wtorek, 6 czerwca 2023

Listy z Podróży do Polski. Nr 8. Krzysztof Hariasz.

 


Patrząc całościowo, mamy sporo szczęścia i większość naszych planów udaje się zrealizować. Mało tego, co i rusz dokładamy ad hoc nowe interesujące punkty do rozkładu jazdy. Nasza podróż powoli dobiega już końca a właściwie to mieliśmy tylko dwa niepowodzenia i to na samym początku. Pierwsze miało miejsce jeszcze w Stanach, kiedy jechaliśmy z Ohio na lotnisko w Newarku. Byliśmy już w Pennsylwanii, ale nawet jeszcze nie w połowie drogi, kiedy wypożyczone auto nam się na autostradzie po prostu rozkraczyło. Przez prawie trzy godziny „wisieliśmy” na telefonach z serwisem wypożyczalni próbując załatwić jakiś transport zastępczy. Totalnie sfrustrowani i wystraszeni, że nie zdążymy na samolot wynajęliśmy wreszcie Ubera, aby dojechać do niedalekiego miasteczka, gdzie, mieliśmy nadzieję, znajdziemy jakieś wyjście z impasu. Zwierzyliśmy się z problemu kierowcy i zapytaliśmy, czy mógłby nas podwieźć jeszcze dalej, aż do granicy z New Jersey, gdzie mieliśmy zamiar wynająć następnego Ubera, który mógłby nas zabrać już na lotnisko. Nasz kierowca odpowiedział na to, że on nas na lotnisko w Newarku może zawieść. Rzecz jasna za odpowiednią opłatą. Dobiliśmy targu, przeprowadziliśmy transfer funduszy i popędziliśmy na Wschód. Na samolot zdążyliśmy właściwie w ostatniej chwili. Z wypożyczalnią samochodów będziemy się kłócić już po powrocie.

O drugim niepowodzeniu już pisałem. To ten brak ciepłej wody w Druskiennikach na Litwie. Tym razem strachu i frustracji wielkiej nie było. Prawdopodobnie dlatego, iż mieliśmy kilka dni, aby się na niedogodność przygotować. Natomiast trzecie niepowodzenie dotknęło nas, kiedy ostatniej niedzieli, w drodze do rodziny w Krośnie postanowiliśmy zatrzymać się w Wielopolu Skrzyńskim, żeby odwiedzić dom rodzinny oraz Muzeum Życia i Twórczości Tadeusza Kantora. Według informacji na stronie internetowej, w niedziele Muzeum jest czynne od 12:00. Zajechaliśmy dużo wcześniej. Jakieś lody, wygrzewanie się na ławce, obserwacja sennego rynku. W końcu idziemy do Muzeum. Po drodze, na tablicy informacyjnej, widzimy, że powinno być otwarte od 10:00. Przyspieszamy kroku. Jest! Budynek dawnej plebanii (tuż za kościołem, w którym właśnie kończy się msza celebrowana przez zawodzącego nosowym tenorem księdza), przyglądamy się, fotografujemy. Kiedy podchodzimy do drzwi, naszym oczom ukazuje się następująca informacja.

 



Ręce nam opadają ale obiecujemy sobie, że podczas następnej wizyty na pewno tu przyjedziemy. Oczywiście po uprzednim telefonicznym upewnieniu się, że warto. Obchodzimy dom dookoła, robimy sobie jeszcze jedno zdjęcie. I jedziemy dalej.


 

 

Przed Domem Kantora w Wielopolu. (fot. Misia)


A dalej jest historycznie-literacko. Odwiedzamy ruiny zamku Kamieniec w Odrzykoniu. XIV-to wieczna warownia obronna, częściowo odrestaurowana, z niewielką ekspozycją w dwóch czy trzech komnatach i pomieszczeniach podzamcza. Generalnie raczej kupa kamieni i sterczące fragmenty ścian. Prowadzone są jakieś roboty, ale domyślamy się, że głównie w celu zabezpieczenia stanu aktualnego. Żeby w większą ruinę nie popadł. Kompleks składał się kiedyś właściwie z trzech zamków; górnego, średniego i dolnego. Właściciele, jak to często wśród szlachty bywało, zmieniali się i były sytuacje, kiedy różne rodziny znajdowały się w posiadaniu różnych części zamku. Na przykład, Skotniccy tak wyremontowali górny zamek, że woda deszczowa lała się z niego na dziedziniec zamku średniego, będącego własnością Firlejów. W taką właśnie sytuację wżenił się w 1828 roku Aleksander Fredro. Kłótnie i swary między właścicielami, jakie obserwował zainspirowały go do napisania „Zemsty”, Mocium Panie.



 

Zamek w Odrzykoniu.


Udało nam się też w dużym stopniu nadrobić stratę z Druskiennik. Pojechaliśmy mianowicie do Solca Zdroju (w Kieleckiem) do siarkowych wód u źródła Malina. Komu się siarka skojarzyła z malinami nie mam pojęcia. Podjeżdżamy pod dom kąpielowy, który znajduje się tuż obok sanatorium o nazwie „Malinowy Raj” i już w pobliżu wita nas nie słodki zapach czerwonych owoców, ale lekki smrodek zgniłych jaj. Tak pachnie siarka. Tablice informacyjne zachwalają, że soleckie wody siarczkowe (a właściwie solanki siarczkowo-bromkowo-jodkowo-borowe) są najmocniejsze na świecie. Nie jestem pewien co leczą, zdaje się, że stawy, kości i inne reumatyzmy, oraz skórę. Dla mnie najważniejsze, że opóźniają starzenie się. Sanus Per Aquam. Najpierw się moczymy, później trochę wodnych zabaw, jak masaż bąbelkowy czy stanie pod mocnym wodospadem, jeszcze trzy rodzaje sauny, znowu moczenie i czujemy się jak rybki. Woda pod prysznicem normalna – przezroczysta i bezzapachowa – więc nie czuć nas ani siarką ani rybą.



 

SPA (Sanus Per Aquam)


No dobrze, może już wystarczy tych atrakcji. Nie spodziewaliśmy się zresztą, a przynajmniej ja się nie spodziewałem, że tyle nam się uda zobaczyć i tyle doświadczyć. Byłem przygotowany, że większość czasu spędzimy na obiadach i pogaduszkach z rodzinami. Rzecz jasna, to też miało miejsce, lecz było raczej przyjemne niż obowiązkowe. Postanawiamy tę podróż uczcić kubkiem gorącej czekolady w największej w Polsce i w Europie pijalni czekolady w Korczynie na Podkarpaciu. Na ścianach sentencje. „Gdy włos ci z głowy spada, pomóc może czekolada”. „Biochemia dowodzi, że nie ma różnicy między miłością a dużą tabliczką czekolady”. „Czekolada nie pyta, czekolada rozumie”. „Jeśli chodzi o czekoladę, opór jest daremny”. Z przyjemnością ulegamy.

° ° °


Ten list od Krzysztofa jest przedostatni, według jego objaśnień pisał go w autobusie w drodze na lotnisko warszawskie. Ponoć w samolocie napisze ostatni. W następnych odcinkach relacji z podróży Misi i Krzysia do Polski wstawię Jej fotki. Będą to Jej osobne Listy Ilustrowane. (BK)