Wracamy do ojczyzny. Naszej. Jeśli ktoś nie wie, to znajduje się ona w samym środku Europy. To znaczy, w środku geograficznym, nie politycznym. Politycznie ciągle się jakoś ten kraj nie może określić. Na przykład obecnie, bardzo go ciągnie na wschód (a przy okazji też wstecz). Na szczęście geograficznie ciągle jesteśmy w tym samym miejscu, co mam nadzieję nie zostanie zapomniane. Środek Europy wyznaczany był na przestrzeni wieków na różne sposoby. Głównym punktem niezgody są granice kontynentu. Na przykład czy powinno się brać pod uwagę tylko ląd stały czy też wyspy na Atlantyku, albo gdzie dokładnie przebiega granica na Uralu i Morzu północnym. W związku z tym istnieje kilkanaście różnych miejsc w różnych krajach, które do środka Europy pretendują. Ja jednak, nawet nie sprawdzając, zgodzę się na obliczenia królewskiego kartografa i astrologa Szymona Sobiekrajskiego, któremu w 1775 roku wyszło, iż środek Europy znajduje się w Suchowoli na Podlasiu. Jako udokumentowani Europejczycy, odwiedzamy pamiątkową tablicę.
Środek Europy w Suchowoli
Mam nadzieję, że to nie jakiś okropny wstyd, więc przyznaję się bez bicia, że ja na Mazurach chyba nigdy wcześniej nie byłem. Znam je właściwie tylko z muzyki popularnej; Czerwone Gitary („Wróćmy na jeziora”), Piotr Szczepanik („Goniąc kormorany”), Maria Koterbska („Augustowskie noce”), pewnie jeszcze parę nazwisk można by przytoczyć. Ale najbardziej rozpanoszyła się w pamięci piosenka jarmarcznego śpiewaka, można by powiedzieć prekursora nurtu disco polo, Janusza Laskowskiego „Beata z Albatrosa”. Jesteśmy w Augustowie i odwiedzamy kawiarnię Albatros, w której jedna z siedmiu kelnerek na imię miała „właśnie Beata”, a raczej ławeczkę przed kawiarnią z odpoczywającą na niej po wieczornej zmianie tytułową bohaterką. Przysiadam się, nawet biorę ją za rękę, ale jest raczej chłodna. Prawdę powiedziawszy, nie dziwię się; tu jakiś zgredzio w dresach a ona ma na pewno tysiące młodszych i bardziej przystojnych wielbicieli, także śpiewaków. Toteż ani smutku, ani żalu.
Ja z Beatą przed Albatrosem.
Moja żona z Podlasia, na Mazurach bywała, prowadzi więc nas nad jezioro Wigry, do miejscowości o tej samej nazwie. Usytuowana na półwyspie wcinającym się dość daleko w jezioro, otacza wzgórze, na którym wznosi się kompleks zabudowań klasztoru założonego przez Kamedułów, dzisiaj już pustego (czyli jakby „pustelni”). Odwiedzamy eremy, to jest, minimalnie umeblowane cele zakonników. Kiedyś znajdowało się tu łóżko, może jakiś stolik oraz klęcznik, dzisiaj łóżko, szafa na ubrania i dobytek, oraz dużych rozmiarów telewizor. Taki nowy bóg. Bo właściwie na jedno wychodzi czy człowiek próbuje wsłuchiwać się w swoje własne myśli w ogłuszającej ciszy, czy własne myśli zagłuszane są dostarczonym przez satelitę hałasem medialnego saturatora. Tak czy owak, we własne myśli wsłuchać się nie jest łatwo.
Podobno spływy kajakowe po Wigrach i okolicznych jeziorach bardzo lubił niejaki Karol Wojtyła, niczym jeszcze stał się sławny. Nie wiem, czy wpadał też do Kamedułów. Ale kiedy już był Papieżem i podczas jednej z wizyt w Polsce przyjechał na Podlasie, postanowił się w klasztorze wigreńskim przespać. Miejscowa legenda głosi, że odrzucił przygotowane dla niego luksusowe apartamenty i zamiast tego wybrał prosty pokój z prywatną kaplicą obok. Ten pokoik, jadalnia oraz kaplica są teraz udostępnione do zwiedzania. Zajrzeliśmy. Stół w jadalni zastawiony jak do uczty. Może lubił dobrze zjeść.
Odrestaurowane eremy i kościół
w klasztorze pokamedulskim w Wigrach.
Przemieszczanie się z miejsca do miejsca zajmuje rzecz jasna trochę czasu. Nawet samochodem osobowym. Drogi są oczywiście nieporównanie lepsze niż 40 lat temu, za „naszych czasów”, ale autostrady i tzw. drogi ekspresowe łączą tylko większe miasta i aglomeracje. Jednak i po drogach drugorzędnych da się przyzwoicie jeździć. Chociaż nie bez problemów. Kiedyś denerwowały nas furmanki i traktory, za którymi trzeba się było wlec kilometrami. Dzisiaj to my wkurzamy kierowców najnowszych BMW, Audi i Mercedesów, którzy pędzą na złamanie karku nie zważając na zakazy wyprzedzania i linie ciągłe. Pomimo wszystko, pod wieczór docieramy jednak bezpiecznie do naszego celu. Obwodnice, wiadukty, osłonięte przezroczystymi ekranami wielopasmowe arterie, bezkolizyjne skrzyżowania przybyszów z zewnątrz mogą przyprawić o zawrót głowy. Ale nie nas. Bo to rodzinne miasto Misi, czyli Białystok.


