Anna Mostowska – autoportret pastoralny z ojcem i narzeczonym
Powieść polska, powieść filozoficzna, powieść ruska, powieść moralna, powieść mitologiczna, powieść izraelska – takie były powieści napisane przez Annę Olimpią z Xiążąt Radziwiłłów Hrabinę Mostowskę Kasztelanowę Raciązkę, albo krócej przez Annę z Radziwiłłów Mostowską. "Strach w Zameczku" – wyróżniał się w całościowym tuzinie jej pism jako "powieść prawdziwa"
Wydawane były one w latach 1806, 1807, 1809, dlatego nazywało się autorkę preromantyczką, gdyż Romantyzm w Polsce zaczęły Ballady i Romanse w roku 1822. Wspólcześnie nazywa się ją także protofeministką. "Pre-" dlatego, że idzie o czas, o zjawienie się przed epoką; "proto-" pewnie dlatego, że idzie o realną osobę poprzedzającą realne (po stu latach) następczynie. Virtualnie na protoplastkę feministek kreuje się ta pisarka w jednoznacznie prokobiecych fragmentach powieści pod tytułem "Strach w Zameczku". W fabule panie natchnione równouprawnieniem działają konspiracyjnie przeciw panom i ich urojeniom, strasząc ich duchami. Są osoby, są fakty. Są też idee – o paniach w niczym nie gorszych od mężczyzn, głoszone w rozmowach, ale potem realizowane w wykreowanych zdarzeniach, których hojracka męskość nijak nie potrafi rozgryźć, aż zostaje bez fochów i dąsów, czyli bez tzw. babskich sposobów na facetów, sponiewierana i skompromitowana.
Jakim zaś sposobem widzieć Mostowską jako preromantyczkę? Trzeba zapewne do oceny i interpretacji jej pisarstwa zastosować nie zwykłe i mylące "mędrca szkiełko i oko", lecz znane powszechnie precyzyjne narzędzia badawcze wszelkiego romantyzmu, jako to: "czucie i wiara"
Nie wypada pominąć ustalonej zgody znawców literatury, że wartymi zachodu akademickiego (albo maturalnego) są tylko i wyłącznie dwie powieści powstałe w czasie Romantyzmu – pod jego koniec: "Poganka" (1846) i na jego początku: "Malwina" (1816), pierwsza zwyczajnej ziemianki Narcyzy Żmichowskiej, druga księżnej z Czartoryskich Marii Wirtemberskiej – pierwsza cieńsza, druga grubsza, obie prozą – jak przystało na to, co powieścią nazywamy.
Tak nazywane utwory pisał w Romantyzmie Seweryn Goszczyński. W tomie drugim Dzieł Zbiorowych pomieszczono ich piętnaście na stronach około czterystu, zatem byłyby to w najlepszym przypadku nowele, lub powieści bardzo mini, gdyby Goszczyński prozą pisał. Ale nie pisał. Rymował wersy na osiem sylab, albo na jedenaście, albo jak Mickiewicz - na trzynaście. Powieścią nazywano też poemat "Maria" Malczewskiego («Ej! ty na szybkim koniu gdzie pędzisz kozacze? / Czyś zaoczył zająca, co na stepie skacze?» – trzy pokolenia temu te wersy znał każdy, co trochę szkoły liznął).
Za najlepszą "powieść" Goszczyńskiego przyjęto "Zamek Kaniowski" (1828). Druga partia (strofa) poematu zaczyna się tak:
Wietrzna, jesienna, zawyła noc z dala.
Warzą się wiry w zamąconem łożu;
Wre chmur kłębami i niebo, jak fala;
Złośliwy obłęd igra po rozdrożu.
Podróżny z cichem szeptaniem pacierza
Mija rozdoły, świstające trzciną;
W skrwawionych szponach zgłodniałego zwierza
Dławione bydlę poryka doliną.
Pod szturmem wiatru, co silnie dmie górą,
Słychać skrzypanie głównej szubienicy;
Trup się kołysze, pies wyje ponuro,
Śmierć snu osiadła w zamku okolicy.
Jeśli słyszał jak skrzypi główna szubienica, to znaczy, że inne, poboczne też były w okolicy. Na nich wiatr nie miał co kołysać?
«Puściliśmy się biegiem na odgłos jakby grzmotu, który nas doszedł ze strony koszar. Było to pierwsze powitanie Podchorążych dla jazdy moskiewskiej. Jednocześnie prawie z tym strzałem wpadliśmy przez bramę na dziedziniec Belwederu . «Śmierć tyranom» wykrzyknął mój oddział, a wyraz oczu i twarzy moich towarzyszy odbijał dobitnie co ich okrzyk zapowiadał. Widziałem to tem lepiej, że miałem cały spokój wewnętrzny i nie wmięszałem uniesienia mego do tego chóru. Kilku ludzi ze służby W. Księcia stało na podwórzu przed pałacem, kiedyśmy wpadli przez bramę. Na okrzyk nasz rzucili się natychmiast do głównych drzwi wchodowych i chcieli je zamknąć, ale nie mieli na to dosyć czasu; razem prawie z nimi byliśmy u drzwi przez pół zamkniętych, które się wnet całkiem otwarły pod naszym naparciem i zostawiły nam swobodne wejście, ale jak do pustki. W tej chwili i drugi oddział połączył się z naszym. Przebiegliśmy pędem, z łoskotem, którego łatwo można się domyślić, dół i pierwsze piętro, i nigdzie W. Księcia, zniknąl nam – pustka zupełna – tylko w przedpokoju sali audjencjonalnej jakiś człowiek kryjący się za drzwiami. Był to Wice-Prezydent miasta: Lubowidzki. Rzucono się ku niemu; dotknęło go kilka bagnetów, upadł na posadzkę zlany krwią kilku ran, ale żadna nie była śmiertelną.»
Tak Goszczyński pisał prozą czterdzieści lat później, wspominając wiadomą Noc Belwederską. Romantyzm już się skończył. Przyszła w Polsce pora na prawdziwych powieściopisarzy, a raczej pora w polskich regionach na twórców rzetelnej polskiej powieści, wiadomo: Prus, Orzeszkowa, Sienkiewicz, Kraszewski...
Traktujemy dzisiaj jak barbarzyństwo – nie tylko według mody na feminizm – dawny obyczaj wydawania za mąż panienek według widzimisię (tzn. interesu) rodziców, najczęściej ojca, czyli wbrew chęciom i uczuciom tych panienek. A kto wstawia się za młodzieńcami żenionymi wbrew ich woli, na siłę, za wcześnie, bez pytania, albo nie zważając na ich odpowiedzi?
Oto młody i piękny Firlej, któremu ojciec zaplanował Julię na małżonkę, córkę najlepszego przyjaciela, gdy Julcia i Firlejek byli jeszcze dzieciakami. Tak się zaczyna powieść (a raczej obfitsza nowela) innego preromantyka, Józefa Lipińskiego, pod tytułem "Halina i Firlej czyli niebezpieczne zapały". Tyle informacji wystarczy, żeby się domyśleć, że Halina.................
Tu muszę przerwać wyprawę ku najwcześniejszym powieściowym autorom, gdyż właśnie odkryłem, że w roku 1911 Konstanty Wojciechowski połowę artykułu o "Budowie pierwszych polskich powieści" poświęcił pisarstwu Anny Mostowskiej. U innych księżna Anna takiego wzięcia nie miała. W swojej biblijnie wielkiej księdze o historii literatury polskiej (prawie 800 stron) Julian Krzyżanowski ją zbywał: "Jeśli pominąć drobniejsze i mniej znaczne pozycje, jak np. nieudałe, przeładowane nadzwyczajnościami i okropnościami próby „romansu grozy” w rodzaju Astoldy (1807) Anny Mostowskiej, poważnym rywalem romansu sentymentalnego okazuje się powieść historyczna..."
Profesor lwowski, Konstanty Wojciechowski przeczytał nie tylko Astoldę. W artykule wziął na tapetę Matyldę i Daniło oraz Zamek Koniecpolskich i narysował ich schematy
W wątek główny A Matyldy i Daniło klinem wcina się "wstawka" B, a profesor powiada, że "znika niemal przy wstawce".
Narysowawszy bardziej skomplikowany schemat Zamku Koniecpolskich
profesor stwierdza, że "Antecedencye rozłamane bardzo zręcznie na trzy części. Autorka osiąga tem silne naprężenie uwagi czytelnika."
Prof. Wojciechowski pierwszeństwo powieściopisarskie oddał Krasickiemu i jego Mikołaja Doświadczyńskiego przypadkom. Potem rozrysował piękny schemat Grenadiera-filozofa (1805) autorstwa Cypriana Godebskiego (który zginął pod Raszynem cztery lata później, dowodząc 8-mym Pułkiem Piechoty w nie bardzo rozstrzygniętej bitwie księcia Poniatowskiego z Austriakami.) https://pl.wikipedia.org/wiki/Bitwa_pod_Raszynem_(1809)
Taka jest notka profesora o powieści pułkownika:
«Autor nazwał ją "powieścią prawdziwą, wyjętą z dziennika podróży roku 1799". Treść ujął w 8 rozdziałów. Są to losy legionisty polskiego od klęski Francuzów nad Trebią aż do przybycia jego do Lugdunu i opowieść o pewnym dziwnym grenadyerze, z którym legionista zawarł znajomość. W on "dziennik legionisty" wplecione, oprócz dziejów Henryego (grenadyera), opowiadanie oberżysty o swoich losach, a w to "powieść" Sadego o królu perskim i jego ministrze. Jeśli dziennik legionisty nazwiemy A, opowieść oberżysty B, powieść Sadego C, a dzieje Henryego D, w takim razie schemat budowy przedstawi nam się tak:
Artykuł zwieńczył pan Konstanty analizą Malwiny Marii księżnej Wirtemberskiej, której zawikłaną budowę chwalił co niemiara: «Znakomicie przeprowadzona ekspozycya: w rozdziale pierwszym wprowadzenie bohatera i bohaterki, w rozdziale drugim wskazana najbliższa przeszłość bohatera, w trzecim — bohaterki, rozdział czwarty charakteryzuje bohatera, piąty — bohaterkę, oboje na tle ich wzajemnych uczuć.» itd. itd, aż po rozdział XXVIII.
Sięgając po rok 1824 profesor napomknął o Bernatowiczu (Nierozsądne śluby), Kropińskim (Julia i Adolf) i o Rautenstrauchowej (Emmelina i Arnolf).
Feliks Bernatowicz zasłynął romansem historycznym Pojata, córka Lezdejki, albo Litwini w XIV wieku (1828), tłumaczonym na angl., ros., franc. i niem., wydawanym zawzięcie do Pierwszej Wojny, a jak poświadczają internety, czytanym nawet w 2016 roku.
Ludwik Kropiński, także wojskowy; jego sentymentalny romans Julia i Adolf, czyli nadzwyczajna miłość dwojga kochanków nad brzegami Dniestru (1824) olśniewał panienki na salonach.
Wspominając Łucję Barbarę Rautenstrauchową pisał Julian Krzyżanowski, że w przed- i w romantycznych powieściach «tematyka ogranicza się wyłącznie do dziejów nieszczęśliwej miłości, dodać jednak należy, że nieszczęścia te nie zawsze są przekonujące, że pisarze i pisarki operują szablonami, których użycia nieraz nie umieją artystycznie umotywować. Uczuciowość pokolenia, zahamowana w liryce, wylewa się w romansach bez kontroli artystycznej, przygotowując grunt dla liryki poetyckiej, która popłynie spod pióra dorastającego pokolenia romantycznego.»
Przygotowując grunt dla liryki... – to jest gładko powiedziane, ale czy ktoś (lub sam J.Krzyżanowski) udowadniał, jakoby (na przykład) Adam M. wczesne romanse czytywał i w nich lirycznie gruntował? Bo Maryla na pewno czytała, śmiało założyć można.
Że Łucja Barbara R. pisała po polsku to dziw jakiś, więcej chyba przebywała we Francji niż na polskich terenach. Ubolewała w przedmowie do Emmeliny: «Według ieszcze niezupełnie u nas wytępionego zwyczaiu, uczono mię rozmaitych cudzoziemskich ięzyków, oyczystego zaś nigdy.»
Co się w jej powieści wikła, z samego początku można wywnioskować:
«List pierwszy.
ARNOLF HRABIA S... DO JÓZEFA L.
z Warszawy.
Żałuy Józefie, żałuy, żeś z tąd odjechał! bardzo piękny nam wczoray bal maskowy dał Alfons. (...) Ale, ale, wielkiey ci ieszcze nowiny nie doniosłem, lubo bardzo dla mnie niepocieszney. Móy Stryi Hrabia S.... ten, co miał swóy maiątek mi zapisać, ożenił się z iakąś Polką, w Paryżu, zwaną tylko Emmelina. Ma bydź młoda i piękna. Mówią, że ią ma tu przywieść. Spodziewam się, że niedorzeczności do tego stopnia nie posunie. Radbym iednak bardzo, żeby to prawda była, bo iuż od dawna zgubę starych mężów zaprzysiągłem.»
Oprócz tego, że ją nie edukowano w polszczyźnie, narzekała Łucja Barbara R., że w "oyczystym" języku bardzo trudno jest napisać powieść. Prostą tę myśl też jakoś niełatwo jej się wysłowiło: «Niezwyciężone więc prawie trudności zostaią każdemu, coby w ięzyku do tego rodzaiu ieszcze nieugiętym dosiągnąć iego zamyślał.»
Podobnie smędził Józef Lipiński: «Powiedziano nie raz że czytanie romansów iest szkodliwe: powiedziano także iż w ięzyku naszym pisane dobrze bydź nie mogą. (...) Ta część literatury dotąd u nas mało tkniętą była. Styl iey nie iest ieszcze wyrobiony, lubo ukształcenie onego nie iest może mniey trudne, a pewnie niemniey w codziennym życiu potrzebne, iak w rodzaiach ważnieyszych; w których nieco dzieła doskonalsze posiadamy. Jednak z tłumaczonych powieści przez Węgierskiego i niektórych innych, dostrzedz iuż łatwo, czym ięzyk nasz w stylu lekkim i czulym pod zręcznemi piórami stać się może.»
Po co mu Kajetan Węgierski był potrzebny za przykład jakiejś szczególnie sprawnej polszczyzny? Tłumaczył on prozę francuską ćwierć wieku przed polskim preromantyzmem sentymentalnym, a pół wieku przed Romantyzmem prawdziwym. Na przykład Powieści moralne Marmontela. Chyba Lipińskiego zadziwiała zręczność tłumaczenia, z czym sam się biedził. Jeśli Marmontel lepiej pisał "rodzaie ważniejsze" niż smażyli powieści romansowi pisarze, to i przekład tamtemu wychodził zgrabny. Coś musi być na rzeczy, skoro dyrdymały fabularne, rozrywkowe (jakiś Posag Zuzi, Miłość i tajemnica, czy też Niebespieczne zapały to znaczy Halina i Firlej) szły pod zbiorczym tytułem Powieści moralne i romanse (w 20 tomach rozmiaru niewielkiego, 120-140 słów na stroniczkę). Wydawał je Tadeusz Mostowski, ten którego pierwszą żoną była Anna Olimpia z domu Radziwiłłówna.
No, ale cóż z ową Haliną, łączoną z Firlejem mimo, że ożeniono go z Julią? «Poważał Firley cnoty małżonki, którą mu dano za żonę, ale poznał z boleścią, że pomiędzy ich umysłami żadnego nie było stosunku.» Z czym się zwierzył, łzy rzecz jasna roniąc, swemu przyjacielowi Zawiszy w «ciemnieyszych ogrodu gaiach», gdzie go Zawisza zastał w przeddzień ślubu, cierpiącego samotnie. Stary ojciec był zachwycony, że tuż przed swą śmiercią syna ożenił, a Firlej nic a nic. Nie przeszkodziło to niedobranej parze wzbogacić stadło o córkę nim rok minął. Panna ładna, ale Firlej, marzyciel czytający poematy Osjana, nie był szczęśliwy.
Trzy lata później jego przyjaciel, Zawisza, poznaje w Krzeszowicach pod Krakowem 16-letnią Halinę i zakochuje się w niej szleńczo. Pisze o tym w liście do Firleja, przedstawiając niezwykłe zalety i urodę panienki. Firlej oszołomiony opisem popada w gwałtowną platoniczną miłość. Matka Haliny nie godzi się na małżeństwo córki z Zawiszą, dowiadując się, że jest on zadłużonym hazardzistą warszawskim. Zawisza rozgoryczony chce sprzedać posiadłość pod Krakowem. Firlej (z żoną i córką) jedzie do Krzeszowic i kupuje ten majątek, chcąc być blisko Haliny. Jej matka umiera, dziewczyna codziennie odwiedza grób. Firlej wykorzystuje sytuację, by potajemnie zobaczyć wymarzoną ukochaną. On sam jest w żałobie po ojcu. Dziewczyna go spostrzega i zauważając podobny do swego stan żałobny pięknego młodzieńca, zakochuje się w nieznajomym. Przejęty wymianą spojrzeń, Firlej ucieka z cmentarza.
Następuje cała seria mniej lub bardziej niespodziewanych kontaktów i przelotnych spotkań Haliny i Firleja. W ogrodzie, na drodze, na cmentarzu, wśród drzew, nad wodą. Chodzą oboje swoimi śladami, cierpią miłosne katusze, niepokoje, udręki, to się widzą, to się mijają. Oboje utwierdzeni, że łączy ich gorące uczucie, niemożliwe do spełnienia.
Z przemilczeń autora należy wnioskować, że żona Firleja, Julia, nie zauważa zabiegów męża. Jednakże Halina i Wanda spotykają się pewnego dnia i przypadają sobie do gustu. Firlej uprasza córkę, by o tym nie mówiła matce. Spotkania Haliny i Firleja, choć z reguły nieprzypadkowe, są bardzo krótkotrwałe, niekiedy wręcz na odległość, ale obojgiem miotają nieposkromione namiętności. Ona myśli, że tę ich miłość zrodziła śmierć.
Pożar wybuchł w majątku Firleja. Paliła się altanka w ogrodzie. Gaszą, rumor, zamieszanie. Halina akurat była w pobliżu. Weszła nawet do domu Firleja – zauważa w jego gabinecie pod kryształowym kloszem pukiel jej włosów, który sobie na pamiątkę Wandzia obcięła nożyczkami. «O Boże! zawołała, iak iestem kochaną!» «Przyczynek pożaru – czytamy na końcu epizodu – służył za przyczynę iey pomieszania i bladości.»
Raz mignęla Firlejowi myśł, by ją porwać. «Co mówię? Halina żyć będzie w niesławie, w upodleniu; iaż mam zakałę przynieść życiu Haliny! (...) Uwielbienie iey przymiotów sprawiło zapał który mię zgubił, serce moie mogło się obłąkać tylko uniesieniem cnotliwym. O moia Halino, nie iest to czucie podłe i pospolite, które mię przywięzuje do ciebie! Cnota iest mi tak drogą iak twoia miłość. Tak Firley myślał w pewnych chwilach, ale w innych, obawianie się Haliny, dało mu poznać, że w sercu swoim, mieścił poniewolnie i taiemnie występne nadzieie.»
Biedulka coraz bardziej zapada na zdrowiu. Z powodu gruźlicy («ostatniego stopnia suchot») musi wyjechać do wód na leczenie. W tym czasie Firlej i Julia wracają do Warszawy, gdyż jej ojciec jest śmiertelnie chory. W tym fragmencie (połowa stroniczki) autor raz wreszcie mówi cokolwiek o Julii:
Oto Firlej oderwany od Haliny – «...nie słyszał, nie odpowiadał; mina ponura, mdłość i ucisk iego, dowodzily nadto co cierpiał. Żona iego nieczyniąc żadnego domyslu gdy go widziała w tym stanie, mówiła bez niespokoyności i bez poruszenia: "ma spazmy", i gotowala mu wodę z pomarańczowego kwiatu. (...) Firley używał całey swey mocy nad umysłem żony, aby iey zabronić bliskiego ocierania się o łóżko oyca, ale ona iuż miała w sobie zarazę tey straszney choroby; tracąc oyca przymuszona byla położyć się w łóżko z którego więcey nie wstała.»
Zarażony Firlej ledwie unika śmierci. Już jako wdowiec wraca do Krzeszowic. «Za przybyciem powziął wiadomość że Halina powróciła z wód Pirmonckich umieraiąca, że iuż dochodzi ostatka dni swoich, ma iednak dosyć ieszcze mocy dla udawania się codziennie do grobu swey matki. (...) odebrał od Haliny bilet następuiący: Ponieważ mogę widzieć WaćPana i słuchać go bez winy, żądam pomówić z nim iutro na cmentarzu o piątey godzinie zrana. Halina.»
Następne pięć stron to opis nocy okropnej dla Firleja przed porannym spotkaniem. Ona przyszła jak cień dawnej, pięknej Haliny. «...dała mu znak, aby obok niey usiadł. Ci dway kochankowie nieszczęśliwi którzy dotąd nigdy do siebie nie wyrzekli słowa, maią nakoniec rozmawiać z sobą raz pierwszy, a to dla odebrania od siebie wiecznego pożegnania.»
Ona mówiła o swojej rychłej śmierci i żądała jego obietnicy, że będzie kwiatami stroił jej grób. Nagle spod czarnych chmur zerwała się okropna burza. Pioruny, deszcz gwałtowny. «...piękne iey włosy rozwiązuiąc się spadaią na ramiona, ... nagle blyskawica przerywaiąc chmurę, rzuca na twarz blask żywy; iey piękność niebieska zdała się na ów czas promienista: byla to piękność Aniola. Ah! zawolał Firley, iuż się stało, dusza iey czysta wznosi sie ku niebu.... Halino!... na ten krzyk raptowny i żałosny, Halina wstaie i rzuca mu się na szyię, przyklada wargi blade i zimne do ust ognistych Firleja.»
«Firley wziął Halinę na ręce i zaniósł do karety, która czekała o sto kroków od cmentarza.» Być może Halina skonała w jego ramionach, ale nie wiedział tego, zdruzgotany kompletnie, pozbawiony zmysłów. Potem dni dwanaście przebył w stanie między życiem a śmiercią. Jeszcze nie wydobrzał do końca, a już poszedł na cmentarz, «złożył kwiaty i zdołał nie skonać na marmurze który zawierał zwłoki Haliny!»
W takich okolicach dzieje się akcja Haliny i Firleja







