«Dym tytuniu, świstanie, śpiewanie.»
«Siostra moja, Kunegunda, przyszła na świat d. 1 Lutego 1793 r. w rodzinnych dobrach, zwanych Bobcin*...» – tak pani Łucja zaczęła w ekskluzywnym tygodniku "Kłosy" swoje «Wspomnienie rodzinne». Kunegunda i Łucja były Giedroyciówne z książęcego domu.
Bobcin
– « ...w kraju pięknym i żyznym, na granicy Litwy ze Żmujdzią. Pałac duży, murowany, stał nad brzegiem Niewiaży, która niedaleko ztamtąd wpada do Niemna.» – skończyła Łucja pierwsze zdanie wspomnień, które w roku 1884 poszły na pięć odcinków od numeru 970 pod takim tytułem
Kunegunda zmarła rok wcześniej, a Łucja dwa lata po publikacji «Wspomnienia», w którym «spróbowała spisać to, co z próchna pamięci wygrzebać zdołała»; miała wówczas 85 lat.
«...w życiorysowém kreśleniu nie można przepomniéć tak światla» – tłumaczyła się lub wyjaśniała panu Kaszewskiemu, odpowiedzialnemu za publikacje literackie w "Kłosach" – «,jak i ciemnoty ducha czasu, który w zakresie podrzędnvch nawet wypadków oddzialywa niezaprzeczenie na usposobienie, a nawet na uczucie i charakter przedmiotu.»
"Przedmiotem" – co z tytułu wynika – miała być «Mała Kunusia (która w 1895 r.) niepewne jeszcze stawiala kroki, gdy ojciec nasz, burzą krajową gnany (kamuflarz insurekcji kościuszkowskiej), znalazł się w burzącym się także jeszcze Paryżu.»
Wyjaśnianie ducha czasu wobec biograficznych konkretów oraz wobec uczuć i charakteru Kunegundy ma się w tekście Łucji jak osiem do jednego, wynika z pobieżnych kalkulacji. Osiem razy więcej niż o siostrze napisała o przypadkach cesarzowej Józefiny (głównie!), o "burzach" krajowych, o spotkaniach z carem Aleksandrem I, o losach rodziny, ojca-generała, braci, męża, wnuczki, matki, trochę o emigracji polskiej, sporo o różnych okolicach polskich, litewskich, francuskich. Większość rzekomej biografii siostrzanej to jej przypadki podczas bycia damą dworu u Józefiny. Połowa tekstu, albo i więcej, tejże "cesarzowej" dotyczy, a o Kunusi czasem jakieś zdanko, rzadziej trzy. Raz, dosłownie raz, opisana została Kunegunda w ruchu, jakieś jej działanie:
«Gdy pierwszy raz na tę honorową służbę do Malmaison przyszło jej się wybierać, trzy razy się przeżegnała.» Może jeszcze dodać trzeba "stawianie niepewnych kroków" ?
Sporo jest we wspomnieniu kamuflowanych opowiastek i napomknień o losach Polski i Polaków, w rodzaju: "po stracie błogich marzeń, zmienionych w długie pasmo zawodów", albo «wybiła nieszczęsnego roku 1812 godzina».
Trudno domniemywać, czego Kazimierz Kaszewski i wydawcy "Kłosów" spodziewali się po tekście pani Łucji, ale jasne, że bardziej chcieli opowieści o Kunegundzie niż o "cesarzowej" Józefinie. Może to oni dali cyklowi pięciu tekstów tytuł "Kunegunda z książąt Giedroyciów Białopiotrowiczowa". Łucja zwaliła dalekie odbiegnięcia od tytułu na «myśl leniwą (która) wyskoczyła czasem za wskazane sobie ramy». Nie Kunegundę opisała, ale Giedroyciów w dramatycznych czasach, z paniami, owszem, prawie na pierwszym planie; czyli pokazała obraz «wojskowego w polskim mundurze z generalskimi szlifami, a przy nim dwóch przyzwoitej postaci kobiet» – obraz tyleż Kunegundy co i Łucji.
Czy mistrzowie z redakcji spodziewali się ciekawych (smakowitych?) szczegółów o Kunegundzie skandalistce? Jeśli tak, to mocno się rozczarowali – Łucja nie znalazła w sobie chęci pamiętnikarskiej nawet na półsylabową aluzyjkę o pisarskich skandalach siostry. A poza tym weźmy rzecz od takiej strony – czy to było bardzo eleganckie prosić starą damę, pisarkę, aktywistkę, o wspominki o siostrze, kiedy to ona sama multum przeżyła i doświadczyła, a napisała bez liku więcej? Przypuszczać można, bez ryzyka pomyłki, że panowie z "Kłosów" zamknęli w podtytułowy nawias to, co Łucja uznała za nagłówek.
Pierwszy odcinek (w numerze 970) wstawili na stronę trzecią, co po odchyleniu okładkowej karty prezentowało czytelnikowi frontalny tekst pierwszoplanowy. Rzecz jasna prawdziwie pierwszym był na stronie drugiej bezkonkurencyjny odcinek powieści Kraszewskiego pt. "Psiawiara". Rzecz pisana w więzieniu magdeburskim za francuskie szpiegostwo. Sensacja. Ale «Wspomnienie» zajaśniało tuż obok.
A w numerze 971 bajdury Łucji o "cesarzowej" Józefinie gryzły własny ogon na stronie.... !!! – jedenastej. Wklepano po rozkładówce, w drugiej grubości magazynu. Paskudnie mizerna lokacja.
Trzeci odcinek – jeszcze gorzej: tytuł zepchnięty na sam dół strony. Ledwie do wypatrzenia pod rysunkiem. Na 13-tej stronie. Wstydliwie wydrukowany, czy co?
Tutaj główną anegdotą z życia Kunegundy jest wspominek jej audiencji u króla Ludwika XVIII w obecności licznych dworzan. Odważna Kunusia ze skargą przyszła do tronu wytargować zaległą "pensyę", której ona jedna z "dworskiej honorowej służby" nie dostała. Dostąpiła łaskawości siadania na fotelu naprzeciw króla. Pogadali, poplotkowali, na drugi dzień wypłacono zaległe pensje jej i matki, pani Giedroyciowej. Było to najpewniej latem roku 1814. Bez wątpienia w rodzinie tę anegdotę triumfalną opowiadano potem tysiąc razy, skoro 85-letnia Łucja pamiętała dialogi między królem a siostrą. Miała wtedy lat 16, siostra była o pięć lat starsza.
W numerze 973 "Psiawiara" weszła na okładkę, potem na stronę drugą i zahaczyła frontalną trójkę – lokomotywa magazynu. "Wspomnienie" wskoczyło na stronę piątą. Widać, że redaktorzy czytali i bliżej oczu pchnęli czytelnikowi odcinek z dwiema kapitalnymi dykteryjkami – jak adiuntant generała, przyszły mąż Kunegundy, Jerzy, uciekł z rosyjskiej niewoli udając nieboszczyka i będąc świadkiem własnego pogrzebu – i drugą: jak obie Giedroyciówny zabrał generał do niedawno utworzonego Królewskiego Uniwersytetu Warszawskiego na wykład prof. Osińskiego o literaturze (1816-17?). Generał w medalach, panny (cytowane wyżej) «przyzwoitej postaci», więc całe bractwo studenckie powstało na wejście tej trójki do auli. Ustąpiono miejsc w pierwszym rzędzie. Na następny wykład panny przyszły większą grupką – «...a na czwarty, czy piąty, trzy pierwsze rzędy krzeseł same pokryły białogłowy».
Dokończenie «familijnego opowiadania» czytelnicy znajdowali na stronicach 13 i 14-tej numeru 974. Kunusia dożyła w lutym 1883 dziewięćdziesiątki i zmarła w kwietniu. «...do wielu niezwykłych szczegółów jej życia – zamykała rzecz Łucja – także i to należy, że wraz z sobą uniosła do grobu Biało-Piotrowiczów imię.»
Tekst jest długi, ale "niezwykłych szczegółów" odrobina.
Lekcję babci Łucji odrobił z nawiązką dwanaście lat temu łódzki filolog, Michał Mesjasz, w Pamiętniku Literackim w roku 2014.** Dużo, bogato napisał o Kunegundzie, a i w tytule oznajmił rzecz główną: "...jej zaginiona powieść". Na samym początku dał sensację – w Biblitece Narodowej odnaleźć można streszczenie powieści. Sensację – gdyż w roku 1872 Karol Estreicher w "Bibliografii poskiej" taką dał notkę na str 96 tomu pierwszego:
Czy mistrzowie z "Kłosów" posiadali tę książkę mimo wytępienia? Czy o niej chcieli plotek od babci Łucji?
Michał Mesjasz nie tylko streszczenie niemoralnego skandalu przeczytał, ale na końcu swego eseju w Pam. Lit. całość przytoczył. Zapisek sporządził Wacław Borowy (legendarny już gigant polonistyki) "na luźnej kartce, zapisanej obustronnie drobnym pismem w dwóch kolumnach, i włożony do koperty sygnowanej „Białopiotrowiczowa”. Naderwany dolny róg kartki nie przeszkadza w całkowitym odczytaniu tekstu." – unaocznił sprawę pan Michał. Wacław miał wtedy 24 lata, rok był 1914. Jeśłi streścił – znaczy czytał. Mimo wytępienia do roku 1872? Pospieszył się Estreicher – tak naprawdę wytępiono książkę później. I chyba dokumentnie, skoro Michał Mesjasz jej nie wyszperał, choć ktoś mu się chwałił, że ma, a pokazać nie chciał. Nomen omen – afera jak z rękopisem "Mesjasza" Brunona Schulza, którą też ktoś tajemniczy niby miał w pudle. Różnica taka, że Kunegunda "Hrabiego Hektora" napisała, a Bruno, śmiem twierdzić, "Mesjasza" nie napisał.
Jak stoi w Pam. Lit. tak tutaj daję. Nawiasy kwadratowe to dopełnienia skrótów W.B. poczynione przez M.M. Cyferki to numery stron egzemplarza (przypuszczam) czytanego przez W.B. (młodzieńcza rzetelność przyszłego profesora?). Na kolorowo autentyki (bez wątpienia) z Kunegundy zapisane przez młodego Wacława:
«[KUNEGUNDA] BIAŁOPIOTROWICZOWA: „HRABIA TEODOR, CZYLI ŁAZIENKI W WARSZAWIE”. OK. 1824
P[an] pułkownik przeprasza żonę, że do Bielan jej towarzyszyć n[ie] może, bo ma ważną sprawę ze swym mecenasem obrabiać. – Córka pułkownikostwa, Rózia, „piękna, hoża, lat 17-cie, ale n[ie] należąca do towarzystw, w których matka rolę młodej grać jeszcze chciała” (4), prosiła matki, by podczas jej nieobecności pozwoliła mogła odwiedzić swą przyjaciółkę. Wiedziała Rózia, że tej przyjaciółki w domu n[ie] zastanie. Pozwolenie matki jednak uzyskawszy, wyszła z guwernantką z domu. „Nic tak przebiegłego jak młoda panienka, gdy jej serce pomocy od przemysłu potrzebuje” (4), pozbywa s[ię] więc Rózia guwernantki sprytnie, proponując jej, by, odprowadziwszy ją do przyjaciółki, poszła sobie sama gdzieś na spacer. – Sama zaś postanawia wykonać od trzech dni pana Teodora na dziś przygotowany projekt: udać s[ię] do Łazienek, gdzie jej „najdroższy przyjaciel” i „ukochany” „widzieć ją będzie bez odzienia... przez wiświdrowanie we drzwiach” (7). Walczy czas pewien ze sobą: „n[ie] śmie s[ię] ani cofnąć, ani spełnić zamiaru” (6). Miłość atoli dla Teodora w końcu zwycięża. „Jeśli – mówi sobie Rózia – mam Boga obrazić, wyspowiadam s[ię], będę pościć, i wszystko mi odpuszczonym zostanie” (7). – Tymczasem Teodor bieży do Łazienek i naznacza podług umowy na jednej z kolumn numer swojej wanny obok dwóch próżnych, – i czeka niecierpliwie, tym więcej, że „n[ie] zdarzyło mu s[ię] nigdy tego rzędu osoby, a do tego panny, oczekiwać. Ale pomimo że kochał Rózię, w niewinność jej n[ie] wierzył” (10). Wiele on widział świata, „n[ie] natrafił jednak nigdzie na to ułatwienie rozkoszom zmysłowym, jakie s[ię] znajdzie w kąpielach publicznych warszawskich” (11). – „płci pomieszanie w jedno miejsce w stanie przyrodzenia” (11). „Prawda..., że dym tytuniu, świstanie, śpiewanie różnych piosnek, nieprzystojne napisy, rozmowy, n[ie]koniecznie są wszystkim kobietom przyjemne; ale one więcej udają, niż jest w rzeczy, w skrytości serca lubią pewno ten rodzaj cichej rozpusty. Któżby tak dobrej rzeczy n[ie] lubił! Im która skromniejsza, tym gorszego ukrywa ducha” (12 – myśli Teodora). – Przybywa Rózia, rozbiera s[ię], „Teodor zastukał, otworzył drzwi”... R[ózia] omdlała... Teodor, chcąc ją ratować, w oszołomieniu wpadł do wanny sąsiedniej, gdzie „w nie przystojniejszym od swego związku znajduje p[ana] pułkownika” (14). Wzywa go na ratun[ek] córki. Sam zaś idzie do swej łazienki, ale opiera s[ię] o 2-gie drzwi, te pod jego ciężarem załam[ują] s[ię]: wpada do cudzej kąpieli. Tu widzi p[anią] pułkownikową – i też n[ie] samą, ale z „przyjacielem domowym”. Spotkanie małżonków. „Najostrzejsze wyrazy zostały żony udziałem” (16)... Rózia ze szlochem rzuca s[ię] do nóg rodziców i wsz[ystko] wyznaje. Rodzice wymówki czynią Teodorowi i małżeńs[two] mu prop[onują], jako jedyny środek ekspiacji... Na to T[eodor] zamknął powrót całej rodziny do domu i wyjaśnienie sytuacji. Rózia wyznała prawdę i powiedziała, że od dawna taiła miłość do Teodora, „z bojaźni..., żeby o występek n[ie] została obwinioną. Długo albowiem z początku przywiązanie młodych panien zdaje im s[ię] niewybaczonym przewinieniem” (18). – Przygotowania czyniono, by Rózię do klasz[toru] oddać. Teodor, „trzpiot, ale czasem czuły, zmartwił s[ię] tą wiadomością” (19), lecz wkrótce uznał siebie niewinnym... Rózi do klasz[toru] n[ie] oddano, ale pozostała z nią smutna pamięć przeszłości. – Teodor uległ chorobie tej, co Franc[iszek] I i Juliusz II. Klął ukochane Łazienki... Obraz Rózi stanął mu wtedy przed ocz[ami]. Wyrzuty sumienia. „Udręcz[ony] T[eodor] chciałby prowadz[ić] życie bez skazy. Lecz tak umiera zawsze, kto s[ię] za późno spostrzega” (22).
Subj. Chłod[ne] ironicz[ne] uwagi o stosun[ku] męża do żony.»
Bulwersujące napomknienie Michała Mesjasza jest takie, że (w 1994 roku) Jarosław Marek Rymkiewicz "nie znając ani zawartości powieści, ani streszczenia Borowego, w eseju Kilka szczegółów podjął temat dziełka Białopiotrowiczowej, dając jednak własną wersję tego wspólcześnie nieznanego utworu".
Jak to własną wersję? Coś "w rodzaju plagiatu" – sam J.M.R. tak swój zamiar określił. A jeśli zapytać – Po co? Z jakiej potrzeby? Dla jakiej literackiej korzyści? Ot, tak, dla jaj? – to jaka odpowiedź?
Opowiadanka nie znając, nazwał wypocinkę Kunegundy: "dwadzieścia dwie strony dzikiej pornografii" i zapowiedział, że jego "to będzie twarda pornografia - skandaliczna niemoralność wedle naszych miar, a nie ówczesnych" oraz "żeby nie było nudne". Rzecz gustu, czy wyszło mu miękko i nudno; to pewne, że co do podrabiania fabułki i pomysłu panienki-autorki, strzelone nawet nie w płot, ale bez pojęcia między gawrony; nic a nic "po stu sześćdziesięciu pięciu latach przywrócona literaturze polskiej" powieść Kunegundy.
Nie dziw mi, że pan Michał lekceważąco koncepcję J.M.R. potraktował, ani słowa z niej nie dodając do swej opowieści. Bo i nie było co dodawać – rzekomą opinię Koźmiana, że Kunegunda "sławna aż do wariacji patriotka"?; że ją widział ponoć w pędzącej przez Warszawę bryczce? W satyryka i kpiarza się przestroił J.M.R. (gdybyż to zakpić zechciał ze swego durnego wierszydła o Jarosławie K. i w ogóle ze swych późno-życiowych zidiociałych omamień).
Tak kombinował: "Ciekawe kto wytępił wszystkie egzemplarze (ilość ich nie jest znana) Hrabiego Teodora. Sama Kunegunda, której Kajetan Koźmian lub Ludwik Osiński (ten był zaprzyjaźniony z rodziną Giedroyciów) zwrócili uwagę, że nie wypada, aby dama publikowała takie świństwa? Czy matka Kunegundy (Romuald Giedroyć już wtedy nie żył), która przeczytawszy to dzieło uznała, że za coś takiego wielki książę Konstanty każe wychłostać Kunegundę na placu Saskim..."
Potem rozwinął obrazek następujący: "Trzydziestotrzyletnia Kunegunda płacząc i trzymając się za zbity zadek idzie Krakowskim Przedmieściem w stronę Nowego Światu, a ja widzę ją z okna biblioteki...", "...widzę Kunegundę na golasa – w bryczce, w belwederskich stajniach", "nie moja (wina) : mogła nie pisać skandalicznie niemoralnego dzieła".
Czy jak rzecz sobie nieznaną tak bez ceregieli nazwał, to kpił, czy też i on, dwudziestowieczny, podpisałby się pod ówczesną opinią, że wytępić trzeba? Pojęcia nie mam z jakich pobudek Kunegunda poczyniła Hrabiego Teodora; najmądrzejsze pewnie nie były. Kogoś chciała zabawić, komuś dosolić? Wzięło jej się z francuskiego "zepsucia" na pseudo-cesarskich salonach? Czy z arcy-polskiego wk...nia wobec paskudztwa warszawskich elitek? Jeśliby zaś dla własnej rozrywki, a nikt by jej nie skarcił, pisemek nie tępił, to mielibyśmy w Romantyzmie naszym wzniosłym literacki duecik świntuszący – Giedroyciówna/Fredro?
W całą tę aferę wmitrężył J.M.R. i samą Kunegundę i Łucję – pierwszą w akcję wsadzając, z drugiej pism (i nie tylko jej, twierdził) biorąc cytaty-podróbki na taki oto dialog pary, ostro kopulującej w oranżerii wśród kaktusów:
«(...) Na co księżniczka wyrzekła:
- Ty jesteś, Teodorze, moim absolutem, poza tobą nic nie ma i wszystko, hrabio, w tobie się zawiera.
Na co hrabia Teodor trochę się obruszył, w przód, potem do tyłu, i tak wyrzekł:
- Ręczę ci honorem, Kunegundo, że w absolucie nie zawiera się to, co nazywasz wszystkim, gdyż absolut nie jest ogółem, ale pierwiastkową pojedynczością, tworzącą różne szczegóły, a w końcu każdą pojedynczą szczególność, którą ja najchętniej nazwałbym poszczególnym lub, jeśli wolisz, szczególnym istnieniem.
(...)
- Ty się mylisz - za kaktusami ukryty słyszałem jęki Kunegundy - ty się mylisz, całość rzeczywistości przeniknięta jest wszechmaterią i wszechduchem, a otworzycielką i zawornicą istniejącej całości nic innego nie jest, być nie może, niż to, co ja nazywam całostką.
- Co mi tam całostki oraz całość - wykrzyknął hrabia obracając Kunegundę tak, że piersi jej (pierwszy to był raz gdy ja, jedenastoletni, pierś obnażoną, w kształcie kaktusa, którą kobieta posiada, ujrzałem), tak, że piersi jej zawisły między nabrzmiałymi, fioletowymi i sinymi pąkami - co mi tam całość, każdy rudy włos, który ty masz o tu, pomiędzy nogami, Kunegundo, a który teraz ja, posiadając cię, posiadam, jest pierwiastkowo pojedynczy oraz szczególny. Nie ma bowiem dwóch rudych włosów, które miałyby wspólną jaźń i w każdym włosie, nawet włosku, szczególne jest tchnienie, a z dwóch czy z ilu tam chcesz rudych włosów żadna się ruda całość nie układa.
- Biorąc rzecz transcendentalnie - wyrzekła na to jękliwie Kunegunda - ciało i dusza tożsamość swą mogą uzyskać jedynie w transcendentalnej jaźni, która obleka się to w ducha, to w materię.
- To są brednie jakieś - wrzasnął hrabia Teodor, siedząc oto na białej szyi (vide supra) oraz białych piersiach Kunegundy, która w tymże czasie wysunęła koniuszek języka.
- Jądrowa, zasadnicza transcendentalność, to wiekuiste źródło wszelkiej czasowości, jest, nawet musi być pojedyńcza, a jeśli się nie uszczegółowi, uszczegółowić nie chce lub nie zdoła, to być jej nie może.
- Nie doceniasz iścizny, hrabio - zapłakała Kunegunda, wtenczas na czworakach. - Ona to, zwąc się także mysłem, stwarza całą zewnętrzność i całą wewnętrzność.
- Czym być by miała, Kunegundo - uszczegółowił się wtenczas tak oto hrabia Teodor - ta twoja cała zewnętrzność, ja nie wiem. Całego nic nie ma i nic do żadnej całości nie należy. Jako subiektoobiekt jestem poszczególny i członek mój każdy, także i ten oto, też jest poszczególny.»
Z Kunusi robić gzicę między kaktusami? Z pisania Łucji mamrolstwa do tejże akcji? Nadęło Jarusia ponad babskość literacką, czy zwyczajnie gorzała i skleroza?
° ° °
*
Bobcin to dzisiaj Żemaitkiemis https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%BDemaitkiemis_(gmina_Bobty)
* *










