niedziela, 28 maja 2023

Listy z Podróży do Polski. Nr 4. Krzysztof Hariasz.

 

Biały Supraśl

Przez miasto przepływa rzeczka Biała, kiedyś wartko płynący strumień (stok), od której wywodzi się nazwa osady a teraz podlaskiej metropolii. Wydaje się, że dzisiaj już trzystutysięczne miasto nadal się dynamicznie rozwija korzystając ze swego położenia na szlaku komunikacyjnym do Litwy i krajów bałtyckich. W Białymstoku urodziło się i wychowało kilka znanych osób. Przede wszystkim moja żona. Ale już na drugim miejscu plasuje się Ludwik Zamenhof. Zanurzony w sosie językowym własnej rodziny oraz miejsca urodzenia – żydowski, polski, rosyjski, białoruski, hebrajski, francuski, niemiecki (jego ojciec był nauczycielem tych dwóch ostatnich) – już w szkole średniej próbował stworzyć język uniwersalny, który mógłby ułatwić porozumiewanie się różnorodnych społeczności, najpierw Białegostoku a później Warszawy. Ten język to oczywiście Esperanto. Białystok jest naturalnie z Zamenhofa bardzo dumny; na placu jego imienia pomnik, nieopodal ciekawe muzeum, które zwiedzaliśmy podczas którejś z poprzednich wizyt.

    Tym razem okazało się, że w mieście jest więcej ciekawych muzeów. Także zupełnie nowych. Zaczynamy od otwartego niecałe dwa lata temu Muzeum Pamięci Sybiru. Wprawdzie, jak pewnie większość z nas, którzy mają oczy i uszy otwarte, wychowałem się na literackich opisach zsyłek patriotów/powstańców a później relacjach z Gułagu, do martyrologii mam jednak stosunek dość chłodny, więc szedłem tam bez jakiegoś wielkiego entuzjazmu. Nowoczesny budynek, multimedialna ekspozycja (zaprojektowana przez firmę belgijską), dużo chodzenia, generalnie opowiedziano o wszystkich aspektach pobytu Polaków na Syberii i w Kazachstanie, ale… No właśnie, nie jestem historykiem, nie będę się kłócił, ale wydaje mi się, że 1) mieli bardzo mało eksponatów (co jest naturalne), 2) popełnili dużo błędów w organizacji ekspozycji, oraz 3) wygląda jakby nadzorowała to narodowa raczej niż historyczna frakcja IPN-u. W piwnicach muzeum umieszczono memoriał katyński. Podświetlone kolumny z nazwiskami ofiar.

 


Wejście do Muzeum Pamięci Sybiru.


 

    Z ciekawostek, na Sybir wyjeżdżali też Polacy dobrowolnie, za chlebem, podobnie jak do Ameryki (ale jakoś mi ten wątek nie pasuje do zdecydowanie martyrologicznego charakteru muzeum). Natomiast udział w zdobyciu Berlina przez żołnierzy armii Berlinga (w większości byłych zesłańców) ilustrowany jest filmowym fragmentem z „Czterech pancernych”, kiedy Janek Kos zatyka polską flagę na Bramie Brandenburskiej. (A w mediach socjalnych Janusz Gajos właśnie wzywa do udziału w warszawskim marszu wolności 4-go czerwca)

    Z ponad trzystu tysięcy obywateli polskich wywiezionych na wschód w latach 1940-41 przez Sowietów, jedną trzecią stanowili Żydzi. Nie jest to jakoś specjalnie dziwne, bo Żydów na terenach okupowanych przez Rosję Sowiecką było dużo. W samym Białymstoku stanowili około 40% populacji (czyli 40 tysięcy). W Muzeum niewiele się o tym fakcie mówi. W ogóle w Polsce ten temat nie jest jakoś specjalnie eksponowany. Warszawa (i, teoretycznie, cały kraj) ma Polin, w większości miast i miasteczek są tylko, dzisiaj zwykle odrestaurowane i zaadoptowane do różnych celów budynki dawnych synagog. Niektóre są siedzibą muzeów, także muzeów kultury żydowskiej. Na przykład Wielka Synagoga w niedalekim Tykocinie, którą zwiedzaliśmy parę lat temu. W samym Białymstoku napotykamy na zaniedbany budynek dawnej synagogi Mohilewera. Przypomina o tym tylko tablica pamiątkowa ze śladami, wydaje się, prób desakracji przez naziolski element, który ma się w Polsce wcale dobrze.




Dziki parking z tyłu starej synagogi.





Tablica upamiętniająca z dziwnymi śladami.


    Ale spotkaliśmy też grupę białostockich Gojów, którzy próbują pamięć o miejscowych (i nie tylko) Żydach podtrzymać. Właśnie otworzyli jakby zalążek przyszłego muzeum. W wynajętym od znajomych pokoju z piwnicą, to póki co bardziej idea niż rzeczywistość, ale ich entuzjazm wydaje się być solidny i każe mieć nadzieję, że ten projekt będzie rósł. Jesteśmy jedynymi gośćmi, oglądamy skromne, lecz wymowne zbiory, oglądamy film o próbach ratowania dzieci z transportów do Tremblinki, rozmawiamy z założycielami jakbyśmy się znali i razem pracowali od lat. Nazwali to miejsce po prostu Miejsce. Wszystkim się jakieś miejsce w świecie i ludzkiej pamięci należy. 



Figura w Miejscu.

 

    Jakby nam nie było za dużo muzeów i poważnych tematów, jedziemy do pobliskiego Supraśla, miejscowości uzdrowiskowej, otoczonej Puszczą Knyszyńską, ale też z własną interesującą historią. Już na początku XVI wieku zbudowano tu prawosławny monaster, który odegrał kluczową rolę w rozwoju miasta. Przez lata monaster przeszedł w ręce unickie, później kościoła rzymsko-katolickiego, a od lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku jest znów prawosławny. To właśnie w budynkach monasteru znajdują się dwa interesujące muzea. Najpierw odwiedzamy muzeum ikon. Niewiele wiem na ten temat, mimo iż kilka lat temu odwiedziliśmy inne muzeum ikon, na zamku w Sanoku na Podkarpaciu. Ale wtedy byliśmy pod wrażeniem znajdującego się w tym samym miejscu galerii Zdzisława Beksińskiego, a na dodatek kolekcja ikon (o ile sobie przypominam, jedna z największych w Europie) była po prostu nie do ogarnięcia w ciągu krótkiego czasu, jaki mieliśmy. Tym razem podsłuchuję przewodniczkę oprowadzającą wycieczkę starszych pań, które w te okolice przyjechały głownie do sanktuarium w Świętej Wodzie (Góra Krzyży), ale interesują się wszystkim co ma związek z religią. Nie będę tu oczywiście opisywał czego się dowiedziałem, ale było i o Starowierach, i o ośmioramiennym krzyżu, i o niezwykle skomplikowanej a niezmiernie ważnej dla tego rodzaju obrazów symbolice. Wierność tradycji ma być bardzo charakterystyczna dla kościołów wschodnich. Być może dlatego Rosjanie wydają się być niereformowalni.




Współczesny fresk w muzeum ikon.


    Dosłownie kilka kroków od muzeum ikon znajduje się muzeum drukarstwa. Dlaczego na terenie monasteru? Ponieważ już w 1695 roku uruchomiono tu przyklasztorną drukarnię, w której powstawały książki w języku łacińskim, polskim oraz cerkiewnosłowiańskim. Muzeum Sztuki Drukarskiej i Papiernictwa jest instytucją prywatną, założoną przez grupę entuzjastów a znajduje się dwóch przestronnych salach o wysokich sufitach. Jako były drukarz bibuły z okresu Solidarności i Stanu Wojennego, bardzo jestem zainteresowany. Jesteśmy jedynymi zwiedzającymi. Miła młoda pani, która nas oprowadza, pokazuje najpierw jak się robi papier i w jaki sposób wytworzyć znak wodny. Później przechodzimy przez historię maszyn drukarskich, od repliki prasy Guttenberga, poprzez rozmaite usprawnienia ułatwiające pracę zecerów bądź też przyspieszające proces drukowania. Wszystkie maszyny są autentyczne i wszystkie wciąż działają, co bardzo pomaga zwiedzającym zrozumieć rozwój techniki i związaną z tym ewolucję drukarstwa. Jest też i linotyp, niesamowicie skomplikowana maszyna, która bardzo usprawniła przemysł drukarski, ale niestety – poprzez to, że produkowała czcionkę z płynnego ołowiu – wysłała też rzesze linotypistów i linotypistek na przedwczesną śmierć. 



Ta maszyna drukowała kiedyś gazety.

 

    Na koniec jeszcze krótka lekcja z introligatorstwa, pakujemy wydrukowane własnoręcznie pamiątki i wychodzimy pooddychać uzdrowiskowym powietrzem. Spacerujemy jeszcze trochę, później obiad z tradycyjnymi polskimi potrawami a pod wieczór kierujemy nasze kroki do teatru Wierszalin.