sobota, 1 kwietnia 2023

Od Pani Dalloway do niani Lugton. Cztery razy Virginia Woolf.

 

Pani Dalloway ogląda książki niejakiego Jorrock'a.

 

Polskiego czytelnika może ta sprawa mało obchodzić, gdyż ma do dyspozycji tylko jedno wydanie "Pani Dalloway", z roku 1961, w tłumaczeniu Krystyny Tarnowskiej. Ale czytelnicy oryginalnej wersji angielskiej od roku 1925 mogą wybierać wśród kilkudziesięciu wydań powieści Virginii Woolf. Właśnie za trzy dni, czwartego kwietnia, ukaże się w Apple iBooks nowa elektroniczna wersja z bieżącego roku. W wersji papierowej jest ona już od pewnego czasu w sprzedaży w księgarniach, a przynajmniej jest w największej, czyli w Barnes and Noble.

Pani Dalloway na początku książki spaceruje po Londynie. Ogląda wystawy sklepowe i w witrynie księgarni widzi cztery książki, które na zachętę są otwarte. Jedna z nich ma tytuł Ucieszne wycieczki (po angielsku: Jaunts and Jollities), wydrukowany kursywą, inne podobnie: Namydlona gąbka, obok Pamiętniki oraz Polowanie na grubą zwierzynę w Nigerii.  Obok polskiego tytułu Ucieszne wycieczki stoi nazwisko autora, czyli Jarrocka. Tak samo nie kursywą w wydaniach angielskich (Jarrocks'). Przy nim nazwisko autorki Pamiętników – lady Asquith. W angielskich oryginałach powieści "Mrs. Dalloway", których sprawdziłem ze dwadzieścia różnych edycji w Apple iBooks, wszystko jest podobnie wydrukowane.

Skorciło mnie dowiedzieć się, co to byli za pisarze: Jarrock i Asquith. Lady to była Emma Margaret Asquith, Hrabina Oxford i Asquith, autorka kilku różnych autobiografii i innych opowieści. Jorrocka-pisarza nie znalazłem. Za to odkryła się postać Roberta Smitha Surtees'a, który w roku 1838 napisał książkę pod tytułem Ucieszne wycieczki Jarrocka, tzn, Jorrocks' Jaunts and Jollities. 

Pani Dalloway widziała też w witrynie jego inną książkę, pt. Namydlona gąbka.

Drobny błąd, pominięcie kursywy, uczynił z postaci książkowej autora książki. A to już nie jest drobny błąd. Ale tak jest powtarzany i powtarzany od lat, i tak wlazł do polskiego tłumaczenia również.

Czy ten błąd ciągnie się od pierwszego wydania londyńskiego z 1925 roku? Czy zrobiła go Virginia Woolf, czy edytor jej powieści? Oryginał kosztuje dziś od 5 do 8 tysięcy funtów i nie mam najmniejszej możliwości przewracać kartki tak drogiego rarytasu. Jeden z posiadaczy sfotografował cztery rozłożone strony swojego egzemplarza, ale nie te, na które pani Dalloway patrzy na witrynę księgarni.

Kto czyta po angielsku, znajdzie w Wikipedii info o panu R.S. Surtees, a tam cytat z powieści Virginii,  przepisany tak, jak trzeba, czyli z całym tytułem podanym kursywą. Autor informacji nie dał się nabrać na Jorrocka-pisarza, czyli wiedział więcej niż edytorzy dawni i współcześni.

To tyle na Prima Aprilis. A zmyłka jest taka, że zmyłki nie ma.

° 

https://eightandhalfminutes.blogspot.com/2023/04/jorrock-character-from-book-or-author.html



° ° °

 



 

Virginia Woolf

Dama w zwierciadle. 


Ludzie nie powinni rozwieszać po domach luster, tak samo jak nie powinni zostawiać otwartych książeczek czekowych albo listów, w których wyznają okropne zbrodnie. Nie dało się ominąć wzrokiem, w to letnie popołudnie, podłużnego lustra, wiszącego w holu. Przypadkiem tak to urządzono. Z kanapy w głębi salonu widziało się odbity w szkle z Italii nie tylko stolik z marmurowym blatem przed nią, ale także fragment rozciągającego się za nią ogrodu. Widziało się długą trawiastą ścieżkę biegnącą wśród wysokich kwiatów, aż tam, gdzie na ukos przecinała ją złota rama.

Dom był pusty, a ktoś będąc w salonie jedyną osobą, czuł się, jak przyrodnik, który zasłonięty trawą i liśćmi,  leży i obserwuje najpłochliwsze zwierzęta – borsuki, wydry, zimorodki – hasające swobodnie i nie widzące się nawzajem. Pokój w takie popołudnie pełen był owych trwożliwych stworzeń, świateł i cieni, wiuwających zasłon, opadających płatków – zjawisk, które, myślałbyś, nigdy się nie zdarzają, komuś, kto ich szuka.  Ten cichy stary wiejski pokój — z chodnikami, z kominkiem ułożonym z kamieni, ze ściennymi półkami na książki, z lakierowanymi na czerwono i złoto  komodami – pełen był owych stworzeń z nocnych przywidzeń.  Biegły przez podłogę  w piruetach, delikatnie stawiając wysoko unoszone stopy, rozkładając ogony, stukając wymyślonymi dziobami, jakby były żurawiami albo stadami eleganckich flamingów, którym blednie różowość piór, albo pawiami o ogonach przetykanych srebrem. Zdarzały się też dziwne rumieńce i zaciemnienia, jakby mątwa nagle wlała purpurę w powietrze; sam pokój objawiał namiętności, szaleństwa, zazdrości i smutki, nachodzące go i zachmurzające niczym ludzką istotę. Nic nie pozostawało takie samo dłużej niż dwie sekundy.  

Ale na zewnątrz lustro odbijało konsolę w holu, słoneczniki, ogrodową ścieżkę tak dokładnie i tak niewzruszenie, że wydawały się tam utrwalone w swej realności nieusuwalnie. To był dziwny kontrast: tu wszystko się zmieniało, a tam panował bezruch. Nie dało się inaczej, niż patrzeć to tu, to tam. Tymczasem, przez drzwi i okna otwarte z powodu upału, dochodził dźwięk nieustannie rosnący i ginący, jak  głos zanikania i przemijania, wydający się pulsującym ludzkim oddechem, podczas gdy rzeczy w lustrze swój oddech wstrzymywały i pozostawały w transie nieśmiertelności. (...)


Opowiadanie jest o tym, co można by wydumać o pani domu, Izabeli Tyson, gdyby z salonu obserwować, jak poszła do ogrodu naciąć kwiatów, gdyby się było rezydentem znającym ją od dawna i zostającym na kanapie, a fragment ogrodu widzącym tylko odbity w lustrze w holu, więc zaledwie domyślającym się, co kobieta dokładnie robi w ogrodzie, niewidoczna na razie w odbiciu. Nieobecność Izabeli w zwierciadle zostawia komuś dumającemu o niej wyrafinowane narzędzie literackiego opisu słowami – kim ona jest, jak urządzała i utrzymuje swój bogaty dom, gdzie przechowuje sentymentalne drobiazgi, głównie listy z przeszłości od znajomych, przyjaciół i kochanków; narzędzie wyszukanych fraz opisujących jej wspomnienia o tych osobach i jej emocje z nimi związane; wspomnienia o wielu latach minionych w tym domu i o tym, jakie zdarzenia i jakie jej uczucia, myśli, uczynki spowodowały, że w późnym wieku jest wyniośle, majestatycznie samotna; opisu subtelnych zjawisk w jej duszy i umyśle; opisu, który ma na celu ustalenie kim w istocie jest Izabela, jakie są tajemnice jej wnętrza i miejsc z nią związanych; opisanie, co się wie o jej skrytych emocjach, postawach, myślach, oczekiwaniach, troskach; co się wie o bogactwie i misterności tej kobiety, na razie niewidocznej w lustrze, eleganckiej, tajemniczej, zrywającej w głębi pięknego ogrodu kwiaty na efektowne bukiety. 

Iluż można się domyślać wzniosłości, wykwintnego patosu lub ceremonialnej prostoty, iluż tajemnic i poufnych anonsów zawartych w przyniesionej tej kobiecie korespondencji, położonej przez listonosza na stoliku w holu.

A zatem obraz literacki, refleksja złożona ze skojarzeń w piśmie, w miejsce refleksji w lustrze. Jedna wobec drugiej konkurencyjna, a przez większość opowiadania ta literacka pozostająca w pozycji dominującej i roszczącej sobie prawa zawłaszczania całej prawdy.

Opis literacki podobny jest do zjawisk zachodzących latem w światłach i cieniach salonu, podobny dynamiką słów, tajemniczością wykwintnych skojarzeń – język, jak owe zjawiska, nie jest nieruchomością zwierciadlanego odbicia.

Ma więc być język czymś prawdziwszym, niż refleks, gdyż istnieje obficiej, bogaciej, sięga szerzej, dalej niż widok obcięty ramą lustra. Wydaje się, że na fragmentaryczności luster polegać nie można i trzeba zdać się na wspaniałą transgraniczność globalnej sztuki słowa. Po co nam lustra, skoro mamy słowa? – taki wydaje się sens początkowej przestrogi. One są niebezpieczne, bo prymitywnie, nachalnie przyciągają wzrok, trzeba się więc tej dominacji przeciwstawić kunsztem literackiego zadumania.


Nieomal identyczna przestroga, a raczej konstatacja zamyka opowiadanie, ale brutalnie podważając zabiegi niedookreślonej narratorki (bo to chyba także jest kobieta), trwożąc ją, a być może rozczarowując wiotkością  literackiej mimesis wobec solidności mimetyzmu gwarantowanego technologią lustrzarską (zdaje się, że z Murano przy Wenecji).


(...) Trzeba sobie wyobrazić – oto ukazała się w lustrze. Trzeba od tego zacząć.

Najpierw była zbyt daleko i nie widziało się jej wyraźnie. Zbliżała się, zwalniając co chwilę, aby poprawić naręcze róż, albo podnieść je, by powąchać kwiaty, ale nie przystawała, więc w lustrze ukazywała się coraz większa, coraz bardziej podobna do osoby, którą chciało się przedtem opisać. 

Stopniowo następowała weryfikacja – przypasowanie przedstawianych cech do widzianej postaci. Były więc i zielona sukienka i jej spiczaste buty, koszyk i coś błyszczącego wokół szyi. Zbliżała krok za krokiem i wydawało się, że nic nie zakłóca jej widoku w lustrze, tylko co i rusz pojawia w nim nowy element, który inne łagodnie porusza i zastępuje, jakby dopraszał się z dworną elegancją o więcej miejsca na jej odbicie. Zatem listy na stoliku i trawa na ścieżce, a także słoneczniki, które czekały na nią w lustrze, rozdzielały się zapraszająco, aby mogła zmieścić się między nimi. W końcu znalazła się w holu. Znieruchomiała. Stała przy stoliku. Stała nieporuszenie. Zaraz lustro zaczęło światłem osnuwać jej postać, jakby chciało uwyraźnić odbicie, niczym kwas, wyżerający na płytce zbędne detale i odsłaniający prawdziwy wizerunek. Widowisko było pasjonujące. Wszystko z niej opadło – mgły, suknia, koszyk, diamenty – to, co nazywano przedtem zdobnym powojem i pnączem. Pozostał ogołocony mur. Pozostała jedynie postać kobiety. Stała naga w bezlistosnym świetle. I nic poza tym. Tylko Izabela zupełnie samotna. Bez żadnej myśli. Bez grona przyjaciół. Nie zatroskana o kogokolwiek. A te listy, to były zwykłe rachunki. Popatrz, stała tam stara i kanciasta, pożyłkowana i pomarszczona, z wyostrzonym nosem i pomarszczoną szyją, nawet nie racząc ich otworzyć.

Nie powinno się w pokojach rozwieszać luster.

° ° °

 

oba fragmenty opowiadania – w moim tłumaczeniu

°  °  °   °  °   °

Całe opowiadanie w tłumaczeniu Magdy Heydel.



Dama w lustrze: refleksja


tłumaczenie: Magda Heydel

 

Ludzie nie powinni wieszać w domach luster, tak samo jak nie powinni zostawiać na wierzchu otwartych książeczek czekowych czy listów, w których przyznają się do potwornych zbrodni. W to letnie popoludnie nie dało się nie spoglądać w zawieszone w holu podłużne lustro. Traf tak to urządził. Z głębi kanapy w salonie można było we włoskim szkle zobaczyć nie tylko stojący naprzeciwko stolik z marmurowym blatem, ale także fragment rozciągającego się dalej ogrodu. Widoczna była długa trawiasta ścieżka pomiędzy klombami wysokich kwiatów, aż do miejsca, gdzie przecinała ją pod kątem złocona rama.

Dom był pusty, a jedyna osoba w salonie miała poczucie, że jest przyrodnikiem, który leży ukryty wśród traw czy liści i obserwuje najpłochliwsze stworzenia — borsuki, wydry, zimorodki — jak nie widziane przez nikogo, poruszają się swobodnie. Tego popołudnia pokój pełen był takich nieśmiałych stworzeń, świateł i cieni, nadymających się zasłon, opadających płatków — zjawisk, które, jak się zdaje, nigdy nie występują, jeśli ktoś się przygląda. Cichy stary wiejski pokój — z dywanikami, kamiennym kominkiem, wpuszczonymi w ścianę biblioteczkami, czerwono-złotymi lakowymi komódkami — wypełniały te nocne stworzenia. W piruetach przemierzały podłogę, delikatnie stawiając wysoko unoszone nóżki, rozpościerając ogonki, znacząco stukając tu i tam dziobami, jakby były żurawiami albo stadami eleganckich flamingów o ubarwieniu w kolorze spłowiałego różu, albo pawiami o srebrzyście żyłkowanych ogonach. Zdarzały się też dziwaczne rumieńce i zaciemnienia, jakby mątwa nagle zabarwiła powietrze na purpurowo; pokój także miał swoje namiętności i swoją wściekłość, zazdrości i smutki, nachodzące go i zachmurzające, jakby był istotą ludzką. Nic nie pozostawało takie samo nawet przez dwie sekundy. 

Tymczasem na zewnątrz lustro odbijało stolik w holu, słoneczniki i ścieżkę w ogrodzie tak dokładnie i tak niezmiennie, że wydawały się uwięzione w nim na zawsze. To był przedziwny kontrast: tu ciągła zmiana, tam — bezruch. Nie można było nie popatrywać raz ku jednemu, raz ku drugiemu, Jako że wszystkie drzwi i okna były otwarte z powodu upału, niezmiennie rozbrzmiewał nasilający się i niknący szum, jakby glos tego, co przemija i ginie, przychodzący i odchodzący jak oddech człowieka, podczas gdy w lustrze oddechy ustały i wszystko spoczywało w transie nieśmiertelności. 

Pół godziny temu pani tego domu, Isabella Tyson, przeszła tą trawiastą ścieżką, ubrana w lekką letnią sukienkę, z koszykiem w ręce, i zniknęła, odcięta złoconą ramą lustra. Przypuszczalnie udała się do położonej niżej części ogrodu, by nazrywać kwiatów, albo — ta myśl zdawała się naturalniejsza — narwać czegoś lekkiego, fantastycznego, liściastego i powłóczystego; pnącego powojnika, a może  przynieść wytworną gałązkę powoju, który porasta paskudne mury, tu i tam wybuchając nagle białym lub fioletowymi kwieciem. Sama Isabella przypominała raczej fantastyczny i trwożliwy powój niż wyprężone astry, krochmalone cynie czy też płonące róże ze swego ogrodu, rozpalone jak lampy na tyczkach proste różane drzewka. To porównanie najlepiej pokazywało, jak niewiele, nawet po tylu latach, wiedziało się o niej, bo przecież niemożliwe, żeby jakakolwiek kobieta z krwi i kości w wieku pięćdziesięciu pięciu czy sześćdziesięciu lat naprawdę była wiązanką czy gałązką. Takie porównania są bardziej niż nieznaczące i nieprawdziwe — są wręcz okrutne, bo zjawiają się tak samo jak powój, który drżąc, wplata się pomiędzy czyjś wzrok i prawdę. Musi istnieć prawda, musi istnieć mur. To jednak dziwne, że po tylu latach znajomości z nią nie da się powiedzieć, jaka jest prawda Isabelli, że wciąż tworzy się takie zdania o powoju czy powojnikach. Jeśli chodzi o fakty, to faktem jest, że Isabella była starą panną, bogatą, że kupiła niegdyś ten dom własnymi rękami zebrała — nieraz w najciemniejszych zakątkach świata, poważnie narażając się na jadowite ukąszenia i tropikalne choroby — wszystkie te dywaniki, fotele, komódki, które dziś wiodły tu na naszych oczach swe nocne żywoty. Czasami wydawało się, że wiedzą one o Isabelli więcej niż my, którzyśmy na nich siadywali, przy nich pisali, tak ostrożnie po nich stąpali. W każdej z tych komódek było mnóstwo maleńkich szuflad, a każda z całą pewnością skrywała listy związane wstążeczkami, przysypane gałązkami lawendy lub płatkami róż. To  bowiem był kolejny fakt — jeśli rzeczywiście chodzi nam fakty — że Isabella znała bardzo wiele osób, że miała bardzo wielu przyjaciół; jeśliby zatem ktoś miał czelność, by otworzyć którąś z szufladek i przeczytać korespondencję, znalazłby ślady licznych wzruszeń, umówionych spotkań, skarceń za brak punktualności, długich listów pełnych uczuć i wyrazów bliskości, dramatycznych listów pełnych zazdrości i wymówek, straszliwych słów ostatecznego rozstania, wszystkie bowiem te rozmowy, spotkania nie doprowadziły do niczego, to znaczy: nigdy nie wyszła za mąż, a jednak sądząc po skrywającej jej twarz masce obojętności, w życiu doświadczyła dwadzieścia razy więcej namiętności i przeżyć niż ci, których miłość rozgłasza się na cztery strony świata. Pod wpływem napięcia związanego z myśleniem o Isabelli jej pokój zrobił się bardziej cienisty i symboliczny; kąty ściemniały, a nogi krzeseł i stołów poskręcały się w hieroglify.

Aż nagle te refleksje zostały gwałtownie, choć bez jednego dźwięku, przerwane. W lustrze zjawił się wielki czarny kształt, zasłonił wszystko, cisnął na stolik paczkę różowo i zielono żyłkowanych marmurowych tabliczek i zniknął. Ale obraz zmienił się całkowicie. Przez chwilę był nierozpoznawalny, irracjonalny i zupełnie nieostry. Tych tabliczek nie dało się skojarzyć z żadnym rodzajem ludzkiej działalności. Ale po chwili, stopniowo, rozpoczął się logiczny proces, który je uporządkował i ułożył, by wprowadzić je w zakres codziennego doświadczenia. W końcu można było zdać sobie sprawę, że to po prostu koperty. Posłaniec przyniósł pocztę,

Oto leżały teraz na marmurowym blacie stolika, z początku ociekając światłem i kolorem, surowe i odizolowane. Ale potem można było w zdumieniu obserwować, jak zostają wciągnięte, ustawione i wkomponowane, stając się częścią obrazu, jak osiągają ową nieruchomość i nieśmiertelność ofiarowaną przez lustro. Leżały teraz przyobleczone w nową rzeczywistość i nowe znaczenie, zyskały też większą wagę; zdawało się, że aby je unieść ze stolika, potrzebne będzie dłuto. Zdawało się, nieważne, czy to fantazja, czy nie, że nie jest to już po prostu plik zwyczajnych listów, ale tabliczki, na których wyryto wiekuistą prawdę —gdyby można ją było odczytać, człowiek dowiedziałby się wszystkiego, czego można dowiedzieć się o lsabelli, tak, i również o życiu. Kartki wewnątrz tych marmurowych kopert muszą być głęboko żłobione, z gęsto naniesionymi sensami. Isabella przyjdzie i weźmie je kolejno do ręki, jedną po drugiej, otworzy je i przeczyta słowo po słowie, a potem z głębokim westchnieniem zrozumienia, jakby ujrzała dno wszystkich spraw', podrze koperty na drobne kawałki, listy zwiąże wstążeczką i zamknie szufladkę sekretery, zdecydowana ukryć to, czego ujawnienia sobie nie życzy.

Ta myśl stanowiła wyzwanie. Isabella nie życzy sobie ujawnienia pewnych spraw — ale nie powinna już dłużej umykać. To absurdalne, to potworne. Jeśli ukrywa tak wiele, jeśli lak wiele wie, trzeba się do niej włamać za pomocą pierwszego narzędzia, jakie się ma pod ręką — za pomocą wyobraźni. Trzeba właśnie w tej chwili skupić się na lsabelli. Trzeba ją przyszpilić. Trzeba przeciwstawić się temu, żeby nas w dalszym ciągu zniechęcano treścią chwili — obiadami, wizytami i uprzejmymi konwersacjami. Trzeba wejść w jej buty. Jeśli się tę frazę zrozumie dosłownie, łatwo zobaczyć buty, w których Isabella stoi właśnie w tej chwili tam, w dolnej części ogrodu. Są bardzo wąskie, długie i modne — wykonane z najmiększej i najelastyczniejszej skórki. Jak wszystko, co nosi, są znakomitej jakości. A ona będzie stała pod żywopłotem w dolnej części ogrodu, unosząc sekator przywiązany do paska, by odciąć jakieś przekwitłe kwiaty czy wybujałą gałązkę. Słońce będzie prażyć jej twarz, oczy, ale nie, w zasadniczym momencie zasłona chmur zakryła słońce, a wyraz jej oczu zrobił się niejasny — czy to było szyderstwo czy czułość, błysk czy mat? Dostrzec można tylko nie całkiem określony zarys jej nieco wyblakłej, delikatnej twarzy wpatrzonej w niebo. Myśli, być może. że musi zamówić nową siatkę na truskawki, że musi posłać kwiaty wdowie po Johnsonie, że najwyższa pora wreszcie odwiedzić Hippesleyów w nowym domu. O tych sprawach z pewnością mówiła przy obiedzie. Ale my jesteśmy znużeni tym, o czym mówiła przy obiedzie. My chcemy uchwycić i zamienić w słowa głębsze pokłady jej bycia, te pokłady, które dla umysłu są tym, czym dla ciała oddychanie, chcemy uchwycić to, co zwie się szczęściem lub nieszczęściem. Skoro padły takie słowa, jasne jest, że Isabella musi być szczęśliwa. Jest bogata, wytworna, ma wielu przyjaciół, podróżuje — przywiozła dywany z Turcji i błękitną ceramikę z Persji. Ścieżki rozkoszy rozchodziły się od miejsca, w którym stała z sekatorem,   wzniesionym, by odciąć rozedrgane gałązki, podczas gdy koronkowe chmury welonem spowijały jej twarz.

Teraz szybkim ruchem odcięła pęd powojnika, który spadł na ziemię. Kiedy spadł, z pewnością dostało się tu nieco światła, z pewnością można było nieco głębiej zajrzeć w jej istnienie. Jej myśli w tej chwili przepełniały czułość i żal... Smuciło ją odcięcie tej wybujałej gałązki, bo przecież ona kiedyś żyła, a dla Isabelli życie było cenne. Tak, opadnięcie gałązki przypominało jej także, że i ona musi umrzeć, że wszystko jest daremne i wszystko przemija. A zaraz potem, podchwytując tę myśl swym zawsze trzymanym w gotowości zdrowym rozsądkiem, pomyślała, że życie potraktowało ją łaskawie, że nawet jeśli musi upaść, to upadnie w ziemię i jej ciało słodko się rozłoży pod korzeniami fiołków. Stała tak, rozmyślając. Nie precyzowała żadnej z tych myśli — należała bowiem do tych powściągliwych osób, które własne myśli otulają chmurami ciszy — wypełniała się myślami. Jej umysł był jak ten pokój, w którym światła pojawiały się i zanikały, wirowały i stąpały delikatnie, rozpościerały ogonki, idąc, stukały dziobkami; ale zaraz całą jej jaźń, tak jak i pokój, ogarnął obłok głębokiej wiedzy, jakiegoś niewypowiedzianego żalu, wypełniły ją pękające od listów zamknięte szufladki, takie jak w jej sekretarzykach. Mówienie o tym, żeby „ją otworzyć”, jakby była ostrygą, użycie do tego nawet najsubtelniejszych i najbardziej giętkich narzędzi było niegodziwe i absurdalne. Trzeba sobie wyobrazić — ale oto ona w lustrze. Na ten widok się podrywamy.

Z początku znajdowała się tak daleko, że w zasadzie nie można było jej wyraźnie dostrzec. Szła bez pośpiechu, raz po raz przystając, to prostując różę, to wąchając goździk, ale się nie zatrzymała; stale rosła i rosła w tym lustrze, stawała się coraz wyraźniej tą osobą, w której umysł staraliśmy się wkraść. Można ją było stopniowo sprawdzić — dopasować odkryte wcześniej cechy do widzialnego ciała. Oto jej szarozielona suknia, jej długie buty, koszyk i coś błyszczącego wokół szyi. Nadchodziła stopniowo, więc wydawało się, że nie zaburza wzoru w tafli lustra, lecz jedynie wnosi pewien nowy element, który delikatnie przesuwa i przekształca pozostałe przedmioty, jakby prosząc je uprzejmie, by zrobiły jej nieco miejsca. A listy, stolik, trawiasta ścieżka i słoneczniki, które czekały w tafli lustra, rozstępowały się i otwierały, aby przyjąć ją pomiędzy siebie. I wreszcie była już w holu. Zamarła. Stanęła przy stoliku. Stała absolutnie bez ruchu. Lustro natychmiast zalało ją blaskiem, który, jak się zdawało, unieruchomił ją, i który niby jakiś kwas rozpuszczał wszystko, co nieistotne i powierzchowne, a pozostawił tylko prawdę. Urzekający spektakl. Wszystko z niej opadło — chmury, suknia, kosz, brylant — wszystko, co nazywaliśmy pnączem i powojem. Spod tego wyłonił się twardy mur. Oto ta kobieta. Naga w bezlitosnym świetle. Oto nic. Isabella była całkowicie pusta. Żadnych myśli. Żadnych przyjaciół. Żadnych uczuć dla kogokolwiek. Co do listów — same rachunki. Spójrzcie, stoi tam, stara, kanciasta, żylasta i pomarszczona, z garbatym nosem i zwiędłą szyją, i nawet nie zamierza otwierać kopert.

Ludzie nie powinni wieszać w domach luster.

 

° ° °



 Telefon angielski z lat 30tych XX wieku

 

Isa zadzwoniła rano, po śniadaniu, do hurtowni ryb w Pyecombe. W centrali poprosiła numer trzysta czterdzieści osiem. Rybaków, a może  handlowców, dopytywała, czy mają dorsza, halibuta, solę, czy flądrę i zdecydowała się na filety z soli.

 



Poprosiła o dostarczenie ich przed lunchem. Pyecombe leży około pięciu mil od brzegu morza. Do posiadłości z której dzwoniła Isa było od morza, a właściwie od Kanału (LaManche), trzydzieści pięć mil. Nazywała się ona Pointz Hall. Kurier miał do pokonania trzydzieści mil i przejechał je na motocyklu. Pojazd nie był wyposażony w kosz na towary na tylnym siedzeniu, ani na przyczepie, gdyż młodzieniec o nazwisku Mitchell wiózł towar w torbie lub w siatce przewieszonej na łokciu. Widać nie był to zbyt ciężki pakunek, chociaż kurier nie tylko dla Isy wiózł ryby tego ranka. Dostał jeszcze cztery zamówienia w pobliżu, po drugiej stronie wzgórza, w posiadłościach Bickley, Waythorn, Roddam i Pyeminster. Kiedy przyjeżdżał do Pointz Hall z pojedyńczym zleceniem, miał czas pobyć chwilę w posesji Oliverów, poplotkować z kucharką, panią Sands, nakarmić cukrem kucyka. Tego dnia Mitchell plasnął ryby na blat w kuchni i pobiegł do motocykla. Ale nim wyszedł, zdążył powiedzieć, że to są miejscowości słynne i historyczne, wymienione w Domesday Book, co miało chyba dodać splendoru i jemu i firmie w której pracował. 


Triumph 1923, takiego Mitchell nie miał

Jego motocykl to był albo Triumph, albo Norton, albo Matchless, albo Ariel. W tamtym czasie, a był czerwiec roku 1939, głównie te firmy produkowały motocykle w Anglii.


Pyecombe to teren hrabstwa Zachodnie Sussex, Pointz Hill lokować by trzeba znacznie dalej na północ, już w hrabstwie Surrey, ale nie w metropolii londyńskiej, bo poniżej Croydon, gdzie kiedyś Isa oglądała startujące awionetki i fascynowały ją śmigła, rozkręcające się do takiej szybkości, że nie widziało się pojedyńczych łopatek. Dziś Croydon to południowa część Londynu. Ta miejscowość jest wymieniona w Domesday Book. 


Na lotnisku w Croydon, lata trzydzieste 20go wieku 

Gdzieś na trasie między prawdziwym Pyecombe i prawdziwym Croydon leżało zatem, albo leżeć powinno, Pointz Hall. Tej posiadłości, jak i czterem pozostałym, do których jechał owego ranka dostawca ryb, Virginia Woolf zmyśliła nazwy. Nie tylko w Domesday Book ich się nie znajdzie, ale nawet na Google Map.


Okolice Pyecombe dziś


Stary pan Olivier powiedział tego ranka swojej siostrze Cindy, że ich posesja leży trzydzieści pięć mil od morza, a jej się wydawało, że sto, ale chyba kpiła z brata-mądrali. Kpiła chyba po to, żeby on jak zwykle te 35 powiedział tak przemądrzale, jakby przed chwilą sam tę odległość zmierzył taśmą mierniczą. Isa uświadomiła sobie tego ranka, że w domu gada się ciągle to samo, o tej samej porze roku, przy tych samych okazjach. I że to brzmi jak katarynka, jak kordylion dzwonów kościelnych, albo zegarowych, grających przez lata te same akordy. 


Zastanawiano się więc jak zwykle, rzecz jasna, czy dzisiejsze ryby będą świeże, czy nie bardzo. Pani Sands rozwinęła je z papieru, ale nie wiadomo, co wywnioskowała z zapachu.


° ° ° ° ° °


Dom Virginii i Leonarda, dziś muzeum

 

Powyższe streszczenie dotyczy głównie rybnego wątku z pierwszych partii powieści pt. "Pomiędzy aktami". Była to ostatnia książka, napisana przez Virginię Woolf pod koniec 1940 roku i na początku 1941. Skończyła ją pisać 26 lutego. Mieszkała wówczas z mężem, Leonardem, w Rodmell, niewiele ponad dziesięć mil na wschód od Pyecombe i około czterech mil na północ od Kanału. Ich posiadłość nazywała się Monk's House i oddzielało ją od rzeki Ouse paręset metrów uprawnych pól.

 

Rodmell nad Kanałem; zaznaczony dom-muzeum, 

Pyecombe na lewo, nieco wyżej

 

Nad rzekę można było pojechać rowerem klucząc nieco wiejskimi drogami, albo 600-700 metrów przejść prosto ścieżkami za ogrodem, a później miedzami. Rowerem dojeżdżało się do niewielkiego mostu na rzece, w miejscu zwanym Asham Wharf. Geografia związana z rzeką Ouse jest to geografia śmiertelna Virginii.


            Po prawej rzeka Ouse, po lewej u góry dom Virginii.

Od domu prowadzi ścieżka na pola, a droga rowerowa idzie dołem mapy.

W czasie, gdy powstawała powieść, okolice nad Kanałem to nie były spokojne miejsca. Niemieckie samoloty przelatywały tamtędy bezustannie w bombowych rajdach na Londyn. Nad okolicą toczyły się walki powietrzne lotników angielskich i niemieckich. Virginii wydawało się niekiedy, że któryś z samolotów spadnie na ich dom, albo w niskim szusie uderzy w żywopłot. 


Ostatnia książka Virginii opowiada o czerwcowym dniu sprzed dwóch lat i jest to właściwie sielankowy obraz życia w angielskim dworku, gdzieś pod Londynem, kiedy chmury wojenne zbierały się dopiero na horyzoncie, a nie wisiały nad głowami. To sielankowe wspomnienie w czasie wojny wcale jej nie pomogło znosić własną i mężowską dewastację życia i psychiczne rozbicie obojga. 14 marca na spotkaniu z wydawcą Johnem Lehmannem powiedziała, że napisała głupią i trywialną książkę. Gdy Leonard stwierdził, że tak nie jest, Virginia zrobiła coś dotychczas u niej nie spotykanego – zlekceważyła opinię męża i zaprzeczyła mu, mówiąc, że się myli. Powtórzyła swoje słowa w liście do Johna Lehmana, napisanym 27 marca. Następnego dnia, zanim on ten list otrzymał, Virginia poszła rano ścieżkami przez pola ku rzece Ouse, nad brzegiem napełniła kamieniami kieszenie palta (jest wersja, że było to futro) i weszła do wody. Gdy nie zjawiła się na lunch, Leonard pobiegł nad rzekę, wiedząc, że tam chadzała na spacery, ale na brzegu zobaczył tylko jej laskę. Ciała nie znaleziono. Dostrzeżono je dopiero trzy tygodnie później pod Asham Wharf, być może zaczepione o zapory chroniące most przed krą.

 

Droga za ogrodami; niektórzy twierdzą, że Virginia szła tędy,
mijając kościólek po lwej.


Nabrzeże rozładunkowe barek z węglem i gliną. W objaśnieniu pod fotogr. dodano,
że jest sławne z tego, że tu znaleziono ciało Virginii w 3 tyg. po samobójstwie.


 

Leonard i John uważali książkę Virginii za znakomitą i w lipcu tego samego roku została opublikowana.


W pożegnalnych listach Virginia napisała, że nadchodzi drugi już w jej życiu atak szaleństwa i że tym razem nie potrafi go przetrzymać, ani się z niego nie wyleczy. Kiedyś, dawniej, próbowała popełnić samobójstwo przez utopienie się, a w tym ostatnim kryzysie, kilka dni przed samobójstwem, zapewne weszła do Ouse na spacerze, gdyż wróciła zeń kompletnie przemoczona. 


Różnie się analizuje ostatnią powieść Virginii Woolf. Mnie się ona wydaje dziwnie "zarybiona", tak obficie i w tak wielu konfiguracjach (metaforycznych, mitycznych), że początkowe zamówienie Isy jest tylko fabularnym zabiegiem wprowadzenia w późniejsze motywy rybie, znacznie bardziej ważkie artystycznie i znaczeniowo. W powieści tej codzienność, realność rzeczy, ludzi i zdarzeń, wspomnień i myśli współistnieje ze swoim nieustannie następującym odzwierciedleniem, równoległym do namacalnej realności. Być może chodzi też o nie zawsze spostrzeganą zamienność obu stanów, ale to osobny temat.


Wydaje mi się, że Virginia Woolf wyobrażała sobie w artystycznych, czy też w szaleńczych wizjach, własne istnienie ostateczne i nieistnienie zarazem w – by tak rzec – królestwie ryb, czyli w nurtach rzeki. 


° ° ° ° ° ° 


Fragmenty z powieści "Między aktami":

(w tłum. Magdy Heydel) 


– Trzysta czterdzieści osiem, Pyecombe – powiedziała. – Mówi Oliverowa... Jakie macie dzisiaj ryby?



– Mroczny jest moczar pod księżycem, nagłe chmury spiły ostatnie blade błyski, nawet... Zamówiłam ryby – powiedziała głośno, odwracając się – choć czy będą świeże, zagwarantować nie mogę.




– Cindy, Cindy – mruknął pan Oliver, kiedy zamykała drzwiczki komody. Lucy, jego siostra, była od niego o trzy lata młodsza. Cindy czy Sindy, bo pisało się na oba sposoby, było przeróbką imienia Lucy. Tak właśnie nazywał ją w dzieciństwie; wtedy dreptała za nim, gdy szedł łowić ryby, i robiła bukieciki z polnych kwiatków, owijając łodyżki jednym długim źdźbłem trawy. Pewnego razu, dobrze to pamięta, kazał jej zdjąć z haczyka złowioną rybę. Krew ją przeraziła. „Och!” – krzyknęła, bo skrzela były pełne krwi. A on mruknął: „Cindy!”.



– W tym rzecz – stwierdziła pani Swithin. Podczas gdy pan Oliver, sięgnąwszy po encyklopedię, szukał pod hasłem „zabobon” informacji o pochodzeniu zwyczaju odpukiwania w niemalowane drewno, one z Isą omawiały kwestię ryb; czy – skoro są przywożone z daleka – będą świeże.



– Od czego zaczęła się ta rozmowa? – wyliczała na palcach. Faraonowie. Dentyści. Ryby... A, wiem. Wspomniałaś, Iso, że zamówiłaś ryby i się obawiasz, czy będą świeże. A ja powiedziałam: „W tym rzecz...”.



Ryby dostarczono. Chłopak Mitchellów, trzymając je w zagięciu łokcia, zeskoczył z motoru. Nie było karmienia kucyka kawałkami cukru przy kuchennych drzwiach, nie było czasu na plotki, bo miał dzisiaj większą turę do zrobienia. Towar do zawiezienia na drugą stronę wzgórza, do Bickley; a potem przez Waythorn, Roddam i Pyeminster, wioski, których nazwy, tak jak i jego nazwisko, znajdują się w Domesday Book. Kucharka – nazywała się pani Sands, ale znajomi mówili do niej Trixie – nigdy, przez całe swoje pięćdziesięcioletnie życie, nie była po drugiej stronie wzgórza ani się tam nie wybierała.

Plasnął rybami o kuchenny stół: filety z soli, półprzezroczyste, pozbawione ości. I zanim pani Sands zdążyła odkleić z nich papier, już go nie było, tylko po drodze dał klapsa pięknemu żółtemu kotu, który majestatycznie podniósł się z koszyka i dostojnie zbliżał do stołu, zwietrzywszy rybę.



Lilie wodne były tam od zawsze, samosiejki z nasion niesionych wiatrem, czerwonawe i białe główki unosiły się na zielonych półmiskach liści. Woda ściekała w to zagłębienie terenu przez setki lat i teraz stała w nim – głęboka na cztery czy pięć stóp – ponad ciemną poduchą mułu. Pod grubym półmiskiem zielonej wody, w swoim szklanym, samowystarczalnym świecie pływały ryby, złote, z plamką bieli, paskiem czerni czy srebra. W ciszy krążyły po wodnym świecie, nieruchomiejąc w błękitnej plamie odbitej przez niebo albo cicho wystrzelając ku obrzeżom, gdzie drżące trawy tworzyły obrąbek potakujących cieni.



Gdyby mógł wybierać, wybrałby rolnictwo. Ale nie dano mu wyboru. I tak jedno prowadzi do drugiego, aż w końcu natłok kłopotów przydusza człowieka całkowicie, trzyma w potrzasku jak rybę w wodzie. Zatem przyjechał na weekend i przebrał się.



Czegóż on się boi? – zadawała sobie pytanie Isabella. Żałosny z niego osobnik; boi się stanąć w obronie własnych przekonań – tak samo jak ona, która boi się swojego męża. Czyż nie zapisuje wierszy w zeszycie oprawionym jak książka rachunkowa, żeby Giles przypadkiem się nie domyślił? Spojrzała na Gilesa.

Skończył rybę; zjadł szybko, żeby nie musieli na niego czekać. Teraz tarta z wiśniami. 



Giles przyznał jej rację. Pinset i on wiedzieli kiedyś wszystko o wędkach i rybach; także o sójkach i srokach. Pinset został na roli, Giles trafił do biura.



Oczy wszystkich zwróciły się ku niej niczym ryby podpływające do okruszka chleba unoszącego się na wodzie.



Bryg jednakże czy fregata, bo ja nie mam głowy do tej morskiej nomenklatury i nigdy nie przekroczyłam żadnej wody nie wypowiadając Ojcze nasz na wspak, wpadła na skały. Pożarł ją wieloryb. Ale kolebkę, dzięki łasce Niebios, woda wyniosła na brzeg. A w niej dziewczynkę, rzeczoną Flavindę.



O, wiarołomna bratanico! Ty, którą ze słonej fali wybawiłam i ociekającą wodą, postawiłam przy palenisku! Ach, czemu ta wielka ryba cię nie połknęła! O, fałszywa flądro, o! Czyż katechizm nie nauczył cię „Czcij ciotkę swoją”? 



A zapewniam pana, że jest się za co modlić... Choć teraz to nieważne. Rzuciliśmy rybom na żer to, co nas mogło otulić jak wełniana kołderka, ale żebraczką bynajmniej nie jestem, fest folwark, są kamieniczki, bielizna, bydło, mój posag, inwentarz.



Lucy wciąż wpatrywała się w staw.

– Wszystko zniknęło – mruknęła – pod liśćmi.

Ryby, przestraszone ruchem cieni, wycofały się w głąb. Lucy wpatrywała się w wodę. Mimowolnie gładziła swój krzyżyk. Ale oczy węchowały po toni w poszukiwaniu ryb



– Nam samym – wymamrotała Lucy. I czerpiąc z szarych wód jakiś przebłysk wiary, pełna nadziei, ale bez większej pomocy rozumu, śledziła ruch ryb, pstrych, prążkowanych i plamistych, dostrzegając w tej wizji piękno, siłę i chwałę nas samych.

Ryby mają wiarę, rozmyślała. Ufają nam, bo nigdyśmy ich nie łapali. Ale jej brat odpowiedziałby na to: „To tylko łakomstwo”. „A ich piękno!” – mogłaby zaprotestować. „Płeć” – brzmiałaby odpowiedź. „A kto czyni płeć wrażliwą na piękno?” Wzruszyłby ramionami: kto? Po co? Zgaszona, powróciła do swojej prywatnej wizji: piękna, które jest dobrem, morza, które unosi. Większość z nas jest nieprzepuszczalna, ale przecież każda łódka czasami przecieka.

Bart poniesie kaganek rozumu aż do chwili, gdy jego światło zduszą ciemności jaskini. A ona tymczasem każdego ranka na klęczkach chroni swą wizję. Każdego wieczoru otwiera okno, by przyglądać się liściom na tle nieba. Potem zasypia. A potem budzą ją wijące się wstążki ptasich głosów.

Ryby podpłynęły do powierzchni. Nic dla nich nie miała – nawet okruszka chleba.

– Poczekajcie, kochaneczki – zwróciła się do nich. Podrepcze do domu i poprosi panią Sands o herbatnik. Raptownie poruszył się jakiś cień. Ryby wystrzeliły w głąb.



Dlaczego zamykać dzień, zanim się skończy? Kwiaty wciąż jeszcze jaśniały, ptaki ćwierkały. Często wieczorem można zobaczyć więcej, bo nic nie przeszkadza, nie trzeba zamawiać ryb, odbierać telefonów. 



W tej chwili wszedł Candish. Na srebrnej tacy przyniósł wieczorną pocztę. Parę listów, rachunki i poranna gazeta – gazeta, która unicestwiała mijający dzień. Niczym ryba podpływająca do rzuconego okrucha, Bartholomew rzucił się na gazetę. 


° ° ° ° °

VIRGINIA  WOOLF

Roleta niani Lugton



 ilustracje JULIE VIVAS









































tłumaczenie własne B.K.