Druga, a jeśli wliczać wycieczkę na Litwę, trzecia część naszej podróży odbywa się po miastach, miasteczkach i wsiach Podkarpacia (z wypadami na Kielecczyznę i do Małopolski). Ta część jest, przynajmniej w planach, mniej interesująca i w związku z tym moja relacja może być krótsza (mniej interesująca?). Jedziemy do mojej rodzinnej Kolbuszowej, powiatowego miasteczka nad rzeką Nil.
Właściwie to Podkarpacie nie powinno się jakoś bardzo różnić of Podlasia. Tak zwana „ściana wschodnia”, czyli zagłębie PiSu, populacja raczej konserwatywna, religijna, część kraju chyba mniej wykształcona, wpatrzona raczej w siebie niż otwarta na świat (no chyba, że w celach zarobkowych). Mimo to, na Podlasiu jakichś tam doznań kulturalnych przecież doświadczyliśmy. Próbujemy więc także na Podkarpaciu. Na początek Galeria Sztuki Współczesnej Pastuła. W podkolbuszowskiej wsi, właściwie w szczerym polu, kolekcjoner sztuki Jan Pastuła zakupił upadłe gospodarstwo składające się z chatki i zabudowania gospodarczego, jakby stodoły połączonej z komórką czy oborą, które to zabudowanie wyremontował i przekształcił w miniaturową galerię sztuki. Błądzimy po polnych drogach, pytamy miejscowych i w końcu nam się udaje. Właściciel opowiada nam o projekcie, pokazuje fragmenty swojej kolekcji. Posiada w niej prace wszystkich najbardziej uznanych współczesnych polskich artystów plastyków. Ale nam najbardziej się podoba chatka, do której kiedyś wpuścił grupę studentów, bodajże z Lublina, którzy tam przez tydzień, wykorzystując przedmioty znalezione na miejscu albo w sąsiedniej wsi, na koniec dodając własną inwencję zrobili swoiste dzieło sztuki.
Sztuka w szczerym polu.
W starej kolbuszowskiej synagodze znajduje się dzisiaj prowadzone przez bibliotekę publiczną miejsce wystaw, głównie sztuki. Ale my trafiamy na ekspozycję… starych rowerów. Otóż okazuje się, że pasjonaci są wszędzie. Na przykład dowiadujemy się, że pewien lokalny strażak zakochany jest w starych rowerach. Restauruje je, naprawia i kolekcjonuje. Ma ich podobno ponad 150, na wystawie eksponowana jest tylko część kolekcji. Niektóre bardzo ciekawe eksponaty; jest rower obwoźnego sprzedawcy piwa, są „damki” z misternie odtworzonymi koronkami zabezpieczającymi przed wplątywaniem się sukienek w szprychy, jest rower wojskowy z czasów Drugiej Rzeczpospolitej, jest też i welocyped. Bardzo fajnie, ale nas chyba jednak bardziej fascynuje sama pasja. Tak trzymać.
Uzbrojony pojazd plutonu cyklistów.
A skoro jesteśmy przy tematyce wojskowej, znajdujemy się jakby w centrum operacji militarnego wsparcia Ukrainy przez NATO. W sąsiednich miejscowościach znajdują się poligony, na których trenują na zachodnim sprzęcie ukraińscy żołnierze (nocą słyszymy wybuchy a drogami przelotowymi jadą transporty ciężkiego sprzętu), zakłady naprawcze sprzętu uszkodzonego w działaniach wojennych, rampy przeładunkowe, no i lotnisko w Jasionce koło Rzeszowa, z którego i ja kiedyś latałem, a dzisiaj prezydenci, premierzy i inni dygnitarze w drodze z i na Ukrainę. No i, rzecz jasna, tony sprzętu. Przejeżdżamy obok. Sznur ukraińskich ciężarówek, czekających na załadowanie. Bateria wyrzutni Patriot, chroniąca lotnisko przed możliwym atakiem rosyjskich rakiet. Wszystkie lufy nakierowane na Wschód. Nie robię zdjęć. Na cmentarzu, gdzie groby bliskich, wszędzie rosną niezliczone maki. Właśnie kwitną. Czerwone. Nad nami przelatują wojskowe helikoptery. Czy po to abyśmy krwi już nie musieli przelewać?
Jedziemy do Rzeszowa. Najpierw ciekawy szlak przez piwnice na starym mieście. Trochę wiadomości o historii miasta, trochę o historii miast w ogóle. Piwnice to miejsca, gdzie składowano towar, czasem ukrywano ludzi. Skarbnica historii ekonomicznej miast. Dowiadujemy się na przykład, że słowo partacz oznaczało kiedyś rzemieślnika, który z różnych powodów nie zdał (jeszcze?) egzaminu mistrzowskiego w danym cechu. Mógł wykonywać swoją robotę bardzo dobrze, ale nie miał „papierów”. Więc był partaczem. Dzisiaj to słowo ma wydźwięk zdecydowanie negatywny. Dowiadujemy się też, a przynajmniej ja, że w „sklepach bławatnych” sprzedawano towary tekstylne, jako iż bławat w staropolskim znaczyło po prostu jedwab.
Odwiedzamy galerię fotografii. Po raz kolejny okazuje się, że w tego typu miejscach jesteśmy jedynymi zwiedzającymi, mamy więc wspaniałych przewodników/entuzjastów, którzy mogą poświęcić nam dużo czasu. Nawet w rzeszowskim muzeum bardzo mało ludzi, tak że nikt nam nie przeszkadza w oglądaniu obrazów m.in., Malczewskiego, Wyczółkowskiego, Mehoffera, Boznańskiej, Wyspiańskiego czy Makowskiego.
W Rzeszowie powstał i funkcjonował jeden z najbardziej znanych zespołów big-beatowych w okresie naszej młodości. Grali bluesa a nazywali się Breakout. Słuchamy na telefonach „Gdybyś kochał, hej” oraz „Kiedy byłem małym chłopcem”. Fotografujemy się z Tadeuszem Nalepą.
Już nie mali chłopcy.




