Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łucja Barbara R. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łucja Barbara R. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 kwietnia 2026

Dym tytuniu, świstanie, śpiewanie.

 

«Dym tytuniu, świstanie, śpiewanie.»

 


«Siostra moja, Kunegunda, przyszła na świat d. 1 Lutego 1793 r. w rodzinnych dobrach, zwanych Bobcin*...» – tak pani Łucja zaczęła w ekskluzywnym tygodniku "Kłosy" swoje «Wspomnienie rodzinne». Kunegunda i Łucja były Giedroyciówne z książęcego  domu.  



 Bobcin

« ...w kraju pięknym i żyznym, na granicy Litwy ze Żmujdzią. Pałac duży, murowany, stał nad brzegiem Niewiaży, która niedaleko ztamtąd wpada do Niemna.» – skończyła Łucja pierwsze zdanie wspomnień, które w roku 1884  poszły na pięć odcinków od numeru 970 pod takim tytułem



 


Kunegunda zmarła rok wcześniej, a Łucja dwa lata po publikacji «Wspomnienia», w którym «spróbowała spisać to, co z próchna pamięci wygrzebać zdołała»; miała wówczas 85 lat.


«...w życiorysowém kreśleniu nie można przepomniéć tak światla»  – tłumaczyła się lub wyjaśniała panu Kaszewskiemu, odpowiedzialnemu za publikacje literackie w "Kłosach" – «,jak i ciemnoty ducha czasu, który w zakresie podrzędnvch nawet wypadków oddzialywa niezaprzeczenie na usposobienie, a nawet na uczucie i charakter przedmiotu.»

"Przedmiotem" – co z tytułu wynika – miała być «Mała Kunusia (która w 1895 r.) niepewne jeszcze stawiala kroki, gdy ojciec nasz, burzą krajową gnany (kamuflarz insurekcji kościuszkowskiej), znalazł się w burzącym się także jeszcze Paryżu.» 


Wyjaśnianie ducha czasu wobec biograficznych konkretów oraz wobec uczuć i charakteru Kunegundy ma się w tekście Łucji jak osiem do jednego, wynika z pobieżnych kalkulacji. Osiem razy więcej niż o siostrze napisała o przypadkach cesarzowej Józefiny (głównie!),  o "burzach" krajowych, o spotkaniach z carem Aleksandrem I, o losach rodziny, ojca-generała, braci, męża, wnuczki, matki, trochę o emigracji polskiej, sporo o różnych okolicach polskich, litewskich, francuskich. Większość rzekomej biografii siostrzanej to jej przypadki podczas bycia damą dworu u Józefiny. Połowa tekstu, albo i więcej, tejże "cesarzowej" dotyczy, a o Kunusi czasem jakieś zdanko, rzadziej trzy. Raz, dosłownie raz, opisana została Kunegunda w ruchu, jakieś jej działanie:

«Gdy pierwszy raz na tę honorową służbę do Malmaison przyszło jej się wybierać, trzy razy się przeżegnała.» Może jeszcze dodać trzeba "stawianie niepewnych kroków" ?

Sporo jest we wspomnieniu kamuflowanych opowiastek i napomknień o losach Polski i Polaków, w rodzaju: "po stracie błogich marzeń, zmienionych w długie pasmo zawodów", albo «wybiła nieszczęsnego roku 1812 godzina».


Trudno domniemywać, czego Kazimierz Kaszewski i wydawcy "Kłosów" spodziewali się po tekście pani Łucji, ale jasne, że bardziej chcieli opowieści o Kunegundzie niż o "cesarzowej" Józefinie. Może to oni dali cyklowi pięciu tekstów tytuł "Kunegunda z książąt Giedroyciów Białopiotrowiczowa". Łucja zwaliła dalekie odbiegnięcia od tytułu na «myśl leniwą (która) wyskoczyła czasem za wskazane sobie ramy». Nie Kunegundę opisała, ale Giedroyciów w dramatycznych czasach, z paniami, owszem, prawie na pierwszym planie; czyli pokazała obraz «wojskowego w polskim mundurze z generalskimi szlifami, a przy nim dwóch przyzwoitej postaci kobiet» – obraz tyleż Kunegundy co i Łucji.


Czy mistrzowie z redakcji spodziewali się ciekawych (smakowitych?) szczegółów o Kunegundzie skandalistce? Jeśli tak, to mocno się rozczarowali – Łucja nie znalazła w sobie chęci pamiętnikarskiej nawet na półsylabową aluzyjkę o pisarskich skandalach siostry. A poza tym weźmy rzecz od takiej strony – czy to było bardzo eleganckie prosić starą damę, pisarkę, aktywistkę, o wspominki o siostrze, kiedy to ona sama multum przeżyła i doświadczyła, a napisała bez liku więcej? Przypuszczać można, bez ryzyka pomyłki, że panowie z "Kłosów" zamknęli w podtytułowy nawias to, co Łucja uznała za nagłówek. 


Pierwszy odcinek (w numerze 970) wstawili na stronę trzecią, co po odchyleniu okładkowej karty prezentowało czytelnikowi frontalny tekst pierwszoplanowy. Rzecz jasna prawdziwie pierwszym był na stronie drugiej bezkonkurencyjny odcinek powieści Kraszewskiego pt. "Psiawiara". Rzecz pisana w więzieniu magdeburskim za francuskie szpiegostwo. Sensacja. Ale «Wspomnienie» zajaśniało tuż obok. 


A w numerze 971 bajdury Łucji o "cesarzowej" Józefinie gryzły własny ogon na stronie.... !!! – jedenastej. Wklepano po rozkładówce, w drugiej grubości magazynu. Paskudnie mizerna lokacja.


Trzeci odcinek – jeszcze gorzej: tytuł zepchnięty na sam dół strony. Ledwie do wypatrzenia pod rysunkiem. Na 13-tej stronie. Wstydliwie wydrukowany, czy co?




Tutaj główną anegdotą z życia Kunegundy jest wspominek jej audiencji u króla Ludwika XVIII w obecności licznych dworzan. Odważna Kunusia ze skargą przyszła do tronu wytargować zaległą "pensyę", której ona jedna z "dworskiej honorowej służby" nie dostała. Dostąpiła łaskawości siadania na fotelu naprzeciw króla. Pogadali, poplotkowali, na drugi dzień wypłacono zaległe pensje jej i matki, pani Giedroyciowej. Było to najpewniej latem roku 1814. Bez wątpienia w rodzinie tę anegdotę triumfalną opowiadano potem tysiąc razy, skoro 85-letnia Łucja pamiętała dialogi między królem a siostrą. Miała wtedy lat 16, siostra była o pięć lat starsza.


W numerze 973 "Psiawiara" weszła na okładkę, potem na stronę drugą i zahaczyła frontalną trójkę – lokomotywa magazynu. "Wspomnienie" wskoczyło na stronę piątą. Widać, że redaktorzy czytali i bliżej oczu pchnęli czytelnikowi odcinek z dwiema kapitalnymi dykteryjkami – jak adiuntant generała, przyszły mąż Kunegundy, Jerzy, uciekł z rosyjskiej niewoli udając nieboszczyka i będąc świadkiem własnego pogrzebu – i drugą: jak obie Giedroyciówny zabrał generał do niedawno utworzonego Królewskiego Uniwersytetu Warszawskiego na wykład prof. Osińskiego o literaturze (1816-17?). Generał w medalach, panny (cytowane wyżej) «przyzwoitej postaci», więc całe bractwo studenckie powstało na wejście tej trójki do auli. Ustąpiono miejsc w pierwszym rzędzie. Na następny wykład panny przyszły większą grupką – «...a na czwarty, czy piąty, trzy pierwsze rzędy krzeseł same pokryły białogłowy».


Dokończenie «familijnego opowiadania» czytelnicy znajdowali na stronicach 13 i 14-tej numeru 974. Kunusia dożyła w lutym 1883 dziewięćdziesiątki i zmarła w kwietniu. «...do wielu niezwykłych szczegółów jej życia – zamykała rzecz Łucja – także i to należy, że wraz z sobą uniosła do grobu Biało-Piotrowiczów imię.»


Tekst jest długi, ale "niezwykłych szczegółów" odrobina.


Lekcję babci Łucji odrobił z nawiązką dwanaście lat temu łódzki filolog, Michał Mesjasz, w Pamiętniku Literackim w roku 2014.** Dużo, bogato napisał o Kunegundzie, a i w tytule oznajmił rzecz główną: "...jej zaginiona powieść". Na samym początku dał sensację – w Biblitece Narodowej odnaleźć można streszczenie    powieści. Sensację – gdyż w roku 1872 Karol Estreicher w "Bibliografii poskiej" taką dał notkę na str 96 tomu pierwszego:




Czy mistrzowie z "Kłosów" posiadali tę książkę mimo wytępienia? Czy o niej chcieli plotek od babci Łucji? 


Michał Mesjasz nie tylko streszczenie niemoralnego skandalu przeczytał, ale na końcu swego eseju w Pam. Lit. całość przytoczył. Zapisek sporządził Wacław Borowy (legendarny już gigant polonistyki) "na luźnej kartce, zapisanej obustronnie drob­nym pismem w dwóch kolumnach, i włożony do koperty sygnowanej „Białopiotrowiczowa. Naderwany dolny róg kartki nie przeszkadza w całkowitym odczytaniu tekstu." – unaocznił sprawę pan Michał. Wacław miał wtedy 24 lata, rok był 1914. Jeśłi streścił – znaczy czytał. Mimo wytępienia do roku 1872? Pospieszył się Estreicher – tak naprawdę wytępiono książkę później. I chyba dokumentnie, skoro Michał Mesjasz jej nie wyszperał, choć ktoś mu się chwałił, że ma, a pokazać nie chciał. Nomen omen – afera jak z rękopisem "Mesjasza" Brunona Schulza, którą też ktoś tajemniczy niby miał w pudle. Różnica taka, że Kunegunda "Hrabiego Hektora" napisała, a Bruno, śmiem twierdzić, "Mesjasza" nie napisał.


Jak stoi w Pam. Lit. tak tutaj daję. Nawiasy kwadratowe to dopełnienia skrótów W.B. poczynione przez M.M. Cyferki to numery stron egzemplarza (przypuszczam) czytanego przez W.B. (młodzieńcza rzetelność przyszłego profesora?). Na kolorowo autentyki (bez wątpienia) z Kunegundy zapisane przez młodego Wacława:


«[KUNEGUNDA] BIAŁOPIOTROWICZOWA: „HRABIA TEODOR, CZYLI ŁAZIENKI W WARSZAWIE”. OK. 1824

P[an] pułkownik przeprasza żonę, że do Bielan jej towarzyszyć n[ie] może, bo ma ważną sprawę ze swym mecenasem obrabiać. – Córka pułkownikostwa, Rózia, „piękna, hoża, lat 17-cie, ale n[ie] należąca do towarzystw, w których matka rolę młodej grać jeszcze chciała” (4), prosiła matki, by podczas jej nieobecności pozwoliła mogła odwiedzić swą przyjaciółkę. Wiedziała Rózia, że tej przyjaciółki w domu n[ie] zastanie. Pozwolenie matki jednak uzyskawszy, wyszła z guwernantką z domu. „Nic tak przebiegłego jak młoda panienka, gdy jej serce pomocy od przemysłu potrzebuje” (4), pozbywa s[ię] więc Rózia guwernantki sprytnie, proponując jej, by, odprowadziwszy ją do przyjaciółki, poszła sobie sama gdzieś na spacer. – Sama zaś postanawia wykonać od trzech dni pana Teodora na dziś przygotowany projekt: udać s[ię] do Łazienek, gdzie jej „najdroższy przyjaciel” i „ukochany” „widzieć ją będzie bez odzienia... przez wiświdrowanie we drzwiach” (7). Walczy czas pewien ze sobą: „n[ie] śmie s[ię] ani cofnąć, ani spełnić zamiaru” (6). Miłość atoli dla Teodora w końcu zwycięża. „Jeśli – mówi sobie Rózia – mam Boga obrazić, wyspowiadam s[ię], będę pościć, i wszystko mi odpuszczonym zostanie” (7). – Tymczasem Teodor bieży do Łazienek i naznacza podług umowy na jednej z kolumn numer swojej wanny obok dwóch próżnych, – i czeka niecierpliwie, tym więcej, że „n[ie] zdarzyło mu s[ię] nigdy tego rzędu osoby, a do tego panny, oczekiwać. Ale pomimo że kochał Rózię, w niewinność jej n[ie] wierzył” (10). Wiele on widział świata, „n[ie] natrafił jednak nigdzie na to ułatwienie rozkoszom zmysłowym, jakie s[ię] znajdzie w kąpielach publicznych warszawskich” (11). – „płci pomieszanie w jedno miejsce w stanie przyrodzenia” (11). „Prawda..., że dym tytuniu, świstanie, śpiewanie różnych piosnek, nieprzystojne napisy, rozmowy, n[ie]koniecznie są wszystkim kobietom przyjemne; ale one więcej udają, niż jest w rzeczy, w skrytości serca lubią pewno ten rodzaj cichej rozpusty. Któżby tak dobrej rzeczy n[ie] lubił! Im która skromniejsza, tym gorszego ukrywa ducha” (12 – myśli Teodora). – Przybywa Rózia, rozbiera s[ię], „Teodor zastukał, otworzył drzwi”... R[ózia] omdlała... Teodor, chcąc ją ratować, w oszołomieniu wpadł do wanny sąsiedniej, gdzie „w nie przystojniejszym od swego związku znajduje p[ana] pułkownika” (14). Wzywa go na ratun[ek] córki. Sam zaś idzie do swej łazienki, ale opiera s[ię] o 2-gie drzwi, te pod jego ciężarem załam[ują] s[ię]: wpada do cudzej kąpieli. Tu widzi p[anią] pułkownikową – i też n[ie] samą, ale z „przyjacielem domowym”. Spotkanie małżonków. „Najostrzejsze wyrazy zostały żony udziałem” (16)... Rózia ze szlochem rzuca s[ię] do nóg rodziców i wsz[ystko] wyznaje. Rodzice wymówki czynią Teodorowi i małżeńs[two] mu prop[onują], jako jedyny środek ekspiacji... Na to T[eodor] zamknął powrót całej rodziny do domu i wyjaśnienie sytuacji. Rózia wyznała prawdę i powiedziała, że od dawna taiła miłość do Teodora, „z bojaźni..., żeby o występek n[ie] została obwinioną. Długo albowiem z początku przywiązanie młodych panien zdaje im s[ię] niewybaczonym przewinieniem” (18). – Przygotowania czyniono, by Rózię do klasz[toru] oddać. Teodor, „trzpiot, ale czasem czuły, zmartwił s[ię] tą wiadomością” (19), lecz wkrótce uznał siebie niewinnym... Rózi do klasz[toru] n[ie] oddano, ale pozostała z nią smutna pamięć przeszłości. – Teodor uległ chorobie tej, co Franc[iszek] I i Juliusz II. Klął ukochane Łazienki... Obraz Rózi stanął mu wtedy przed ocz[ami]. Wyrzuty sumienia. „Udręcz[ony] T[eodor] chciałby prowadz[ić] życie bez skazy. Lecz tak umiera zawsze, kto s[ię] za późno spostrzega” (22).

Subj. Chłod[ne] ironicz[ne] uwagi o stosun[ku] męża do żony.»



Bulwersujące napomknienie Michała Mesjasza jest takie, że (w 1994 roku) Jarosław Marek Rymkiewicz "nie znając ani zawartości powieści, ani streszczenia Borowego, w eseju Kilka szczegółów podjął temat dziełka Białopiotrowiczowej, dając jednak własną wersję tego wspólcześnie nieznanego utworu".

Jak to własną wersję? Coś "w rodzaju plagiatu" – sam J.M.R. tak swój zamiar określił. A jeśli zapytać – Po co? Z jakiej potrzeby? Dla jakiej literackiej korzyści? Ot, tak, dla jaj? – to jaka odpowiedź?


Opowiadanka nie znając, nazwał wypocinkę Kunegundy:  "dwadzieścia dwie strony dzikiej pornografii"  i zapowiedział, że jego "to będzie twarda pornografia - skandaliczna niemoralność wedle naszych miar, a nie ówczesnych" oraz "żeby nie było nudne". Rzecz gustu, czy wyszło mu miękko i nudno; to pewne, że co do podrabiania fabułki i pomysłu panienki-autorki, strzelone nawet nie w płot, ale bez pojęcia między gawrony; nic a nic "po stu sześćdziesięciu pięciu latach przywrócona literaturze polskiej" powieść Kunegundy.


Nie dziw mi, że pan Michał lekceważąco koncepcję J.M.R. potraktował, ani słowa z niej nie dodając do swej opowieści. Bo i nie było co dodawać – rzekomą opinię Koźmiana, że Kunegunda "sławna aż do wariacji patriotka"?; że ją widział ponoć w pędzącej przez Warszawę bryczce? W satyryka i kpiarza się przestroił  J.M.R. (gdybyż to zakpić zechciał ze swego durnego wierszydła o Jarosławie K. i w ogóle ze swych późno-życiowych zidiociałych omamień).


Tak kombinował: "Ciekawe kto wytępił wszystkie egzemplarze (ilość ich nie jest znana) Hrabiego Teodora. Sama Kunegunda, której Kajetan Koźmian lub Ludwik Osiński (ten był zaprzyjaźniony z rodziną Giedroyciów) zwrócili uwagę, że nie wypada, aby dama publikowała takie świństwa? Czy matka Kunegundy (Romuald Giedroyć już wtedy nie żył), która przeczytawszy to dzieło uznała, że za coś takiego wielki książę Konstanty każe wychłostać Kunegundę na placu Saskim..."


Potem rozwinął obrazek następujący: "Trzydziestotrzyletnia Kunegunda płacząc i trzymając się za zbity zadek idzie Krakowskim  Przedmieściem w stronę Nowego Światu, a ja widzę ją z okna biblioteki...", "...widzę Kunegundę na golasa – w bryczce, w belwederskich stajniach", "nie moja (wina) : mogła nie pisać skandalicznie niemoralnego dzieła". 


Czy jak rzecz sobie nieznaną tak bez ceregieli nazwał, to kpił, czy też i on, dwudziestowieczny, podpisałby się pod ówczesną opinią, że wytępić trzeba? Pojęcia nie mam z jakich pobudek Kunegunda poczyniła Hrabiego Teodora; najmądrzejsze pewnie nie były. Kogoś chciała zabawić, komuś dosolić? Wzięło jej się z francuskiego "zepsucia" na pseudo-cesarskich salonach? Czy z arcy-polskiego wk...nia wobec paskudztwa warszawskich elitek? Jeśliby zaś dla własnej rozrywki, a nikt by jej nie skarcił, pisemek nie tępił, to mielibyśmy w Romantyzmie naszym wzniosłym literacki duecik świntuszący – Giedroyciówna/Fredro?


W całą tę aferę wmitrężył J.M.R. i samą Kunegundę i Łucję – pierwszą w akcję wsadzając, z drugiej pism (i nie tylko jej, twierdził) biorąc cytaty-podróbki na taki oto dialog pary, ostro kopulującej w oranżerii wśród kaktusów:



«(...) Na co księżniczka wyrzekła: 

- Ty jesteś, Teodorze, moim absolutem, poza tobą nic nie ma i wszystko, hrabio, w tobie się zawiera.  

Na co hrabia Teodor trochę się obruszył, w przód, potem do tyłu, i tak wyrzekł: 

- Ręczę ci honorem, Kunegundo, że w absolucie nie zawiera się to, co nazywasz wszystkim, gdyż absolut nie jest ogółem, ale pierwiastkową pojedynczością, tworzącą różne szczegóły, a w końcu każdą pojedynczą szczególność, którą ja najchętniej nazwałbym poszczególnym lub, jeśli wolisz, szczególnym istnieniem.  

(...)

- Ty się mylisz - za kaktusami ukryty słyszałem jęki Kunegundy - ty się mylisz, całość rzeczywistości przeniknięta jest wszechmaterią i wszechduchem, a otworzycielką i zawornicą istniejącej całości nic innego nie jest, być nie może, niż to, co ja nazywam całostką. 


- Co mi tam całostki oraz całość - wykrzyknął hrabia obracając Kunegundę tak, że piersi jej (pierwszy to był raz gdy ja, jedenastoletni, pierś obnażoną, w kształcie kaktusa, którą kobieta posiada, ujrzałem), tak, że piersi jej zawisły między nabrzmiałymi, fioletowymi i sinymi pąkami - co mi tam całość, każdy rudy włos, który ty masz o tu, pomiędzy nogami, Kunegundo, a który teraz ja, posiadając cię, posiadam, jest pierwiastkowo pojedynczy oraz szczególny. Nie ma bowiem dwóch rudych włosów, które miałyby wspólną jaźń i w każdym włosie, nawet włosku, szczególne jest tchnienie, a z dwóch czy z ilu tam chcesz rudych włosów żadna się ruda całość nie układa. 


- Biorąc rzecz transcendentalnie - wyrzekła na to jękliwie Kunegunda - ciało i dusza tożsamość swą mogą uzyskać jedynie w transcendentalnej jaźni, która obleka się to w ducha, to w materię. 


- To są brednie jakieś - wrzasnął hrabia Teodor, siedząc oto na białej szyi (vide supra) oraz białych piersiach Kunegundy, która w tymże czasie wysunęła koniuszek języka. 


- Jądrowa, zasadnicza transcendentalność, to wiekuiste źródło wszelkiej czasowości, jest, nawet musi być pojedyńcza, a jeśli się nie uszczegółowi, uszczegółowić nie chce lub nie zdoła, to być jej nie może. 


- Nie doceniasz iścizny, hrabio - zapłakała Kunegunda, wtenczas na czworakach. - Ona to, zwąc się także mysłem, stwarza całą zewnętrzność i całą wewnętrzność. 


- Czym być by miała, Kunegundo - uszczegółowił się wtenczas tak oto hrabia Teodor - ta twoja cała zewnętrzność, ja nie wiem. Całego nic nie ma i nic do żadnej całości nie należy. Jako subiektoobiekt jestem poszczególny i członek mój każdy, także i ten oto, też jest poszczególny.»



Z Kunusi robić gzicę między kaktusami? Z pisania Łucji mamrolstwa do tejże akcji? Nadęło Jarusia ponad babskość literacką, czy zwyczajnie gorzała i skleroza?

° ° °

* 

Bobcin to dzisiaj Żemaitkiemis https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%BDemaitkiemis_(gmina_Bobty)


* *

Kunegunda i jej zaginiona powieść

 


piątek, 17 kwietnia 2026

Początki powieści polskiej.

 




Anna Mostowska – autoportret pastoralny z ojcem i narzeczonym


Powieść polska, powieść filozoficzna, powieść ruska, powieść moralna, powieść mitologiczna, powieść izraelska – takie były powieści napisane przez Annę Olimpią z Xiążąt Radziwiłłów  Hrabinę Mostowskę Kasztelanowę Raciązkę, albo krócej przez Annę z Radziwiłłów Mostowską. "Strach w Zameczku" – wyróżniał się w całościowym tuzinie jej pism jako "powieść prawdziwa"


Wydawane były one w latach 1806, 1807, 1809, dlatego nazywało się autorkę preromantyczką, gdyż Romantyzm w Polsce zaczęły Ballady i Romanse w roku 1822. Wspólcześnie nazywa się ją także protofeministką. "Pre-" dlatego, że idzie o czas, o zjawienie się przed epoką; "proto-" pewnie dlatego, że idzie o realną osobę poprzedzającą realne (po stu latach) następczynie. Virtualnie na protoplastkę feministek kreuje się ta pisarka w jednoznacznie prokobiecych fragmentach powieści pod tytułem "Strach w Zameczku". W fabule panie natchnione równouprawnieniem działają konspiracyjnie przeciw panom i ich urojeniom, strasząc ich duchami. Są osoby, są fakty. Są też idee – o paniach w niczym nie gorszych od mężczyzn, głoszone w rozmowach, ale potem realizowane w wykreowanych zdarzeniach, których hojracka męskość nijak nie potrafi rozgryźć, aż zostaje bez fochów i dąsów, czyli bez tzw. babskich sposobów na facetów, sponiewierana i skompromitowana. 


Jakim zaś sposobem widzieć Mostowską jako preromantyczkę? Trzeba zapewne do oceny i interpretacji jej pisarstwa zastosować nie zwykłe i mylące "mędrca szkiełko i oko", lecz znane powszechnie precyzyjne narzędzia badawcze wszelkiego romantyzmu, jako to: "czucie i wiara"


Nie wypada pominąć ustalonej zgody znawców literatury, że wartymi zachodu akademickiego (albo maturalnego) są tylko i wyłącznie dwie powieści powstałe w czasie Romantyzmu – pod jego koniec: "Poganka" (1846) i na jego początku: "Malwina" (1816), pierwsza zwyczajnej ziemianki Narcyzy Żmichowskiej, druga księżnej z Czartoryskich Marii Wirtemberskiej – pierwsza cieńsza, druga grubsza, obie prozą – jak przystało na to, co powieścią nazywamy. 

Tak nazywane utwory  pisał w Romantyzmie Seweryn Goszczyński. W tomie drugim Dzieł Zbiorowych pomieszczono ich piętnaście na stronach około czterystu, zatem byłyby to w najlepszym przypadku nowele, lub powieści bardzo mini, gdyby Goszczyński prozą pisał. Ale nie pisał. Rymował wersy na osiem sylab, albo na jedenaście, albo jak Mickiewicz - na trzynaście. Powieścią nazywano też poemat "Maria" Malczewskiego  («Ej! ty na szybkim koniu gdzie pędzisz kozacze? / Czyś zaoczył zająca, co na stepie skacze?» – trzy pokolenia temu te wersy znał każdy, co trochę szkoły liznął).


Za najlepszą "powieść" Goszczyńskiego przyjęto "Zamek Kaniowski" (1828). Druga partia (strofa) poematu zaczyna się tak:


Wietrzna, jesienna, zawyła noc z dala. 

Warzą się wiry w zamąconem łożu; 

Wre chmur kłębami i niebo, jak fala; 

Złośliwy obłęd igra po rozdrożu.


Podróżny z cichem szeptaniem pacierza


Mija rozdoły, świstające trzciną;


W skrwawionych szponach zgłodniałego zwierza 

Dławione bydlę poryka doliną. 

Pod szturmem wiatru, co silnie dmie górą, 

Słychać skrzypanie głównej szubienicy; 

Trup się kołysze, pies wyje ponuro, 

Śmierć snu osiadła w zamku okolicy. 


Jeśli słyszał jak skrzypi główna szubienica, to znaczy, że inne, poboczne też były w okolicy. Na nich wiatr nie miał co kołysać?


«Puściliśmy się biegiem na odgłos jakby grzmotu, który nas doszedł ze strony koszar. Było to pierwsze powitanie Podchorążych dla jazdy moskiewskiej. Jednocześnie prawie z tym strzałem wpadliśmy przez bramę na dziedziniec Belwederu . «Śmierć tyranom» wykrzyknął mój oddział, a wyraz oczu i twarzy moich towarzyszy odbijał dobitnie co ich okrzyk zapowiadał. Widziałem to tem lepiej, że miałem cały spokój wewnętrzny i nie wmięszałem uniesienia mego do tego chóru. Kilku ludzi ze służby W. Księcia stało na podwórzu przed pałacem, kiedyśmy wpadli przez bramę. Na okrzyk nasz rzucili się natychmiast do głównych drzwi wchodowych i chcieli je zamknąć, ale nie mieli na to dosyć czasu; razem prawie z nimi byliśmy u drzwi przez pół zamkniętych, które się wnet całkiem otwarły pod naszym naparciem i zostawiły nam swobodne wejście, ale jak do pustki. W tej chwili i drugi oddział połączył się z naszym. Przebiegliśmy pędem, z łoskotem, którego łatwo można się domyślić, dół i pierwsze piętro, i nigdzie W. Księcia, zniknąl nam – pustka zupełna – tylko w przedpokoju sali audjencjonalnej jakiś człowiek kryjący się za drzwiami. Był to Wice-Prezydent miasta: Lubowidzki. Rzucono się ku niemu; dotknęło go kilka bagnetów, upadł na posadzkę zlany krwią kilku ran, ale żadna nie była śmiertelną.»

Tak Goszczyński pisał prozą czterdzieści lat później, wspominając wiadomą Noc Belwederską. Romantyzm już się skończył. Przyszła w Polsce pora na prawdziwych powieściopisarzy, a raczej pora w polskich regionach na twórców rzetelnej polskiej powieści, wiadomo: Prus, Orzeszkowa, Sienkiewicz, Kraszewski...

Traktujemy dzisiaj jak barbarzyństwo – nie tylko według mody na feminizm – dawny obyczaj wydawania za mąż panienek według widzimisię (tzn. interesu) rodziców, najczęściej ojca, czyli wbrew chęciom i uczuciom tych panienek. A kto wstawia się za młodzieńcami żenionymi wbrew ich woli, na siłę, za wcześnie, bez pytania, albo nie zważając na ich odpowiedzi?

Oto młody i piękny Firlej, któremu ojciec zaplanował Julię na małżonkę, córkę najlepszego przyjaciela, gdy Julcia i Firlejek byli jeszcze dzieciakami. Tak się zaczyna powieść (a raczej obfitsza nowela) innego preromantyka, Józefa Lipińskiego, pod tytułem "Halina i Firlej czyli niebezpieczne zapały". Tyle informacji wystarczy, żeby się domyśleć, że Halina.................

Tu muszę przerwać wyprawę ku najwcześniejszym powieściowym autorom, gdyż właśnie odkryłem, że w roku 1911 Konstanty Wojciechowski połowę artykułu o "Budowie pierwszych polskich powieści" poświęcił pisarstwu Anny Mostowskiej. U innych księżna Anna takiego wzięcia nie miała. W swojej biblijnie wielkiej księdze o historii literatury polskiej (prawie 800 stron) Julian Krzyżanowski ją zbywał: "Jeśli pominąć drobniejsze i mniej znacz­ne pozycje, jak np. nieudałe, przeładowane nadzwyczajnościami i okropnościami pró­by „romansu grozy” w rodzaju Astoldy (1807) Anny Mostowskiej, poważ­nym rywalem romansu sentymentalnego okazuje się powieść historyczna..."

Profesor lwowski, Konstanty Wojciechowski przeczytał nie tylko Astoldę. W artykule wziął na tapetę Matyldę i Daniło oraz Zamek Koniecpolskich  i narysował ich schematy



W wątek główny A Matyldy i Daniło klinem wcina się "wstawka" B, a profesor powiada, że "znika niemal przy wstawce". 

Narysowawszy bardziej skomplikowany schemat Zamku Koniecpolskich

profesor stwierdza, że "Antecedencye rozłamane bardzo zręcznie na trzy części. Au­torka osiąga tem silne naprężenie uwagi czytelnika."

Prof. Wojciechowski pierwszeństwo powieściopisarskie oddał Krasickiemu i jego Mikołaja Doświadczyńskiego przypadkom. Potem rozrysował piękny schemat Grenadiera-filozofa (1805) autorstwa Cypriana Godebskiego (który zginął pod Raszynem cztery lata później, dowodząc 8-mym Pułkiem Piechoty w nie bardzo rozstrzygniętej bitwie księcia Poniatowskiego z Austriakami.) https://pl.wikipedia.org/wiki/Bitwa_pod_Raszynem_(1809)

Taka jest notka profesora o powieści pułkownika:

«Autor nazwał ją "powieścią prawdziwą, wy­jętą z dziennika podróży roku 1799". Treść ujął w 8 rozdziałów. Są to losy legionisty polskiego od klęski Francuzów nad Trebią aż do przybycia jego do Lugdunu i opowieść o pewnym dziwnym grenadyerze, z którym legionista zawarł znajomość. W on "dziennik legionisty" wplecione, oprócz dziejów Henryego (grenadyera), opo­wiadanie oberżysty o swoich losach, a w to "powieść" Sadego o królu perskim i jego ministrze. Jeśli dziennik legionisty nazwiemy A, opowieść oberżysty B, powieść Sadego C, a dzieje Henryego D,  w takim razie schemat budowy przedstawi nam się tak: 


Artykuł zwieńczył pan Konstanty analizą Malwiny Marii księżnej Wirtemberskiej, której zawikłaną budowę chwalił co niemiara: «Znakomicie prze­prowadzona ekspozycya: w rozdziale pierwszym wprowadzenie bo­hatera i bohaterki, w rozdziale drugim wskazana najbliższa prze­szłość bohatera, w trzecim — bohaterki, rozdział czwarty charakte­ryzuje bohatera, piąty — bohaterkę, oboje na tle ich wzajemnych uczuć.» itd. itd, aż po rozdział XXVIII. 

Sięgając po rok 1824 profesor napomknął o Bernatowiczu (Nierozsądne śluby), Kropińskim (Julia i Adolf) i o Rautenstrauchowej (Emmelina i Arnolf). 

Feliks Bernatowicz zasłynął romansem historycznym Pojata, córka Lezdejki, albo Litwini w XIV wieku (1828), tłumaczonym na angl., ros., franc. i niem., wydawanym zawzięcie do Pierwszej Wojny, a jak poświadczają internety, czytanym nawet w 2016 roku. 

Ludwik Kropiński, także wojskowy; jego sentymentalny romans Julia i Adolf, czyli nadzwyczajna miłość dwojga kochanków nad brzegami Dniestru (1824) olśniewał panienki na salonach. 

Wspominając Łucję Barbarę Rautenstrauchową pisał Julian Krzyżanowski, że w przed- i w romantycznych powieściach «tematyka ogranicza się wyłącznie do dziejów nieszczęśliwej miłości, dodać jednak należy, że nieszczęścia te nie zawsze są przekonujące, że pisarze i pisarki operują szablonami, których użycia nieraz nie umieją artystycznie umotywo­wać. Uczuciowość pokolenia, zahamowana w liryce, wylewa się w romansach bez kon­troli artystycznej, przygotowując grunt dla liryki poetyckiej, która popłynie spod pióra dorastającego pokolenia romantycznego.»

Przygotowując grunt dla liryki... – to jest gładko powiedziane, ale czy ktoś (lub sam J.Krzyżanowski) udowadniał, jakoby (na przykład)  Adam M. wczesne romanse czytywał i w nich lirycznie gruntował? Bo Maryla na pewno czytała, śmiało założyć można. 

Że Łucja Barbara R. pisała po polsku to dziw jakiś, więcej chyba przebywała we Francji niż na polskich terenach. Ubolewała w przedmowie do Emmeliny: «Według ieszcze niezupełnie u nas wytępionego zwyczaiu, uczono mię rozmaitych cudzoziemskich ięzyków, oyczystego zaś nigdy.» 

Co się w jej powieści wikła, z samego początku można wywnioskować:

«List pierwszy. 

ARNOLF  HRABIA  S... DO  JÓZEFA  L.


z Warszawy. 

Żałuy Józefie, żałuy, żeś z tąd odjechał! bardzo piękny nam wczoray bal maskowy dał Alfons. (...) Ale, ale, wielkiey ci ieszcze nowiny nie doniosłem, lubo bardzo dla mnie niepocieszney. Móy Stryi Hrabia S.... ten, co miał swóy maiątek mi zapisać, ożenił się z iakąś Polką, w Paryżu, zwaną tylko Emmelina. Ma bydź młoda i piękna. Mówią, że ią ma tu przywieść. Spodziewam się, że niedorzeczności do tego stopnia nie posunie. Radbym iednak bardzo, żeby to prawda była, bo iuż od dawna zgubę starych mężów zaprzysiągłem.»

Oprócz tego, że ją nie edukowano w polszczyźnie, narzekała Łucja Barbara R., że w "oyczystym" języku bardzo trudno jest napisać powieść. Prostą tę myśl też jakoś niełatwo jej się wysłowiło: «Niezwyciężone więc prawie trudności zostaią każdemu, coby w ięzyku do  tego rodzaiu ieszcze nieugiętym dosiągnąć iego zamyślał.»

Podobnie smędził Józef Lipiński:  «Powiedziano nie raz że czytanie romansów iest szkodliwe: powiedziano także iż w ięzyku naszym pisane dobrze bydź nie mogą. (...)   Ta część literatury dotąd u nas mało tkniętą była. Styl iey nie iest ieszcze wyrobiony, lubo ukształcenie onego nie iest może mniey trudne, a pewnie niemniey w codziennym życiu potrzebne, iak w rodzaiach ważnieyszych; w których nieco dzieła doskonalsze posiadamy. Jednak z tłumaczonych powieści  przez Węgierskiego i niektórych innych, dostrzedz iuż łatwo, czym ięzyk nasz w stylu lekkim i czulym pod zręcznemi piórami stać się może.»

Po co mu Kajetan Węgierski był potrzebny za przykład jakiejś szczególnie sprawnej polszczyzny? Tłumaczył on prozę francuską ćwierć wieku przed polskim preromantyzmem sentymentalnym, a pół wieku przed Romantyzmem prawdziwym. Na przykład Powieści moralne Marmontela. Chyba Lipińskiego zadziwiała zręczność tłumaczenia, z czym sam się biedził. Jeśli Marmontel lepiej pisał "rodzaie ważniejsze" niż smażyli powieści romansowi pisarze, to i przekład tamtemu wychodził zgrabny. Coś musi być na rzeczy, skoro dyrdymały fabularne, rozrywkowe (jakiś Posag Zuzi, Miłość i tajemnica, czy też Niebespieczne zapały to znaczy Halina i Firlej) szły pod zbiorczym tytułem Powieści moralne i romanse (w 20 tomach rozmiaru niewielkiego, 120-140 słów na stroniczkę). Wydawał je Tadeusz Mostowski, ten którego pierwszą żoną była Anna Olimpia z domu Radziwiłłówna.


No, ale cóż z ową Haliną, łączoną z Firlejem mimo, że ożeniono go z Julią? «Poważał Firley cnoty małżonki, którą mu dano za żonę, ale poznał z boleścią, że pomiędzy ich umysłami żadnego nie było stosunku.» Z czym się zwierzył, łzy rzecz jasna roniąc, swemu przyjacielowi Zawiszy w «ciemnieyszych ogrodu gaiach», gdzie go Zawisza zastał  w przeddzień ślubu, cierpiącego samotnie. Stary ojciec był zachwycony, że tuż przed swą śmiercią syna ożenił, a Firlej nic a nic. Nie przeszkodziło to niedobranej parze wzbogacić stadło o córkę nim rok minął.  Panna ładna, ale Firlej, marzyciel  czytający poematy Osjana, nie był szczęśliwy. 

Trzy lata później jego przyjaciel, Zawisza, poznaje w Krzeszowicach pod Krakowem 16-letnią Halinę i zakochuje się w niej szleńczo. Pisze o tym w liście do Firleja, przedstawiając niezwykłe zalety i urodę panienki. Firlej oszołomiony opisem popada w gwałtowną platoniczną miłość. Matka Haliny nie godzi się na małżeństwo córki z Zawiszą, dowiadując się, że jest on zadłużonym hazardzistą warszawskim. Zawisza rozgoryczony chce sprzedać posiadłość pod Krakowem. Firlej (z żoną i córką) jedzie do Krzeszowic i kupuje ten majątek, chcąc być blisko Haliny. Jej matka umiera, dziewczyna codziennie odwiedza grób. Firlej wykorzystuje sytuację, by potajemnie zobaczyć wymarzoną ukochaną. On sam jest w żałobie po ojcu. Dziewczyna go spostrzega i zauważając podobny do swego stan żałobny pięknego młodzieńca, zakochuje się w nieznajomym. Przejęty wymianą spojrzeń, Firlej ucieka z cmentarza.

Następuje cała seria mniej lub bardziej niespodziewanych kontaktów i przelotnych spotkań Haliny i Firleja. W ogrodzie, na drodze, na cmentarzu, wśród drzew, nad wodą. Chodzą oboje swoimi śladami, cierpią miłosne katusze, niepokoje, udręki, to się widzą, to się mijają. Oboje utwierdzeni, że łączy ich gorące uczucie, niemożliwe do spełnienia. 

Z przemilczeń autora należy wnioskować, że żona Firleja, Julia, nie zauważa zabiegów męża. Jednakże Halina i Wanda spotykają się pewnego dnia i przypadają sobie do gustu. Firlej uprasza córkę, by o tym nie mówiła matce. Spotkania Haliny i Firleja, choć z reguły nieprzypadkowe, są bardzo krótkotrwałe, niekiedy wręcz na odległość, ale obojgiem miotają nieposkromione namiętności. Ona myśli, że tę ich miłość zrodziła śmierć.

        Pożar wybuchł w majątku Firleja. Paliła się altanka w ogrodzie. Gaszą, rumor, zamieszanie. Halina akurat była w pobliżu. Weszła nawet do domu Firleja – zauważa w jego gabinecie pod kryształowym kloszem pukiel jej włosów, który sobie na pamiątkę Wandzia obcięła nożyczkami. «O Boże! zawołała, iak iestem kochaną!»  «Przyczynek pożaru – czytamy na końcu epizodu – służył za przyczynę iey pomieszania i bladości.»

Raz mignęla Firlejowi myśł, by ją porwać. «Co mówię? Halina żyć będzie w niesławie, w upodleniu; iaż mam zakałę przynieść życiu Haliny! (...) Uwielbienie iey przymiotów sprawiło zapał który mię zgubił, serce moie mogło się obłąkać tylko uniesieniem cnotliwym. O moia Halino, nie iest  to czucie podłe i pospolite, które mię przywięzuje do ciebie! Cnota iest mi tak drogą iak twoia miłość. Tak Firley myślał w pewnych chwilach, ale w innych, obawianie się Haliny, dało mu poznać, że w sercu swoim, mieścił poniewolnie i taiemnie występne nadzieie.»

Biedulka coraz bardziej zapada na zdrowiu. Z powodu gruźlicy («ostatniego stopnia suchot») musi wyjechać do wód na leczenie. W tym czasie Firlej i Julia wracają do Warszawy, gdyż jej ojciec jest śmiertelnie chory. W tym fragmencie (połowa stroniczki) autor raz wreszcie mówi cokolwiek o Julii: 

Oto Firlej oderwany od Haliny –  «...nie słyszał, nie odpowiadał; mina ponura, mdłość i ucisk iego, dowodzily nadto co cierpiał.  Żona iego nieczyniąc żadnego domyslu gdy go widziała w tym stanie, mówiła bez niespokoyności i bez poruszenia: "ma spazmy", i gotowala mu wodę z pomarańczowego kwiatu. (...) Firley używał całey swey mocy nad umysłem żony, aby iey zabronić bliskiego ocierania się o łóżko oyca, ale ona iuż miała w sobie zarazę tey straszney choroby; tracąc oyca przymuszona byla położyć się w łóżko z którego więcey nie wstała.»

Zarażony Firlej ledwie unika śmierci. Już jako wdowiec wraca do Krzeszowic.  «Za przybyciem powziął wiadomość że Halina powróciła z wód Pirmonckich umieraiąca, że iuż dochodzi ostatka dni swoich, ma iednak dosyć ieszcze mocy dla udawania się codziennie do grobu swey matki. (...) odebrał od Haliny bilet następuiący: Ponieważ mogę widzieć WaćPana i słuchać go bez winy, żądam pomówić z nim iutro na cmentarzu o piątey godzinie zrana. Halina.»

Następne pięć stron to opis nocy okropnej dla Firleja przed porannym spotkaniem. Ona przyszła jak cień dawnej, pięknej Haliny.  «...dała mu znak, aby obok niey usiadł. Ci dway kochankowie nieszczęśliwi którzy dotąd nigdy do siebie nie wyrzekli słowa, maią nakoniec rozmawiać z sobą raz pierwszy, a to dla odebrania od siebie wiecznego pożegnania.»

Ona mówiła o swojej rychłej śmierci i żądała jego obietnicy, że będzie kwiatami stroił jej grób. Nagle spod czarnych chmur zerwała się okropna burza. Pioruny, deszcz gwałtowny. «...piękne iey włosy rozwiązuiąc się spadaią na ramiona, ... nagle blyskawica przerywaiąc chmurę, rzuca na twarz blask żywy; iey piękność niebieska zdała się na ów czas promienista: byla to piękność Aniola. Ah! zawolał Firley, iuż się stało, dusza iey czysta wznosi sie ku niebu.... Halino!... na ten krzyk raptowny  i żałosny, Halina wstaie i rzuca mu się na szyię, przyklada wargi blade i zimne do ust ognistych Firleja.»

«Firley wziął Halinę na ręce i zaniósł do karety, która czekała o sto kroków od cmentarza.» Być może Halina skonała w jego ramionach, ale nie wiedział tego, zdruzgotany kompletnie, pozbawiony zmysłów. Potem dni dwanaście przebył w stanie między życiem a śmiercią. Jeszcze nie wydobrzał do końca, a już poszedł na cmentarz, «złożył kwiaty i zdołał nie skonać na marmurze który zawierał zwłoki Haliny!»




W takich okolicach dzieje się akcja Haliny i Firleja