Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Mostowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Mostowska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 kwietnia 2026

Początki powieści polskiej.

 




Anna Mostowska – autoportret pastoralny z ojcem i narzeczonym


Powieść polska, powieść filozoficzna, powieść ruska, powieść moralna, powieść mitologiczna, powieść izraelska – takie były powieści napisane przez Annę Olimpią z Xiążąt Radziwiłłów  Hrabinę Mostowskę Kasztelanowę Raciązkę, albo krócej przez Annę z Radziwiłłów Mostowską. "Strach w Zameczku" – wyróżniał się w całościowym tuzinie jej pism jako "powieść prawdziwa"


Wydawane były one w latach 1806, 1807, 1809, dlatego nazywało się autorkę preromantyczką, gdyż Romantyzm w Polsce zaczęły Ballady i Romanse w roku 1822. Wspólcześnie nazywa się ją także protofeministką. "Pre-" dlatego, że idzie o czas, o zjawienie się przed epoką; "proto-" pewnie dlatego, że idzie o realną osobę poprzedzającą realne (po stu latach) następczynie. Virtualnie na protoplastkę feministek kreuje się ta pisarka w jednoznacznie prokobiecych fragmentach powieści pod tytułem "Strach w Zameczku". W fabule panie natchnione równouprawnieniem działają konspiracyjnie przeciw panom i ich urojeniom, strasząc ich duchami. Są osoby, są fakty. Są też idee – o paniach w niczym nie gorszych od mężczyzn, głoszone w rozmowach, ale potem realizowane w wykreowanych zdarzeniach, których hojracka męskość nijak nie potrafi rozgryźć, aż zostaje bez fochów i dąsów, czyli bez tzw. babskich sposobów na facetów, sponiewierana i skompromitowana. 


Jakim zaś sposobem widzieć Mostowską jako preromantyczkę? Trzeba zapewne do oceny i interpretacji jej pisarstwa zastosować nie zwykłe i mylące "mędrca szkiełko i oko", lecz znane powszechnie precyzyjne narzędzia badawcze wszelkiego romantyzmu, jako to: "czucie i wiara"


Nie wypada pominąć ustalonej zgody znawców literatury, że wartymi zachodu akademickiego (albo maturalnego) są tylko i wyłącznie dwie powieści powstałe w czasie Romantyzmu – pod jego koniec: "Poganka" (1846) i na jego początku: "Malwina" (1816), pierwsza zwyczajnej ziemianki Narcyzy Żmichowskiej, druga księżnej z Czartoryskich Marii Wirtemberskiej – pierwsza cieńsza, druga grubsza, obie prozą – jak przystało na to, co powieścią nazywamy. 

Tak nazywane utwory  pisał w Romantyzmie Seweryn Goszczyński. W tomie drugim Dzieł Zbiorowych pomieszczono ich piętnaście na stronach około czterystu, zatem byłyby to w najlepszym przypadku nowele, lub powieści bardzo mini, gdyby Goszczyński prozą pisał. Ale nie pisał. Rymował wersy na osiem sylab, albo na jedenaście, albo jak Mickiewicz - na trzynaście. Powieścią nazywano też poemat "Maria" Malczewskiego  («Ej! ty na szybkim koniu gdzie pędzisz kozacze? / Czyś zaoczył zająca, co na stepie skacze?» – trzy pokolenia temu te wersy znał każdy, co trochę szkoły liznął).


Za najlepszą "powieść" Goszczyńskiego przyjęto "Zamek Kaniowski" (1828). Druga partia (strofa) poematu zaczyna się tak:


Wietrzna, jesienna, zawyła noc z dala. 

Warzą się wiry w zamąconem łożu; 

Wre chmur kłębami i niebo, jak fala; 

Złośliwy obłęd igra po rozdrożu.


Podróżny z cichem szeptaniem pacierza


Mija rozdoły, świstające trzciną;


W skrwawionych szponach zgłodniałego zwierza 

Dławione bydlę poryka doliną. 

Pod szturmem wiatru, co silnie dmie górą, 

Słychać skrzypanie głównej szubienicy; 

Trup się kołysze, pies wyje ponuro, 

Śmierć snu osiadła w zamku okolicy. 


Jeśli słyszał jak skrzypi główna szubienica, to znaczy, że inne, poboczne też były w okolicy. Na nich wiatr nie miał co kołysać?


«Puściliśmy się biegiem na odgłos jakby grzmotu, który nas doszedł ze strony koszar. Było to pierwsze powitanie Podchorążych dla jazdy moskiewskiej. Jednocześnie prawie z tym strzałem wpadliśmy przez bramę na dziedziniec Belwederu . «Śmierć tyranom» wykrzyknął mój oddział, a wyraz oczu i twarzy moich towarzyszy odbijał dobitnie co ich okrzyk zapowiadał. Widziałem to tem lepiej, że miałem cały spokój wewnętrzny i nie wmięszałem uniesienia mego do tego chóru. Kilku ludzi ze służby W. Księcia stało na podwórzu przed pałacem, kiedyśmy wpadli przez bramę. Na okrzyk nasz rzucili się natychmiast do głównych drzwi wchodowych i chcieli je zamknąć, ale nie mieli na to dosyć czasu; razem prawie z nimi byliśmy u drzwi przez pół zamkniętych, które się wnet całkiem otwarły pod naszym naparciem i zostawiły nam swobodne wejście, ale jak do pustki. W tej chwili i drugi oddział połączył się z naszym. Przebiegliśmy pędem, z łoskotem, którego łatwo można się domyślić, dół i pierwsze piętro, i nigdzie W. Księcia, zniknąl nam – pustka zupełna – tylko w przedpokoju sali audjencjonalnej jakiś człowiek kryjący się za drzwiami. Był to Wice-Prezydent miasta: Lubowidzki. Rzucono się ku niemu; dotknęło go kilka bagnetów, upadł na posadzkę zlany krwią kilku ran, ale żadna nie była śmiertelną.»

Tak Goszczyński pisał prozą czterdzieści lat później, wspominając wiadomą Noc Belwederską. Romantyzm już się skończył. Przyszła w Polsce pora na prawdziwych powieściopisarzy, a raczej pora w polskich regionach na twórców rzetelnej polskiej powieści, wiadomo: Prus, Orzeszkowa, Sienkiewicz, Kraszewski...

Traktujemy dzisiaj jak barbarzyństwo – nie tylko według mody na feminizm – dawny obyczaj wydawania za mąż panienek według widzimisię (tzn. interesu) rodziców, najczęściej ojca, czyli wbrew chęciom i uczuciom tych panienek. A kto wstawia się za młodzieńcami żenionymi wbrew ich woli, na siłę, za wcześnie, bez pytania, albo nie zważając na ich odpowiedzi?

Oto młody i piękny Firlej, któremu ojciec zaplanował Julię na małżonkę, córkę najlepszego przyjaciela, gdy Julcia i Firlejek byli jeszcze dzieciakami. Tak się zaczyna powieść (a raczej obfitsza nowela) innego preromantyka, Józefa Lipińskiego, pod tytułem "Halina i Firlej czyli niebezpieczne zapały". Tyle informacji wystarczy, żeby się domyśleć, że Halina.................

Tu muszę przerwać wyprawę ku najwcześniejszym powieściowym autorom, gdyż właśnie odkryłem, że w roku 1911 Konstanty Wojciechowski połowę artykułu o "Budowie pierwszych polskich powieści" poświęcił pisarstwu Anny Mostowskiej. U innych księżna Anna takiego wzięcia nie miała. W swojej biblijnie wielkiej księdze o historii literatury polskiej (prawie 800 stron) Julian Krzyżanowski ją zbywał: "Jeśli pominąć drobniejsze i mniej znacz­ne pozycje, jak np. nieudałe, przeładowane nadzwyczajnościami i okropnościami pró­by „romansu grozy” w rodzaju Astoldy (1807) Anny Mostowskiej, poważ­nym rywalem romansu sentymentalnego okazuje się powieść historyczna..."

Profesor lwowski, Konstanty Wojciechowski przeczytał nie tylko Astoldę. W artykule wziął na tapetę Matyldę i Daniło oraz Zamek Koniecpolskich  i narysował ich schematy



W wątek główny A Matyldy i Daniło klinem wcina się "wstawka" B, a profesor powiada, że "znika niemal przy wstawce". 

Narysowawszy bardziej skomplikowany schemat Zamku Koniecpolskich

profesor stwierdza, że "Antecedencye rozłamane bardzo zręcznie na trzy części. Au­torka osiąga tem silne naprężenie uwagi czytelnika."

Prof. Wojciechowski pierwszeństwo powieściopisarskie oddał Krasickiemu i jego Mikołaja Doświadczyńskiego przypadkom. Potem rozrysował piękny schemat Grenadiera-filozofa (1805) autorstwa Cypriana Godebskiego (który zginął pod Raszynem cztery lata później, dowodząc 8-mym Pułkiem Piechoty w nie bardzo rozstrzygniętej bitwie księcia Poniatowskiego z Austriakami.) https://pl.wikipedia.org/wiki/Bitwa_pod_Raszynem_(1809)

Taka jest notka profesora o powieści pułkownika:

«Autor nazwał ją "powieścią prawdziwą, wy­jętą z dziennika podróży roku 1799". Treść ujął w 8 rozdziałów. Są to losy legionisty polskiego od klęski Francuzów nad Trebią aż do przybycia jego do Lugdunu i opowieść o pewnym dziwnym grenadyerze, z którym legionista zawarł znajomość. W on "dziennik legionisty" wplecione, oprócz dziejów Henryego (grenadyera), opo­wiadanie oberżysty o swoich losach, a w to "powieść" Sadego o królu perskim i jego ministrze. Jeśli dziennik legionisty nazwiemy A, opowieść oberżysty B, powieść Sadego C, a dzieje Henryego D,  w takim razie schemat budowy przedstawi nam się tak: 


Artykuł zwieńczył pan Konstanty analizą Malwiny Marii księżnej Wirtemberskiej, której zawikłaną budowę chwalił co niemiara: «Znakomicie prze­prowadzona ekspozycya: w rozdziale pierwszym wprowadzenie bo­hatera i bohaterki, w rozdziale drugim wskazana najbliższa prze­szłość bohatera, w trzecim — bohaterki, rozdział czwarty charakte­ryzuje bohatera, piąty — bohaterkę, oboje na tle ich wzajemnych uczuć.» itd. itd, aż po rozdział XXVIII. 

Sięgając po rok 1824 profesor napomknął o Bernatowiczu (Nierozsądne śluby), Kropińskim (Julia i Adolf) i o Rautenstrauchowej (Emmelina i Arnolf). 

Feliks Bernatowicz zasłynął romansem historycznym Pojata, córka Lezdejki, albo Litwini w XIV wieku (1828), tłumaczonym na angl., ros., franc. i niem., wydawanym zawzięcie do Pierwszej Wojny, a jak poświadczają internety, czytanym nawet w 2016 roku. 

Ludwik Kropiński, także wojskowy; jego sentymentalny romans Julia i Adolf, czyli nadzwyczajna miłość dwojga kochanków nad brzegami Dniestru (1824) olśniewał panienki na salonach. 

Wspominając Łucję Barbarę Rautenstrauchową pisał Julian Krzyżanowski, że w przed- i w romantycznych powieściach «tematyka ogranicza się wyłącznie do dziejów nieszczęśliwej miłości, dodać jednak należy, że nieszczęścia te nie zawsze są przekonujące, że pisarze i pisarki operują szablonami, których użycia nieraz nie umieją artystycznie umotywo­wać. Uczuciowość pokolenia, zahamowana w liryce, wylewa się w romansach bez kon­troli artystycznej, przygotowując grunt dla liryki poetyckiej, która popłynie spod pióra dorastającego pokolenia romantycznego.»

Przygotowując grunt dla liryki... – to jest gładko powiedziane, ale czy ktoś (lub sam J.Krzyżanowski) udowadniał, jakoby (na przykład)  Adam M. wczesne romanse czytywał i w nich lirycznie gruntował? Bo Maryla na pewno czytała, śmiało założyć można. 

Że Łucja Barbara R. pisała po polsku to dziw jakiś, więcej chyba przebywała we Francji niż na polskich terenach. Ubolewała w przedmowie do Emmeliny: «Według ieszcze niezupełnie u nas wytępionego zwyczaiu, uczono mię rozmaitych cudzoziemskich ięzyków, oyczystego zaś nigdy.» 

Co się w jej powieści wikła, z samego początku można wywnioskować:

«List pierwszy. 

ARNOLF  HRABIA  S... DO  JÓZEFA  L.


z Warszawy. 

Żałuy Józefie, żałuy, żeś z tąd odjechał! bardzo piękny nam wczoray bal maskowy dał Alfons. (...) Ale, ale, wielkiey ci ieszcze nowiny nie doniosłem, lubo bardzo dla mnie niepocieszney. Móy Stryi Hrabia S.... ten, co miał swóy maiątek mi zapisać, ożenił się z iakąś Polką, w Paryżu, zwaną tylko Emmelina. Ma bydź młoda i piękna. Mówią, że ią ma tu przywieść. Spodziewam się, że niedorzeczności do tego stopnia nie posunie. Radbym iednak bardzo, żeby to prawda była, bo iuż od dawna zgubę starych mężów zaprzysiągłem.»

Oprócz tego, że ją nie edukowano w polszczyźnie, narzekała Łucja Barbara R., że w "oyczystym" języku bardzo trudno jest napisać powieść. Prostą tę myśl też jakoś niełatwo jej się wysłowiło: «Niezwyciężone więc prawie trudności zostaią każdemu, coby w ięzyku do  tego rodzaiu ieszcze nieugiętym dosiągnąć iego zamyślał.»

Podobnie smędził Józef Lipiński:  «Powiedziano nie raz że czytanie romansów iest szkodliwe: powiedziano także iż w ięzyku naszym pisane dobrze bydź nie mogą. (...)   Ta część literatury dotąd u nas mało tkniętą była. Styl iey nie iest ieszcze wyrobiony, lubo ukształcenie onego nie iest może mniey trudne, a pewnie niemniey w codziennym życiu potrzebne, iak w rodzaiach ważnieyszych; w których nieco dzieła doskonalsze posiadamy. Jednak z tłumaczonych powieści  przez Węgierskiego i niektórych innych, dostrzedz iuż łatwo, czym ięzyk nasz w stylu lekkim i czulym pod zręcznemi piórami stać się może.»

Po co mu Kajetan Węgierski był potrzebny za przykład jakiejś szczególnie sprawnej polszczyzny? Tłumaczył on prozę francuską ćwierć wieku przed polskim preromantyzmem sentymentalnym, a pół wieku przed Romantyzmem prawdziwym. Na przykład Powieści moralne Marmontela. Chyba Lipińskiego zadziwiała zręczność tłumaczenia, z czym sam się biedził. Jeśli Marmontel lepiej pisał "rodzaie ważniejsze" niż smażyli powieści romansowi pisarze, to i przekład tamtemu wychodził zgrabny. Coś musi być na rzeczy, skoro dyrdymały fabularne, rozrywkowe (jakiś Posag Zuzi, Miłość i tajemnica, czy też Niebespieczne zapały to znaczy Halina i Firlej) szły pod zbiorczym tytułem Powieści moralne i romanse (w 20 tomach rozmiaru niewielkiego, 120-140 słów na stroniczkę). Wydawał je Tadeusz Mostowski, ten którego pierwszą żoną była Anna Olimpia z domu Radziwiłłówna.


No, ale cóż z ową Haliną, łączoną z Firlejem mimo, że ożeniono go z Julią? «Poważał Firley cnoty małżonki, którą mu dano za żonę, ale poznał z boleścią, że pomiędzy ich umysłami żadnego nie było stosunku.» Z czym się zwierzył, łzy rzecz jasna roniąc, swemu przyjacielowi Zawiszy w «ciemnieyszych ogrodu gaiach», gdzie go Zawisza zastał  w przeddzień ślubu, cierpiącego samotnie. Stary ojciec był zachwycony, że tuż przed swą śmiercią syna ożenił, a Firlej nic a nic. Nie przeszkodziło to niedobranej parze wzbogacić stadło o córkę nim rok minął.  Panna ładna, ale Firlej, marzyciel  czytający poematy Osjana, nie był szczęśliwy. 

Trzy lata później jego przyjaciel, Zawisza, poznaje w Krzeszowicach pod Krakowem 16-letnią Halinę i zakochuje się w niej szleńczo. Pisze o tym w liście do Firleja, przedstawiając niezwykłe zalety i urodę panienki. Firlej oszołomiony opisem popada w gwałtowną platoniczną miłość. Matka Haliny nie godzi się na małżeństwo córki z Zawiszą, dowiadując się, że jest on zadłużonym hazardzistą warszawskim. Zawisza rozgoryczony chce sprzedać posiadłość pod Krakowem. Firlej (z żoną i córką) jedzie do Krzeszowic i kupuje ten majątek, chcąc być blisko Haliny. Jej matka umiera, dziewczyna codziennie odwiedza grób. Firlej wykorzystuje sytuację, by potajemnie zobaczyć wymarzoną ukochaną. On sam jest w żałobie po ojcu. Dziewczyna go spostrzega i zauważając podobny do swego stan żałobny pięknego młodzieńca, zakochuje się w nieznajomym. Przejęty wymianą spojrzeń, Firlej ucieka z cmentarza.

Następuje cała seria mniej lub bardziej niespodziewanych kontaktów i przelotnych spotkań Haliny i Firleja. W ogrodzie, na drodze, na cmentarzu, wśród drzew, nad wodą. Chodzą oboje swoimi śladami, cierpią miłosne katusze, niepokoje, udręki, to się widzą, to się mijają. Oboje utwierdzeni, że łączy ich gorące uczucie, niemożliwe do spełnienia. 

Z przemilczeń autora należy wnioskować, że żona Firleja, Julia, nie zauważa zabiegów męża. Jednakże Halina i Wanda spotykają się pewnego dnia i przypadają sobie do gustu. Firlej uprasza córkę, by o tym nie mówiła matce. Spotkania Haliny i Firleja, choć z reguły nieprzypadkowe, są bardzo krótkotrwałe, niekiedy wręcz na odległość, ale obojgiem miotają nieposkromione namiętności. Ona myśli, że tę ich miłość zrodziła śmierć.

        Pożar wybuchł w majątku Firleja. Paliła się altanka w ogrodzie. Gaszą, rumor, zamieszanie. Halina akurat była w pobliżu. Weszła nawet do domu Firleja – zauważa w jego gabinecie pod kryształowym kloszem pukiel jej włosów, który sobie na pamiątkę Wandzia obcięła nożyczkami. «O Boże! zawołała, iak iestem kochaną!»  «Przyczynek pożaru – czytamy na końcu epizodu – służył za przyczynę iey pomieszania i bladości.»

Raz mignęla Firlejowi myśł, by ją porwać. «Co mówię? Halina żyć będzie w niesławie, w upodleniu; iaż mam zakałę przynieść życiu Haliny! (...) Uwielbienie iey przymiotów sprawiło zapał który mię zgubił, serce moie mogło się obłąkać tylko uniesieniem cnotliwym. O moia Halino, nie iest  to czucie podłe i pospolite, które mię przywięzuje do ciebie! Cnota iest mi tak drogą iak twoia miłość. Tak Firley myślał w pewnych chwilach, ale w innych, obawianie się Haliny, dało mu poznać, że w sercu swoim, mieścił poniewolnie i taiemnie występne nadzieie.»

Biedulka coraz bardziej zapada na zdrowiu. Z powodu gruźlicy («ostatniego stopnia suchot») musi wyjechać do wód na leczenie. W tym czasie Firlej i Julia wracają do Warszawy, gdyż jej ojciec jest śmiertelnie chory. W tym fragmencie (połowa stroniczki) autor raz wreszcie mówi cokolwiek o Julii: 

Oto Firlej oderwany od Haliny –  «...nie słyszał, nie odpowiadał; mina ponura, mdłość i ucisk iego, dowodzily nadto co cierpiał.  Żona iego nieczyniąc żadnego domyslu gdy go widziała w tym stanie, mówiła bez niespokoyności i bez poruszenia: "ma spazmy", i gotowala mu wodę z pomarańczowego kwiatu. (...) Firley używał całey swey mocy nad umysłem żony, aby iey zabronić bliskiego ocierania się o łóżko oyca, ale ona iuż miała w sobie zarazę tey straszney choroby; tracąc oyca przymuszona byla położyć się w łóżko z którego więcey nie wstała.»

Zarażony Firlej ledwie unika śmierci. Już jako wdowiec wraca do Krzeszowic.  «Za przybyciem powziął wiadomość że Halina powróciła z wód Pirmonckich umieraiąca, że iuż dochodzi ostatka dni swoich, ma iednak dosyć ieszcze mocy dla udawania się codziennie do grobu swey matki. (...) odebrał od Haliny bilet następuiący: Ponieważ mogę widzieć WaćPana i słuchać go bez winy, żądam pomówić z nim iutro na cmentarzu o piątey godzinie zrana. Halina.»

Następne pięć stron to opis nocy okropnej dla Firleja przed porannym spotkaniem. Ona przyszła jak cień dawnej, pięknej Haliny.  «...dała mu znak, aby obok niey usiadł. Ci dway kochankowie nieszczęśliwi którzy dotąd nigdy do siebie nie wyrzekli słowa, maią nakoniec rozmawiać z sobą raz pierwszy, a to dla odebrania od siebie wiecznego pożegnania.»

Ona mówiła o swojej rychłej śmierci i żądała jego obietnicy, że będzie kwiatami stroił jej grób. Nagle spod czarnych chmur zerwała się okropna burza. Pioruny, deszcz gwałtowny. «...piękne iey włosy rozwiązuiąc się spadaią na ramiona, ... nagle blyskawica przerywaiąc chmurę, rzuca na twarz blask żywy; iey piękność niebieska zdała się na ów czas promienista: byla to piękność Aniola. Ah! zawolał Firley, iuż się stało, dusza iey czysta wznosi sie ku niebu.... Halino!... na ten krzyk raptowny  i żałosny, Halina wstaie i rzuca mu się na szyię, przyklada wargi blade i zimne do ust ognistych Firleja.»

«Firley wziął Halinę na ręce i zaniósł do karety, która czekała o sto kroków od cmentarza.» Być może Halina skonała w jego ramionach, ale nie wiedział tego, zdruzgotany kompletnie, pozbawiony zmysłów. Potem dni dwanaście przebył w stanie między życiem a śmiercią. Jeszcze nie wydobrzał do końca, a już poszedł na cmentarz, «złożył kwiaty i zdołał nie skonać na marmurze który zawierał zwłoki Haliny!»




W takich okolicach dzieje się akcja Haliny i Firleja


sobota, 29 czerwca 2024

Zjawa w ruinach zamkowych.

 

 

Okładka książki wydanej przez Fundację Festina Lente

 ° ° °

Opowiastkę tę, pochodzącą z roku 1806, podaję tutaj  w wersji niezupełnie oryginalnej, gdyż w słownictwie i stylizacji w wielu miejscach uwspółcześnionych, a to z tego powodu, że dziś czyta się ten czy ów fragment, jak napisany w obcym nieomal języku.  Pomysły literackie pani Mostowskiej trudno rozgyźć przy drugim, a nawet trzecim czytaniu, ale kto by chciał do oryginału zajrzeć, odkryje, że mają te pomysły wiele uroku i nieraz aż je "szkoda psuć", choć zrozumieć trudno. (B.K.)


° ° ° 

Anna Mostowska

STRACH W ZAMECZKU 

POWIEŚĆ PRAWDZIWA 




Jest coś w człowieku, co nie może być odgadnione i co nas prowadzi do chęci nabycia nadprzyrodzonych wiadomości. To wszystko, czego zrozumieć nie możemy, ma dla nas nieprzezwyciężony powab. Gdy nocne mroki okryją niebo, a długie cienie od gwiezdnej poświaty powstają w przyziemnej przestrzeni, wtedy wyobraźnia nasza tworzy tysiące mar, które realnej istoty nie mają. Zdaje się nam, że je widzimy i słyszymy, ale gdy dojdziemy źródła mamiącej przyczyny, żałujemy, żeśmy się dowiedzieli, iż nic w tym nadprzyrodzonego nie ma. 

Niektórzy przypisują bardziej płci żeńskiej tę skłonność do łatwowierzenia wszystkiemu, co wyobraźnię pobudza.  Lecz tak nie jest – mężczyźni nie są wolni od podobnych wrażeń – cały rodzaj ludzki temu błędowi jest podległy, jeśli błędem można to nazwać. 

Raczej trzeba myśleć, że dusza nasza doświadcza istnień, których zmysły doświadczyć nie mogą i że dlatego niepewne są jej przeczucia, bo materialna powłoka przeszkadza duszy mieć pewność w tym, co jedynie wyczuwać może.  Ten wniosek dotyczy i mężczyzn i kobiet. A potwierdza się on nawet co do tych, którzy najbardziej śmiałków udają i chcą grać rolę niewierzących w duchy. 

Dowodem jest zdarzenie które kilka lat temu mi się przytrafiło – aż nadto poświadcza ono, że ludzie każdej płci, w każdym wieku i jakiegokolwiek rozumu, tym samym podlegają słabościom i wszyscy w końcu uwierzą w zjawiska paranormalne, jeśli nie potrafią żadnym sposobem udowodnić, że to, co za rzecz nadprzyrodzoną brali, jest zdarzeniem naturalnym. 

Byłam na wsi w towarzystwie dwojga osób, które choć rozumne i posiadające sporo wiedzy, tak różnych były charakterów, że w żadnej sprawie zgodzić się nie mogły. Było to dla nich niewyczerpanym źródłem różnych rozmów. Ponieważ są to osoby żyjące i może by im było przykro czytać swoje nazwiska i być wspomnianymi w tym zdarzeniu, zataję ich prawdziwe imiona. Idalia – tak nazywać będę moją towarzyszkę – panna pełna rozumu i posiadająca tysiąc wytwornych talentów; Edmond – człowiek melancholijny, uzdolniony artystycznie, doskonały rysownik i z gruntu poczciwy – oto osoby, które, od półtora roku towarzyszyły mi na wsi. Przeciwność ich charakterów sprawiała mi wiele przyjemności, bo niezgodny ich sposób myślenia prowadził do atrakcyjnej wymiany zdań. Gniewał nas często Edmond, gdy utrzymywał, że płci naszej nie można powierzać tajemnic, że się nadprzyrodzonych rzeczy boimy i w gusła wierzymy, a także żadnego przedsięwzięcia nie doprowadzamy do końca. Nie wiem, jak długo jeszcze by nam równie przyjemne rzeczy wmawiał, gdyby pewna przygoda nie przerwała tego gatunku rozmów, doprowadzając Edmonda aż do zaprzeczenia wszystkiemu, co się dotąd z nim działo. 

Domostwo moje leży w dzikiej okolicy, zdaje się że w tym miejscu ponura wróżka założyła sobie siedlisko. Puszcze, które końca zdają się nie mieć, góry, jeziora i dwa starożytne zamki: jeden na wyspie na jeziorze, od dawna zamieniony w smutny klasztor, drugi wśród kwiecistych łąk. Drzewa i różne rośliny oplotły te starodawne zabytki, w których panował książęcy ród pod nazwiskiem Z... – tak się też nazywa wieś, która dawniej była stolicą ich państwa. Ten drugi zamek wzniesiono na wzgórzu. Ledwo ślady można znaleźć, że tam kiedyś były mury. Wysokie wały obrosły gęstym gajem, ale dziwnym trafem miejsce dawnego dziedzińca pozostało wolne i tylko jak dla ozdoby gdzieniegdzie wyrosły drzewka.  Są tylko dwa, naprzeciw siebie,  wejścia do tego miejsca. Z jednej strony widzi się niewielką łakę, a za nią ciemną puszczę, z drugiej spostrzega się obszerne jezioro i wyniosłą wieżę, na której zawieszone dzwony, wydając od czasu do czasu smutny odgłos, powiększają melancholię panującą w okolicy. 

Odkąd los mi przeznaczył mieszkać w tej wsi, dziedziniec wśród ruin był moim ulubionym miejscem, gdzie po długiej przechadzce lubiłam odpoczywać; postawiłam tam szałas, który może ochronić mnie od burzy lub deszczów, gdy niepogoda mnie zaskoczy podczas rozmyślań lub nazbyt długiego czytania. Często tam bawiąc, snułam myśli o przeszłych wiekach, często też w gorącej imaginacji zdawało mi się, że widzę błąkające się cienie starożytnych mieszkańców tej niegdyś zamieszkałej siedziby, teraz zupełnie opuszczonej. Bywa, iż zdarzenie nadzwyczajne w rzeczywistość przemieni marzenia tych, co w samotne ustronie lubią uczęszczać. 

Pewnego dnia poszłam jak zwykle z książką do owego miejsca, nazywanego od dawna Zameczkiem, a że ranek był nie do opisania piękny, kazałam tam zanieść moje śniadanie. Służba moja oddaliła się i zostałam sama; czytałam bardzo długo i widząc po słońcu, że już południe minęło, zabierałam się wrócić do domu, kiedy blisko siebie ujrzałam kawalera na koniu. Był to Edmond, który, powróciwszy z przechadzki i nie znalazłszy mnie w domu, domyślił się, że pewnie w Zameczku bawiłam i tam przybył. Wstałam, on chciał skoczyć z konia, lecz nagle jęk, który zdawał się wydobywać spod ziemi między mną i koniem, wstrzymał nas oboje... Znieruchomieliśmy. Gdy minęło pierwsze zdziwienie, zaczęliśmy szukać przyczyny tego niepojętego jęku, lecz usiłowania nasze były nadaremne; przebiegliśmy cały lasek, a że już była połowa września i liście opadały, widzieć można było z łatwością obszerne pole, które to miejsce otacza. Nie ujrzeliśmy nawet przelatującego ptaka; cisza w powietrzu nie pozwalała przypuszczać, aby wiatr wiejący pomiędzy drzewami mógł spowodować ów dźwięk. Dzwony milczały, pora południowego posiłku zatrzymywała  mieszkańców w domach, tak więc, mimo wszelkich starań i przypuszczeń nie mogliśmy dociec, co  sprawiło, że ten okropny i przerażający jęk, o którym wątpić nie mogliśmy, z ziemi prawie spod nóg naszych się wydobywał. 

Powróciliśmy do domu przejęci i poruszeni tym zdarzeniem, Edmond długo jeszcze dociekał fizycznych jego przyczyn i na koniec wyznał, że znaleźć ich nie może.  Zgodził się z nami, że musiało jednak być coś, czegośmy nie dostrzegli, lecz że pewnie to samo zdarzy się ponownie i że może wtedy uda się nam lepiej zrozumieć to, cośmy teraz pojąć nie mogli. Dzień cały i do późnej nocy strawiliśmy czas na rozmawianiu o różnych przygodach podobnie, jak ta niezrozumiałych, a takie rozmowy doprowadziły do przypominania rozmaitych opowieści o strachach. Edmond, swoim zwyczajem, zaprzeczał istnieniu rzeczy zmysłom niedostępnych, utrzymując, iż wszystko się zdarza naturalnie, tylko trzeba rzecz dobrze zgruntować. Idalia przystała na prawdziwość tego wniosku, ale ja utrzymywałam, że mogą być istoty niepostrzegalne zmysłami i podawałam przykłady zdarzeń znanych z  historii, jak na przykład: widmo Pompejusza na brzegach afrykańskich, gdy mu się Geniusz Rzymu ukazał i śmierć przepowiedział, albo ten, który pokazał się Brutusowi; albo, co Pliniusz o niewolniku swoim dowodził i wiele innych podobnych. Lecz nadaremnie się trudziłam – Idalia i Edmond pierwszy raz się ze sobą zgodzili i usiłowali zbić moje zdanie, ale przy nim trwale zostałam i tak się rozeszliśmy. Nazajutrz zdawało się, że każde z nas zapomniało o wydarzeniach i rozmowach z poprzedniego dnia. 

Jakiś czas potem ujrzałam Edmonda mocno pomieszanego. Szperał ciekawie po wszystkich pokojach i apartamentach, zdawał się liczyć osoby i wybadywać, czy któraś z kobiet domowych nie wychodziła, wszystkie jednak znajdował na miejscu, każdą zatrudnieniem sobie powierzonym zaprzątnioną. Wypytywał też natarczywie, czy ktokolwiek przyjezdny nie przechadzał się w Zameczku, lecz odpowiadano mu zgodnie, że nikogo nie było i nikogo obcego nie widziano. Chcieliśmy dowiedzieć się przyczyny tego osobliwszego wypytywania, ale Edmond wzbraniał się z początku wytłumaczyć nam, o co chodzi, lecz nie mogąc znieść dłużej swego rozkojarzenia, a nawet może i przestrachu, taką nam rzecz opowiedział:

 

„Pamiętacie panie, jak kilka dni temu zaprzątał nam głowy jęk słyszany w Zameczku, którego przyczyny dociec nie mogliśmy. Zdawałyście się panie zapomnieć o tym, lecz inaczej ze mną się działo – chciałem koniecznie odgadnąć przyczynę i z tego powodu co dzień na to miejsce chodziłem, lecz nic nie słyszałem, ani widziałem. Dziś rano, tym samym pragnieniem prowadzony, wszedłem do gaju w Zameczku i prosto naprzeciw siebie ujrzałem osobę siedzącą pod szałasem. Postać jej była odmienna od każdej z was, moje panie, i żadną z was być nie mogła, bo was obydwie dopiero co w swoich pokojach zostawiłem. Ta postać trzymała na kolanach wielką czarną księgę, którą z uwagą czytała, a od głowy aż do nóg zakrywał ją ciemny welon. Zdumienie i ciekawość sprawiły, że prędko zacząłem iść ku niej, lecz szelest kroków moich przerwał jej czytanie, obróciła się do mnie, wstała, przeszła kilka kroków i zniknęła między krzakami. Tak bliziuteńko niej byłem, że mogłem ją zatrzymać, a jednak nigdzie jej znaleźć nie mogłem, choć długi czas jej szukałem”. 

Idalia głośno się roześmiała, a ja wzruszyłam ramionami. „Byłeś w gorączce – powiedziałam mu – alboś ducha ujrzał, chociaż nieustannie zaprzeczasz, że duchy istnieją”. Edmond urażony kpiącym śmiechem Idalii nic nie odpowiedział, lecz odszedł z twarzą ponurą i przez cały dzień do nikogo się nie odzywał. 

Krótko po tym zdarzeniu, zabawiwszy, według mego zwyczaju, w tym samym Zameczku, zostawiłam w roztargnieniu książkę, a znalazłszy Edmonda w bawialnym pokoju, poprosiłam go, aby poszedł po nią, co on chętnie uczynił, lecz dopiero po kilku godzinach stamtąd wrócił. Był tak roztrzęsiony, gdy mi moją książkę oddawał, że spytałam go, czy chory czy może duch jakiś znów go w tym miejscu przywitał. 

„Żartuj, pani – rzecze do mnie – lecz jest aż nadto pewne, że coś nadprzyrodzonego się w tym miejscu dzieje, bo ledwie wszedłem na wzgórek, gdy oto spostrzegłem białą postać, która się zdawała się nie tykać ziemi. Stała naprzeciw mnie, w miejscu, którym się po drugiej stronie z Zameczka wychodzi. Widziałem wyraźnie ją całą, gdyż stała bez ruchu,  wydawała mi się prawie przezroczysta, a zakrywał ją cienki biały welon.  Gdy minęło mi pierwsze zdziwienie, pobiegłem szybko do niej, ale gdy byłem w połowie drogi, postać obróciła się poważnie i powoli zniknęła. Kilka godzin strawiłem na jej szukaniu, lecz tak, jak i za pierwszym razem, na próżno usiłowałem znaleźć przyczynę tak nadzwyczajnego widma”.  

„Jesteś chory, biedny Edmondzie – odpowiedziałam z politowaniem. – Czytałam w jednym dzienniku niemieckim, iż pewien człowiek bardzo uczony przez czas długi widywał tysiące postaci, których nikt inny nie spostrzegał. Zdawało mu się, że się z nim witają, mówią do niego i rady mu dają. Widywał osoby zmarłe i żyjące, znajome mu i nieznane, zarówno w dzień jak i w nocy, w domu i na ulicy. Czasami tłok ich tak wielki mu się wydawał, iż widziano go przyciskającego się w kąt stancji swojej, aby nie być przygniecionym. Trwało to póty, póki mądry doktor i wielki jego przyjaciel, dowiedziawszy się o tym, odwiedził go, aby go przekonać, że to choroba. Dał sobie uczony wyperswadować i zezwolił, aby przyjaciel przedsięwziął leczenie, po czym przez dni kilka pił chłodzące napoje, potem mu mocno krwi upuszczono. Podczas tej operacji zdało mu się, iż ścisk w jego pokoju był nadzwyczajny, a ubiory cisnących się osób w kolorach bardzo jasnych i nawet lśniących, lecz powoli wszystkie te postacie blednieć poczęły, potem podobne do cieniów się stały, na koniec zupełnie zniknęły. Odtąd nigdy już więcej nic podobnego nie widział.  To zdarzenie, Edmondzie, potwierdza moje przypuszczenia – bez wątpienia jesteś chory – czy chcesz, abym posłała po doktora?”. 

Edmond wysłuchał mnie cierpliwie. „Nie  jestem całkowicie pewien odpowiedział – że to, co za drugim razem widziałem, to tylko mamidło wyobraźni, moje zmysły są zupełnie zdrowe i zapas mojej krwi nie musi być umniejszony”. „Więc nabrałeś przekonania, iż ci się w tym miejscu coś nadzwyczajnego ukazuje?”. „Jestem przekonany”. „Lecz czemu ja nic nie widuję?”. „Tego nie wiem – odpowiedział Edmond – ale ponieważ o tej samej porze, to jest między piątą a szóstą, postać mi się powtórnie ukazała, przychodź, pani, co dzień o tej godzinie do Zameczku, a może też, jak i ja będziesz widmo widziała”. „Zgoda” – rzekłam. 

Nazajutrz, o wyznaczonej porze kazałam, aby nam kawę tam zaniesiono i sami najpierw – to jest ja, Idalia i Edmond – udaliśmy się do Zameczku, lecz ledwo na wzgórze weszliśmy, Edmond zawołał: "Oto ona jest” i piorunem poleciał. Zaraz jednak powrócił, mówiąc tonem pomieszanym: „Znowu na moich oczach i kiedym prawie ją już miał schwycić, jak cień znikła”. „Kto?” – zawołałyśmy obie. „Czyście nic nie widziały?”. „Nic, zupełnie nic”. „To rzecz niesłychana, przecież nigdy tak wyraźnie się nie ukazała. Co za piękna kibić! Co za kształt! Ta istota nie może być śmiertelną kobietą”. „Zaręczamy ci, Edmondzie – powiedziałam – żeśmy nic nie spostrzegły, choć z największą uwagą wpatrywałyśmy się w to miejsce, gdzie jak mówisz, tak nadzwyczajnie ci się ukazała. Edmondzie, lękam się o twoją głowę”. 

Idalia śmiała się do rozpuku. „Otóż mężczyźni – wykrztusiła wreszcie – nam przypisują słabostkę wiary w rzeczy nadprzyrodzone, a ten kawaler w biały dzień duchy widuje”. „Idalio – powiedział Edmond urażonym tonem – zmysły moje nie są obłąkane, proszę zaprzestać kpiących prześmiewek.”

Zorientowałyśmy się, że Edmond był dotknięty do żywego. Powróciwszy do domu strawiliśmy niemal całą noc na roztrząsaniu tak nadzwyczajnego zdarzenia. Odtąd co dzień chodziliśmy do Zameczku. Rzadko zdarzał się dzień, w którym Edmond nie widział widma, przywykł i już nie biegł za nim, lecz posmutniał i głęboko się zamyślał; prawie zawsze rozmawialiśmy o cudownej postaci lub «Strachu w Zameczku», albowiem tak  nazywaliśmy tę niepojętą postać, która dotąd jednak tylko oczom Edmonda się ukazywała. Tak upłynęło parę tygodni, ale pewnego dnia, wchodząc do zaczarowanego miejsca, Idalia krzyknęła przerażonym głosem: „Oto ona!” i upadła na ziemię.

Przyskoczyliśmy do niej, jej twarz była blada, jak najbielsza chusta, wielkie łzy płynęły z jej oczu, z trudnością ją ocucono i zaprowadzono do domu. Gdy wreszcie mogła mówić, pytaliśmy, co jej się stało. „Wyznaję – powiedziała głosem, w którym słyszało się strach  – że byłam warta nagany, gdy się z Edmonda naigrywałam, widmo, które on widuje i mnie się pokazało”. Opisała ducha zupełnie zgodnie z opisami Edmonda. „To dziwne – rzekł ten ostatni – właśnie dziś nic nie widziałem”. 

„I ja także nic nie spostrzegłem, ani poczułem – odezwał się nagle cudzy głos – a przecież leżałem w tym samym miejscu, gdzie się duch ukazuje i właśnie nade mną powinien stać”. 

Dopiero wtedy spostrzegliśmy sąsiada, który chcąc się przekonać na własne oczy o tym, o czym tak wiele słyszał, udał się przebrany w byle jakie odzienie i kilka godzin leżał na ziemi, czekając pory ukazania się. Dziwiliśmy się jego odwadze, a dociekliwy sąsiad przysiągł, iż choć tym razem nic nie widział, dotąd ścigać będzie upartego ducha, aż go wyśledzi. Prosiliśmy go wszyscy, aby trwał w tak chwalebnym przedsięwzięciu, lecz ostrzegaliśmy: „Stanie się z waszmość panem to, co z Idalią”. „Zobaczysz go zapewne, a kto wie, czy za swoje niedowiarstwo nie będziesz ukarany – dodał Edmond. – Patrz na Idalię, oto chora z przestrachu, a jednak z początku wierzyć nie chciała”. „Przyznaj – przerwałam – Edmondzie, że mężczyźni nie umieją w niczym zachować pomiarkowania, dawniej przeczyłeś wszystkiemu, teraz, przeciwnie, łatwowierność twoja nie ma granic, niedawno tak mocno uprzedzony co do wszelkich objawień nazywałeś naukę o duchach gorączką rozumu, a tych, co o niej pisali omamiaczami szkodliwymi, a teraz nie tylko byt duchów uznajesz, ale postępujesz dalej, nadając im słabości ludzkie i przypisując im zdolność do  zemsty. Edmondzie, bądź ostrożny, nie za długo uwierzysz w upiory”. „Cicho, cicho – powiedziała Idalia. – Ani słowa o tym. Już się przekonałam, nie zgłębiajmy tej tajemnicy”. „A dlaczego nie?”. „Bo myślę tak, jak Edmond, że uparte szperania mogłyby jakie złe na nas ściągnąć”. 

Sąsiad pożegnał się z nami, i choć każde z nas udało się na spoczynek, nie wszyscy spokojnie spali. Edmond wyznał nazajutrz, że długo w noc rozmyślał nad tym osobliwym wypadkiem. Dzień, który potem nastąpił, był wyjątkowy. Kilka osób z sąsiedztwa oraz wszyscy domownicy udali się do Zameczku w gromadzie. Już dłużej nikt z nas wątpić nie mógł – postać się wszystkim pokazała. Krzyk, poruszenie było powszechne – jedni pobiegli ku niej, inni jak wryci stali. Nic zjawy zmieszać nie mogło, oddaliła się z powagą i na oczach wszystkich wsiąkła w ziemię, która ją oczom naszym skryła... 

Odtąd co dzień się ukazywała, mniej lub więcej wyraźnie dawała się widzieć – czasem wzrost jej był mierny, czasem wysoki i imponujący. Ośmieleni i oswojeni z tak nadzwyczajną chimerą, gadaliśmy do niej, wołaliśmy ją, lecz się nie odzywała; zawsze w tym samym miejscu, zawsze milcząca, zawsze cudownym sposobem niknąca na naszych oczach, pozostała dla nas niewyjaśnioną zagadką. Edmond popadł w głęboką melancholię i niepokoiłam się, że ucierpi na tym jego zdrowie. 

W pierwszych dniach młodości kochał zapamiętale młodą i piękną kobietę, którą śmierć przedwcześnie zabrała, a jego rozpalona imaginacja wyobraziła mu, iż to ona się ukazuje. Wkrótce ten błahy domysł stał się dominujący, więc czekał z niecierpliwością każdego dnia o stałej porze i zawsze smutniejszy powracał z Zameczku. 

Pewnego wieczoru, gdyśmy każde z osobna zanurzali się w myślach, usłyszeliśmy dźwięki gitary. Nie było takiego instrumentu w całym domu, a zdumienie nasze wzrosło, gdy usłyszeliśmy bardzo przyjemny głos, śpiewający następujące wiersze: 


Wszystkim żywiołom o, przyjazna nocy! 

Skrywaj istnienie moje swoim cieniem, 

Niech wszystkie twory uśpione twą mocą 

Nieprzebudzone zostaną mym pieniem. 

Głuche milczenie nakaż przyrodzeniu, 

Niech jedna w całym ja czuwam stworzeniu.

(...) 

Me udręczenie, póty się nie skończy,

Póki kochanka duch, z mym się nie złączy. 

(...)


„Co za głos!” – zawołał Edmond, gdy harmonia nas zadziwiająca ustała. Przypadek zrządził, że Edmond siedział pod oknem, pod którym głos i gitara słyszeć się dały, chciał przez nie spojrzeć, ale było przysłonione okiennicą, wtem kilka akordów i smutne, z głębi serca wychodzące westchnienie zakończyło wszystko. Wybiegliśmy, lecz prócz wartowników nocnych żadnej żywej istoty nie było, przebiegliśmy dziedzińce, ogrody – nigdzie ślad żaden nawet nie wyjawił nam  tajemnicy; wielu z ludzi obcych i z naszej służby słyszało śpiew i instrument, lecz nikt nic nie widział, myśleli, że któraś z nas się bawi. 

„O, Boże, – mówił smutnie Edmond – cóż to się w tym domu dzieje!”. Tu się zapomniał i jakby sam jeden był, mamrotał do siebie niewyraźne słowa, z których zrozumiałyśmy: „Tereso! Miła Tereso! Czekaj... niedługo się złączymy”. 

Jego nieopanowane emocje wzbudziły w nas obawę, że fantastyczne mniemanie, jakoby to duch zmarłej kochanki do niego wraca, mogło go kosztować życie. Umyśliłyśmy skierować jego umysł w inną stronę, aby inaczej spojrzał na wydarzenia, aby uspokoił swą nadwrażliwość i odrzucił szkodzące jego zdrowiu domysły.

„Słuchaj Edmondzie – powiedziałam –  to widmo, te jęki, ten śpiew dziś pod oknem słyszany, wszystko to jest sztuczką wymyśloną dla omamienia i ukrycia jakim to się sposobem dzieje. To my obie wymyśliłyśmy te sztuczki: ja i Idalia”. 

Edmond nerwowo się roześmiał. „Jakże możecie myśleć, że nie widzę w waszych oczach powodu, dla którego mnie tym kłamstwem częstujecie? Potraficie czarować, to aż nadto prawda, lecz czar wasz odsłania się w waszych oczach i staraniach; pozwólcie mi prosić was o lepszą opinię o mojej spostrzegawczości; jak możecie myśleć, że przez tak długi czas udawałaby się taka igraszka, na dodatek przez kobiety ułożona; dawno same byście wyjawiły to mniemane cudo, gdybyście wy jego stwórczyniami były. Przecież widzę smutek na waszych twarzach i domyślam się dlaczego właśnie teraz tak żartujecie – lękacie się, abym w nazbyt wielką nie wpadł melancholię, a może nawet umarł... Sądźcie lepiej o męskim umyśle – umiemy znosić wszystkie przygody naszego życia z męstwem i cierpliwością. Strach i straszliwe skutki jego są tylko dla kobiet, a nie chciejcie zapomnieć, żem mężczyzna”. 

Po tej mowie uznałyśmy, że na próżno staramy się przynieść ulgę jego umysłowi, zostawiłyśmy to czasowi, który powinien przynieść koniec tej przygodzie. Nic więc nie odpowiedziałyśmy Edmondowi, a zjawa ukazywała się jak zwykle, ale nie co dzień, lecz tylko kiedy niekiedy, zaś w dniach, w których jej nie widziano, zawsze coś o niej słyszano. 

Jednej pogodnej nocy, gdyśmy siedzieli pod domem, otoczył nas zapach tak przyjemny, iż wonie, któreśmy uczuli, przewyższały wszystko, co lubieżna wytworność mieszkańców Azji i nawet samej Arabii stworzyła. Zachwyt nasz najwyższego doszedł stopnia, gdyśmy powtórnie usłyszeli akordy gitary i tenże sam głos, lecz z góry, jakby z obłoków wychodzący, który te słowa czule i z wolna śpiewał: 


Przedwiecznych duchów wy, mnogie szeregi! 

Z waszych rozkoszy na czas oderwana 

Doznaję czuciów, miłości potęgi,

Byłam szczęśliwą, tu byłam kochaną. 

Córce powietrza, której otwarte są nieba, 

Na smutnym tym okręgu szczęścia szukać trzeba. 


„Nie, to nie do wytrzymania!” – zawołał Edmond; myśmy milczały. Nie wiadomo, skąd głos dochodził, bo wyraźnie w powietrzu nad głowami naszymi słyszeć się dał, na dodatek mamiące zmysły wonie, noc cicha, rozjaśniona tysiącami świateł, które Bóg na firmamencie zapalił, głos tkliwy i do duszy wdzierający się, mistyczne słowa niewidzialnej, jakby powietrznej śpiewaczki, wszystko to dusze nasze przejmowało najtkliwszym uczuciem, każde z nas chciało upaść na kolana, czcić tę Wszechmocność, która taką słodyczą upajać może serca śmiertelnych. 

O, rozkoszy niepojęta, którą czuć mogą ludzie, mający dar odczuwania, lecz nie wy, dusze zimne i niewrażliwe, którym obce jest zniewalające i tkliwe piękno natury. Wy nie żyjecie – podobne do roślin, idziecie długą i krętą ścieżką życia bez wzruszeń, bez odmian. Zlodowaciałe wasze uczucia nie przerywają nigdy jednostajności waszych dni. A gdy kres wszystkim przeznaczony przerwie pasmo dni waszych, żaden świadek waszego zgonu nie uroni łzy nad łożem waszym śmiertelnym, żadne serce tkliwe nie rzuci kwiatka na wasz grobowiec, nie zagrzeje zimnego kamienia, który pokrywa zwłoki wasze! Nikt was nie kochał, bo i wy nie kochaliście! Żyliście bez uczuć. Przeszliście i nikt was nie zapamięta. 

O czułości, święta cnoto serc poczciwych, czym bez ciebie byłby wszechświat? Cokolwiek stworzone, pozostałoby niedoskonałe. Ciebie Bóstwo zsyłając dokończyło daru swego, z tobą i przez ciebie jesteśmy szczęśliwi. 

Takimi uwagami przejęci, w milczeniu udaliśmy się na spoczynek. Gdy wzruszenie duszy jest ogromne, słowa nie wystarczą.

Kiedy nocą sen zamknął nam oczy, ulotne obrazy zdarzeń za dnia i słodkie marzenia tak łudziły nas, śpiących, malowniczymi wizjami, że kiedy słońce rozpędziło nocny mrok, wszystko co stało się na jawie, zmieszane z nocnymi marami, także wydawało się snem.


W końcu jednak mnóstwo nadprzyrodzonych zdarzeń zwróciło uwagę całej prowincji, a wiele osób specjalnie do mnie przjeżdżało, aby się cudom przypatrzyć i o niczym innym nie rozmawiano, jak o «Strachu w Zameczku». 

Niespodziewanie pewnego dnia Edmont jakby nagle odzyskał poczucie rzeczywistości. „Nieba! – zawołał – wszystko bym dał, gdyby teraz jaki mądry teolog, zarazem dobry fizyk, mógł tu przybyć!”. 

Ledwie wyrzeka te słowa, słyszymy – jakby miały one czarodziejską moc – turkot kół nadjeżdżającego pojazdu i wysiada z niego ksiądz P., człowiek posiadający zalety wymienione przez Edmonda. Nie daje mu ten ostatni czasu przywitać gospodynię, ani spocząć na chwilę, bo już mu bez wytchnienia opowiada zdarzenie, które od pięciu lub sześciu tygodni zadziwia wszystkie okolice. Mądry i rozsądny ks. P. słucha go z uśmiechem i potem nas pyta, jest li ów kawaler przy zdrowym umyśle. Odpowiedź nasza zastanawia uczonego człowieka, prosi natychmiast o pojazd, będąc nadto zmordowanym, by mógł iść piechotą. Czynimy zadosyć jego żądaniu; przybywa on na miejsce wyznaczone, lecz nic nie widzi, szuka przyczyn fizycznych – może jakieś złudzenie optyczne, lub wyziewy z gleby, lecz nic znaleźć nie może, czyni ponownie próby, sprawdza dziedziniec, gaj, grunt, szuka dokładnie i nic nie znajduje, więc powraca zadziwiony, wątpi w głębi duszy swojej, lecz przez grzeczność nie wyjawia skrytych podejrzeń, wypytuje się u ludzi, żąda, aby mu Idalia obszernie jeszcze powtórzyła, co mu już po tysiąc razy Edmond objaśnił i zamiast rozumieć cokolwiek, coraz ciemniej widzi całą sprawe. Ogłasza nam na koniec, że dni kilka u nas zabawi dla rozwikłania niepojętego trafunku. 

Nazajutrz, w porze, w której duch się ukazywał, ktokolwiek był w domu, wyruszył z nami; w drodze szanowny gość raczyl nas roztropnymi uwagami: „Religia – mówił – każe nam wierzyć, że dusze od ciał oddalone modlitw naszych potrzebują, Kościół każe nam błagać Boga, aby kary ich zmniejszył i prędzej ich do siebie przywołał; modlić się trzeba, a duch nie ma przyczyny przypominać nam o naszej powinności – wierzącemu nie musi, a  temu, kto nie wierzy, nadaremne byłyby takie napomnienia. Pismo święte wspomina o duchach, lecz teraz Bóg tych cudów nie potrzebuje, dał nam prawdziwą religię, krwią nas swoją odkupił; te cuda położyły tamę innym, nie trzeba, aby Bóg odmieniał naturę." 

Podobne mowy nie w smak były Edmondowi, także ci, którzy od dawna co dzień nieomal widzieli ukazującego się ducha, przeczyli uczonemu. Ja i Idalia szłyśmy obok niego w głębokim zamyśleniu, a na naszych twarzach był widoczny smutek. Spostrzegł to Edmond i na swój sposób sobie tłumaczył. On i ksiądz szli na czele, wreszcie stanęliśmy w Zameczku, a wtedy zjawa ukazała się swoim zwyczajem i jak zwykle zniknęła o dziesięć kroków od księdza P., który żwawo ku niej podbiegał. Zdziwiony ksiądz nic nie mówił; odszedł od tego miejsca, usiadł pod szałasem i znowu zaczął wypytywać Edmonda o niektóre szczegóły. Ludzie zbierali się do powrotu.

 Zamyślona zeszłam ze wzgórza, prawie śladem ducha, do miejsca, gdzie tak cudownie znikał, a gdy już byłam na dole, krzyknęłam głośno,   ściągając do siebie wszystkich, nie tylko księdza P., Edmonda, Idalię, lecz i tych, którzy byli przy Zameczku. Gdy wszyscy mnie otoczyli, pokazałam im, że odkryłam koniec deski, który wydawał mi się niedawno zakryty darnią. „Coś być musi – oznajmiłam – pod tą deską, a w tych okolicznościach nie powinniśmy czegokolwiek pomijać." Edmond podłożył swoją laskę pod deskę przeze mnie znalezioną. „Boże” – powiedział – on, niedawno jeszcze niewierzący, teraz zaś drżący w nieopanowanych emocjach, których sam by sobie wytłumaczyć nie potrafił. „Boże wszechmocny! I cóż... my... tu... znajdziemy?!”. 

Podniósł deskę, która jak wieko zapadni odsłoniła  jamę, a w niej postać całą na biało... Ręce do nas wyciągnięte, wargi drżące konwulsyjnie, twarz wykrzywiona koszmarnie. Edmond zawołał przejmująco: „O, Nieba, co ja widzę!?”. Odrzucił wieko. W pierwszej chwili zdziwiony i przestraszony, potem przyjrzawszy się uważnie poznaje,  że przezroczystą zasłonę postaci  ludzka ręka utkać musiała, zdziera ją z niej i odkrywa... Co? Piękną głowę, lecz należącą do śmiertelnej kobiety, jednym słowem poznaje Marysię – ładną garderobianą, służącą Idalii. Śmiech ogólny się rozległ, ksiądz P. śmiał się z nami, a Edmond, gdy się otrząsnął z pierwszego wrażenia, zaśmiał się jak wszyscy, lecz sztucznie, udając, że i jemu wesoło. 

„Wybacz, panie – zwróciłam się do szanownego księdza P. – wybacz nam, że cię uczyniłyśmy świadkiem tej dziecinnej igraszki. Kosztowało mnie dużo wysiłku, by ci nie powiedzieć o tym już wczoraj, a na dodatek nieprzytomne postępowanie Edmonda nie zostawiło nam jednej wolnej chwili na rozmowę. Z szacunku do księżej osoby powinnam to zrobić i z wdzięczności za twą fatygę, lecz Edmond  nie dał nam czasu, by ci prawdę wyjawić, a w końcu uznałyśmy, że co się ma zdarzyć, zabawi cię i pobyt na wsi urozmaici”. „Nie gniewaj się, Edmondzie – rzekła Idalia – przecież nie raz cię ostrzegałyśmy, że się zemścimy”. „A to za co?” – zapytał ksiądz P. „Kawa gotowa – powiedziałam – napierw chodźmy się jej napić, a potem ci opowiemy, szanowny przyjacielu, przyczynę tej zemsty, która przez cały czas za główny cel zabawę miała”. 

Gdyśmy wszyscy usiedli, a służący odeszli, prosili mnie powtórnie ksiądz P. i Edmond, abym opowiedziała, jakim sposobem potrafiłyśmy przez tak długi czas tak wiele ludzi utrzymać w mniemaniu, że duch się ukazywał prawie codziennie i zawsze w jednym miejscu? „Najłatwiejszym sposobem – rzekłam – było wykopać dół, zrobić misternie zapadnię i tak zręcznie darnią przykryć, żeby jej wypatrzeć nie można było. Oto cały mechanizm. Dwie dziewczyny różnego wzrostu kolejno grały rolę ducha, ubrane w przezroczyste odzienie, z daleka nadzwyczajną postać miały, a nierówność wzrostu sprawiała odmianę, która pobudzała wyobraźnię. Przychodziły i odchodziły ukrytą ścieżką. Wtajemniczyłam dwóch tylko mężczyzn, a pięć kobiet dokonało reszty. "

"Pięć kobiet!"  – mówiłam. "Słyszysz Edmondzie? Powinno to być dowodem, że płeć nasza tak samo zachować może tajemnicę, jak i wasza. Otoż sposób, jakim się ta rzecz udała, a teraz wyjawię powód naszej zemsty: Edmond utrzymywał, że my nie potrafimy milczeć, że skłonne jesteśmy do przykładania wiary w rzeczy nadprzyrodzone i że nie mamy ani dosyć rozsądku, ani dosyć odwagi by szukać źródeł zjawisk z pozoru nie do rozwikłania. Minione zdarzenia nie tylko Edmonda, lecz cały rodzaj męski, powinny przekonać, że milczeć umiemy i że z drugiej strony mężczyźni, tak jak i my, skłonni są uwierzyć w duchy i że gdy rozpalą wyobraźnię, nie potrafią zgruntować istoty rzeczy, lecz dadzą się z łatwością zwodzić przez mamidła. 

Czas, aby ludzie obojga płci z obopólną zgodą uznali, że wszyscy wspólnie posiadamy jednakowe zalety i te same przywary. Płcią tylko się różnimy, a nie mając nic sobie do zarzucenia, będąc we wszystkim podobni, szanujmy jedni u drugich to, co jest warte pochwały, a błędom naszym wzajemnie wybaczajmy. Pozostaje mi jeszcze wytłumaczyć ducha śpiewającego pod oknem i na powietrzu: tu nic innego nie było, prócz śpiewaczki, która po świecie chodząc z mężem, na chleb zarabiała; zatrzymałam ją już na początku, a nauczywszy ją w tajemnicy piosenki, pokazałam, gdzie ma śpiewać nocną porą. Gdy przyjechała do nas drugi raz, śpiewała już nie pod oknem ani na powietrzu, jak się słuchającym wydawało, lecz przy kominie na dachu – co jest kolejnym dowodem, że wystarczą bardzo proste sposoby do omamienia umysłu, gdy wyobraźnia dopomaga. 

Może powinnyśmy tę historię, na oczach tylu świadków się dziejącą, puścić w świat, co może wywołałoby mnóstwo podobnych zdarzeń, równie sfingowanych jak nasze, lecz nie chciałyśmy podsycać skłonności do przesądów, bo przecież świadectwo takich, jak my osób, zachwiać by mogło niejednym zdrowym umysłem, a przede wszystkim twoim, Edmondzie, ponadto z oczywistego szacunku wobec ciebie postanowiłyśmy położyć tamę tej zabawie, więc daruj, Edmondzie, i wyznaj, że nasz żart nie raz ci sprawił przyjemne doznania, co dusze wrażliwe potrafią zrozumieć”.