Kraków
Wycieczka jest do ojczyzny, tak więc przydałby się wątek patriotyczny. Wybieramy się do Krakowa nawet nie przeczuwając, że na tego typu wrażenia będziemy tam wystawieni dosłownie na każdym kroku. Z dworca pędzimy prosto na Wawel, bo mamy już wykupione bilety na zwiedzanie sal reprezentacyjnych oraz kwater prywatnych. Konstrukcja i architektura zabudowań na tym wzgórzu robi wrażenie. Tu się można było bronić. Natomiast wnętrza niestety trochę rozczarowują. Owszem, w niektórych komnatach piękne sufity, czasem arrasy, solidne rzeźbione meble. Ale jakoś, wydaje się, pusto. Jest to, rzecz jasna zrozumiałe, to miejsce było wielokrotnie łupione i mało które przedmioty są tu od początku. Na przykład, w okresie zaborów Austriacy mieli na Wawelu szpital wojskowy. Wyburzyli wiele oryginalnych zabudowań i utrzymanie zamku w kondycji pamiątki narodowej na pewno nie było ich celem. Na dokładkę mamy problem z organizacją ekspozycji, z dostępem do informacji o eksponatach. Razem z nami zwiedzają oczywiście liczne wycieczki. Podsłuchujemy więc przewodników, wyłapujemy szczegóły i to trochę pomaga. Ale nie idziemy też do skarbca oglądać narodowe klejnoty i skarby. Może powinniśmy byli. Korony królów zobaczyć. I berła. Może nie jesteśmy zachwyceni, ale mimo wszystko pod wrażeniem. I bez większego trudu wyobrażamy sobie dawną świetność.
Na wzgórzu wawelskim znajduje się również katedra, a więc własność kościoła a nie państwa polskiego, co prawdopodobnie uchroniło ją przed destrukcją i grabieżą. Tu od razu nam się przypomina litewski etap naszej podróży, bo nagrobek/trumna Władysława Jagiełły wystawiona jest w samej nawie głównej. Wspinamy się po wąskich drewnianych schodach na wieżę, aby dotknąć serca dzwonu Zygmunta. To był do niedawna największy polski dzwon, którego bicie towarzyszyło przez wieki najważniejszym uroczystościom państwowym, jak na przykład koronacje królów czy pogrzeby znamienitych obywateli (Ale „prawdziwi” polscy katolicy musieli oczywiście wszystko zepsuć i w 1999 zawiesili w Licheniu jeszcze większy dzwon, bo nie wystarczyło im, że obok pobudowali największą na świecie figurę Chrystusa). Schodzimy do krypt. W jednej szczątki „wieszczów”: Mickiewicz, Słowacki, Norwid, Szopen.
W drugiej sarkofagi królów (czasem z rodzinami) i innych ważnych przywódców. Na przykład Piłsudski ma swoją własną kryptę. Byłem tu już kiedyś, bardzo dawno temu, być może z jakąś wycieczką szkolną, ale dzisiaj chyba lepiej ten wątek ciągłości pamięci narodowej rozumiem. To znaczy, rozumiem sens utrzymywania tych wszystkich pamiątek i relikwii. Co absolutnie nie przeszkadza mi aby uważać się za obywatela świata.
Wawel z nieco innej perspektywy.
A na krakowskim rynku naprawdę odczuwa się przynależność do całego świata. Tysiące turystów, co i rusz inny język słychać, wycieczki licealistów wyglądających i zachowujących się dokładnie tak samo jak ich rówieśnicy z innych krajów, nawet zza oceanu. Spacerując w tym tłumie dochodzimy do Piwnicy pod Baranami. Owszem, dzisiaj wieczorem będzie koncert i są jeszcze bilety. Kupujemy po kuflu piwa i zasiadamy w małej salce, udekorowanej na styl „bałaganiarsko-kabaretowy”. Sala wypełnia się i na estradę wychodzą muzycy (bass, keyboard) oraz główna wykonawczyni. Pani nazywa się Agnieszka Grochowicz i śpiewa piosenki Osieckiej, Młynarskiego, Kofty, Przybory oraz własne. W miarę upływu czasu wyraźnie się rozkręca, również dzięki pozytywnej reakcji publiczności i na koniec musi coś zaśpiewać na bis. Nie ma sensu ani potrzeby porównywać pani Grochowicz do pani Demarczyk, która kiedyś też na tej scenie śpiewała. Każda na swój sposób dobrze i ciekawie. Co by nie powiedzieć, wieczór był miły, a na dodatek spędzony w legendarnym miejscu.
W Piwnicy.
Na drugi dzień rano zaczynamy od Muzeum Książąt Czartoryskich. Owszem, wiemy o kontrowersji z zakupem kolekcji Czartoryskich, ale prawdę powiedziawszy szybko o niej zapominamy. Jesteśmy pod bardzo dużym wrażeniem odrestaurowanego niedawno budynku oraz samej kolekcji. Książęta zbierali dzieła sztuki oraz polonica. Nie wspominając o wszystkim co dotyczyło ich własnego rodu. Największym skarbem kolekcji jest oczywiście „Dama z gronostajem” (znana też jako „Dama z łasiczką”) Leonarda Da Vinci. Obraz jest jedynym eksponatem w przyciemnionej sali. Tłumów, jak choćby przed Moną Lisą nie ma. Więc jeśli ma się trochę cierpliwości, można doczekać momentu, kiedy w sali nie ma nikogo i spokojnie pokontemplować. A jest co. Mają też w muzeum obraz Rembrandta. Ale cała kolekcja jest naprawdę bardzo interesująca. Także polonica (to właśnie wspomniany wcześniej motyw patriotyczny). Dla czytelników powiązanych z Lubelszczyzną interesujący może być fakt, że to wszystko, a przynajmniej duża część zbiorów przechowywana była kiedyś w rezydencji Czartoryskich w Puławach.
Atrium w Muzeum Czartoryskich.
Podekscytowani tą kolekcją, przechodzimy na krakowski rynek, do Sukiennic, gdzie znajduje się jeden z oddziałów Muzeum Narodowego. A w nim oczywiście Matejko, czego można się było (jak na prawdziwych patriotów przystało) spodziewać, ale i szereg innych polskich prominentnych artystów. Jest Malczewski (wspaniały „Malarczyk”), są Grottger, Chełmoński, Gierymski, Michałowski. Jest „Szał” Podkowińskiego, który nas zaskakuje wielkością (tu też ciekawostka: kiedy dotarłem do tego obrazu, siedziała właśnie przed nim wycieczka może czternasto-, piętnastolatków, którym nauczycielka coś tłumaczyła. Nie załapałem się, właśnie kończyła, ale młodzież wydawała się być zainteresowana). Jest też, chyba jedyna w tym towarzystwie kobieta, Anna Bilińska-Bohdanowicz – znakomita portrecistka, przedstawicielka realizmu, tworząca głównie w Paryżu. Monumentalne „Hołd Pruski” i „Kościuszko pod Racławicami” Matejki mają prawie 9 metrów szerokości i 5 metrów wysokości. Matejce zajmowało ponad rok namalowanie takiego obrazu. Podobno grubość farby na płótnie dochodzi do dwóch centymetrów. Podróże kształcą. Dla patriotów jest też w muzeum czasowa wystawa z okazji 160-tej rocznicy wybuchu Powstania Styczniowego. Zaglądamy.
Po drodze do jakiegoś innego celu, napotykamy bramę dawnego Teatru Cricot 2 Tadeusza Kantora. Brama jest zamknięta. Cricoteka, czyli archiwum Teatru znajduje się gdzie indziej. Na innej ulicy dom Matejki. Jest 20 minut przed zamknięciem, ale wchodzimy. Ten człowiek już za życia był uważany za bohatera narodowego. Ale też wielkiego artystę. Uczył Wyspiańskiego i Malczewskiego. W tym domu odwiedził go cesarz Franciszek Józef. Tacy jesteśmy teraz mądrzy, że musimy jeszcze postawić stopę w Collegium Maius, piętnastowiecznego budynku i najstarszej istniejącej części Akademii Krakowskiej, dzisiaj Uniwersytetu Jagielońskiego. Jesteśmy już dość zmęczeni chodzeniem i zwiedzaniem, ale tu czujemy się dobrze.
Odpoczynek w Collegium Maius.
Kraków – miasto symbol historii tego kraju. Byliśmy właściwie tylko na Starówce, zobaczyliśmy i odwiedziliśmy tylko malutką część ogromu pamiątek, zabytków i innych interesujących miejsc. Może się jeszcze kiedyś uda wrócić. A tymczasem, „do zo…”




