photo from: https://www.thecrimson.com/image/2018/4/5/owen-gingerich/
z polskiej notki w Wikipedii:
Owen Jay Gingerich (ur. 24 marca 1930 w Washingtonie) – amerykański astronom oraz historyk nauki.
W lipcu 1946 przypłynął do Gdańska jako morski kowboj z transportem koni dla powojennej Polski. Swoje wspomnienia z tej podróży opisał w „The American Scholar”.
W 1953 roku ukończył studia na Uniwersytecie Harvarda, w 1962 uzyskał tam tytuł doktora. Początkowo zajmował się astrofizyką, potem większą uwagę poświęcił historii astronomii.
W latach 50. XX wieku badał m.in. biografię Charles’a Messiera. Na podstawie jego listów dodał do Katalogu Messiera brakujące obiekty Messier 108 i Messier 109.
Prowadził dogłębne studia nad pracami Jana Keplera i Mikołaja Kopernika. Studia nad zapiskami i marginaliami umieszczonymi w I i II wydaniu De revolutionibus orbium coelestium trwały około 30 lat. Ich wyniki zostały opublikowane w książce An annotated census of Copernicus' De Revolutionibus (Nuremberg, 1543 and Basel, 1566). Dwie popularnonaukowe prace Gingericha zostały przetłumaczone na język polski.
W 2006 roku przyznano mu nagrodę Prix Jules-Janssen.
23 czerwca 2008 Uniwersytet Zielonogórski nadał mu tytuł doktora honoris causa. W 2010 wyróżniony przez Uniwersytet Mikołaja Kopernika nagrodą Convallaria Copernicana, przyznawaną za wybitny wkład naukowy lub szczególne zasługi dla rozwoju uczelni.
Planetoida (2658) Gingerich została nazwana jego imieniem.
° ° °
The American Scholar, Vol.68 No. 4 (Autumn 1999)
Powrót morskiego kowboja
Konie na morzu i zabłąkane książki
OWEN GINGERICH
Zwolennicy teorii chaosu twierdzą, że trzepot skrzydeł jakiegoś motyla lecącego nad Kioto ma związek z huraganem szalejącym trzy lata później na Atlantyku. Chodzi im o to, że huraganów nie da się przewidzieć z dużym wyprzedzeniem, ponieważ wymagane informacje początkowe są tak złożone i rozległe, że stawiają opór wszelkim rozsądnym sposobom gromadzenia danych. Jednak w świadomości społecznej pozostaje niezatarty obraz tak nierozerwalnego łańcucha przyczynowego od motyla do burzy, że w tym sensie, nawet ja jestem zamieszany w powstanie filmu Park Jurajski, ponieważ kiedyś Michael Crichton był moim uczniem. Mam nadzieję, że związki przyczynowe, ujawnione w poniższym wspomnieniu są nawet silniejsze. Istotnie – składa się ten pamiętnik z dwóch odrębnych części: z motyla i z burzy.
I.
We wczesnych godzinach czwartkowego poranka, 20 czerwca 1946 roku, SS Stephen R. Mallory wypłynął z doku w Newport News w Wirginii, udając się w trudną, ale dla mnie niezapomnianą podróż.
Stephen R. Mallory był frachtowcem typu Liberty – jednym ze statków towarowych zbudowanych dla marynarki handlowej podczas II wojny światowej – podobnym do setek dostarczonych przez przemysłowca Henry'ego J. Kaisera w udanej próbie dania odporu niemieckim U-botom. Ale Mallory, zbudowany w Panama City i nazwany na cześć sekretarza marynarki Konfederacji, nie był zwykłym statkiem Liberty – był jedną z ośmiu wersji z podwójnym takielunkiem, z dźwigami po obu stronach i wyjątkowo szerokimi włazami do przewozu czołgów. Zaledwie rok po zakończeniu wojny, Mallory został wyciągnięty z lamusa i przysposobiony do misji humanitarnej w ramach UNRRA, Agencji Narodów Zjednoczonych ds. Pomocy i Rehabilitacji. Na statku zbudowano setki kojców w ładowniach i na górnym pokładzie, co przekształciło go w arkę do przewozu bydła. W czerwcową środę, od rana do wieczora, przez szerokie luki statku marynarze transportowali skrzynie z bydłem z doków do ładowni.
Kiedy Mallory wypłynął gorącą i duszną nocą, od razu gryzący smród amoniaku zaczął się unosić z dolnych ładowni: nie krowy tak śmierdziały, ale 847 koni przeznaczonych do pracy na farmach w rozdartej wojną Polsce. Byłem jednym z trzydziestu dwóch kowbojów wyruszających w tę niezapomnianą podróż – drugim najmłodszym, szesnastoletnim żółtodziobem, który po raz pierwszy dowiedział się czegoś o koniach z bezpośredniej z nimi styczności. Wyruszałem w przygodę, która – można powiedzieć – w niewyobrażalnym stopniu ukształtowała moją karierę.
Kowboje pochodzili z małych miasteczek w Pensylwanii, Ohio, Indianie, Illinois i Kansas, kilku z farm, niektórzy z college'ów, wielu z liceum. Nikt z nas nigdy wcześniej nie przepłynął oceanu, poza Ronem Graberem, kuzynem moich kuzynów, który urodził się w Indiach w rodzinie misjonarzy. Ron był najmłodszym kowbojem; minął mu zaledwie miesiąc od szesnastych urodzin, co było progiem wiekowym do otrzymania karty marynarza handlowego.
Pięćdziesiąt lat później szesnastu morskich kowbojów spotkało się na biwaku w południowym Michigan. Wszyscy byliśmy seniorami, a większość z nas dziadkami. Jak, u licha, zadaliśmy sobie pytanie, tak wielu rodziców zgodziło się wówczas na to, by ich nastoletni synowie wyjeżdżali według nieokreślonego rozkładu jazdy za granicę? Oczywiście świat był wtedy inny, gdyż wielu nastolatków zostało powołanych do wojska i wysłanych na wojnę lub, jak w przypadku mnóstwa moich znajomych, do cywilnej służby publicznej dla osób odmawiających służby wojskowej ze względu na przekonania. Ale pytanie pozostało. Wydaje się, że odpowiedzią było zaufanie rodziców do mojego ojca, kierownika wyprawy i głównego rekrutera załogi z ramienia UNRRA.
Mój ojciec, Melvin Gingerich, urodził się na farmie w południowo-wschodnim Iowa jako najstarsze dziecko mennonickich rodziców. Wszyscy jego pradziadkowie byli biskupami Amiszami. Żadne z czwórki jego rodzeństwa nie chodziło do szkoły średniej, ale zainspirowany przez wujka, który został profesorem języka angielskiego na Uniwersytecie Michigan, mój ojciec poszedł na studia, a potem, pracując na pół etatu w latach Wielkiego Kryzysu, zrobił doktorat z historii społecznej Ameryki na Universytecie Stanowym w Iowa.
Będąc na studiach, stał się częstym wykładowcą w klubach i kościołach w regionie. Pamiętam, że jeden z jego wykładów na temat portretów Jerzego Waszyngtona bardzo uraził miejscową Córę Rewolucji Amerykańskiej ujawnieniem, że z powodu sztucznych zębów Waszyngton wypychał sobie policzki watą w trakcie pozowania. Inne wykłady nie podobały się Radzie Szkolnej. Mój ojciec był zarówno elokwentnym obrońcą tradycyjnego pacyfizmu mennonickiego, jak i krytykiem szerzącego nienawiść kaznodziei Geralda Winroda i jego antysemickiej propagandy. Członkowie Rady Szkolnej nie kryli zadowolenia, gdy mój ojciec przyjął zaproponowane mu stanowisko asystenta profesora w małej menonickiej szkole w Kansas. Trzy miesiące później nastąpił atak na Pearl Harbor i naród zmobilizował się do wojny. Kilku mennonitów poszło do wojska, głównie jako nie-żołnierze. Większość jako nieopłacani poborowi służyli we wspieranych przez kościół obozach dla osób odmawiających służby wojskowej ze względu na sumienie, lub jako sanitariusze w szpitalach psychiatrycznych, co ostatecznie przyspieszyło reformę szpitali psychiatrycznych w Ameryce. Mój ojciec odwiedzał każdy obóz i każdy szpital, bo dowiedział się, że zostanie historykiem eksperymentu menonickiej Cywilnej Służby Publicznej. Przypuszczam, że właśnie dlatego był znany, osobiście lub z reputacji, wszystkim rodzicom morskich kowbojów na statku Stephen R. Mallory.
Obecność ojca na pokładzie przyjmowałem, rzecz jasna, jako wątpliwą łaskawość opatrzności. Zostałem przydzielony do jednej z górnych ładowni, co było wielkim dobrodziejstwem, ponieważ wentylacja była tam lepsza niż w głębszych ładowniach. Moim kolegą z załogi był John Keith Miller, którego ojciec został później moim profesorem na studiach. John Keith niemal natychmiast zapadł na beznadziejną chorobę morską, a ponieważ mój ojciec nie chciał mnie faworyzować przydzielaniem kogoś innego do pomocy, musiałem sam nakarmić i napoić ponad osiemdziesiąt koni. Ładownia składała się z dwóch długich korytarzy, z rzędem koni przywiązanych do długiej deski po obu stronach każdego z nich. Napełnianie wiader wodą wymagało nieustannej czujności, jeśli się chciało uniknąć ukąszenia przez złośliwe konie. Ale jak można je było winić? Wyrwane z sielankowych ustroni, przetransportowane koleją do zagrody w porcie, wciągane na kołyszący się statek, pozbawione ruchu, zmuszone do stania z obcymi towarzyszami i balansujące coraz niepewniej, gdy gnój gromadził się pod ich tylnymi nogami, miały wszelkie powody, by mściwie wyrażać frustrację.
W ciągu pierwszych kilku dni jednym z naszych najtrudniejszych zadań było rozrywanie drutów oplatających duże bele siana. Rozwiązanie tego problemu pojawiło się dość nieoczekiwanie. Stephen R. Mallory wypłynął w dziewiczy rejs jako łódź dla bydła, gdy po dwóch dniach na morzu pojawiły się problemy z silnikiem. W niedzielę wieczorem statek ledwie się dowlókł do portu w Bostonie. Oznaczało to, że mój ojciec i kilku innych mogło zejść na brzeg, a jedną z ich zdobyczy była para ostrych przecinaków do drutu. Teraz mogłem z łatwością rozplątywać bele.
Ale na pokładzie statku były też poważniejsze problemy. Niektóre konie zachorowały, a w okropnym upale i w trujących wyziewach amoniaku w najniższych ładowniach, kilka koni zmarło zaduszonych. Marynarze wyciągnęli martwe zwierzęta na pokład i umieścili je w pełnym słońcu na dachach boksów, gdyż nie uchodziło wrzucić padliny do wody w porcie bostońskim. Na szczęście, zanim udusiliśmy się smrodem gnijącego mięsa, z pomocą przyszły nam płachty na śmieci. Zanim naprawiony statek odpłynął, między dźwigami zawieszono długie brezentowe leje i wtłaczano nimi świeże powietrze do dolnych ładowni, trzy poziomy niżej, w pobliżu środka statku.
Wszystkie konie były klaczami rozpłodowymi – to znaczy ciężarnymi. Kilka źrebiąt urodziło się jeszcze na pokładzie statku. Pierwsze, które przyszło na świat, gdy zakotwiczyliśmy w Bostonie, wywołało wśród marynarzy sensację. Stolarz okrętowy, który oczywiście miał przezwisko Hebel, zbudował dlań specjalny kojec. Niestety źrebak nie przetrwał letnich upałów. Ogierek był jednym z sześćdziesięciu pięciu koni i kilku źrebiąt, które straciliśmy podczas podróży. Hebel zajął się usuwaniem ofiar, co czasami czynił kilka razy dziennie. Dzięki sprytnemu systemowi linek i kół pasowych mógł wydobyć półtonowe ciało bez żadnej rzezi. "Spokojnie!" ryczał do młodych ludzi przy wciągarkach na pokładzie. („Eeef eeesi! Eeef eeesi!”, tak to brzmiało w jego szwedzkiej wymowie).
Na statku było dwóch weterynarzy: szef, dr Moore, starszy i milszy, oraz jego zuchwały młody włoski pomocnik, Solar, który zdawał się wiedzieć o koniach mniej niż wielu kowbojów. Kiedy koń się kładł, był to na ogół zły znak i wzywano weterynarzy.„Ten koń ma temperaturę poniżej normy” – powiedział młody weterynarz o jednym zwierzęciu, które najwyraźniej było martwe od kilku godzin. „No to, daj mu zastrzyk, żeby wyzdrowiał” – zakpił ktoś. Historia szybko się rozeszła wśród załogi jako prześmiewcza plotka. Solar odkrył swój błąd, kiedy przyszedł z zastrzykiem, ale aby nas wyśmiać za wyśmiewanie go, wyjaśniał: "Wiecie co, przez wibracje statku nozdrza tego konia sprawiały wrażenie, jakby się poruszały."
Nie wiem, kto bardziej nas onieśmielał, oficerowie statku czy weterynarze. Kapitan Frank Cronin odwiedził kiedyś naszą kwaterę, wymachiwał dwoma pistoletami i groził możliwością szybkiego wymierzania sprawiedliwości na pełnym morzu. Weterynarze przeprowadzali niezapowiedziane kontrole. Kiedyś znaleźli podręcznik do historii, który nieumiejętnie schowałem między belami siana. Taki pociąg do nauki uznali za odrażający i natychmiast wyrzucili z ładowni wszelkie materiały do czytania. W rezultacie lepiej ukryliśmy nasze książki i czasopisma oraz opracowaliśmy tajny system ostrzegania, aby oszukać weterynarzy, gdy zaczynali akcję.
Ledwo wyjechaliśmy z Bostonu, spalił się generator. Od tego dnia wodę trzeba było racjonować, ale kapitan Cronin postanowił płynąć naprzód. Ułożyliśmy wtedy specjalną rutynę jedzenia, spania i karmienia zwierząt, która została przerwana dopiero, gdy wzburzone morze rozbryzgało fale na pokładach i przykuło niektórych kowbojów do koi z powodu choroby morskiej. Wkrótce ze strefy upału wpłynęliśmy w strefę zimna, a w swoim dzienniku z 1 lipca mój ojciec napisał: „Leżę w łóżku pod czterema kocami. Postanowiłem nie marznąć tak, jak ostatniej nocy”. Akurat wtedy wysiadła lodówka i musieliśmy zjeść wszystkie rozmrażające się lody!
Następnego dnia zepsuł się bojler i kapitan Cronin rozważał przystanek na Azorach. Uszkodzenie było poważne, ale inżynierom jakimś cudem udało się go naprawić, a jeden z inżynierskich pomocników oznajmił: "Widać, są na tym statku dobrzy chrześcijanie, bo inaczej byśmy tego nie naprawili". Niestety niebawem ktoś wlał słoną wodę do drugiego bojlera. Kapitan podejrzewał sabotaż ze strony konkurencyjnej linii żeglugowej, ale wkrótce dowiedział się, że winowajcą był niekompetentny drugi pomocnik inżyniera. Kilka dni później Mallory zawinął do Plymouth w Anglii, żeby naprawić lodówkę, uzupełnić zapasy żywności i zabrać sprzęt do rozmagnesowywania min morskich. Większość z nas, kowbojów, skończyło pracę wcześniej i wybraliśmy się na ląd. Po raz pierwszy widziałem wtedy wojenne zniszczenia, ale też pierwszy raz pozyskałem łupy wojenne. Centrum miasta było zniszczone niemieckimi bombami. Kościół Św. Andrzeja z zerwanym dachem zrobił na mnie takie wrażenie, że wziąłem sobie na pamiątkę znaleziony w ruinach ołowiany liść ze strzaskanych witraży.
Po południu w poniedziałek 8 lipca wypłynęliśmy z Plymouth na morze najspokojniejsze od czasu opuszczenia Newport News. Następnego popołudnia minęliśmy imponująco wysokie klify Dover, a w naszych głowach rozbrzmiewał refren przeboju z lat czterdziestych: „Lecą niebieskie ptaki nad białymi klifami Dover”. Morze było spokojne, ale nasze przygody wcale się nie skończyły. Wpłynęliśmy na Kanał Kiloński późno w środę wieczorem, przy dobrej widoczności w długim letnim zmierzchu. Przejście przez kanał wymagało niemieckiego pilota, ale kapitan Cronin nie chciał mu okazywać uprzejmości. Odmówił podania ręki, odwrócił się plecami i wycofał do swojej kwatery. Przeprawa przez Bałtyk również wymagała niemieckiego pilota, ale tym razem kapitan stanowczo odmówił. W rezultacie zgubiliśmy się na najgorszym polu minowym, jakie pozostało po II wojnie światowej. System rozmagnesowywania na naszym statku sprawił, że był on mniej podatny na zderzenie z miną magnetyczną, ale sytuacja wciąż była denerwująca. Przedzieraliśmy się przez pole minowe, więc zaniepokojeni marynarze na dziobie statku obserwowali wodę przez lornetki. Pamiętam, jak obserwowałem kilwater, kiedy statek gwałtownie skręcił w prawo. Pobiegliśmy na prawą burtę, aby zobaczyć, co się dzieje. Ku naszemu zdumieniu ujrzeliśmy minę przepływającą obok, która najwyraźniej znajdowała się bezpośrednio na naszej drodze. Nie była jedyną, którą widzieliśmy tego dnia.
12 lipca, nieco ponad trzy tygodnie po naszym wypłynięciu z Newport News, Stephen R. Mallory rzucił kotwicę w Nowym Porcie, alternatywnym nabrzeżu, które Polacy zbudowali, gdy Gdańsk został wolnym miastem po I wojnie światowej. Wkrótce konie wyładowali słabo wyposażoni polscy dokerzy, którzy byli wdzięczni nawet za nawóz. Nasze obowiązki jako kowbojów dobiegały końca – pozostało nam tylko posprzątać stajnie Augiasza w drodze powrotnej – a teraz nadszedł czas na zejście na ląd.
Dla prawie wszystkich z nas, kowbojów wyrwanych spod rodzicielskiej opieki, bylo to pierwsze zderzenie z brudną stroną swiata. Nam wydawała się ekscytującym ryzykiem nauka gry w bilard w Katolickim Klubie Morskim w Newport News, gdy czekaliśmy na przydział na statek. Nie bardzo przygotowano nas w Newport do bycia takimi żeglarzami, jak niewiele od nas starsi, zahartowani młodzieńcy, których słownictwo żeglowało głównie ku słowu na "f", używanym pomysłowo po kilka razy w każdym zdaniu, najczęściej w formie imiesłowu. Ich obsesją był seks w każdej chwili na jawie, a zapewne we snach także.
Ale to było nic w porównaniu z tym, co nas spotkało w zdemoralizowanej wojną Polsce. Nie przypominam sobie, żebym w porcie widział prostytutki, ale widziałem wielu alfonsów, których wymowne gesty z łatwością pokonywały marynarskie bariery językowe. Budowle z cegieł w zrujnowanym mieście tworzyły spektakularne ruiny, a były one wszędzie. W ukwieconym kolorowo Gdańsku jeździły tramwaje, lecz miasto było w rozsypce. Kiedy wróciłem tu dwadzieścia pięć lat później, nie mogłem rozpoznać niczego oprócz samego portu.
Przed zapokładowaniem w Newport News musieliśmy przyrzec, że nie będziemy wymieniać pieniędzy na czarnym rynku. Po przybyciu do Polski doktor Solar zaoferował się pomóc nam w pozyskaniu waluty po kursie lepszym niż oficjalny, to znaczy dwieście złotych za dolara. Na szczęście nikt się nie skusił, gdyż realny handel w porcie przebiegał całkiem inaczej. Za dziesięć dolarów albo dwa kartony papierosów dało się kupić dobrą lornetkę. Mało kto z nas miał tyle pieniędzy, a papierosów nikt. Ci, którzy zdecydowali się handlować, zyskiwali tyle, że oferta doktora Solara była wręcz śmieszna. Ona sam wściekał się okropnie, bo nikt nie szedł z nim w wymianę. Podejrzewaliśmy zresztą, że chce nas, naiwnych kowbojów, wydudkać. W efekcie sam został z garściami bezwartościowych polskich pieniędzy.
Al Meyer, mój trzeci kuzyn z Ohio, wraz z kilkoma innymi kowbojami wybrał się na zbieranie pamiątek na pobliskim polu bitwy. Wśród rozbitych czołgów podniósł hełm i przerażony znalazł w nim czaszkę. Dwa dni później, może by uchronić nas przed niebezpiecznymi przygodami, kapitan Cronin zorganizował wyprawę na miejsce, gdzie padły pierwsze strzały podczas II wojny światowej. Obszar był nadal zaminowany, więc poruszaliśmy się ostrożnie. Po powrocie na statek pierwszy oficer przeprowadził inspekcję naszej kwatery i znalazł skład ostrej amunicji zebranej przez moich przyjaciół. Wszystko poszło za burtę. Widok ruin, pól bitewnych, prostytucji, doświadczenia z czarnego rynku wynikłego z dewastacji i biedy, wywarły na mnie niezatarte wrażenie. Żywo wzmocniło to moją wcześniej teoretyczną odrazę do wojny i wzbudziło we mnie wielkie współczucie dla losu Polaków.
W powrotnej drodze nie zabrakło kolejnych przygód. Niektórzy marynarze zarazili się chorobą weneryczną podczas zejścia na ląd, ale zapasy penicyliny tajemniczo zniknęły. Kilku kowbojów, którzy pomogli opróżnić lodówkę, gdy się zepsuła, przesłuchano, ale ostatecznie nie przypisano nam winy. Za to my, kowboje, nie mieliśmy wątpliwości, że weterynarze sprzedali antybiotyk na czarnym rynku w Polsce. Raz doktor Solar wtargnął do naszej kwatery i zagroził pozwem każdemu, kto wystawi mu złą opinię przed Komisją, która zarządzała programem UNRRA. Nie mam pojęcia, czy udało mu się zapisać na kolejny rejs.
W drodze powrotnej otrzymaliśmy niespodziewaną premię turystyczną, kiedy zatrzymaliśmy się na sześć dni w Kopenhadze na naprawę kotła. Byłem już zapalonym astronomem-amatorem, więc AJ Meyer i ja złożyliśmy wizytę w Obserwatorium Kopenhaskim. Spotkaliśmy tam Julie Vinter Hansen, dyrektorkę Centralnego Biura Wiadomości Astronomicznych, które zaalarmowało świat o nowo odkrytych kometach. Nigdy bym nie zgadł, że osiemnaście lat później przeniosę to biuro do Obserwatorium Smithsona i obejmę po niej stanowisko dyrektora.
10 sierpnia dotarliśmy do Newport News. Ostrzygłem się i zjadłem całą kwartę lodów.
II.
Minęło pięćdziesiąt lat. Zebraliśmy się na złotą rocznicę naszej wyprawy. Kilku kowbojów zostało rolnikami; niektórzy, w tym organizator zjazdu, Don Zook, zostali pastorami i misjonarzami; inni byli administratorami lub nauczycielami. AJ Meyer uzyskał doktorat z fizyki w Princeton i służył jako teoretyk edukacji w Kościele Menonickim. Byron Bender, który ożenił się z moją kuzynką, studiował gramatykę mikronezyjską i został przewodniczącym wydziału lingwistyki Uniwersytetu Hawajskiego. Ed Metzler. który przedstawił mnie mojej żonie, kiedy przyprowadził ją pewnej nocy, żeby spojrzała przez mój teleskop, stał na czele Korpusu Pokoju w Indiach, a później służył jako szef Zjednoczonych Misji w Nepalu. Dale Hostetler, którego karierę sportową przerwała kontuzja, został fizjoterapeutą, który towarzyszył Bobowi Hope w dziesięciu podróżach dookoła świata. Ron Graber, nasz najmłodszy kowboj, spędził większość swojego życia pracując w klinice medycznej w wiejskim Puerto Rico. Richard Siemens, mój kolega ze szkoły w Kansas, również został lekarzem. W 1959 roku, kiedy odbywał staż w Marine Hospital w Seattle, został wezwany do zbadania dwóch poparzonych słońcem marynarzy, którzy spędzili kilka dni na tratwie ratunkowej po tym, jak rozbili się na Morzu Śródziemnym. Byli członkami załogi statku Liberty, który rozleciał się na kawałki. Richard, zaintrygowany, zapytał ich, czy kiedykolwiek słyszeli o Stephen R. Mallory. „No pewnie” – odpowiedzieli. „To był ten nasz statek, który zatonął!”
Kiedy pisałem tę relację, przyszedł do mnie reporter z Boston Globe, aby przeprowadzić ze mną wywiad na temat wystawy Leonarda da Vinci w Bostońskim Muzeum Nauki. Kiedy wychodził, wspomniałem, że muszę wrócić do pisania o moich młodzieńczych doświadczeniach jako kowboja na morzu. Reporter sięgnął ponownie po magnetofon, wyjaśniwszy, że lubi takie niepozwiązane ze sobą szczegóły. „Może się zdziwisz”, powiedziałem mu, „ale Leonardo ma związek ze sprawą”. Moje naukowe zainteresowanie XV i XVI wiekiem jest bezpośrednio związane z tą pamiętną podróżą sprzed pół wieku.
W 1964 roku, kiedy byłem na spotkaniu Międzynarodowej Unii Astronomicznej w Hamburgu i przygotowywałem się do przejęcia Centralnego Biura Wiadomości Astronomicznych, opisałem okoliczności mojej podróży statkiem bydlęcym w 1946 roku polskiemu astronomowi, Jerzemu Dobrzyckiemu. Zaintrygowany Dobrzycki zaprosił mnie na Międzynarodowy Kongres Historii Nauki, który miał się odbyć w Polsce następnego lata. W tym czasie robiłem karierę w astrofizyce gwiazd, pracując przy obliczeniach astronomicznych, ale coraz bardziej interesowałem się historią astronomii. Pomyślałem – Dlaczego nie wykorzystać moich umiejętności do przygotowania pracy na temat wczesnych obliczeń Johannesa Keplera? W ten sposób wróciłem do Polski.
W swojej historii Polska miała stosunkowo niewielu międzynarodowych bohaterów kultury – Kopernika, Chopina, Marię Skłodowską-Curie, Paderewskiego, papieża Jana Pawła II. Kopernika rozsławiano w Polsce już w 1965 r., gdyż w 1973 r. przypadała pięćsetna rocznica jego urodzin. Wkrótce znalazłem się w międzynarodowym komitecie, planującym obchody pięćsetnej rocznicy kopernikańskiej. W miarę zbliżania się tej daty zastanawiałem się, czy będzie coś nowego do powiedzenia na temat Kopernika – w końcu jego dzieło badano już od kilku stuleci. W 1970 roku wziąłem urlop naukowy w Smithsonian Observatory i całą rodziną wyjechaliśmy do Anglii. W listopadzie zaplanowałem pobyt w Szkocji, a po drodze naradziłem się z kolegą z komitetu obchodów i zgodziliśmy się, że De revolutionibus, opublikowane w 1543 roku, było tak ważnym traktatem, że zbiór czytelników przez cały XVI wiek prawdopodobnie przewyższa liczebnie tych, którzy studiowali go w ramach współczesnych programów naukowych, takich jak ten w St. John's College, gdzie jest to lektura obowiązkowa. Arthur Koestler – zauważając w Lunatykach, że jej pierwsi czytelnicy, podobnie jak późniejsi, byli przerażeni jej „wyjątkową nieczytelnością” – nazwał ją „książką, której nikt nie czytał”.
Dwa dni później przyjechałem do Edynburga i tam w Królewskim Obserwatorium znalazłem pierwsze wydanie De revolutionibus, które na każdej stronie było skrupulatnie opatrzone wnikliwymi komentarzami. Biorąc pod uwagę, jak niewielu było szesnastowiecznych czytelników, rzecz wydawała się nieoczekiwana, ale wkrótce przyszło mi do głowy, że książka mogła zostać opatrzona adnotacjami przez jednego z astronomów z naszej krótkiej listy, i tak właśnie się okazało. Autorem marginaliów był Erazm Reinhold, profesor matematyki w Wittenberdze i czołowy nauczyciel astronomii w pokoleniu bezpośrednio po Koperniku. Jego komentarze ujawniły człowieka głęboko zaintrygowanego technicznymi szczegółami traktatu Kopernika, ale praktycznie ignorującego kosmologiczne implikacje rewolucyjnej heliocentrycznej struktury.
Marginalne wyjaśnienia Reinholda potwierdziły to, o co podejrzewaliśmy szesnastowiecznych astronomów, którzy dopiero zaczynali godzić się na potencjalne konflikty z przekazami biblijnymi. Na przykład w Psalmie 104 oświadcza się, że Bóg tak ukształtował Ziemię, aby pozostala nieruchoma: z pewnością jest to geocentryczne credo. W poźniejszym pokoleniu Kepler uznałby ten werset za świadectwo wiary, iż Bóg stworzył stabilne środowisko dla naszego życia, a nie za tekst naukowy. Ale w latach czterdziestych XVI wieku taka interpretacja nie była jeszcze do wyobrażenia, zaś heliocentryzm był powszechnie uważany po prostu za hipotezę matematyczną bez roszczeń do fizycznej rzeczywistości, do czego astronomowie byli przyzwyczajeni.
Uznałem adnotacje Reinholda za tak interesujące, że zdecydowałem się poszukać przypisów na marginesach w innych egzemplarzach De revolutionibus, aby dowiedzieć czegoś więcej o powolnej recepcji idei Kopernika. W 1970 roku bez wątpienia uznałbym za niedorzeczność, gdyby ktoś stwierdził, że za dwadzieścia dziewięć lat nadal będę dodawał nowe znaleziska do spisu, który sporządziłem na podstawie ponad 270 egzemplarzy pierwszego wydania i prawie 320 egzemplarzy wydania drugiego.
W następnych latach przemierzyłem Europę i Amerykę w poszukiwaniu De revolutionibus, zbadałem kopie w Chinach i Australii; napisałem tuzin artykułów o tych badaniach, w tym obszerną analizę sukcesu lub jego braku z powodu cenzury nałożonej przez Inkwizycję w 1620 r. w procesie Galileusza. Widziałem kopie należące do Galileusza, Giordano Bruno, Keplera, jego nauczyciela Michaela Maestlina i wielu innych. A po dziesięciu latach badań wiedziałem, że Arthur Koestler bardzo się mylił, opisując De revolutionibus jako książkę, której nikt nie czytał.
Spośród wszystkich dziwnych zdarzeń, jakie przez kilka lat zaszły w moich badaniach nad De revolutionibus, jedno było szczególne, bo dobrze pasowałoby do trzeciorzędnego kryminału – a też dlatego, że przez nie wróciłem do Polski. Pewnego dnia na początku lat osiemdziesiątych, kiedy przeglądałem swoje slajdy w Harvardzkim Centrum Astrofizycznym, zauważyłem inicjały „EWL” na stronie tytułowej Almanack nova z 1507 roku, książki autorstwa niemieckich astronomów Stoefflera i Pflauma, którą wcześniej sfotografowałem we Wrocławiu, dawnym niemieckim Breslau.
Te inicjały i nazwiska zadźwięczały znajomo, ponieważ wiedziałem, że egzemplarz De revolutionibus odziedziczony przez Keplera pierwotnie podarował norymberski drukarz miejscowemu lekarzowi, Jerome'owi Schreiberowi, który napisał swoje nazwisko na stronie tytułowej. Po Keplerze niezidentyfikowany właściciel dodał swoje własne inicjały, EWL, fantazyjnym pismem. Teraz patrzyłem na inną książkę, która najwyraźniej należała do tych samych dwóch mężczyzn. Czy pomiędzy Schreiberem a EWL, ten wrocławski tom mógł być także własnością Keplera, który rzadko podpisywał posiadane księgi? A jeśli tak, to czy we Wrocławiu mogą znajdować się inne tomy należące niegdyś do Keplera, którego biblioteka być może zaginęła bez śladu?
W 1984 roku miałem okazję wrócić do Wrocławia i spędziłem większą część dnia na pisaniu formularzy zamówień na wszelki szesnastowieczny tytuł astronomiczny, który mógł się znajdować w bibliotece Keplera. Zaniepokoił mnie jeden drobny szczegół – nie mogłem znaleźć w katalogu karty do Narratio prima Retyka. Retyk był jedynym uczniem Kopernika, a jego Narratio prima, opublikowane trzy lata przed De revolutionibus, zawierało pierwszy drukowany raport o nowej kosmologii heliocentrycznej. Kilka miesięcy wcześniej jedyny znany egzemplarz, który nadal znajdował się w prywatnych rękach, został sprzedany na aukcji w Nowym Jorku za czterysta tysięcy dolarów. Ta astronomiczna cena spowodowała, że wydobyto z jakiejś szuflady następną kopię. Przyjaciele z branży księgarskiej pytali, czy wiem coś o tak zwanym „domu Marii Magdaleny”, ponieważ egzemplarz Narratio prima, który w tajemniczy sposób pojawił się na sprzedaży w Paryżu, zawierał łaciński znaczek „Aed Maria Magd”. Nic nie wiedziałem; mogliśmy jedynie przypuszczać, że była to mało znana i od dawna nieistniejąca biblioteka.
Ponieważ Narratio prima widziałem podczas poprzedniej wizyty we wrocławskiej bibliotece i miałem jeszcze jego sygnaturę, wpisałem je na listę książek do wypożyczenia, mimo że nie znalazłem karty w katalogu. Po kilku godzinach miałem przed sobą ogromny zbiór książek, około stu tytułów. Dobrą wiadomością było to, że głęboko w tomie z inicjałami EWL i podpisem Jerome'a Schreibera – książki, której stronę tytułową wyświetliłem na slajdzie w Harwardzie i która wywołała takie poruszenie – znajdowała się cała strona komentarzy Keplera, wcześniej nieznanych. Nie tylko był jego właścicielem, ale dużo w nim napisał! Zła wiadomość była taka, że nie było innych ksiąg ze zbioru Keplera. Jednak wciąż znajdowałem książkę za książką ze znaczkiem „Aed Maria Magd”. Wyglądało na to, że dochodziłem do źródła tajemnego egzemplarza Narratio prima wystawionego na sprzedaż w Paryżu.
Byłem zdumiony, kiedy Narratio prima nie znalazłem wśród woluminów, o które prosiłem. Wychodząc na lunch, zwróciłem uwagę bibliotekarza na to dziwne przeoczenie. Kiedy wróciłem po południu, jego twarz była sino-blada. Oprawiony tom, który rzekomo zawierał Narratio prima, wśród innych krótkich traktatów, został mi dostarczony, ale brakowało małego traktatu Retyka, starannie usuniętego ze zbioru, a jego utratę sprytnie ukryto przez ścisłe ściśnięcie tomu i oczywiście poprzez usunięcie karty z katalogu. Kiedy jadłem lunch, bibliotekarz przejrzał akta do czasu, kiedy tom został pożyczony poprzednio, a następnie przejrzał inne książki, o które proszno przy tej okazji. Okazało się, że zaginęły również dwa inne traktaty.
„Niech zgadnę” – powiedziałem. – „Jedna to mała książeczka Kopernika o trygonometrii, a druga to Orationes duae Retyka”.
Zdumienie bibliotekarza niemal się zmaterializowało w głaz: – Skąd wiedziałem?
„Spokojnie” – odpowiedziałem. – „To są dwie inne niezwykłe książki oferowane na aukcji w Paryżu. Lepiej od razu skontaktuj się z Interpolem”.
O wiele łatwiej było udzielić tej rady, niż ją wykonać, gdyż w tamtym czasie, podczas stanu wojennego, żaden polski naukowiec nie chciał mieć nic wspólnego z biurokracją wojskowego rządu. Poza tym sam bibliotekarz byłby w kropce, oskarżony o niezachowanie procedur bezpieczeństwa. Mogę dodać, że jest to lęk podzielany przez bibliotekarzy na całym świecie i powód, dla którego mają tendencję do utrzymywania swoich strat w tajemnicy.
Po kilku miesiącach zorientowałem się, że na froncie międzynarodowym nic się nie dzieje. Przypadkowo natknąłem się na prezesa Polskiej Akademii Nauk w Harvard Yard i powiedziałem mu, co wiem o kradzieży. W związku z tym władze przystąpiły do działania. Następny fakt, o którym się dowiedziałem, był ten, że jakiś prawnik przyszedł do polskiej ambasady w Paryżu, zostawił paczkę, dodając tajemniczo: „Mój klient już tego nie potrzebuje”, odwrócił się na pięcie i wyszedł. Urzędnicy ambasady byli zdumieni, gdy znaleźli w paczce dwie stare książki astronomiczne, ale wysłali je do Instytutu Historii Nauki w Warszawie, gdzie mój stary przyjaciel Jerzy Dobrzycki objąć miał stanowisko dyrektora. On i jego koledzy rozpoznali zawartość paczki i zwrócili Narratio prima bibliotece we Wrocławiu.
Minęło ponad czterdzieści lat, odkąd po raz pierwszy postawiłem stopę w Polsce jako młody kowboj, a dwadzieścia jeden lat od chwili, gdy Jerzy Dobrzycki zaprosił mnie tu jako astronoma-historyka. Po wielokrotnych wizytach miałem nie tylko satysfakcję, że Narratio prima wróciło na swoje miejsce, ale też nieoczekiwanie uświadomiłem sobie, że na żadnego z pozostałych kowbojów Stephena R. Mallory nie wpłynęła aż tak bardzo nasza wspólna podróż. Trzepot motylich skrzyeł rozpętał burzę.
