czwartek, 1 czerwca 2023

Listy z Podróży do Polski. Nr 5. Krzysztof Hariasz.

 

    Który to był rok? 1981 może? W gazetowego jeszcze formatu „Polityce” ukazała się obszerna recenzja z jednego ze spektakli Teatru Provisorium, której autorem był Jan Koniecpolski. To była dobra recenzja, z fragmentami tekstów, między innymi moich. Wkrótce okazało się, że Koniecpolski to pseudonim Tadeusza Słobodzianka, teatrologa, reżysera, dramaturga, krytyka. Więc kiedy w 1993 roku na międzynarodowym festiwalu teatralnym w Edynburgu pojawił się teatr z Polski, którego współzałożycielem był Słobodzianek, musiałem pójść. Teatr nazywał się Wierszalin a przedstawienie nosiło tytuł „Turlajgroszek”. Nie przypominam sobie tego spektaklu, pamiętam tylko, że był zrealizowany w poetyce, która była mi (jeszcze z Polski) bliska. Toteż zmęczony i trochę pewnie zdegustowany większością amerykańskiej oferty, odebrałem go bardzo pozytywnie. 
Więc, kiedy Misia mi któregoś roku, wróciwszy właśnie z wizyty w Białymstoku powiedziała, że w podbiałostockim Supraślu ma siedzibę teatr o nazwie Wierszalin, natychmiast się zainteresowałem. I podczas którejś z następnych wizyt poszliśmy do teatru. Chyba po raz pierwszy w Polsce od 1983-go roku, kiedy już jako widz oglądałem spektakl Provisorium w Chatce Żaka. Czyli po dobrze ponad trzydziestu latach. Spektakl nazywał się „Teatr, którego nie było” i za kanwę miał starania Wyspiańskiego u Ludwika Solskiego o wystawienie sztuki jego autorstwa. Poetyka, scenografia, aktorstwo, wszystko do mnie przemawiało, chociaż treści raczej nie pamiętam. Podobała się też lokalizacja teatru i sam budynek. 
Kiedy planowaliśmy obecną podróż, sprawdziliśmy też repertuar Wierszalina i udało się. Zakupiliśmy bilety na spektakl pt. „Wierszalin. Reportaż o końcu świata”, przedstawienie jedno z wcześniejszych, ale od czasu do czasu wznawiane. Oto w telegraficznym skrócie historia, która zainspirowała twórców teatru, ten spektakl, a także filmy, książki, dramaty i inne formy różnych autorów.
W latach trzydziestych ubiegłego wieku, w okolicy wsi Grzybowszczyzna (dzisiaj w gminie Krynki, tuż przy granicy z Białorusią), niepiśmienny chłop Eliasz Klimowicz, po wieloletnich acz bezowocnych zmaganiach z cerkwią prawosławną, ogłosił się prorokiem, szybko zdobył rzeszę wyznawców wśród okolicznych mieszkańców i w końcu założył miejscowość Wierszalin mającą być nową stolicą świata. Prorok Ilia (czyli Eliasz) i jego sekta doczekali tylko końca świata, jaki sobie sami wymyślili i jaki znali. Najpierw osłabiła ich niecierpliwość własna; ci, którzy nie mogli się doczekać wielkich cudów i spełnienia obietnic odeszli sami. A w 1939 roku, miejsce gdzie żyli przejęła armia sowiecka, i wkrótce ślad po proroku Ilii oraz jego najwierniejszych zaginął.

 

 
Główny dom w Wierszalinie. Stolica państwa duchów.
Fot: Krzysztof Maria Różański (Upior polnocy) - 
Praca własna, CCBY-SA3.0,
https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=62569990

To nie będzie recenzja ze spektaklu, może tylko jakieś impresje, co najwyżej próby zrozumienia fragmentów. Żeby dogłębnie zrozumieć i móc odtworzyć spektakl po jednym obejrzeniu trzeba być albo profesjonalnym krytykiem (chociaż i oni się nagminnie mylą) albo mieć filmową wręcz pamięć. Wielu uważa, iż teatr przemawia głównie do emocji. Nie mam z tym poglądem problemu. Na dodatek, jak jest w zwyczaju, w trakcie spektaklu nie wolno fotografować, nie mam więc żadnych „eksponatów”. A i pamięć usuwa mniej ważne obrazy i dźwięki każdego dnia i każdej nocy. (Kto naprawdę ciekawy, niech przeczyta:

Scena przedstawia ubogie wiejskie obejście, kwadrat otoczony drewnianym płotem z powtykanymi między sztachety różnej wielkości prawosławnymi krzyżami. W tle jakby wrota stodoły, czy może po prostu ściana z desek. Szóstka aktorów, trzy kobiety i trzech mężczyzn, opowiadają historię sekty z Wierszalina. Niełatwo jest stosunkowo młodym i obytym w świecie aktorom przedstawiać, może i się wcielać w postaci biednych, niepiśmiennych chłopów białoruskich. Ale rozumiemy konwencję i nawet im z upływem czasu ufamy. Szczególnie kiedy sceny nabierają tempa i intensywności. Na przykład, kiedy jedna z kobiet wykrzykuje histerycznie do sąsiadów i współmieszkańców, ale także do nas widzów, „Kajajcie się”! Albo kiedy wszyscy przejmująco śpiewają cerkiewne pieśni. Chłopy basują a baby się przepięknie na głosy wydzierają. 
Ten rodzaj teatru, czy może ta poetyka (niekoniecznie nawet post-modernistyczna, po prostu współczesna) charakteryzuje się często przeplataniem humoru i tragedii, ironii i powagi. Bo takie jest życie; mieszanka radości i smutku, łez i humoru. Tak też skonstruowany jest i ten spektakl. Sceny o ironicznym zabarwieniu przeplatają się ze scenami cięższymi, posępnymi nawet. Ale trend jest odczuwalny od samego początku; ochota z jaką ci ludzie akceptują heretycką przecież wiarę może się wydawać śmieszna, ale bardzo szybko śmiech zamiera nam na ustach i wiemy już, że to się nie może dobrze skończyć. Nie znamy tylko szczegółów. Niektórym udaje się „przejrzeć na oczy” i uratować się, innych (przepraszam za wyświechtany zwrot) wiatr historii zmiata z powierzchni ziemi.
Ale taki był w rzeczywistości los proroka Ilii, który po wkroczeniu armii sowieckiej na Podlasie zniknął bez śladu i nigdy już o nim nie słyszano. Kula w potylicę, wystrzelona z sołdackiego nagana kończy w spektaklu żywot proroka i jego najwierniejszych wyznawców. Diabelska ironia tej historii jest tu pokazana bardzo dobitnie; ludzie, którzy pragnęli dla siebie raj na ziemi wymodlić giną z rąk ludzi, którzy „raj na ziemi” postanowili sierpem i młotem zbudować. Wrota raju-stodoły otwierają się, ciemność wkrótce pochłania aktorów, jeszcze tylko trzeba po sekcie posprzątać.
Poprzedniego dnia zwiedzaliśmy muzeum zesłanych na Sybir a przez ostatni tydzień co i rusz napotykaliśmy ślady wywożonych do obozów śmierci Żydów. Bydlęce wagony, drewniane wrota, często strzał w potylicę, anonimowość śmierci. Dzisiaj jakby kontynuacja i podsumowanie tych tematów w spektaklu teatralnym. 

 

Co zostało z raju.


Bardzo ciekawe były dla mnie odwołania do poetyki teatrów Kantora oraz Grotowskiego. Może swoiste cytaty z ich spektakli albo komentarze. Tak, komentarze. Najpierw Grotowski. Aktorzy, ściśnięci w ciasną grupę, przesuwają się z miejsca na miejsce mini kroczkami, tuptając jakby, szurając butami co może symbolizować/oznaczać coś w rodzaju stada, czy odgórnie musztrowanego, czy też maszerującego z własnej woli, ale wspólnie. W taki sposób przemieszczali się więźniowie obozu koncentracyjnego w „Akropolis” Teatru Laboratorium. Później Kantor. Pluton wykonujący egzekucję na członkach sekty grany jest przez aktora w kapeluszu przypominającym hełm i dziwnej czarnej sukience/łachu. To jako żywo postać sprzątaczki z „Umarłej klasy” Teatru Cricot 2. Myślę, że podobnych odwołań może być więcej, nie oczekiwałem żadnych więc tylko te dwa utkwiły mi w pamięci. 
Nie wiem dlaczego Piotr Tomaszuk, autor/reżyser spektaklu zdecydował się na te ewokacje. Mogę się domyślać, że chciał oddać hołd artystom, którzy zainspirowali całe pokolenia twórców teatru w Polsce. Zresztą Grotowski i Kantor to dzisiaj już dziedzictwo teatru światowego. Ale męczy mnie też myśl, że Tomaszuk dokonuje też jakby autorefleksji. Grupy wyznawców skupione wokół Kantora i (może szczególnie) Grotowskiego, często eksponują cechy charakterystyczne sekt religijnych. Mistrzowie teatru uważani bywają za proroków i guru. Być może spektakl „Wierszalin. Reportaż o końcu świata” jest też diagnozą rozedrgania w świecie sztuki, a szczególnie sztuki teatralnej, gdzie obawa o sens, może wręcz o majaczący gdzieś koniec, wydaje się determinować większość twórców. Oraz ostrzeżeniem – przed uleganiem własnemu lenistwu i podpieraniu się wizjami wieszczów. Nawet jeśli ci są prawdziwymi geniuszami.

 


 Aktorzy z Wierszalina.