Krzysztof Hariasz
Listy z Podróży do Polski.
2.
List z Litwy, drugi.
Po intensywnym Wilnie jedziemy do spokojnych Druskiennik. To największe i najsłynniejsze uzdrowisko na Litwie, znane już od czasów Augusta Poniatowskiego, specjalizujące się w balneologii (leczenie za pomocą wód) oraz klimatu sprzyjającemu leczeniu chorób dróg oddechowych. My zdecydowaliśmy się na krótki pobyt nie tyle w celach sanatoryjnych, ile relaksacji. Kiedy już wszystko było wybrane i opłacone, okazało się, że służby miejskie Druskiennik planują sprawdzanie i konserwację systemu ciepłej wody właśnie wtedy, kiedy my tam mamy przebywać, więc możemy liczyć tylko na wodę zimną. Musieliśmy odwołać wszystkie kąpiele, borowiny, sauny i baseny, zostały nam tylko inhalacje i suchy masaż. Dobrze, że chociaż wodę w toalecie będzie można spuścić. Bywało, że na obozach harcerskich warunki były jeszcze bardziej spartańskie, a jako iż niektórzy z nas mają harcerskie doświadczenia i szlify, postanowiliśmy zaryzykować.
Druskienniki mają oczywiście i polski wątek w swojej historii. Bywali tu między innymi Kraszewski, Moniuszko, Osterwa i Orzeszkowa. Ale uzdrowisko rozsławił i spopularyzował wśród rodaków Józef Piłsudski, który tu bywał na odpoczynku rok w rok. Został nawet honorowym obywatelem miasta. W dwudziestoleciu międzywojennym dokończono budowę neogotyckiego kościoła, w którym podobno najchętniej modlił się Marszałek. My tylko zaglądamy. Okazuje się, że w kościele przechowywane są relikwie Świętego Walentego, tego od Walentynek. Kochajmy się, kochani! Miłość nam wszystko wybaczy. Tak jak mam nadzieję wybaczyła osobie, która wybudowała w Druskiennikach dom gościnny i nazwała go na cześć Marii Curie-Skłodowskiej „Rad” (Dzisiaj „Radium”). Obchodziłem z daleka.
Uzdrowisko najpewniej wygląda dzisiaj zupełnie inaczej niż za czasów Drugiej Rzeczpospolitej. Ozdobną drewnianą architekturę, typową dla regionu i miejsc uzdrowiskowych, można już tylko spotkać tu i ówdzie. W ogóle polskości, przynajmniej tej oczywistej, raczej mało. Przynajmniej w moim odczuciu. Może dlatego, że ja z Galicji. Naprzeciw naszej kwatery urokliwa cerkiew. To dla mnie, jak już wspomniałem, egzotyka. A na tych terenach to normalność; litewskość, polskość, białoruskość.
Oprócz sanatoriów i domów zabiegowych, główną atrakcją Druskiennik jest dzisiaj park wodny, tak zwany AquaPark, z basenami, zjeżdżalniami, rozmaitymi jacuzzi, łaźniami i saunami. To pewnie rozrywka głownie dla dzieci i młodzieży, ale ja się przyznaję bez bicia, że miałem nadzieję skorzystać. Niestety zimna woda w kranie wszystko popsuła. Zamiast tego odkrywamy kolejkę linową na pobliski pagórek, gdzie zbudowany jest kryty tor narciarski. Czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy – szusowanie pod dachem. Kolejka linowa wkrótce płynie ponad wierzchołkami drzew i nagle ukazuje się naszym oczom… jeszcze jeden „polski” akcent: rzeka Niemen. Dzień jest pochmurny, więc i woda jest szara a nie jak u Mickiewicza błękitna. Nic to, podziwiamy. Ja też myślę trochę o Czesławie Wydrzyckim. On wprawdzie z terenów obecnie białoruskich, ale to ta sama rzeka, a on śpiewał, że „czas jak rzeka płynie”. I rzeczywiście.
Mimo wszystkich przeciwności, wyciskamy z Druskiennik ile się da. Spacer dookoła jeziora, inhalacje tlenowe, barszcz i placki ziemniaczane na obiad, odkrywanie historycznych ciekawostek, ładnych widoków, a wszędzie zapach właśnie kwitnącego bzu. Jutro ma lać przez cały dzień. Więc wracamy do ojczyzny.A Ty, Litwo, ojczyzno Adama M., bądź zdrowa.


