Pierwszą powieść (której nigdy nie skończyłam) zaczęłam pisać w wieku dwunastu lat. Opowiadała o rodzinie czarodziejów z mnóstwem dzieci, które przemieszczały się z miejsca na miejsce i nigdzie nie mogły zapuścić korzeni. Niezły pomysł, prawda? Myślę, że wtedy odkryłam, jak wielką satysfakcję daje pisanie i wymyślanie historii. Narysowałam mapy miejsc i portrety postaci. Stworzyłam świat.
Od tego czasu regularnie pisałam krótkie opowiadania, mini-opowiadania, małe obrazy i spostrzeżenia. Od czasu do czasu ocierałam się o poezję, ale nigdy mnie to nie pociągało. Był tylko jeden poeta, którego twórczość czytałam obsesyjnie i który naprawdę wiele zrobił, abym nauczyła się angielskiego – T.S. Eliot. Przez długi czas nosiłam ze sobą dwujęzyczny tom jego poezji, wklejając do niego wszelkie możliwe przekłady. Wysłałam swoje fragmenty beletrystyki do młodzieżowego pisma literackiego, gdzie były publikowane pod pseudonimem. Pamiętam niezwykłe poczucie mocy, jakie poczułam, widząc swoje słowa w druku.
W ostatnich latach szkoły podstawowej zdałam sobie sprawę, że literatura to coś więcej niż zwykła przyjemność. Mogłam powiedzieć, że lektura otworzyła przede mną zupełnie inne światy, pozwalając poznać i doświadczyć życia ludzi, których nigdy nie miałabym szansy poznać ani zobaczyć na własne oczy. Stali się dla mnie tak samo realni, jak ludzie, których spotykam w swoim własnym środowisku. Czytając zmieniałam swoje nawyki, odgrywałam inne egzystencje i bez końca eksperymentowałam z własną tożsamością. Moja mama pamięta, jak czytałam powieść o Eskimosach, a potem nalegałam na suszone mięso. Podróżowanie w czasie i przestrzeni było zdumiewająco proste – wystarczyło położyć się na dywanie lub sofie w salonie, a następnie ruszyć ścieżkami zadrukowanych stron, by spotkać się tam z innym sobą, inną wersją mojego własnego ja.
Co roku z siostrą byłyśmy wysyłane do rodziców mamy na wakacje na wieś. Nasi dziadkowie mieszkali w centralnej Polsce, gdzie mieli piękny drewniany dom, którego część wynajmowali wczasowiczom, bo niedaleko było nadrzeczne kąpielisko i ogromne lasy sosnowe. Tutaj odkryłam zasoby wiejskiej biblioteki, gdzie wszystkie książki były pięknie obłożone szarym papierem, a dzięki jakiejś z góry ustalonej zasadzie rozdzielnictwa można było wypożyczyć wszystko z klasyki literatury amerykańskiej. Te coroczne wakacje były dla mnie synonimem słodkiego i szczęśliwego życia całkowicie pogrążonego w czytaniu, pływaniu i zbieraniu grzybów; życia, które do dziś jest moim wyobrażeniem raju. Czego chcieć więcej?
Moi dziadkowie, a zwłaszcza babcia przenosili mnie w przeszłość, opowiadając mi, ich najstarszej wnuczce, co działo się w okolicy dawniej, kiedy byłam małą dziewczynką, a także wcześniej, zanim się urodziłam. Zarówno dom dziadków, jak i cioci był pełen bibelotów, starych fotografii i pamiątek. Wzdłuż drogi zwanej autostradą rosły ogromne lipy, które pamiętały lokalną historię dłużej niż ludzie. Każde miejsce, każde skrzyżowanie miało tutaj swoją historię. Wkrótce, niczym medium, chłonęłam wszystkie te historie i nosiłam je w sobie przez wieki, aż w końcu udało mi się je wydobyć i zamienić w książkę – to był Prawiek i inne czasy. Być może powinnam wyjaśnić, dlaczego fakt, że to miejsce zostało naznaczone pamięcią i znakami, wywarło na mnie tak głębokie wrażenie. To dlatego, że wychowałam się na terenie, gdzie lokalna ciągłość kulturowa została przerwana po II wojnie światowej. Zmuszeni do wyjazdu Niemcy zabrali ze sobą swoje nazwy, skojarzenia, mitologię i opowieści. Zostaliśmy z pustym miejscem do wypełnienia. Jako dziecko byłam bardzo zaskoczona, gdy po raz pierwszy zobaczyłam polskie nagrobki we wsi moich dziadków, ponieważ zawsze myślałam, że język niemiecki, zwłaszcza zapisany gotyckimi literami, był specjalnym językiem zmarłych, używanym wyłącznie na cmentarzach na całym świecie.
Już w szkole średniej regularnie czytałam czasopisma literackie i zainteresowałam się psychologią, innymi kulturami i religiami. Jednocześnie nagle zafascynowała mnie biologia – zarówno w skali ewolucji, jak i budowy komórek, w skali makro i mikro. Byłam bliska wybrania biologii na studia i być może gdybym to zrobiła, moje życie potoczyłoby się inaczej. Ale kto wie? Pisanie towarzyszyło mi od zawsze, kryjąc się za każdą z moich różnych fascynacji i hobby. Zbadałabym fenomen mitochondriów, a potem bez problemu wróciłabym do Faulknera czy Cortázara. Był to czas moich największych odkryć literackich i najintensywniejszej twórczości literackiej. Od tamtej pory nigdy nie czytałam tyle, ile przez cztery lata w szkole średniej. Ale kiedy przyszedł czas na wybór studiów, poczułam, że powinnam pójść inną drogą, niż wybierać literaturę.
Czasy studiów zbiegły się z dość ponurym okresem w historii mojego kraju. Przeniosłam się do Warszawy na studia w pamiętnym sierpniu 1980 roku, kiedy cała Polska strajkowała przeciwko skorumpowanym władzom komunistycznym, które nie były w stanie poradzić sobie z kryzysem. Po ponad roku niepokojów społecznych i poważnych braków żywności komuniści ogłosili stan wojenny, internowali opozycję, zamknęli uczelnie i ostrzeliwali strajkujących górników. To był trudny czas dla nas wszystkich. Młodej kobiecie z prowincji trudno było odnaleźć równowagę psychiczną w mieście patrolowanym bez przerwy przez milicję i wojsko, z godziną policyjną i skrajnymi brakami wszystkiego, co niezbędne do życia. Już wtedy pracowałam z pacjentami jako wolontariuszka i widziałam, jak bardzo ta sytuacja dotyka ich, najsłabszy element społeczeństwa, ludzi zagubionych i chorych, nie radzących sobie z trudnymi, bezwzględnymi wymaganiami życia w czasie kryzysu i bezprawia. Myślałam, że ci ludzie bardziej potrzebują mojej pomocy niż pisania. Widziałam to wszystko jako rozległe morze niezawinionego nieszczęścia, kosmos szpitali psychiatrycznych całkowicie oderwanych od reszty świata. Ale był to również czas wielkiej aktywności politycznej. W czasie strajku uniwersyteckiego przeczytałam całego Cortázara. W stanie wojennym towarzystwa dotrzymywał mi Ubik Philipa K. Dicka i chyba żadna inna lektura nie mogłaby lepiej pasować do okrutnej, absurdalnej rzeczywistości, w której przyszło mi żyć. Wszystko to wywarło na mnie ogromny wpływ i na jakiś czas porzuciłam całkowicie pomysł pisania.
Praca z pacjentami całkowicie mnie zmieniła i na jakiś czas odeszłam od myślenia o literaturze i pisaniu. Byłam już wtedy zafascynowana Freudem i ogólnie psychoanalizą; to właśnie dzięki jego książce Poza zasadą przyjemności wybrałam psychologię jako przedmiot moich studiów, nie do końca zdając sobie sprawę, że w komunistycznym kraju nie moglibyśmy zająć się psychoanalizą.
Teraz myślę, że kluczowym czynnikiem dla mojej formacji intelektualnej było odkrycie tego, co w psychoanalizie nazywa się trybem „jak gdyby”. Teorie psychoanalityczne oferują nam określony sposób interpretacji świata, tworzą język jego opisu i budują wewnętrznie spójną wizję. Jednocześnie nie można oczekiwać od nich eksperymentalnego potwierdzenia istnienia m.in. ego, id i superego. Są to konstrukcje, które istnieją „tak, jakby” były rzeczywiste. I oto jesteśmy w domenie mitów, legend i baśni. To to samo królestwo, w którym żyją postacie mitologiczne i literackie, pozornie nieprawdziwe, ale trwające znacznie dłużej niż ludzie, a ich dziwna egzystencja nadal wywiera realny wpływ na żyjących. To tutaj znajdują się idee i narracje, koncepcje i teorie.
Dziś mogę powiedzieć, że studiowanie psychologii i kontakt z psychoterapią utwierdziły mnie w przekonaniu, że żyjemy w świecie, w którym współistnieje wiele punktów widzenia. Ten rodzaj relatywizmu ukazuje świat jako złożoną, wielowątkową opowieść, która widziana z różnych punktów widzenia wydaje się nieskończenie bogata i stanowi wyzwanie dla naszego intelektu i psychiki. Jeśli istnieje coś takiego jak wtajemniczenie w pisanie, to myślę, że w moim przypadku chodziło o drobne, ale istotne spostrzeżenie – rzeczywistość, w której żyjemy jako istoty biologiczne i psychiczne, może być ciągle reinterpretowana na nowe sposoby. Na trzecim roku studiów wybrałam specjalizację z psychologii klinicznej.
Po studiach czułam, że nie mam już nic do roboty w Warszawie, mieście, którego nigdy nie lubiłam, które wydawało mi się sztuczne i nieprzyjazne. Kiedy więc zdecydowałam się na pracę w psychiatrii, wróciłam na odległe Województwo Dolnośląskie. Zamieszkałam w Wałbrzychu, uroczym miasteczku, zrujnowanym przez przemysł, które przed wojną nazywało się Waldenburg. Tutaj wyszłam za innego psychologa i urodziłam syna. Jednocześnie doskonaliłam swoje umiejętności zawodowe i po jakimś czasie nieśmiało wróciłam do pisania. W tym okresie zagłębiłam się w psychologię, w tym Junga, który towarzyszył mi przez długi czas, Eliadego, Neumanna i Hillmana. Teraz myślę, że zbyt intensywnie poświęciłam się swojej pracy; dość wcześnie doszedłam do wypalenia zawodowego i być może poczucia beznadziejności tego, co robię. Zrobiłam dłuższą przerwę i wyjechałam na kilka miesięcy do Londynu, co okazało się wielką inspiracją i źródłem nowej energii. Wróciłam z Londynu z kilkoma tekstami literackimi, głową pełną nowych pomysłów i walizką pełną książek – głównie o feminizmie (tam odkryłam cudowną feministyczną księgarnię Silver Moon) i różnymi dziwactwami, które mnie wtedy bardzo interesowały. Rok po powrocie napisałam swoją pierwszą powieść i dwa lub trzy opowiadania.
Długo zajęło mi znalezienie wydawcy mojej pierwszej powieści, Podróż ludzi Księgi. Był to czas totalnej transformacji rynkowej w Polsce – gospodarka socjalistyczna była zastępowana nową, kapitalistyczną gospodarką wolnorynkową, panował więc chaos; upadały duże wydawnictwa państwowe, z podziemia wyłaniały się inne, do niedawna nielegalne. Otwarcie rynku księgarskiego zapoczątkowało lawinę tłumaczeń z języka angielskiego – wszystko, co do tej pory nie mogło być publikowane, nagle pojawiło się w sprzedaży, w tym kryminały, thrillery i horrory. Wszystko to było wystawione w księgarniach, w jaskrawo kolorowych okładkach. Pisarka o polskim nazwisku praktycznie nie miała szans na przebicie się przez to tsunami. Chyba nie było ciężej niż wtedy opublikować swoją pierwszą powieść, a co gorsza, fantastyczną, filozoficzną opowieść o granicach ludzkiej percepcji. Ale to w małym, do niedawna podziemnym wydawnictwie znalazłam wsparcie dla mojej książki, co w tamtych czasach mogło wydawać się zupełnym dziwactwem.
Praca nad tą prostą książeczką wiele mnie nauczyła – nie tylko jak opowiadać historie, jak tworzyć postacie i dialogi, ale także jak redagować tekst i przeprowadzać research. Książka ukazała się wreszcie prawie trzy lata później, w 1993 roku, i zdobyła nagrodę za najlepszy debiut, przyznawaną przez Stowarzyszenie Wydawców Książek Polskich. Pewnie dlatego nie musiałam szukać kolejnego wydawcy – moja druga książka została przyjęta przez prestiżowe wydawnictwo państwowe PWN (które już nie istnieje). Po sukcesie mojej trzeciej powieści Prawiek i inne czasy, która znalazła się na liście nominowanych do najważniejszej polskiej nagrody literackiej Nike, zdałam sobie sprawę, że od teraz będę się wyłącznie zajmowała pisaniem, choć długo uważałam to za trochę wstydliwe hobby i minęło dużo czasu, zanim mogłam przyznać przed sobą, że faktycznie stało się to moim zawodem. Pamiętam dzień na lotnisku, kiedy musiałam wypełnić formularz imigracyjny i stałam tam całe wieki z długopisem unoszącym się nad polem z napisem „Zawód”, nie wiedząc, jak je wypełnić. W końcu zebrałam się na odwagę i umieściłam: „Pisarz”.
Faktem, który uważam za ważny w mojej biografii jest to, że kupiłam stary dom w Kotlinie Kłodzkiej, w której stopniowo poczułam się u siebie. Zagłębienie się w przyrodę, ale też w sferę kulturową Kotliny Kłodzkiej zainspirowało mnie do innego spojrzenia na pisarstwo i życie w ogóle. Tutaj wzmogło się moje zainteresowanie ekologią. Książki, które powstały, zapoczątkowały moją pierwszą autorefleksję literacką, gdy zastanawiałam się nad własnym stylem, pułapkami linearnego opowiadania historii, sposobami kreowania postaci i perspektywą panoptyczną. Dom dzienny, dom nocny, który wówczas powstał, wywarł ewidentny wpływ na całą moją późniejszą twórczość. W tym samym duchu pisane były moje opowiadania. Te książki opowiadały o ludzkich próbach zakorzenienia się w określonych miejscach, tradycjach czy kulturach jako trwały wysiłek, który jest mniej lub bardziej skazany na niepowodzenie, i pokazywały, jak trudne lub wręcz niemożliwe jest to ze względu na sprzeczne siły, które walczą w nas – poczucie dążenia do bezpieczeństwa i stabilizacji, zmaganie się z niepohamowaną, nomadyczną ciekawością świata.
Przełom wieków to okres intensywnych podróży, podczas których przyszedł mi do głowy pomysł na powieść o podróżowaniu, dzieło konstelacyjne, opisujące głęboko ukrytą w nas atawistyczną koczowniczą naturę. Wiele zawdzięczam tym podróżom i traktuję je jako szczególny rodzaj uniwersytetu. Najbardziej intensywne i ważne wyjazdy to te, które odbyłam sama, kiedy musiałam sobie poradzić z szokiem kulturowym, nieznajomością języka i tęsknotą za domem. Ich efektem są Bieguni – bardzo ważna dla mnie książka, w której zastosowałam całą literacką intuicję, którą nazwałam „powieścią konstelacji”. Był to dla mnie ważny czas również z powodów osobistych. Mój związek dobiegł końca i przeprowadziłam się, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby zrezygnować z pisania. W każdym razie tak naprawdę nie wiedziałam, jak zrobić cokolwiek innego. Nie przyszło mi też do głowy emigrować, choć często przebywałam za granicą dłużej lub krócej.
Trudno powiedzieć, ile lat zajęło mi przygotowanie się do napisania Ksiąg Jakubowych. Historia Jakuba Franka nie była zbyt dobrze znana, więc musiałam przeprowadzić ogromną ilość badań, które rozciągnęły się na kilka lat, jak zwykłe studia akademickie. Obejmował także dwie zagraniczne podróże, podczas których przemierzałam od miejsca do miejsca śladami historycznych postaci występujących w książce. Oznaczało to również długie godziny przedzierania się przez dokumenty, wertowania podręczników historii i cierpliwego zbierania szczegółów i lokalnego kolorytu.
Reszta jest nudna. Siedzę i piszę. Kiedy nie piszę, zbieram materiał, badam tematy, zbiegi okoliczności i osobliwości. Nadal dużo czytam, cokolwiek mnie spotka. I od kina wiele się uczę – myślę, że w dzisiejszych czasach to kino nosi koronę opowiadania i my, pisarze, możemy tam obserwować wiele dobrych dénouementów*.
Od mniej więcej piętnastu lat mieszkam we Wrocławiu i Kotlinie Kłodzkiej. Nie podróżuję tak często jak kiedyś. Z biegiem czasu staję się coraz bardziej zamknięta w sobie i introwertyczna. Nie potrzebuję już tyle stymulacji z zewnątrz. Mam małą rodzinę: męża, syna, siostrę i mamę. Jest też mój stary pies, Nina, który jest z nami od ponad dziesięciu lat w różnych przeprowadzkach i cierpliwie przystosowuje się do każdego nowego domu.
Zawsze miałam świadomość, że jako pisarka należę, czy mi się to podoba, czy nie, do wielkiej krainy, jaką jest Europa Środkowa (choć jest wielu ludzi, którzy wątpią, czy coś takiego naprawdę istnieje). Wiem tylko tyle, że jest to przestrzeń między Zachodem a Wschodem, Północą a Południem. Czas płynie tu inaczej, nie liniowo, ale zataczając koła, choć nikt nigdy nie wyciąga wniosków z historii. Wszystko tutaj wydaje się płynne i szkicowe – granice się przesuwają, narody też się przesuwają, zmieniają się wpływy językowe, poglądy i idee mieszają się jak w tyglu. To miejsce, w którym rzeczy pączkują i powstają, ale potem nasiona zawsze idą w świat i zbierają siły gdzie indziej. To krater, z którego wylewa się fala za falą lawa migrantów, którzy zasilają Europę Zachodnią, a przede wszystkim Nowy Świat. Zawsze czułam się częścią tej ziemi, a na dowód z radością przytoczę fakt, że w ciągu swojego życia moja babcia, która nosiła takie samo nazwisko jak ja, miała cztery różne paszporty.
Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się napisać o mieszanej populacji, która tu mieszka, w tym o jej migracjach i wiecznym poczuciu niestabilności. Świadomie staram się nawiązywać do tej nieopisanej kultury w tym, co i jak piszę. Tu nie miejsce na dygresje na temat tego „środka świata”, więc powiem tylko tyle, że mamy tu skłonności do groteski i łagodnego surrealizmu, ciągnie nas do niesamowitości i wierzymy w moc słowa, potęgę języka. Ogromna część populacji pisze poezję. Tutaj każda forma realizmu wydaje się podejrzana, a jakakolwiek stałość wydaje się tymczasowa. To dobre miejsce do pisania. No i dobry język – polski może być trudny do nauczenia, ale dzięki swojej anarchii i cudownemu brakowi precyzji daje ogromne poczucie wolności.
Mam pomysły na jeszcze kilka książek, a teraz pracuję nad dwiema z nich. Pisanie nadal sprawia mi ogromną przyjemność.
° ° °
*
dénouement lub denouementostateczny wynik głównej komplikacji dramatycznej w dziele literackim
(Miriam-Webster)