czas wielkiej aktywności politycznej. W czasie strajku uniwersyteckiego przeczytałam całego Cortázara. W stanie wojennym towarzystwa dotrzymywał mi Ubik Philipa K. Dicka i chyba żadna inna lektura nie mogłaby lepiej pasować do okrutnej, absurdalnej rzeczywistości, w której przyszło mi żyć. Wszystko to wywarło na mnie ogromny wpływ i na jakiś czas porzuciłam całkowicie pomysł pisania.


Praca z pacjentami całkowicie mnie zmieniła i na jakiś czas odeszłam od myślenia o literaturze i pisaniu. Byłam już wtedy zafascynowana Freudem i ogólnie psychoanalizą; to właśnie dzięki jego książce Poza zasadą przyjemności wybrałam psychologię jako przedmiot moich studiów, nie do końca zdając sobie sprawę, że w komunistycznym kraju nie moglibyśmy zająć się psychoanalizą.


Teraz myślę, że kluczowym czynnikiem dla mojej formacji intelektualnej było odkrycie tego, co w psychoanalizie nazywa się trybem „jak gdyby”. Teorie psychoanalityczne oferują nam określony sposób interpretacji świata, tworzą język jego opisu i budują wewnętrznie spójną wizję. Jednocześnie nie można oczekiwać od nich eksperymentalnego potwierdzenia istnienia m.in. ego, id i superego. Są to konstrukcje, które istnieją „tak, jakby” były rzeczywiste. I oto jesteśmy w domenie mitów, legend i baśni. To to samo królestwo, w którym żyją postacie mitologiczne i literackie, pozornie nieprawdziwe, ale trwające znacznie dłużej niż ludzie, a ich dziwna egzystencja nadal wywiera realny wpływ na żyjących. To tutaj znajdują się idee i narracje, koncepcje i teorie.


Dziś mogę powiedzieć, że studiowanie psychologii i kontakt z psychoterapią utwierdziły mnie w przekonaniu, że żyjemy w świecie, w którym współistnieje wiele punktów widzenia. Ten rodzaj relatywizmu ukazuje świat jako złożoną, wielowątkową opowieść, która widziana z różnych punktów widzenia wydaje się nieskończenie bogata i stanowi wyzwanie dla naszego intelektu i psychiki. Jeśli istnieje coś takiego jak wtajemniczenie w pisanie, to myślę, że w moim przypadku chodziło o drobne, ale istotne spostrzeżenie – rzeczywistość, w której żyjemy jako istoty biologiczne i psychiczne, może być ciągle reinterpretowana na nowe sposoby. Na trzecim roku studiów wybrałam specjalizację z psychologii klinicznej.


Po studiach czułam, że nie mam już nic do roboty w Warszawie, mieście, którego nigdy nie lubiłam, które wydawało mi się sztuczne i nieprzyjazne. Kiedy więc zdecydowałam się na pracę w psychiatrii, wróciłam na odległe Województwo Dolnośląskie. Zamieszkałam w Wałbrzychu, uroczym miasteczku, zrujnowanym przez przemysł, które przed wojną nazywało się Waldenburg. Tutaj wyszłam za innego psychologa i urodziłam syna. Jednocześnie doskonaliłam swoje umiejętności zawodowe i po jakimś czasie nieśmiało wróciłam do pisania. W tym okresie zagłębiłam się w psychologię, w tym Junga, który towarzyszył mi przez długi czas, Eliadego, Neumanna i Hillmana. Teraz myślę, że zbyt intensywnie poświęciłam się swojej pracy; dość wcześnie doszedłam do wypalenia zawodowego i być może poczucia beznadziejności tego, co robię. Zrobiłam dłuższą przerwę i wyjechałam na kilka miesięcy do Londynu, co okazało się wielką inspiracją i źródłem nowej energii. Wróciłam z Londynu z kilkoma tekstami literackimi, głową pełną nowych pomysłów i walizką pełną książek – głównie o feminizmie (tam odkryłam cudowną feministyczną księgarnię Silver Moon) i różnymi dziwactwami, które mnie wtedy bardzo interesowały. Rok po powrocie napisałam swoją pierwszą powieść i dwa lub trzy opowiadania.


Długo zajęło mi znalezienie wydawcy mojej pierwszej powieści, Podróż ludzi Księgi. Był to czas totalnej transformacji rynkowej w Polsce – gospodarka socjalistyczna była zastępowana nową, kapitalistyczną gospodarką wolnorynkową, panował więc chaos; upadały duże wydawnictwa państwowe, z podziemia wyłaniały się inne, do niedawna nielegalne. Otwarcie rynku księgarskiego zapoczątkowało lawinę tłumaczeń z języka angielskiego – wszystko, co do tej pory nie mogło być publikowane, nagle pojawiło się w sprzedaży, w tym kryminały, thrillery i horrory. Wszystko to było wystawione w księgarniach, w jaskrawo kolorowych okładkach. Pisarka o polskim nazwisku praktycznie nie miała szans na przebicie się przez to tsunami. Chyba nie było ciężej niż wtedy opublikować swoją pierwszą powieść, a co gorsza, fantastyczną, filozoficzną opowieść o granicach ludzkiej percepcji. Ale to w małym, do niedawna podziemnym wydawnictwie znalazłam wsparcie dla mojej książki, co w tamtych czasach mogło wydawać się zupełnym dziwactwem.


Praca nad tą prostą książeczką wiele mnie nauczyła – nie tylko jak opowiadać historie, jak tworzyć postacie i dialogi, ale także jak redagować tekst i przeprowadzać research. Książka ukazała się wreszcie prawie trzy lata później, w 1993 roku, i zdobyła nagrodę za najlepszy debiut, przyznawaną przez Stowarzyszenie Wydawców Książek Polskich. Pewnie dlatego nie musiałam szukać kolejnego wydawcy – moja druga książka została przyjęta przez prestiżowe wydawnictwo państwowe PWN (które już nie istnieje). Po sukcesie mojej trzeciej powieści Prawiek i inne czasy, która znalazła się na liście nominowanych do najważniejszej polskiej nagrody literackiej Nike, zdałam sobie sprawę, że od teraz będę się wyłącznie zajmowała pisaniem, choć długo uważałam to za trochę wstydliwe hobby i minęło dużo czasu, zanim mogłam przyznać przed sobą, że faktycznie stało się to moim zawodem. Pamiętam dzień na lotnisku, kiedy musiałam wypełnić formularz imigracyjny i stałam tam całe wieki z długopisem unoszącym się nad polem z napisem „Zawód”, nie wiedząc, jak je wypełnić. W końcu zebrałam się na odwagę i umieściłam: „Pisarz”.


Faktem, który uważam za ważny w mojej biografii jest to, że kupiłam stary dom w Kotlinie Kłodzkiej, w której stopniowo poczułam się u siebie. Zagłębienie się w przyrodę, ale też w sferę kulturową Kotliny Kłodzkiej zainspirowało mnie do innego spojrzenia na pisarstwo i życie w ogóle. Tutaj wzmogło się moje zainteresowanie ekologią. Książki, które powstały, zapoczątkowały moją pierwszą autorefleksję literacką, gdy zastanawiałam się nad własnym stylem, pułapkami linearnego opowiadania historii, sposobami kreowania postaci i perspektywą panoptyczną. Dom dzienny, dom nocny, który wówczas powstał, wywarł ewidentny wpływ na całą moją późniejszą twórczość. W tym samym duchu pisane były moje opowiadania. Te książki opowiadały o ludzkich próbach zakorzenienia się w określonych miejscach, tradycjach czy kulturach jako trwały wysiłek, który jest mniej lub bardziej skazany na niepowodzenie, i pokazywały, jak trudne lub wręcz niemożliwe jest to ze względu na sprzeczne siły, które walczą w nas – poczucie dążenia do bezpieczeństwa i stabilizacji, zmaganie się z niepohamowaną, nomadyczną ciekawością świata.


Przełom wieków to okres intensywnych podróży, podczas których przyszedł mi do głowy pomysł na powieść o podróżowaniu, dzieło konstelacyjne, opisujące głęboko ukrytą w nas atawistyczną koczowniczą naturę. Wiele zawdzięczam tym podróżom i traktuję je jako szczególny rodzaj uniwersytetu. Najbardziej intensywne i ważne wyjazdy to te, które odbyłam sama, kiedy musiałam sobie poradzić z szokiem kulturowym, nieznajomością języka i tęsknotą za domem. Ich efektem są Bieguni – bardzo ważna dla mnie książka, w której zastosowałam całą literacką intuicję, którą nazwałam „powieścią konstelacji”. Był to dla mnie ważny czas również z powodów osobistych. Mój związek dobiegł końca i przeprowadziłam się, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby zrezygnować z pisania. W każdym razie tak naprawdę nie wiedziałam, jak zrobić cokolwiek innego. Nie przyszło mi też do głowy emigrować, choć często przebywałam za granicą dłużej lub krócej.


Trudno powiedzieć, ile lat zajęło mi przygotowanie się do napisania Ksiąg Jakubowych. Historia Jakuba Franka nie była zbyt dobrze znana, więc musiałam przeprowadzić ogromną ilość badań, które rozciągnęły się na kilka lat, jak zwykłe studia akademickie. Obejmował także dwie zagraniczne podróże, podczas których przemierzałam od miejsca do miejsca śladami historycznych postaci występujących w książce. Oznaczało to również długie godziny przedzierania się przez dokumenty, wertowania podręczników historii i cierpliwego zbierania szczegółów i lokalnego kolorytu.


Reszta jest nudna. Siedzę i piszę. Kiedy nie piszę, zbieram materiał, badam tematy, zbiegi okoliczności i osobliwości. Nadal dużo czytam, cokolwiek mnie spotka. I od kina wiele się uczę – myślę, że w dzisiejszych czasach to kino nosi koronę opowiadania i my, pisarze, możemy tam obserwować wiele dobrych dénouementów*.


Od mniej więcej piętnastu lat mieszkam we Wrocławiu i Kotlinie Kłodzkiej. Nie podróżuję tak często jak kiedyś. Z biegiem czasu staję się coraz bardziej zamknięta w sobie i introwertyczna. Nie potrzebuję już tyle stymulacji z zewnątrz. Mam małą rodzinę: męża, syna, siostrę i mamę. Jest też mój stary pies, Nina, który jest z nami od ponad dziesięciu lat w różnych przeprowadzkach i cierpliwie przystosowuje się do każdego nowego domu.


Zawsze miałam świadomość, że jako pisarka należę, czy mi się to podoba, czy nie, do wielkiej krainy, jaką jest Europa Środkowa (choć jest wielu ludzi, którzy wątpią, czy coś takiego naprawdę istnieje). Wiem tylko tyle, że jest to przestrzeń między Zachodem a Wschodem, Północą a Południem. Czas płynie tu inaczej, nie liniowo, ale zataczając koła, choć nikt nigdy nie wyciąga wniosków z historii. Wszystko tutaj wydaje się płynne i szkicowe – granice się przesuwają, narody też się przesuwają, zmieniają się wpływy językowe, poglądy i idee mieszają się jak w tyglu. To miejsce, w którym rzeczy pączkują i powstają, ale potem nasiona zawsze idą w świat i zbierają siły gdzie indziej. To krater, z którego wylewa się fala za falą lawa migrantów, którzy zasilają Europę Zachodnią, a przede wszystkim Nowy Świat. Zawsze czułam się częścią tej ziemi, a na dowód z radością przytoczę fakt, że w ciągu swojego życia moja babcia, która nosiła takie samo nazwisko jak ja, miała cztery różne paszporty.


Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się napisać o mieszanej populacji, która tu mieszka, w tym o jej migracjach i wiecznym poczuciu niestabilności. Świadomie staram się nawiązywać do tej nieopisanej kultury w tym, co i jak piszę. Tu nie miejsce na dygresje na temat tego „środka świata”, więc powiem tylko tyle, że mamy tu skłonności do groteski i łagodnego surrealizmu, ciągnie nas do niesamowitości i wierzymy w moc słowa, potęgę języka. Ogromna część populacji pisze poezję. Tutaj każda forma realizmu wydaje się podejrzana, a jakakolwiek stałość wydaje się tymczasowa. To dobre miejsce do pisania. No i dobry język – polski może być trudny do nauczenia, ale dzięki swojej anarchii i cudownemu brakowi precyzji daje ogromne poczucie wolności.


Mam pomysły na jeszcze kilka książek, a teraz pracuję nad dwiema z nich. Pisanie nadal sprawia mi ogromną przyjemność.

 

° ° °

*  

dénouement lub denouement

ostateczny wynik głównej komplikacji dramatycznej w dziele literackim 

(Miriam-Webster) 

Szkic autobiograficzny Olgi Tokarczuk.

 

Autobiograficzna opowieść Olgi Tokarczuk pochodzi z oficjalnego Noblowskiego pakietu w Sieci. Nie ma tam wersji polskiej. Nie wiem, kiedy ów szkic dodano do noblowskiej strony Olgi Tokarczuk, ale jestem pewien, że nie było go od razu wtedy, gdy opublikowano Jej noblowski wykład. Być może pojawił się w roku 2020.

Autentyku nie udało mi się znaleźć w sieci, jeśli w niej istnieje. Nie miałem tyle bezczelności, żeby tekst samodzielnie przetłumaczyć z tłumaczenia Antonii Lloyd-Jones. Nie byłby on bliższy oryginałowi niż googlowski przekład. Ten na szczęście okazał się zupełnie czytelny, a często nawet przyzwoity, wymagał niewielkich korekt przy źle oddanej angielszczyźnie lub nie pasującej polszczyźnie. 

Jeśliby oryginał pojawił się na stronie Noblowskiej (ale niby po co?), albo go znajdę "w internetach", albo ktoś mi powie, gdzie jest do przeczytania poza siecią, wymażę natychmiast ten maszynowy "niby przekład" tekstu pani Olgi i dam właściwy adres. Na razie nie mam nic lepszego po polsku, ale w zamian (autoryzowany zapewne) świetny dublet angielski. Sądzę też, że nawet moje majdrowanie przy googlowskiej przerzutni nie zdołało do końca zdewastować smakowitości oryginalnej opowiastki O.T. o sobie samej.

https://www.nobelprize.org/prizes/literature/2018/tokarczuk/biographical/

° ° °


Nagroda Nobla w dziedzinie literatury 2018


Olga Tokarczuk

Szkic autobiograficzny


Ten szkic autobiograficzny chciałabym napisać zwięźle, chronologicznie, w oparciu o rzetelny upływ czasu i jego zwykłe wyznaczniki – lata. Wtedy ukazałabym swoje życie jako liniowy proces, umożliwiający stopniowe gromadzenie wiedzy i doświadczenia, a nawet prowadzący do jakiegoś celu. A przynajmniej ku jakiemuś dążący. Alternatywną wersją tego podejścia byłoby CV z wyszczególnieniem miejsc, w których się kształciłam i osiągniętych wyników w nauce. Ale zdałam sobie sprawę, że gdybym miała tak podejść do mojego 58-letniego życia, nigdy nie napisałabym więcej niż jedną stronę.


Zawsze uważałam, że pisarze tak naprawdę nie mają biografii i że najlepszym sposobem na poznanie ich jest przeczytanie ich książek. Powodem, dla którego nie mają biografii, nie jest to, że w ich życiu nigdy nie dzieje się nic ciekawego, ani to, że są wyjątkowymi ludźmi, których życie toczy się inaczej niż wszystkich innych, ale to, że pisanie zajmuje zbyt wiele czasu, czasu wewnętrznego, więc w wielu przypadkach nie zostaje go wystarczająco dużo na inne zajęcia. Uwaga skupiona na wnętrzu nie idzie w parze z dobrą pamięcią, jak zauważył Nabokov. Pisarze nie mają biografii, ponieważ ich umysły są przyzwyczajone do wymyślania historii, zmyślania ich, fabularyzowania, a jednocześnie zaniedbywania rzeczy prawdziwych. A patrząc z zewnątrz, ich życie z pewnością wygląda na nudne, gdy siedzą przy biurku godzinami, czasem całymi dniami. Gdybym miała pisać swoją autobiografię uczciwie, musiałabym zawrzeć w niej historie życia bohaterów z moich książek, bo historie życia w nich opisane są też częścią mnie.


Dlatego w tym krótkim szkicu autobiograficznym skupię się raczej na własnym rozwoju i dociekaniach, ufając pamięci, która w moim przypadku jest bardzo kapryśna. Nie wiem dlaczego, ale nie pamiętam żadnych „ważniejszych” wydarzeń, takich jak mój pierwszy dzień w podstawówce, narodziny mojej siostry, kiedy miałam pięć lat, przeprowadzka. Mam mgliste wspomnienie egzaminów maturalnych, a obrona pracy magisterskiej wyleciała mi z głowy. Nie pamiętam, żebym została przyjęta na uniwersytet lub otrzymała dyplom ukończenia studiów.


Ale dobrze pamiętam, na przykład, mroźne zimowe popołudnie, kiedy już zapadał zmierzch i zdejmowałam łyżwy pod wielkim niebem, które właśnie zapalało gwiazdy, i kiedy wydobywająca się z moich ust, tworząca dymki para, sprawiła, że poczułam się jak postać z kosmicznej kreskówki.


I pamiętam, kiedy zrobiono to zdjęcie.

 


Wiem, o czym myślałam – chciałam jak najdobitniej wyrazić, że lepiej być razem niż osobno – niezwykle ważne odkrycie w tym wieku, kiedy rozpaczliwie boimy się rozstania z tym, co kochamy. Później przekształciłam to w ogólne przekonanie, które towarzyszyło mi przez całe twórcze życie – że naszym zadaniem jest synteza i konsolidacja świata, szukanie powiązań jawnych i ukrytych oraz budowanie obrazu świata jako złożonego w całość pełną wzajemnych relacji.


Byłam pierwszym z dwójki dzieci urodzonych przez parę nauczycieli, którzy jako młodzi małżonkowie pełni energii i zapału przybyli na tzw. Ziemie Odzyskane (część zachodniej Polski, która przed II wojną światową należała do Rzeszy Niemieckiej, ale po niej został przydzielony Polsce na mocy traktatu podpisanego w Jałcie jako rekompensata za utracone terytorium na wschodzie, które obecnie jest częścią Ukrainy). Moi rodzice byli silnie zaangażowani społecznie, oddając się pracy na uniwersytecie ludowym, który kształcił młodzież ze wsi i małych miasteczek. Szkoła, nosząca huczną nazwę „Uniwersytet Ludowy”, mieściła się w pięknym, starym dworku myśliwskim, zaadaptowanym na jej potrzeby. Znajdowała się na skraju wsi, za stawami rybnymi, na równinie zalewowej w pobliżu Odry, co oznaczało, że rzeka dość regularnie wylewała aż do parku, a ja przez całe życie miałam sny o powodziach. Park był duży i stary, był też las dębowy i bagna Starej Odry, meandrujące kanały oddzielone od głównego biegu rzeki, równie egzotyczne i tajemnicze jak dorzecze Amazonki. Do dziś kapryśna Odra jest jedną z nielicznych dzikich rzek w Europie.


Niedawno przeczytałam gdzieś, że w pierwszych kilkudziesięciu latach życia nasze tkanki, a w szczególności kości i zęby, wchłaniają z otaczającego środowiska unikalny koktajl pierwiastków chemicznych charakterystyczny dla danego miejsca. Z tego powodu po setkach i tysiącach lat archeolodzy potrafią stwierdzić, skąd dana osoba pochodziła, gdzie dorastała. Jestem pewna, że w moim przypadku będą w stanie rozpoznać wyjątkową mieszankę tego miejsca – dużej, płaskiej przestrzeni nad rzeką, ubogiej, piaszczystej gleby oraz rozległych lasów dębowych i sosnowych dorzecza Odry, z których wszystko, przemienione w chemię, zapisało się w moim ciele. Myślę, że powinno to być ważnym bodźcem do refleksji nad własną tożsamością. Może w świecie postawionym na głowie też powinniśmy to wziąć pod uwagę – żyjemy w zlewniach rzek, a jako stworzenia składające się w bardzo dużym stopniu z wody należymy do tych rzek. Tak więc moją pierwszą tożsamością jest „córka Odry”.


Z dzisiejszej perspektywy wiele osób może postrzegać lata 60-te jako historię starożytną. To naprawdę był inny świat. W Polsce nie było jeszcze telewizji publicznej. Pamiętam, jak w wieku sześciu lat po raz pierwszy oglądałam program telewizyjny. Mogę więc powiedzieć, że należę do pokolenia ludzi, których telewizja nie kształtowała od wczesnego dzieciństwa. Telefony były rzadkie i były obsługiwane za pomocą korby. Dzwoniło się na żądany numer za pośrednictwem centrali i czekało na połączenie. Prywatnych samochodów prawie nie było, co oznaczało, że każda podróż, nawet do najbliższego miasta, była wielką wyprawą. Żyliśmy na raczej niezróżnicowanej diecie składającej się z lokalnie produkowanej żywności. Nie miałam pojęcia, jak smakuje banan. Cytryny były luksusem.


Byłam niekłopotliwym dzieckiem, które dbało o siebie. Przez krótki czas chodziłam do wiejskiego przedszkola, ale nie czułam się tam zbyt dobrze. Na zawsze zapamiętałam, że zmuszano mnie do leżenia w środku dnia i siedzenia na drzewie, kiedy nie chciałam bawić się z innymi dziećmi. Ale miałam dużo swobody, co w dzisiejszych czasach byłoby niewyobrażalne. Spędzałam dużo czasu na "Uniwersytecie" z rodzicami, nauczycielami i uczniami. Chodziłam na lekcje rodziców i brałam udział we wszystkim, co działo się w szkole – w próbach chóru i zespołu tanecznego, w przedstawieniach teatralnych, wycieczkach, apelach wieczornych, zarówno zabawach przy tym wszystkim, jak w pracy. Teraz myślę, że wolność, którą miałam jako dziecko, była wspaniałym darem, który uczynił mnie osobą ciekawą wszystkiego, ciągle czegoś poszukującą. Mimo to uwielbiam też być sama i zawsze dobrze czułam się we własnym towarzystwie.


Myślę, że jedynym słowem, jakim mogę opisać moje zamiłowanie do odkrywania, jest włóczęgostwo. Zanim poszłam do szkoły, dużo czasu spędzałam na spacerach, zwiedzając ogromny park, jego stawy, ścieżki, ukryte zakamarki i przejścia. Chodziłam też do pobliskiej wioski, aby obserwować ludzi, ich sposób życia, posiadane przez nich przedmioty i ich zwierzęta. Chodziłam też nad Odrę; instynktownie świadoma jej siły i niebezpieczeństwa, zawsze trzymałam się z daleka od jej nieprzewidywalnych nurtów. To dziecięce włóczęgostwo została mi na całe życie, a kiedy znajduję się w nowym miejscu, lubię zrobić rekonesans, poznać skróty, wzajemne położenie budynków i najważniejsze punkty orientacyjne. Myślę też, że najlepszym sposobem na poznanie miasta jest wyruszenie na nieplanowany spacer, pozwalając, by fantazja i kaprys były moim przewodnikiem podczas wędrówek po ulicach. Jako dorosła podróżniczka spędzałam całe dnie zwiedzając w ten sposób wielkie miasta – Londyn, Moskwę i Nowy Jork – w wygodnych butach i z termosem w plecaku, spacerując po nich wzdłuż i wszerz, korzystając z metra tylko w ostateczności.


Nauczyłam się czytać, nie wiem dokładnie kiedy, jakby to było coś tak naturalnego jak chodzenie. Często zastanawiałam się, czy umiejętność czytania jest wbudowana w nasze mózgi jako potencjalna umiejętność, czy może dziedziczymy ją po naszych przodkach, którzy nauczyli się czytać w ciągu swojego życia, w którym to przypadku podejrzewam, że cofnęłabym się tylko o kilka pokoleń. W moim przypadku ta umiejętność na pewno miała związek z wychowaniem się wśród książek – mój tata prowadził szkolną bibliotekę, a ja grzebałam w nich od wczesnego dzieciństwa. To wcale nie były książki dla dzieci. Jedną z moich ulubionych wczesnych książek był zbiór pieśni partyzanckich. Umiałam je śpiewać, więc czytanie ze zrozumieniem przychodziło mi naturalnie i łatwo. Wśród setek woluminów chętnie wypożyczanych przez uczniów znajdowały się także książki o sztuce i encyklopedie. Śmiało mogę powiedzieć, że encyklopedie były przez całe dzieciństwo moim ulubionym gatunkiem literackim – moją pierwszą „konstelacją” lektur.


Pamiętam odkrywanie fikcji. Mniej więcej w dziewiątym roku życia przeczytałam popularne wydanie mitologii greckiej i zajmowało ono moje myśli przez następne dwa lub trzy lata, podczas których zgłębiałam temat tak dokładnie, jak tylko mogłam w świecie, w którym entuzjastyczny czytelnik był ograniczony do książek, które miał w domu lub do tego, co mógł dostać w miejscowej szkole lub w bibliotekach publicznych. Wiedziałam wszystko o mitologii greckiej, znałam wszystkie postacie i skomplikowane relacje między nimi w kilku wersjach, w zależności od tego, kto je opowiadał.


Stało się to nawet swego rodzaju obsesją – później nauczyłam się wykorzystywać w swoim pisaniu ten szczególny stan psychicznego opętania jakąś ideą. Kiedy odkryłam Greków, przyszedł czas na mitologie innych kultur. Szczególnie fascynowała mnie jakakolwiek kosmogonia i opowieści o stworzeniu świata, każda narracja o tym, jak powstał kosmos. Zacząłam zauważać, że niektóre historie były podobne i nakładały się na siebie, podczas gdy inne były ekstrawaganckie i indywidualne.


Najwyraźniej zainteresowanie mitologią jest częścią rozwoju psychicznego dziecka, pełniąc rolę swoistej osnowy, rusztowania dla świata, na którym następnie przyłącza się indywidualną wiedzę i doświadczenie. Jest to metaforyczne przedstawienie sił w działaniu, ilustruje zależności i powiązania, jakie istnieją między nimi. W dzisiejszych czasach mity nadal oddziałują na dzieci, ale znajdujemy je w nieco innym miejscu – w grach i literaturze fantastycznej, w komiksach i serialach.


W tym szkicu nie może zabraknąć akapitu o bibliotece publicznej, instytucji, której wiele zawdzięczam. Jednym z pozytywnych aspektów powojennego systemu politycznego Polski była ogólnopolska dostępność bibliotek. Czasami zapomina się o tym w zjadliwej krytyce komunizmu, a przecież każda wieś miała swoją, całkiem dobrze zaopatrzoną bibliotekę. W tych skromnych placówkach, zwykle prowadzonych przez starsze panie, zawsze można było usiąść i poczytać na miejscu, a w niektórych częstowano herbatą lub kawą. Istniały też mobilne biblioteki, pojazdy, które regularnie zaopatrywały w książki osoby mieszkające z dala od centrum miasta.


Książki, które mieliśmy w domu, wkrótce przestały mi wystarczać (zwłaszcza, że byłam równie nałogowym czytelnikiem jak Kien w Auto-da-Fé Canettiego – cały regał na raz, od lewej do prawej), a zwyczaj przeszukiwania lokalnej biblioteki, gdziekolwiek się znalazłam, pozostał ze mną do czasów internetu, od kiedy noszę ze sobą książki w telefonie i laptopie.


Bardzo lubiłam bajki i baśnie. Najbardziej podobały mi się antologie baśni z różnych kultur, które wówczas chętnie publikowano, bo reżim socjalistyczny bezwarunkowo wierzył w internacjonalizm i wspólnotę wszystkich narodów. Te pieczołowicie wydawane, pięknie ilustrowane tomy miały często iście artystyczną, bezpretensjonalną oprawę graficzną, z którą dzisiejszy disneyowski kicz nie może się równać. Fascynowały mnie te ludowe baśnie – generalnie nie wymyślone dla dzieci, ale z czułością, a jednocześnie z całą nieprzewidywalnością wolnej, nieskrępowanej wyobraźni, opisywały ich światy. Miałam dwa ulubione tomy – jeden był zbiorem baśni Andersena z bajecznymi ilustracjami Marcina Szancera, a drugi zawierał legendy i opowieści z Ziem Zachodnich. Teraz zdaję sobie sprawę z siły drugiej z tych książek jako propagandy, na siłę polonizującej historię tej części kraju, ale wtedy zupełnie nie przejmowałam się jej politycznym podtekstem i byłam zachwycona opowieściami, dotyczącymi geografii, która była mi znana i którą uważałam za własną.


Ten kształtujący umysł etap mojego wczesnego dzieciństwa zakończył się, gdy cała nasza rodzina przeprowadziła się do małego miasteczka na południu Polski, gdzie moi rodzice otrzymali nową pracę jako nauczyciele w zwykłej szkole. Tutaj rozwinęłam zainteresowanie nauką. Pociągała mnie astronomia, kosmologia, fizyka, wszystko to, co wykraczało poza zwykły, codzienny świat i przekraczało granice tu i teraz. Jakie były początki kosmosu? Czy czas płynie wszędzie tak samo? Czy gwiazdy są wieczne? Jak duży jest kosmos? Czy podróże w czasie są możliwe? Wtedy odkryłam fantastykę naukową, zaczynając od jasnych, ale intrygujących opowiadań Siergieja Snegowa i kilku innych autorów rosyjskich, które w tamtych czasach chętnie publikowano w Polsce, aż po Stanisława Lema, a później Philipa K. Dicka. Mogę powiedzieć, że czytałam sci-fi przez następne dziesięć lat.

Pierwszą powieść (której nigdy nie skończyłam) zaczęłam pisać w wieku dwunastu lat. Opowiadała o rodzinie czarodziejów z mnóstwem dzieci, które przemieszczały się z miejsca na miejsce i nigdzie nie mogły zapuścić korzeni. Niezły pomysł, prawda? Myślę, że wtedy odkryłam, jak wielką satysfakcję daje pisanie i wymyślanie historii. Narysowałam mapy miejsc i portrety postaci. Stworzyłam świat.


Od tego czasu regularnie pisałam krótkie opowiadania, mini-opowiadania, małe obrazy i spostrzeżenia. Od czasu do czasu ocierałam się o poezję, ale nigdy mnie to nie pociągało. Był tylko jeden poeta, którego twórczość czytałam obsesyjnie i który naprawdę wiele zrobił, abym nauczyła się angielskiego – T.S. Eliot. Przez długi czas nosiłam ze sobą dwujęzyczny tom jego poezji, wklejając do niego wszelkie możliwe przekłady. Wysłałam swoje fragmenty beletrystyki do młodzieżowego pisma literackiego, gdzie były publikowane pod pseudonimem. Pamiętam niezwykłe poczucie mocy, jakie poczułam, widząc swoje słowa w druku.


W ostatnich latach szkoły podstawowej zdałam sobie sprawę, że literatura to coś więcej niż zwykła przyjemność. Mogłam powiedzieć, że lektura otworzyła przede mną zupełnie inne światy, pozwalając poznać i doświadczyć życia ludzi, których nigdy nie miałabym szansy poznać ani zobaczyć na własne oczy. Stali się dla mnie tak samo realni, jak ludzie, których spotykam w swoim własnym środowisku. Czytając zmieniałam swoje nawyki, odgrywałam inne egzystencje i bez końca eksperymentowałam z własną tożsamością. Moja mama pamięta, jak czytałam powieść o Eskimosach, a potem nalegałam na suszone mięso. Podróżowanie w czasie i przestrzeni było zdumiewająco proste – wystarczyło położyć się na dywanie lub sofie w salonie, a następnie ruszyć ścieżkami zadrukowanych stron, by spotkać się tam z innym sobą, inną wersją mojego własnego ja.


Co roku z siostrą byłyśmy wysyłane do rodziców mamy na wakacje na wieś. Nasi dziadkowie mieszkali w centralnej Polsce, gdzie mieli piękny drewniany dom, którego część wynajmowali wczasowiczom, bo niedaleko było nadrzeczne kąpielisko i ogromne lasy sosnowe. Tutaj odkryłam zasoby wiejskiej biblioteki, gdzie wszystkie książki były pięknie obłożone szarym papierem, a dzięki jakiejś z góry ustalonej zasadzie rozdzielnictwa można było wypożyczyć wszystko z klasyki literatury amerykańskiej. Te coroczne wakacje były dla mnie synonimem słodkiego i szczęśliwego życia całkowicie pogrążonego w czytaniu, pływaniu i zbieraniu grzybów; życia, które do dziś jest moim wyobrażeniem raju. Czego chcieć więcej?


Moi dziadkowie, a zwłaszcza babcia przenosili mnie w przeszłość, opowiadając mi, ich najstarszej wnuczce, co działo się w okolicy dawniej, kiedy byłam małą dziewczynką, a także wcześniej, zanim się urodziłam. Zarówno dom dziadków, jak i cioci był pełen bibelotów, starych fotografii i pamiątek. Wzdłuż drogi zwanej autostradą rosły ogromne lipy, które pamiętały lokalną historię dłużej niż ludzie. Każde miejsce, każde skrzyżowanie miało tutaj swoją historię. Wkrótce, niczym medium, chłonęłam wszystkie te historie i nosiłam je w sobie przez wieki, aż w końcu udało mi się je wydobyć i zamienić w książkę – to był Prawiek i inne czasy. Być może powinnam wyjaśnić, dlaczego fakt, że to miejsce zostało naznaczone pamięcią i znakami, wywarło na mnie tak głębokie wrażenie. To dlatego, że wychowałam się na terenie, gdzie lokalna ciągłość kulturowa została przerwana po II wojnie światowej. Zmuszeni do wyjazdu Niemcy zabrali ze sobą swoje nazwy, skojarzenia, mitologię i opowieści. Zostaliśmy z pustym miejscem do wypełnienia. Jako dziecko byłam bardzo zaskoczona, gdy po raz pierwszy zobaczyłam polskie nagrobki we wsi moich dziadków, ponieważ zawsze myślałam, że język niemiecki, zwłaszcza zapisany gotyckimi literami, był specjalnym językiem zmarłych, używanym wyłącznie na cmentarzach na całym świecie.


Już w szkole średniej regularnie czytałam czasopisma literackie i zainteresowałam się psychologią, innymi kulturami i religiami. Jednocześnie nagle zafascynowała mnie biologia – zarówno w skali ewolucji, jak i budowy komórek, w skali makro i mikro. Byłam bliska wybrania biologii na studia i być może gdybym to zrobiła, moje życie potoczyłoby się inaczej. Ale kto wie? Pisanie towarzyszyło mi od zawsze, kryjąc się za każdą z moich różnych fascynacji i hobby. Zbadałabym fenomen mitochondriów, a potem bez problemu wróciłabym do Faulknera czy Cortázara. Był to czas moich największych odkryć literackich i najintensywniejszej twórczości literackiej. Od tamtej pory nigdy nie czytałam tyle, ile przez cztery lata w szkole średniej. Ale kiedy przyszedł czas na wybór studiów, poczułam, że powinnam pójść inną drogą, niż wybierać literaturę.


Czasy studiów zbiegły się z dość ponurym okresem w historii mojego kraju. Przeniosłam się do Warszawy na studia w pamiętnym sierpniu 1980 roku, kiedy cała Polska strajkowała przeciwko skorumpowanym władzom komunistycznym, które nie były w stanie poradzić sobie z kryzysem. Po ponad roku niepokojów społecznych i poważnych braków żywności komuniści ogłosili stan wojenny, internowali opozycję, zamknęli uczelnie i ostrzeliwali strajkujących górników. To był trudny czas dla nas wszystkich. Młodej kobiecie z prowincji trudno było odnaleźć równowagę psychiczną w mieście patrolowanym bez przerwy przez milicję i wojsko, z godziną policyjną i skrajnymi brakami wszystkiego, co niezbędne do życia. Już wtedy pracowałam z pacjentami jako wolontariuszka i widziałam, jak bardzo ta sytuacja dotyka ich, najsłabszy element społeczeństwa, ludzi zagubionych i chorych, nie radzących sobie z trudnymi, bezwzględnymi wymaganiami życia w czasie kryzysu i bezprawia. Myślałam, że ci ludzie bardziej potrzebują mojej pomocy niż pisania. Widziałam to wszystko jako rozległe morze niezawinionego nieszczęścia, kosmos szpitali psychiatrycznych całkowicie oderwanych od reszty świata. Ale był to również czas wielkiej aktywności politycznej. W czasie strajku uniwersyteckiego przeczytałam całego Cortázara. W stanie wojennym towarzystwa dotrzymywał mi Ubik Philipa K. Dicka i chyba żadna inna lektura nie mogłaby lepiej pasować do okrutnej, absurdalnej rzeczywistości, w której przyszło mi żyć. Wszystko to wywarło na mnie ogromny wpływ i na jakiś czas porzuciłam całkowicie pomysł pisania.


Praca z pacjentami całkowicie mnie zmieniła i na jakiś czas odeszłam od myślenia o literaturze i pisaniu. Byłam już wtedy zafascynowana Freudem i ogólnie psychoanalizą; to właśnie dzięki jego książce Poza zasadą przyjemności wybrałam psychologię jako przedmiot moich studiów, nie do końca zdając sobie sprawę, że w komunistycznym kraju nie moglibyśmy zająć się psychoanalizą.


Teraz myślę, że kluczowym czynnikiem dla mojej formacji intelektualnej było odkrycie tego, co w psychoanalizie nazywa się trybem „jak gdyby”. Teorie psychoanalityczne oferują nam określony sposób interpretacji świata, tworzą język jego opisu i budują wewnętrznie spójną wizję. Jednocześnie nie można oczekiwać od nich eksperymentalnego potwierdzenia istnienia m.in. ego, id i superego. Są to konstrukcje, które istnieją „tak, jakby” były rzeczywiste. I oto jesteśmy w domenie mitów, legend i baśni. To to samo królestwo, w którym żyją postacie mitologiczne i literackie, pozornie nieprawdziwe, ale trwające znacznie dłużej niż ludzie, a ich dziwna egzystencja nadal wywiera realny wpływ na żyjących. To tutaj znajdują się idee i narracje, koncepcje i teorie.


Dziś mogę powiedzieć, że studiowanie psychologii i kontakt z psychoterapią utwierdziły mnie w przekonaniu, że żyjemy w świecie, w którym współistnieje wiele punktów widzenia. Ten rodzaj relatywizmu ukazuje świat jako złożoną, wielowątkową opowieść, która widziana z różnych punktów widzenia wydaje się nieskończenie bogata i stanowi wyzwanie dla naszego intelektu i psychiki. Jeśli istnieje coś takiego jak wtajemniczenie w pisanie, to myślę, że w moim przypadku chodziło o drobne, ale istotne spostrzeżenie – rzeczywistość, w której żyjemy jako istoty biologiczne i psychiczne, może być ciągle reinterpretowana na nowe sposoby. Na trzecim roku studiów wybrałam specjalizację z psychologii klinicznej.


Po studiach czułam, że nie mam już nic do roboty w Warszawie, mieście, którego nigdy nie lubiłam, które wydawało mi się sztuczne i nieprzyjazne. Kiedy więc zdecydowałam się na pracę w psychiatrii, wróciłam na odległe Województwo Dolnośląskie. Zamieszkałam w Wałbrzychu, uroczym miasteczku, zrujnowanym przez przemysł, które przed wojną nazywało się Waldenburg. Tutaj wyszłam za innego psychologa i urodziłam syna. Jednocześnie doskonaliłam swoje umiejętności zawodowe i po jakimś czasie nieśmiało wróciłam do pisania. W tym okresie zagłębiłam się w psychologię, w tym Junga, który towarzyszył mi przez długi czas, Eliadego, Neumanna i Hillmana. Teraz myślę, że zbyt intensywnie poświęciłam się swojej pracy; dość wcześnie doszedłam do wypalenia zawodowego i być może poczucia beznadziejności tego, co robię. Zrobiłam dłuższą przerwę i wyjechałam na kilka miesięcy do Londynu, co okazało się wielką inspiracją i źródłem nowej energii. Wróciłam z Londynu z kilkoma tekstami literackimi, głową pełną nowych pomysłów i walizką pełną książek – głównie o feminizmie (tam odkryłam cudowną feministyczną księgarnię Silver Moon) i różnymi dziwactwami, które mnie wtedy bardzo interesowały. Rok po powrocie napisałam swoją pierwszą powieść i dwa lub trzy opowiadania.


Długo zajęło mi znalezienie wydawcy mojej pierwszej powieści, Podróż ludzi Księgi. Był to czas totalnej transformacji rynkowej w Polsce – gospodarka socjalistyczna była zastępowana nową, kapitalistyczną gospodarką wolnorynkową, panował więc chaos; upadały duże wydawnictwa państwowe, z podziemia wyłaniały się inne, do niedawna nielegalne. Otwarcie rynku księgarskiego zapoczątkowało lawinę tłumaczeń z języka angielskiego – wszystko, co do tej pory nie mogło być publikowane, nagle pojawiło się w sprzedaży, w tym kryminały, thrillery i horrory. Wszystko to było wystawione w księgarniach, w jaskrawo kolorowych okładkach. Pisarka o polskim nazwisku praktycznie nie miała szans na przebicie się przez to tsunami. Chyba nie było ciężej niż wtedy opublikować swoją pierwszą powieść, a co gorsza, fantastyczną, filozoficzną opowieść o granicach ludzkiej percepcji. Ale to w małym, do niedawna podziemnym wydawnictwie znalazłam wsparcie dla mojej książki, co w tamtych czasach mogło wydawać się zupełnym dziwactwem.


Praca nad tą prostą książeczką wiele mnie nauczyła – nie tylko jak opowiadać historie, jak tworzyć postacie i dialogi, ale także jak redagować tekst i przeprowadzać research. Książka ukazała się wreszcie prawie trzy lata później, w 1993 roku, i zdobyła nagrodę za najlepszy debiut, przyznawaną przez Stowarzyszenie Wydawców Książek Polskich. Pewnie dlatego nie musiałam szukać kolejnego wydawcy – moja druga książka została przyjęta przez prestiżowe wydawnictwo państwowe PWN (które już nie istnieje). Po sukcesie mojej trzeciej powieści Prawiek i inne czasy, która znalazła się na liście nominowanych do najważniejszej polskiej nagrody literackiej Nike, zdałam sobie sprawę, że od teraz będę się wyłącznie zajmowała pisaniem, choć długo uważałam to za trochę wstydliwe hobby i minęło dużo czasu, zanim mogłam przyznać przed sobą, że faktycznie stało się to moim zawodem. Pamiętam dzień na lotnisku, kiedy musiałam wypełnić formularz imigracyjny i stałam tam całe wieki z długopisem unoszącym się nad polem z napisem „Zawód”, nie wiedząc, jak je wypełnić. W końcu zebrałam się na odwagę i umieściłam: „Pisarz”.


Faktem, który uważam za ważny w mojej biografii jest to, że kupiłam stary dom w Kotlinie Kłodzkiej, w której stopniowo poczułam się u siebie. Zagłębienie się w przyrodę, ale też w sferę kulturową Kotliny Kłodzkiej zainspirowało mnie do innego spojrzenia na pisarstwo i życie w ogóle. Tutaj wzmogło się moje zainteresowanie ekologią. Książki, które powstały, zapoczątkowały moją pierwszą autorefleksję literacką, gdy zastanawiałam się nad własnym stylem, pułapkami linearnego opowiadania historii, sposobami kreowania postaci i perspektywą panoptyczną. Dom dzienny, dom nocny, który wówczas powstał, wywarł ewidentny wpływ na całą moją późniejszą twórczość. W tym samym duchu pisane były moje opowiadania. Te książki opowiadały o ludzkich próbach zakorzenienia się w określonych miejscach, tradycjach czy kulturach jako trwały wysiłek, który jest mniej lub bardziej skazany na niepowodzenie, i pokazywały, jak trudne lub wręcz niemożliwe jest to ze względu na sprzeczne siły, które walczą w nas – poczucie dążenia do bezpieczeństwa i stabilizacji, zmaganie się z niepohamowaną, nomadyczną ciekawością świata.


Przełom wieków to okres intensywnych podróży, podczas których przyszedł mi do głowy pomysł na powieść o podróżowaniu, dzieło konstelacyjne, opisujące głęboko ukrytą w nas atawistyczną koczowniczą naturę. Wiele zawdzięczam tym podróżom i traktuję je jako szczególny rodzaj uniwersytetu. Najbardziej intensywne i ważne wyjazdy to te, które odbyłam sama, kiedy musiałam sobie poradzić z szokiem kulturowym, nieznajomością języka i tęsknotą za domem. Ich efektem są Bieguni – bardzo ważna dla mnie książka, w której zastosowałam całą literacką intuicję, którą nazwałam „powieścią konstelacji”. Był to dla mnie ważny czas również z powodów osobistych. Mój związek dobiegł końca i przeprowadziłam się, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby zrezygnować z pisania. W każdym razie tak naprawdę nie wiedziałam, jak zrobić cokolwiek innego. Nie przyszło mi też do głowy emigrować, choć często przebywałam za granicą dłużej lub krócej.


Trudno powiedzieć, ile lat zajęło mi przygotowanie się do napisania Ksiąg Jakubowych. Historia Jakuba Franka nie była zbyt dobrze znana, więc musiałam przeprowadzić ogromną ilość badań, które rozciągnęły się na kilka lat, jak zwykłe studia akademickie. Obejmował także dwie zagraniczne podróże, podczas których przemierzałam od miejsca do miejsca śladami historycznych postaci występujących w książce. Oznaczało to również długie godziny przedzierania się przez dokumenty, wertowania podręczników historii i cierpliwego zbierania szczegółów i lokalnego kolorytu.


Reszta jest nudna. Siedzę i piszę. Kiedy nie piszę, zbieram materiał, badam tematy, zbiegi okoliczności i osobliwości. Nadal dużo czytam, cokolwiek mnie spotka. I od kina wiele się uczę – myślę, że w dzisiejszych czasach to kino nosi koronę opowiadania i my, pisarze, możemy tam obserwować wiele dobrych dénouementów*.


Od mniej więcej piętnastu lat mieszkam we Wrocławiu i Kotlinie Kłodzkiej. Nie podróżuję tak często jak kiedyś. Z biegiem czasu staję się coraz bardziej zamknięta w sobie i introwertyczna. Nie potrzebuję już tyle stymulacji z zewnątrz. Mam małą rodzinę: męża, syna, siostrę i mamę. Jest też mój stary pies, Nina, który jest z nami od ponad dziesięciu lat w różnych przeprowadzkach i cierpliwie przystosowuje się do każdego nowego domu.


Zawsze miałam świadomość, że jako pisarka należę, czy mi się to podoba, czy nie, do wielkiej krainy, jaką jest Europa Środkowa (choć jest wielu ludzi, którzy wątpią, czy coś takiego naprawdę istnieje). Wiem tylko tyle, że jest to przestrzeń między Zachodem a Wschodem, Północą a Południem. Czas płynie tu inaczej, nie liniowo, ale zataczając koła, choć nikt nigdy nie wyciąga wniosków z historii. Wszystko tutaj wydaje się płynne i szkicowe – granice się przesuwają, narody też się przesuwają, zmieniają się wpływy językowe, poglądy i idee mieszają się jak w tyglu. To miejsce, w którym rzeczy pączkują i powstają, ale potem nasiona zawsze idą w świat i zbierają siły gdzie indziej. To krater, z którego wylewa się fala za falą lawa migrantów, którzy zasilają Europę Zachodnią, a przede wszystkim Nowy Świat. Zawsze czułam się częścią tej ziemi, a na dowód z radością przytoczę fakt, że w ciągu swojego życia moja babcia, która nosiła takie samo nazwisko jak ja, miała cztery różne paszporty.


Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się napisać o mieszanej populacji, która tu mieszka, w tym o jej migracjach i wiecznym poczuciu niestabilności. Świadomie staram się nawiązywać do tej nieopisanej kultury w tym, co i jak piszę. Tu nie miejsce na dygresje na temat tego „środka świata”, więc powiem tylko tyle, że mamy tu skłonności do groteski i łagodnego surrealizmu, ciągnie nas do niesamowitości i wierzymy w moc słowa, potęgę języka. Ogromna część populacji pisze poezję. Tutaj każda forma realizmu wydaje się podejrzana, a jakakolwiek stałość wydaje się tymczasowa. To dobre miejsce do pisania. No i dobry język – polski może być trudny do nauczenia, ale dzięki swojej anarchii i cudownemu brakowi precyzji daje ogromne poczucie wolności.


Mam pomysły na jeszcze kilka książek, a teraz pracuję nad dwiema z nich. Pisanie nadal sprawia mi ogromną przyjemność.

 

° ° °

*  

dénouement lub denouement

ostateczny wynik głównej komplikacji dramatycznej w dziele literackim 

(Miriam-Webster)