Na pierwszy rzut oka trudno jest wypatrzyć w tym tryptyku, że potrójnie realacjonuje to samo zdarzenie. Plączą się oczy w odmiennościach stylu. A tu faktycznie narysowana jest nie więcej niż minuta w losach młodzieńca Kandyda i panienki Kunegundy – chwila dramatycznie przełomowa. Pierwsze 20 sekund tej minuty to obrazek z lewej, drugie 20 sekund – obrazek środkowy, a jej końcówka – ten z prawej. Oddzielnie akcja wygląda jaśniej:
Na potrzebę własnych mniemań ustalam, że kolorowa rycinka relacjonuje wspomnianą minutkę na wesoło, komediowo. Środkowa ilustracja przedstawia sprawę surrealnie, widmowo, ze snu dziwacznie koszmarnego i w scenerii nieodgadnionej. Na trzecim obrazku w dramatycznym realizmie widać zajścia tragiczne – panienka zemdlona, młodzieniec kopniakiem potraktowany.
Panie i panowie co kojarzą, skąd to wszystko wzięte, przypomną sobie, że chodzi o dwie, trzy stroniczki pierwszego rozdziału z książeczki może nie za grubej, ale nieco kłopotliwej w czytaniu, gdyż pisanej przez Boya-Żeleńskiego polszczyzną z roku 1917. Innej po dziś dzień nie było, więc tylko Boya mieli ci, co w peerelu maturę zdawali, bo jaki promil czytał w obcym języku? Maturzyści przed "ludowym" półwieczem Polski chyba lepiej ogarniali języki obce, obecni na pewno. Dzisiejsi mogą na dodatek tomik "Candide" pana Voltaire'a, czyli Woltera, raz-dwa pozyskać we francuskim oryginale, albo w tuzinie tłumaczeń ang., niem, italskich lub hiszpańskich.
Tutaj przedstawiam nowoczesne tłumaczenie polskie tego rozdzialiku, bardzo udane, z lekka tylko po algorytmach AI skorygowane, w przystępniejszej niż Boy'owska polszczyznie. Boy'owskie też, ale tylko końcowy epizod, tak jak i z trzeciego – z roku 1780, autorstwa Jacka Idziego Przybylskiego. Jest więc nieco tryptyku literackiego, wkoło o tym samym, w stylach o równej odmienności, jak obrazkowy. Po co? Żeby ten nowoczesny czytać jak surreałkę; Boy'owski – jak komedię; a w wydaniu pana Jacka Idziego – jako straszną tragedię starodawną.
Tak to jest z "Kandydem" – powiastka w całości, przez wszystkie trzydzieści rozdziałków, jest komediowo śmieszna, surrealnie odjechana i przeraźliwie tragiczna równocześnie.
Obrazki wesołe malował Sylvain Sauvage w roku 1928, francuski ilustrator książek, przedstawiany jako «technicien du livre», czemu odpowiada po polsku «technik poligraf», także specjalista w zakresie introligatorstwa, druku, produkcji wydawniczej. Zawodowiec i zarazem artysta, który ogarnia cały proces publikacji i często bywa, że perfekcja i wrażliwość czynią z jego rzemiosła prawdziwą sztukę. Sylvain (po naszemu zapewne Sylwester) umiał malować ilustracje, a w nich wcale zgrabnie oddawał panienki porozbierane częściowo lub zupełnie. W Wolterowskim "Kandydzie" przeróżnym paniom nie brakuje okazji do wyzbywania się stroju, choć częściej pod przymusem niż z własnej woli. Sylvain tak pogodnie i na wesoło czytał "Kandyda", że na jego ilustracjach raczej ten drugi przypadek jest pokazywany. A przede wszytkim chodziło mu o wesołość spełnioną w kolorze. Jeśli przejrzeć prace kilku dostępnych w sieci ilustratorów "Kandyda" widać, że nawet nie tyle czarno-białość przeważa, co wręcz czerń, i w kresce i w tle i w tonacjach. Większość z ilustratorów nie czytała Woltera w pogodnych, kolorowych nastrojach. I głównie nie sielskie wydobywała z opowiastek zdarzenia i scenerie.
Obrazki surrealne są autorstwa Paula Klee. Malował je w roku 1911. Paul próbował w tamtych latach zawodowo zająć się ilustratorstwem, ale nie miał do tego ani sprytu, ani serca, a i specyficznego talentu mu brakowało. Tylko dzięki miłosiernej namolności (bo o zarobek cienko przędącego Paula chodziło) lepszego w tej dziedzinie kolegi wyprodukował 26 obrazków do "Kandyda". Wyraźnie widać, że Wolter go oszołomił wyobraźnią, fantazją, niedorzecznymi wizjami, zwariowaną karykaturą losów ludzkich, drwiną z czynów człowieka i jego koncepcji, a i opisami paranoicznie koślawych postaci poszczególnych w ich absurdalnej fizyczności. Chyba mu się bardziej "Kandyd" ukoszmarnił, niż go rozbawił. A może na jego obrazkach są pokazane widma, cienie z surrealnej platońskiej jaskini? Albo postaci ze snów zdmuchnięte wiuwem przedobudzenia i przeistoczone w zarysy, w kontury.
Obrazki dokładne, poprzedzające fotograficzny realizm kreślił Daniel Chodowiecki w latach 1777-78. Tu precyzja i dokładność równoważne są z tym samym w prozie Woltera. Dlatego tak łatwo najpierw zobaczyć, a raczej wyczytać okropieństwo z kart "Kandyda" – pewnie Oświeceniowy czytelnik choć najpierw chichotał przy amorach Kandyda i Kunegundy, to strona, dwie dalej ten chichot grzązł mu w gardle. Musiał się późniejszy biblioman, filolog, lingwista rozzuchwalić przy upadkach oświeceń, romantyzmów, racjonalizmów, a potem w niezliczonych -izmach i -acjach rozkaprysić w dystansie do literatury, żeby go Wolter bawił i imaginował. Najpierw była straszna proza i straszne obrazy. Pokazywały grozę w wyraźnych sceneriach, pokazywały realne ubrania, architekturę, przedmioty, pożary, ruiny, zwłoki. Nawet sto lat później J.M. Moreau podobnie czytał "Kandyda" i niemal identycznie doń rysował. Jeszcze i dziś się przeczyta na świeżo pisane, że od Woltera przyszło do gilotyny, do wszelkich bezbożnictw i upadku cywilizacji – jakby to on je powymyślał, a nie zacni krwiopijcy i dostojni bandyci, co się wyręczają bezmózgim motłochem.
° ° °
wersja najnowsza
ROZDZIAŁ I.
Jak Kandyd wychował się w pięknym zamku i jak został z niego wygnany.
W Westfalii, na zamku barona Thunder-ten-tronckha, żył młodzieniec, którego Natura obdarzyła najłagodniejszymi manierami. Jego oblicze stanowiło zwierciadło jego duszy. Posiadał dość zdrowy rozsądek, połączony z duchem nader prostym; sądzę, iż właśnie z tego powodu nadano mu imię Kandyd. Starzy słudzy domowi podejrzewali, że jest on synem siostry barona oraz pewnego dobrego, uczciwego szlachcica z sąsiedztwa — szlachcica, którego młoda dama stanowczo odmawiała poślubić, ponieważ mógł on dowieść jedynie siedemdziesięciu jeden herbów, reszta zaś jego drzewa genealogicznego zaginęła w pomroce dziejów.
Baron był jednym z najpotężniejszych panów w Westfalii, gdyż jego zamek posiadał bramę i okna. Nawet jego wielka sala ozdobiona była gobelinem. Wszystkie psy na jego dziedzińcu tworzyły sforę, ilekroć zaszła taka potrzeba; jego stajenni służyli mu za myśliwych, a wiejski wikary pełnił funkcję jego Wielkiego Kapelana. Wszyscy zwracali się do niego „Mój Panie” i śmiali się, ilekroć opowiadał jakąś historię.
Baronowa, ważąca około trzystu pięćdziesięciu funtów, przez co budziła ogromny szacunek, pełniła honory domu z godnością, która czyniła ją jeszcze bardziej godną uznania. Jej siedemnastoletnia córka, Kunegunda, była rumiana, świeża, pulchna i apetyczna. Syn Barona wydawał się pod każdym względem godny swego ojca. Nauczyciel, Pangloss, był wyrocznią w domostwie, a młody Kandyd słuchał jego nauk z całą naiwną ufnością właściwą jego wiekowi i charakterowi.
Pangloss wykładał metafizyko-teologo-kosmolonigologię. Udowadniał w sposób godny podziwu, że nie ma skutku bez przyczyny i że w tym najlepszym ze wszystkich możliwych światów zamek Barona jest najpiękniejszym z zamków, a Baronowa – najlepszą ze wszystkich możliwych baronowych.
„Jest dowiedzione – mawiał – że rzeczy nie mogą mieć się inaczej; skoro bowiem wszystko zostało stworzone w jakimś celu, wszystko z konieczności służy celowi najlepszemu. Zauważcie uważnie, że nosy stworzono po to, by nosiły okulary – i tak oto mamy okulary. Nogi zostały w sposób oczywisty przeznaczone do noszenia spodni – i mamy spodnie. Kamienie uformowano po to, by je ciosać i wznosić z nich zamki – i tak oto Baron posiada wspaniały zamek: największy baron w prowincji musi być najlepiej zakwaterowany; a skoro świnie stworzono po to, by je zjadać, jemy wieprzowinę przez cały rok; w konsekwencji ci, którzy twierdzili, że wszystko jest dobrze, powiedzieli rzecz niedorzeczną; powinni byli rzec, że wszystko jest jak najlepiej”.
Kandyd słuchał uważnie i wierzył z naiwną ufnością, gdyż uważał pannę Kunegundę za istotę niezwykle piękną, choć nigdy nie zdobył się na śmiałość, by jej o tym powiedzieć. Doszedł do wniosku, że po szczęściu, jakim było urodzenie się Baronem Thunder-ten-tronckh, drugim stopniem szczęścia jest bycie panną Kunegundą; trzecim – widywanie jej każdego dnia; a czwartym – słuchanie mistrza Panglossa, największego filozofa w prowincji, a co za tym idzie – na całym świecie.
Pewnego dnia, gdy Kunegunda przechadzała się w pobliżu zamku, w niewielkim zagajniku zwanym parkiem, dostrzegła pośród krzewów doktora Panglossa, udzielającego lekcji fizyki doświadczalnej pokojówce jej matki – bardzo ładnej i niezwykle potulnej, drobnej brunetce. Ponieważ panna Kunegunda posiadała wielkie zamiłowanie do nauk, obserwowała w milczeniu powtarzające się eksperymenty, których była świadkiem; wyraźnie pojęła „wystarczający powód” doktora – owoce i przyczyny – i powróciła do domu w stanie wielkiego wzburzenia, pogrążona w głębokich rozmyślaniach i przepełniona płonącym pragnieniem, by samej zostać uczoną; snuła przy tym refleksje, iż to ona mogłaby stanowić „wystarczający powód” dla młodego Kandyda – tak jak on mógłby być nim dla niej.
Wracając do zamku, napotkała Kandyda i zarumieniła się; Kandyd również oblał się szkarłatem. Powitała go drżącym głosem; Kandyd zaś przemówił do niej, nie wiedząc nawet, jakie słowa wypowiada. Następnego dnia, po obiedzie, gdy towarzystwo odchodziło od stołu, Kunegunda i Kandyd znaleźli się za parawanem; Kunegunda upuściła chusteczkę, a Kandyd ją podniósł; ona niewinnie ujęła jego dłoń, a młodzieniec równie niewinnie ucałował dłoń młodej damy – z żywiołowością, czułością i gracją właściwą tylko jemu; ich usta się spotkały, w oczach zapłonął ogień, kolana zaczęły drżeć, a dłonie – błądzić. Baron Thunder-ten-tronckh przechodził akurat obok parawanu i dostrzegłszy ten „skutek i przyczynę”, natychmiast wyrzucił Kandyda z zamku, wymierzając mu serię energicznych kopniaków w pośladki. Kunegunda zemdlała; gdy odzyskała przytomność, otrzymała od Baronowej solidny policzek; i tak oto zamęt zapanował w najpiękniejszym i najwspanialszym ze wszystkich możliwych zamków.
° ° °
wersja Boya
I.
Jak Kandyd chował się w pięknym zamku i jak go stamtąd wygnano.
(...)
Jednego dnia, Kunegunda, przechadzając się wpodle zamku po małym lasku który nazywano parkiem, ujrzała, w gęstwinie, doktora Panglossa, jak dawał lekcję eksperymentalnej fizyki pokojówce jej matki, fertycznej brunetce, bardzo ładnej i niesrogiej. Ponieważ panna Kunegunda miała z natury wielką ciekawość do nauk, przyglądała się, z zapartym oddechem, owym kilkakroć ponawianym doświadczeniom; ujrzała jasno przekonywującą argumentację doktora, przyczyny i skutki, i wróciła do domu wzruszona, zadumana, wskroś przenikniona chęcią poświęcenia się naukom. Myślała przytem, że ona mogłaby snadnie być skutecznym argumentem dla młodego Kandyda, on zaś nawzajem dla niej.
Spotkała Kandyda wracając do zamku i poczerwieniała; Kandyd poczerwieniał również. Rzekła mu, przerywanym głosem, dzień dobry; Kandyd odpowiedział, nie wiedząc sam co mówi. Nazajutrz, po obiedzie, kiedy wstawano od stołu, Kunegunda i Kandyd znaleźli się za parawanem; Kunegunda upuściła chusteczkę, Kandyd ją podniósł; wzięła go niewinnie za rękę; chłopiec ucałował niewinnie rękę panienki, z żywością, uczuciem, wdziękiem nie do opisania; usta ich się spotkały, oczy zapłonęły, kolana zaczęły drżeć, ręce zabłąkały się. Baron Thunder-ten-tronckh przechodził koło parawanu, i, widząc tę przyczynę i ten skutek, wypędził Kandyda z zamku paroma kopniakami w pośladki. Kunegunda zemdlała; kiedy przyszła do siebie, otrzymała silny policzek od baronowej; tak wszystko zmąciło się w najpiękniejszym i najmilszym z możebnych zamków.
tłum. Tadeusz Boy-Żeleński
° ° °
wersja bardzo dawna
Voltaire (Wolter)
KANDYD WSZĘDOBYLSKI
CZYLI NAYLEPSZOŚĆ
W LIPSKU
Roku 1780
ROZDZIAŁ I
Wychowanie Kandyda w iednym pięknym zamku i iak go ztamtąd wygnano.
(...)
Dnia iednego Kunegunda przechadzaiąc się koło zamku, w maleńkim borku, który nazywano źwierzyńcem; postrzegła w krzakach doktora Pangloza, iż ich pokoiowey, śliczney i bardzo poiętney czarnobrewce, dawał lekcyą fizyki experymentalney. Kunegunda miała także i chęć, i iuż sposobność do nauk: z nadzwyczayną zatym pilnością, bo nawet tchu z siebie nie puszczaiąc; przyzierała się nie ieden raz uczynionym doświadczeniom, widziała iaśnie racyą dostateczną doktora, przyczyny i skutki, i powróciła nareszcie, cała w myślach, cała w chęci stania się uczoną, cała w tym przeświadeczeniu, że i ona mogłaby bydź racyą wystarczaiącą dla młodego Kandyda, i że on wzaiemnie dla niey mógłby bydź racyą dogadzaiącą.
Powracaiąc do zamku, zdybała Kandyda, i zapłonęła się; i Kandyd się zapłonął. Dzień dobry, rzekła doń, ucinanym głosem. Kandyd się zmieszał, i ni to, ni owo odpowiedział. Nazaiutrz po obiedzie, gdy wychodząc z sali iadalney, Kandyd i Kunegunda zeszli się razem za parawanem; Kunegunda upuściła chustkę, Kandyd podiął; Kunegunda wzięła go niewinnie za rękę; on ią pocałował także niewinnie, ale z żywością, czułością i wdziękiem właśnie osobliwszym. Nareszcie, usta się ich zdybały, oczy ogniem przeszły, kolana zadrżały, ręce pobłądziły: w tym przechodząc koło parawana stary baron, postrzegł przyczynę i skutek, i dawszy kilkanaście razy nogą w z... Kandydowi, wygnał go z zamku. Kunegunda zemdlała w razie; lecz po ocuceniu, niewypowiedzianie od matki spoliczkowaną została. Tym sposobem wszystko popadło w nieład, na naypięknieyszym i naymilszym w świecie zamku.
° ° °
W najwcześniejszym z trzech wydań rzecz intrygująca to anonimowość tłumacza. Tajemnicę odsłonięto długo później – w 90 lat po śmierci Anonima i w 40 lat po śmierci Odsłaniającego. Ten pierwszy to był wspomniany Jacek Idzi Przybylski; ten drugi – Ambroży Grabowski. Obaj Krakowianie.
J.I.P. nie tylko "Kandyda" przetłumaczył, a wszelkie znane dziś jego pisma Wolterowskie równie bez podpisu. Chociaż XVIII-wieczne wróble ćwierkały kto zacz, Anonim oficjalnie pozostał nieznany. Gdyby podpisał – miałby się kiepsko pan profesor prawa, historii, poetyki, skoro "Kandyda" w Watykanie wyklęto i wpisano w indeks ksiąg zakaznych.
Nie ma co konkurować z panem Ambrożym w opisywaniu jego opisania pana Jacka Idziego. Dam obszerne wyjątki odpowiedniego rozdziału z drugiego tomu jego "Wspomnień", wydanych przez St. Estreichera w Krakowie, w roku 1909. Sekundka zadumy – wyszedł w druku "Kandyd" w roku 1780, a wiadomość, kto rzecz wydrukował sto trzydzieści lat później... Poniżej nie ma owej wiadomości; piszą znający inne pisma Ambrożego, że Jacek Idzi dedykował "Kandyda" Ignacemu Potockiemu, a ten mu pierścień ofiarował w podzięce; wszystko tajnie, oczywiście; nawet rzekomy "Lipsk" to fałsz o miejscu druku. Najpewniej we wspomnianej poniżej drukarni książkę zmontowali Krakowianie.
Ambroży Grabowski
WSPOMNIENIA I ANEGDOTY O ZNAJOMYCH I WSPÓŁCZESNYCH.
/rozdział/ LVIII.
Jacek Idzi Przybylski. /pisane w roku 1836/
Mało jest zaiste ludzi, których zasługi tak mało zyskałyby uznania i którzy ciągle byli jakby celem wszystkich pocisków. Takim był rzeczywiście ś. p. J. I. Przybylski, profesor starożytności i bibliotekarz akademii krakowskiej, człowiek najobszerniejszej nauki i wiadomości. Samych języków kilka posiadał i z łatwością pisał i mówił nimi, jako to: francuskim, angielskim, niemieckim i włoskim, przytem był łacinnik i hellenista zawołany. Nieszczęśliwa łatwość składania wierszy, która nad nim panowała i tylu krytyk przeciw niemu wymierzonych była powodem, sprowadziła go z drogi, która mu jedynie przeznaczoną była i którą, gdyby był postępował, pracując w zawodzie historyi i starożytności, wielką byłby sobie zjednał sławę i wdzięczność potomnych.
Był on rodem z Krakowa, ojciec jego, mieszczanin krakowski i z profesyi krawiec, mieszkał w domu zwanym Podelwie*), leżącym w ulicy Grodzkiej, gdzie się Przybylski urodził. Pomimo ograniczonego mienia dał on synowi swemu dobre wychowanie, co ułatwiało się chęcią i skłonnością do nauk młodego Przybylskiego, który początkowo przeznaczał się do stanu duchownego i już nawet, będąc klerykiem, (jak mi to sam powiadał) kazania miewał. Później zmienił zamiar i przeznaczył się do stanu nauczycielskiego i w tym resztę życia wytrwał.
*) Kamienica ta nazwę swą ma od lwa kamiennego, który jest nad wchodem do niej. Pod tem imieniem znaną jest od bardzo dawnych czasów do dziś dnia (roku 1836). Już ją tak nazywano w roku 1638...
Fot. wspólczesna; to ponoć jedyne zachowane godło na kamienicy z kilku takich w Krakowie.
Przybylski był to mąż nieocenionej dobroci, uczony, łagodny, przystępny wszystkim i chętny dla każdego, przyjemny w towarzystwie i wesoły w opowiadaniu; mieszkając w tym samym domu, bywał miłym codziennie gościem w domu Mateckich, i ja też każdego wieczoru w towarzystwie jego pozostawałem, słuchając z ciekawością rozmów jego... Dotąd nie jestem pewny, czy to był człowiek czy anioł, ale jeżeli to był człowiek, to pewnie dusza anioła zamieszkała w jego ciele i je ożywiała. Osobny fascykuł. wiadomości o nim i jego niektóre pisma obejmujący, znajduje się w moim zbiorze; ...
Jedyną jego słabością było wierszowanie, któremu prawie owoce oszczędności całego życia poświęcił, bo ostatnie jego dzieło (tłumaczenie Homera i Kwinta Kalabra) w siedmiu tomach, które na parę lat przed śmiercią kosztem swym z druku wydał, przyniosło mu około 1000 dukatów wydatków, a teraz sprzedaje się za bezcen, gdyż żydkowie zbywają je prawie po cenie starego papieru, t. j. egzemplarz zupełny około 6 lub 7 złotych.
Opowiadał mi ś. p. Przybylski, iż w czasie pobytu swego w Lublinie, gdzie był profesorem, przetłumaczył z francuskiego dwie małe powieści Woltera: Le bon bramin, a druga: Le sage Memnon. i były takowe już wydrukowane, kiedy władza duchowna, powziąwszy o tem wiadomość, kazała z drukarni zabrać cały nakład, który zniszczono, tak, że i sam tłumacz ani jednego nie posiadał egzemplarza.
Posiadał ś. p. Przybylski wielką łatwość pisania wierszy i w innych językach. Pisał je po łacinie i po grecku i te są drukowane. Lecz składał je także i w języku francuskim, jako to powinszowania imienin, o które od rozmaitych bywał proszony.
Dla udowodnienia, jak dobrze mówił Przybylski innymi językami, przytoczę tutaj następujące opowiadanie: ... W r. 1813, kiedy okropna zima r. 1812 złamała potęgę w zuchwalstwo wbitego ces. Napoleona, ... zdarzyło się, że Angielczyk, może około lat 30 mający, lord Domphries, bawiąc w Petersburgu, powziął zamiar zwiedzić Europę. ... z Warszawy tu do Krakowa przyjechał. Przybył on do księgarni Józefa Mateckiego, gdzie ja jeszcze zostawałem, i żądał widoku miasta Krakowa, także kościołów i innych budowli, czego wówczas nie było i nie można mu było tem dogodzić...
Schodząc z góry rozmawialiśmy łamaną francuzczyzną, w której oba nie tęgo biegli byliśmy; to usłyszawszy zacny Jacek Przybylski, który mieszkał w tymże samym domu na 2-giem piętrze, stojąc w otwartych drzwiach swego mieszkania zapytał mię z cicha: „A kogóż to pan Grabowski prowadzi?" Ja mu odpowiedziałem, że to jest Anglik — a wtedy Przybylski przemówił do niego po angielsku... Anglik usłyszawszy to aż usta z zadziwienia otworzył i mechanicznie za Przybylskim do mieszkania jego wszedł. Tam bawił więcej godziny i rozmawiał się do woli, ... /potem/ opowiedział mi zadziwienie swoje, że tu znalazł męża, z którym językiem swym rodzinnym rozmawiać mógł, bo (przydał) od Petersburga aż do Krakowa nikogo nie zdarzyło mu się napotkać, z kimby się językiem angielskim mógł porozumieć.
.../pewnego razu kupiec korzenny, Wojciech/ Frölich, zapytał się Przybylskiego, ile też lat przetrawił w obowiązkach nauczycielskich, wiedząc już o tem, że Przybylski pobiera pensyi emerytalnej zł. pol. cztery tysiące; a wziąwszy kawałek papieru i pióro, usiadł na chwilę do zrobienia rachunku, czas nauczycielskiego obowiązku wziąwszy za kapitał, a docinki pensy i za prowizyę. — I wypadek kalkułu swego temi słowy objawił: „Tfy!... to nie warto być profesorem... gdybyś jegomość przez tyle lat drewka rąbał i niemi handlował, to byłbyś niezawodnie więcej wypracował dla siebie do życia na starość, niż ta kwota, jaką jegomość pobierasz ...
Przybylski miał w zwyczaju tworzyć wyrazy polskie w miejsce cudzoziemskich, najczęściej łacińskich, i niektóre dobrze mu się udały, bo znalazły przyjęcie i dotąd są w używaniu. Aż do jego czasów pisano w polskich książkach mówiąc o nagrobku: monument albo mauzoleum. Przybylski na oznaczenie tego utworzył wyraz pomnik i dotąd utrzymało się to wyrażenie. Na wyraz łaciński bustum zaproponował popiersie — i to również w używanie weszło. Na zastąpienie wyrazu natura, projektował, aby pisano rodoć albo rodota i zdaje się że to jedno lub drugie lepiejby oddawało znaczenie, jak powszechnie teraz w użyciu będąca przyroda.
U tego szanownego męża bywał często z odwiedzinami niejaki Józef Leszczyński (znany tu pod nazwiskiem: ksiądz Leszczyński).... W czasie wizyty jego, gdy bawił się z uczonym akademikiem rozmowa, zadał mu tenże różne kwestye łacińskie do rozwiązania, a zasadziwszy go u stolika rzekł mu: „Pisz waszmość tę sentencyę, którą podyktuję, i ułóż z niej przekład polski taki, aby sens jakiś zawierał". I dyktuje mu po słówku, jako to: ubi, ligo, tego, cura, miser, nego, voco. Biedny latynista mozoli się nad rozwiązaniem tego sfinksa, lecz końca dojść nie może, a tedy Przybylski, biorąc napis w rękę, pokazuje mu: „Oto widzisz waszmość, tak się czyta: ubili go, tego kura mizernego, w oko"...



















