piątek, 10 marca 2023

Biblia księżniczki Szarloty.

 


 

    „Oj! dolaż moja, dola!” – biada w ludowej pieśni, opuszczona przez kochanka dziewczyna. Tak biada dziś i biadała podobnie przed wiekami, bo rzecz jest ogólnie ludzka. Jak odzyskać wzajemność ukochanej osoby? Czyż na miłość nie ma lekarstwa? Rozsądek i psychologja mówią, że nie ma. Ale od czegóż magja? Magja rozporządzała zawsze czarnoksięskimi środkami.(...)


Od zarania cywilizacyi wyobrażano sobie, że rośliny – pod pewnymi warunkami – mają władzę wkraczać nie tylko w sprawy miłosne, ale we wszystkie wogóle sfery fizycznych i psychicznych działań. Przecież z kilku tylko popularnych książek zebrałem w moim „Zielniku czarnoksięskim” przeszło 1300 takich przesądów ze świata roślinnego a bez wielkiego trudu można by tę liczbę zapewne podwoić.(...)




Najczęściej wspominany jest „nasięźrzał”, najgłówniejsze magiczne ziele miłości, maleńka i szczególna paproć...


Obok niego występuje i lubczyk i wielce czarodziejski dziewięciornik. W ogródkach średniowiecznych – jak się z rękopisów dowiadujemy – hodowano różę miłości...


Nie brakło w szlacheckich dworkach i kwiatu miłości (flos amoris), zwanego wówczas brunatem lub szarłatem. Jest to gatunek amarantu, którego widokiem cieszyły się jeszcze nasze prababki, a który dziś daje się ledwo odszukać gdzieś przy wiejskiej chacie. W XVI w. przybywa nam obok nasięźrzału inna paproć ze szczególnymi liśćmi podobnymi do widoku księżyca na nowiu, który z tego powodu (księżyc = miesiąc) nazywano miesięcznikiem a także nasięźrzałem, co wskazuje, że i ją podobnie jak prawdziwy nasięźrzał miano za roślinę miłośniczą. 


Marcin z Urzędowa opowiada nam o dziewięciorniku następującą legendę: „O tym zielu powiadają, iż gdy jeden mąż wziął złą wolę przeciw żenie, aby ją zabił, i wywiódł żonę do lasu, aby tam uczynił swej wolej dosyć, ona idąc urwała tego ziółka i trzymała, a mąż stracił swą myśl złą, także drugi i trzeci raz.


W pierwszym obszerniejszym słowniku łacińsko-polskim J. Mączyńskiego, wydanym w Królewcu 1564 r., znajdujemy pod wyrazem philtrum (latine amatorium) przekład taki: „trunek, konfekt, potrawa albo wab niejaki, który w gamractwie dla miłości bywa zadawan; nasięźrza, szalona miłość, pódź za mną – niektórzy zową”. (...)


Wiemy z literatury ludoznawczej, że kości z nietoperza, szczątki trumien, święcona kreda i t. p. przedmioty bywają używane przez lud w celu osiągnięcia wzajemnej miłości. Do bardzo pospolitych środków należy jabłko, które dziewczęta rozkrawają na dwie połówki, nosząc je albo na szczytach piersi albo pod pachami; skoro połówkę tak magicznie uzdolnioną zje chłopiec, musi zapałać gorącą miłością do kobiety, która je nosiła. 

Ale na czele środków miłośniczych naszego ludu stoi ów nasięźrzał, który oznaczał w XVI w. w ogóle philtrum. Rzecz jest znana a nazwa zupełnie zrozumiała. Zamiast „zobaczyłem” mówimy niekiedy „uźrzałem”; nasięźrzał znaczy więc na-się- źrzał czyli na-się-patrzał. W samem tem nazwaniu jest więc powiedziane, że ma zdolność zwracania ludzi ku sobie. 

Nasięźrzał jest maleńką paprocią, bardzo szczególną, bo mającą jeden tylko listeczek, z którego pochwiastej nasady wychodzi cienki kłosek z owocowaniem. Wygląda to jakby język węża wychodzący z liścia – przez analogję wąż wysuwający się z zieleni, żeby kusić Ewę. 

 


Lud opowiada, że dziewczyna, chcąc zjednać sobie miłość chłopca, musi zdobyć tę paproć w szczególniejszy sposób. A więc upatrzywszy sobie za dnia miejsce, gdzie rośnie nasięźrzał, musi iść tam o północy nago i obróciwszy się tyłem – żeby jej djabeł nie porwał – rwać go, wymawiając pewną formułę, której liczne warjanty posiadamy – a więc np. taką: 


Nasięźrzale, nasięźrzale,

Rwę cię śmiale,

Pięcią palcy, szóstą, dłonią, 

Niech się chłopcy za mną gonią; 

Po stodole, po oborze, 

Dopomagaj, Panie Boże. 

 



Są to fragmenty z hasła "Rośliny miłośnicze" w Encyklopedii Staropolskiej Glogera które napisał Józef Tomasz Rostafiński. Był to polski botanik, żyjący w latach 1850-1928, autor wielu podręczników i rozpraw popularnych, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego.

 


    Jego nazwisko pojawia się w sieci, między innymi w katalogu biblioteki Uniwersytetu Princeton w stanie New Jersey w USA, gdzie w archiwach przechowują polską księgę zatytułowaną "Śluzowce. Mycetoza". 





Śluzowce to organizmy mające cechy roślin, grzybów albo zwierząt. Potrafią pełzać za pomocą nibynóżek i żywią się bakteriami i zarodnikami grzybów. Są przeważnie maluśkie, paromilimetrowe. Dawniej uważano, że to właściwie grzyby, dlatego może, gdy szuka się książek o grzybach, wyszukiwarka pokazuje książkę polskiego botanika zcyfrowaną hen w szerokim świecie. 


"Rzut oka na dotychczasowe prace nad śluzowcami" – stoi tytuł pierwszego rozdziału w dziele Rostafińskiego.  "Pewne, choć bardzo powierzchowne podobieństwo śluzowców z niektórymi grzybami, a zarazem i wspólne nieraz znajdowanie się z nimi było zapewne powodem, że je do najnowszych czasów uważano za grzyby. Pragnąc więc badać postęp wiadmości o naszych śluzowcach, zmuszeni jesteśmy śledzić krok w krok za rozwojem mykologii." – zaczął pan botanik.

 

Kto tę księgę w najuczeńszym na świecie Princeton potrafi czytać? Skąd się tam wzięła, wydana w latach siedemdziesiątych XIX wieku w Paryżu? Na pierwszej czystej karcie za okładką jest ledwie czytelna odręczna notka "PARIS Nakładem Biblioteki Kórnickiej".

 

Biblioteka w Kórniku

Książka o śluzowcach może trafiła do Princeton wprost z Paryża, a może przez wymianę druków między akademiami i bibliotekami, bo tytułów związanych z Rostafińskim jest w katalogu uniwersyteckim dziewięć – na przykład dwa egzemplarze  "O składności członków człowieczych", dwie "Zabawy orackie", jeden "Postny obiad". Dla mnie istotny był tom mykologiczny, gdyż z powodu motyli szukałem dzieła grzybowego pod tytułem "Synopsis fungorum Carolinae Superioris" autorstwa Dawida Schweinitza.


Pan ten imiona nosił dwa i chyba bardziej był Ludwikiem niż Dawidem, ale uznałem, że dobrze trafiam, bo on był biologiem, botanikiem, przyrodoznawcą o nazwisku Schweinitz – ktoś, kogo można by skojarzyć z pasją zbieractwa motyli. Urodził się w 1780 roku nie tak bardzo daleko od wymienianego wyżej uniwersytetu z New Jersey, czyli w Betlejem, 100 kilometrów na północ i na zachód, w stanie Pensylwania, ale księgę o grzybach napisał w Saksonii, bo jak miał lat jedenaście rodzina wyjechała do Niemiec. Bywał na Śląsku, na Morawach, po latach wrócił do rodzimej wioski w Ameryce.

 


Nie chodziło mi o to, eby ów Dawid (Ludwik? Lewis?) Schweinitz tylko zbierał motyle, ale eby też napisał jakieś przypowieci, albo wiersze na tyle bogobojne, eby je mona było bez podejrzeń o herezję dopisać do Biblii, wydanej przed pocztkiem wieku osiemnastego, albo na tyle dawnej, by mogła ją mieć pewna pani w swej bibliotece przed rokiem 1715.


Betlejemski Dawid przepięknie nie pasował na moralistę biblijnego, bo niby jak rodząc się w 1780 miałby napisać cokolwiek przed rokiem 1715? Okazało się również, że istniał dawniej Schweinitz, autor hymnów religijnych, Niemiec ze Śląska, urodzony w 1645 roku, ale on już kompletnie nie mógł być Dawidem, bo dano mu imiona Hans Christoph.

 

Pieśn Hansa Christopha

 

 

Z postacią hymnisty narzucały się w "Googlu" natrtnie strony luteraskich piewników, kto tam wie, na ile wiarygodne co do dat i nazwisk. Uwierzyłem jednak, zmamiony płachtami nutowych zapisów, e Dawida nie było, i e pan od motyli popltał biologa z hymnist. Co o tyle moliwe, e ów rolnik-farmer płótł jeszcze wiksze bajdy, i one istotnie były bajdami. Razem biorc, pomylenie Dawida z Hansem plus bajdy obnaały fantazjowanie pana motylarza. Ten pan motylarz, rolnik-farmer to Jonathan Leverkhün, ojciec geniusza muzycznego, Adriana. Jego pasje lepido-pterologiczne, czyli specyficznie motylowe wśród pasji entomologicznych, zajmują prawie cały rozdział trzeci na początku powieści "Doktor Faustus" Tomasza Manna. Pan Jonathan powiadał, że stara Biblia, którą ma i czytuje z ulubieniem należała dawno temu do księżnej Brunszwiku, a wersy historyczno- moralne pochodzą od Dawida von Schweinitza. Dodawał przy tym, "iż była ona własnością owej księżniczki von Braunschweig-Wolfenbüttel, która poślubiła syna Piotra Wielkiego". Chodziło mu o księżnę Szarlotę Krystynę Zofię, żonę wielkiego księcia Aleksieja Piotrowicza, syna Piotra Wielkiego. A na tym się bajdy- przechwałki pana Jonathana nie kończyły, bo dodawał również, że "potem jednak sfingowała własną śmierć, tak iż odbył się jej pogrzeb, podczas gdy ona sama uciekła na Martynikę i tam wstąpiła w związek małżeński z pewnym Francuzem."




Księżniczka Szarlota

 

Za luterańskimi śpiewnikami i bujdami pana Jonathana zabrnąłem w fałszywego Hansa Christopha, w grzybobranie po omacku, do biblioteki w Kórniku i w Princeton oraz w księgę profesora Rostafińskiego. Rychło jednak wynurzył się z "internetów" Dawid von Schweinitz i wyszło, że nie wziął się z fantazyjnego pokiełbaszenia.

 

 Prawdziwy David von Schweinitz


Ktoś taki faktycznie był i dostatecznie wcześnie się urodził – w 1600 roku, w Seifersdorf (dziś Rosochata) i w odpowiednim czasie umarł – w 1667.  Co więcej  przez całe życie był głęboko pobożnym chrześcijaninem ewangelicko-luterańskim. Można go postrzegać jako przedstawiciela ortodoksji reformatorskiej, która starała się łączyć słuszne nauczanie z właściwym życiem. Napisał wiele budujących pism, wierszy i piosenek, które uczyniły go sławnym w literaturze swoich czasów. W szczególności jego "Ewangeliczne myśli o śmierci", książka wywodząca się z tradycji Ars moriendi, była powszechnie czytaną księgą dewocyjną, tłumaczoną na francuski i szwedzki. Niektóre z jego wielu duchowych pieśni znalazły się na jakiś czas w śpiewnikach; wśród nich już w 1645 r. we wrocławskim zbiorze pt. "Mój Jezus".


  Wobec takich informacji niepotrzebne okazały sie grzyby pełzające, a także stacjonarne. Na całe szczęście została jeszcze bujda o księżniczce Szarlocie.


Jakim sposobem księga z jej biblioteki, księżnej von Braunschweig-Wolfenbüttel, trafiła pod dach gospodarstwa rolnego Leverkhünów, nie wiadomo. 

 

Biblioteka książąt brunszwickich

 

Być może to posiadłość Leverkhünów

 

 



Tak mogła wyglądać Biblia Jonathana Leverkhüna

 

    Sprytny jakiś handlarz pana Jonathana nabił w butelkę, albo on sam zmyślał, uszlachetniając piracką podróbkę z końca XIX wieku dwustuletnią starością. Pan Jonathan był na tyle odjechany ze swymi motylami i innymi cudactwami przyrody, że zmyślanie można mu  śmiało dodać. Grimmami zalatującą opowiastkę o księżniczce Szarlocie Krystynie wymyślono w pierwszej połowie XIX wieku i tę legendę mógł farmer-motylarz Jonathan znać od młodości.

° ° °


Jonatan Leverkhün albo legendę wyczytał w powieści niemieckiego pisarza Heinricha Dawida Zschokke z 1804 roku, albo oglądał w teatrze słynną w drugiej połowie XIX wieku operę o księżniczce. W obydwu tych utworach nie mówi się zupełnie nic o wyspie Martynice, zatem przypisać można by panu Jonatanowi zmyślenie historyjki dla swoich dzieci i ich przyjaciół, tak jak niewątpliwie zmyśleniem było pochodzenie jego Biblii z biblioteki książęcej w Wolfenbüttel. Przecież zamek rodu Gwelfów, książąt brunszwickich, stał dosłownie za siedmioma górami i lasami, po drugiej stronie pasma gór Harz, a wioska Buchel z książęcej perspektywy kryła się nie wiadomo gdzie, w krainie za setką lasów i gór.  

     Okazało się przy skrupulatniejszych poszukiwaniach, że Jonatan powtarzanej do znudzenia legendy nie zmyślił i znacznie wcześniejsze źródła, jeszcze z XVIII wieku, bliskie są jego wersji opowieści o księżniczce. 

    Na razie niech wystarczy taka informacja, że w fabule H.D.Zschokke pt. "Księżniczka von Wolfenbüttel" Szarlota ucieka z carskiego dworu w Petersburgu w towarzystwie starego sługi Herberta i dwórki Agaty. 


(Księżniczka w listach o Herbercie i Agacie:


Droga Julio. Znasz starego Herberta? Czy pamiętasz jeszcze, jak jako dzieci woził nas wózkiem po zamkowym ogrodzie i jak miał na imię nasz konik; jak czasem przeprowadzał nas przez płoty i rowy, czasem był naszym wioślarzem, czasem naszym mistrzem budowniczym? Ten wierny sługa jest nadal ze mną, wciąż ten sam, a jego osoba, jego nastrój, jak zwykle pogodny i ciepły, stały się dla mnie jedyną ostoją. Gdybym go straciła, pękłoby mi serce.


Ze wszystkich, którzy otaczali moje łoże boleści, nikt nie przejmował się mym losem tak głęboko i tak będąc zrozpaczoną, jak jedna z moich młodych dam, imieniem Agata von Dienholm. Jest to urocza dziewczyna w moim wieku, ze zubożałej rodziny szlacheckiej, bez rodziców, bez bliskich krewnych. Z polecenia mojego ojca przyjęłam dobre dziecko.)



Powieść jest napisana w formie listów Kawalera d'Aubant do Laurentego Bellisle i jako równoległa korespondencja księżniczki Szarloty Krystyny z hrabiną Julią von B. Sporo miejsca zajmują też wspomnienia i wyznania "trzeciej" osoby, tajemniczej Augustyny.


    Wątkiem osobnym w powieści są losy polskiego szlachcica Janińskiego, ściśle związane z uciekinierami. Najpierw więc o Janińskim, a później o samej księżniczce, o tym, czego zaznała na carskim dworze i dlaczego uciekła.


    Fragmenty dotyczące Janińskiego w powieści Heinricha Zschokke mieszczą się w Księdze Drugiej, od  dziewiątego rozdziału w pamiętniku niejakiej Augustyny Holden, czyli zakamuflowanej Szarloty. Rzecz o Janińskim zaczyna się zimą 1715/16, gdy trójka uciekinierów dojeżdża do granic Polski. 


Po długiej, strasznej nocy nastał poranek. Byliśmy w środku leśnej dziczy, zmęczone konie kłusowały coraz wolniej. W końcu dotarliśmy do samotnego, nędznego domu, przed którym Herbert zatrzymał sanie. Zaprowadził nas do środka. Przyjęła nas gościnnie para staruszków, Herbert przedstawił Agatę i mnie jako córkę i syna. Co za szczęście żyć niezauważanym, samotnym, znanym tylko nielicznym dobrym, którzy nas kochają - to najlepsze co nas może spotkać na świecie.


Większość dnia spędziliśmy na wypoczynku w chacie. Spaliśmy tak bezpiecznie, tak mocno, jakby Rosja nie była już dla nas zagrożeniem. Dopiero wieczorem rozstaliśmy się ze starymi gospodarzami i ruszyliśmy w dalszą drogę po śniegu. Herbert rozglądał się w terenie i zawsze omijał główną drogę; podróżowaliśmy tylko nocą, odpoczywając w odległych chatach i biednych wioskach; widywałam niewielu ludzi, a teraz zmieniłam ubiór i nazwisko, aby na zawsze pozostać nieodkrytą.

Agata, przybrała niezgrabny strój rosyjskiej wieśniaczki.


Wreszcie któregoś wieczoru Herbert oznajmił:

„Już możemy być spokojni, dziś śpimy w ostatniej rosyjskiej wiosce; nazywa się Kwadosław, mamy do niej półtorej mili! Od jutra będziemy podróżować po polskiej ziemi.”

Ucieszyłam się i zawołałam:

„Nie! Musimy być dziś w Polsce! Dopiero wtedy odetchnę spokojnie.”

Do Kwadosława dotarliśmy późno. Było ciemno i padał gęsty śnieg. Herbert chciał odpocząć, ale nie poddałam się, dopóki nie ruszył w dalszą drogę do pierwszej polskiej wsi. Zapytałam o jej nazwę. Nazywała się Nieszosperda.



strzałka u góry – miejsce przekroczenia granicy

strzałka po prawej – siedziba niemiłego starosty 

 


strzałka u góry mapy – miejsce poprzedniego zbliżenia na tle całej Rzplitej Ob. Narodów

Prosiliśmy o przewodnika, ale tutejsi ludzie byli tak nieuprzejmi, że nikt się na niego nie zgodził; bez względu na to, jak wysoką obiecaliśmy zapłatę, nie mogliśmy go dostać. Robiło się coraz ciemniej i wiatr ciskał w nas śniegiem. Byliśmy na wpół przemarznięci z zimna i musieliśmy się rozgrzewać biegnąc truchtem od czasu do czasu obok sań. Przez kilka godzin błąkaliśmy się po lesie, nie docierając do jego krańca. Herbert zsiadł, żeby się rozejrzeć, bo nie wiedział, którędy jechać. Agata i ja czekałyśmy w saniach na jego powrót.

Ku naszemu niemałemu zdumieniu niespodziewanie pojawił się pieszy nieznajomy. Zwróciłam się do niego; nic nie odpowiedział, tylko podszedł do koni, wskoczył na jednego i skierował nasze sanie w boczną drogę przez las.

Konsternacja i strach prawie pozbawiły mnie świadomości. Wołałyśmy Herberta; z daleka słyszałyśmy jego krzyki w odpowiedzi, ale wkrótce ucichły. Opadłam zemdlona w ramiona Agaty i nie odzyskałam przytomności, dopóki sanie się nie zatrzymały.


Otworzyłam oczy. Znajdowaliśmy się na szerokiej równinie poza lasem, śnieg i wiatr nie ustawały. Nieznajomy, który nas porwał, zeskoczył z konia i zniknął. Przypuszczalnie chciał wykorzystać nasz zaprzęg tylko po to, by skrócić pieszą wędrówkę i szybciej wydostać się z lasu.

Nie pozostało nam nic innego, jak wrócić do lasu w poszukiwaniu naszego zaginionego przyjaciela. Głębokie ślady na śniegu wskazywały, jak długą drogę przebyliśmy. Po pół godzinie wróciłyśmy do lasu. Wołałyśmy Herberta niezliczoną ilość razy, ale na nasze przeraźliwe krzyki odpowiadał tylko ryk wichury w czarnych sosnach...

Jechałyśmy kolejne pół godziny w głąb lasu; ani śladu, ani dźwięku od biednego Herberta. Gdzie mamy go szukać? Bałyśmy się, że jedziemy złą drogą. Być może nieszczęśnik leżał już zamarznięty na śniegu; być może zaatakowały go wilki i rozszarpały... Zostałyśmy bez doradcy, bez wsparcia, pozbawione sił i odwagi, zagubione na śnieżnej pustyni.

Nigdy nie byłam w tak okropnej sytuacji. Zmarznięte ręce ledwie miały dość siły, by utrzymać wodze zmęczonych koni. Agata poradziła, by wyjechać z powrotem na otwartą przestrzeń w nadziei, że jeśli podążymy śladami naszego porywacza, odkryjemy jakieś ludzkie siedlisko. Stamtąd mogłybyśmy po Herberta wysłać w gęstwy leśne znających się na rzeczy ludzi...

Posłuchałam rady i rzeczywiście, podążając śladem pozostawionym przez uciekiniera, dotarłyśmy o świcie do biednej, na wpół zasypanej śniegiem wioski.


Zatrzymałyśmy się przed starym murowanym domem, który był najporządniejszy w całej wsi. Cała sfora psów otoczyła nasz powóz, szczekając, aż uciszył je jakiś obszarpany, brudny facet, który wyszedł z domu i wysłuchał naszej żałosnej opowieści, którą mu recytowałam po rosyjsku najlepiej jak umiałam. Zostawił nas bez odpowiedzi, ale pojawił się kilka minut później i zaprowadził nas do ogrzewanego pokoju, który przypominał stajnię, gdzie na słomie leżało kilku służących.

Tutaj przez godzinę musiałyśmy cierpliwie czekać na swój los. Śpiący pokrzepili się; zaprowadzili nasze konie pod dach, a w końcu do większej sali, gdzie silny, barczysty mężczyzna z wielkim wąsem przedstawił się jako pan Horodko. Najpierw próbował rozmawiać z Agatą po rosyjsku, potem po polsku. Dobre dziecko, nie władające biegle żadnym z tych języków, odpowiedziało po francusku, potem po niemiecku i nie zostało zrozumiane. Chciałam coś powiedzieć, ale on mi kazał milczeć.

„Nie jesteś Rosjaninem, pomimo swojego ubrania!”, powiedział, szepnął kilka słów do ucha jednemu ze swoich służących i kazał Agacie wyjść z pokoju.

Na próżno chciałam go powstrzymać.

„Wiem, coś za jeden”, powiedział mi straszny człowiek, „jesteś uciekinierem z Petersburga. Od początku wydałeś mi się podejrzany.”


To, co oznajmił, dopełniło mojego strachu... Przeraziłam się, że zostałam rozpoznana, zdradzona i będę wydana do Petersburga. Zmyśliłam, że Agata to moja siostra; opowiedziałam naszą nocną przygodę i jak nasz ojciec zgubił się w lesie. Poprosiłam, żeby go odszukał. Szlachcic potrząsnął głową; kazał mnie zaprowadzić do sąsiedniego pokoju, gdzie po chwili przyprowadzono Agatę, która gorzko szlochała. Z pomocą sługi, mówiącego łamaną niemczyzną, pan Horodok ponownie ją przesłuchał, a ponieważ udawała pokojówkę służącą memu ojcu, sprzeczność naszych zeznań zwiększyła podejrzliwość starego wiejskiego tyrana.

Potraktowano nas jak więźniów, nasze nieliczne rzeczy zniesiono z sań do pokoju, dostarczono jedzenie i picie, i zostawiano nas same aż do wieczora. Dowiedziałyśmy się tylko, że surowy pan, którego nazywano starostą, wybrał się na polowanie z innymi znajomymi. Nie wiedziałyśmy, czy zdecydować się na ucieczkę wieczorem, czy z heroicznym spokojem czekać na rozwój sytuacji. Raz przeważał jeden plan, raz drugi; najbardziej martwiłyśmy się o naszego Herberta.

Kiedy się ściemniło, myśliwi wrócili.


Wkrótce w sąsiednim pokoju zrobiło się dzikie zamieszanie. Usłyszałyśmy brzęk kielichów, głośne śmiechy i głos Starosty, który mówił o nas. Najbardziej zaniepokoiła mnie jego sugestia, że ​​jesteśmy szwedzkimi szpiegami albo włóczęgami, którzy w Petersburgu uknuli jakiś podstęp. Chciał nas, powiedział, i starca, którego nazywamy naszym ojcem, wydać władzom najbliższego miasta następnego dnia... Wywnioskowałam z tego, że Herbert też się znalazł.

Wtem otworzono drzwi i weszli grupą ludzie rozgrzani winem i wódką, tłoczyli się i przyglądali nam. Agata płakała; obrzuciłam starostę wymówkami, że tyranicznie potraktował niewinnych podróżnych, i zażądałam, aby mnie zaprowadzono do ojca.


Wśród przybyłych wyróżniał się postawny młodzieniec, który podszedł do Agaty i kładąc jej rękę pod brodę i unosząc jej głowę, powiedział po francusku:

„Prawdopodobnie nie jesteś ani wieśniaczką, ani kryminalistką, kochane dziecko!”

”A ty, panie — zwróciłam się do niego — nie wyglądasz na rozbójnika ani na zdolnego do usprawiedliwienia chamstwa popełnianego wobec podróżnych na terytorium Króla Polskiego! Przybyliśmy tu, mając na uwadze gościnność i słynną hojność Polaków, a zamiast tego jesteśmy narażone na maltretowanie”.

Młodzieniec spojrzał na mnie z boku, uśmiechając się, a potem znowu patrzył na Agatę, która nieśmiało spuściła wzrok w ziemię.


"Chodźcie za mną! Uwolnię was, jeśli chcecie!”, powiedział w końcu i kładąc dłoń na ramieniu Agaty, dodał: „Nie płacz, piękna dziewczyno!” Po czym ze śmiechem zwrócił się do starosty, wołając:

„Władysławie, zrobiłeś mi niezły kawał!”

- Co masz na myśli, Janiński? - krzyknął starosta.

„Aresztowaliście malarza, o którym pisał do mnie Hauptmann Osterow i na którego tak długo czekałem. Te dwie młode osoby towarzyszą mu. Gdzie on jest? Muszę z nim porozmawiać.”

Z tym nas opuścił. Inni wyszli za nim.

Nie minęło pół godziny, gdy Janiński, trzymając naszego Herberta za rękę, wszedł z chytrym uśmiechem.

”Moje sanie — rzekł Janiński — są za ciasne dla wszystkich. Podążaj więc za mną do mojego zamku, a potem rozgość się na jak długo zechcesz u mnie pozostać!”

Kiedy znów zobaczyłam Herberta, pomyślałam, że niebezpieczeństwo minęło. Gdy tylko zostaliśmy sami, opowiedziałyśmy mu o naszych przygodach, strachu i obawach o niego, on zaś o tym jak zabłądził, ale szczęśliwie znalazł ślady naszych sań na śniegu i kierowany nimi dotarł do wioski.

Zmęczeni, nie wahaliśmy się ani chwili, by opuścić to okropne miejsce i wyruszyć w podróż z nieznanym Janińskim, którego przyjacielski wygląd obiecywał nam zdecydowanie lepszy los.


Ruszyliśmy w gęstej zamieci śnieżnej, sanie Janińskiego prowadziły. Tuż przed północą dotarliśmy w końcu do rozległej wioski o nazwie Słoboda, w której na uboczu stała wysoka, wiekowa budowla z kilkoma małymi wieżami. Księżyc przebijał się przez szare śnieżne chmury i rzucał melancholijne światło na zamek, który ze swoimi wykuszami, wieżyczkami i wąskimi oknami przypominał fortecę. Wokół niego biegł rów, nad którym wiódł most.

„Och”, szepnęła do mnie Agata, „mam nadzieję, że tu znajdziemy nieco lepsze schronienie”.

 




Nasz gospodarz zajął się wyciąganiem nas z powozu; następnie ujął Agatę pod rękę i poprowadził do zamku. Herbert i ja poszliśmy za nimi.

Kolację urządzono w dużym pokoju pokrytym starą tapetą. Wszędzie panowały porządek i czystość, co również dodało nam otuchy.

"Jakże się cieszę — rzekł Janiński — że was wyzwoliłem z niemiłej niewoli u Starosty! Właściwie to dobry człowiek, ale trochę szorstki i śmiertelny wróg króla Szwecji. Jest bogaty w ziemię i ludzi, ale odkąd stracił żonę, jego dom przypomina zajazd dla żebraków, a on nierozumnie tarza się w błocie i brudzie. Trzeba mu wybaczyć dziwaczne nastroje, a ponieważ jest wpływowy, zaprzyjaźnić się z nim... Zapomnijcie o przerażeniu, jakie wywołał w was ten człowiek. Nie zawiodę mojej obietnicy uczynienia waszego pobytu u mnie przyjemniejszym! Podróżowałem też po Europie i wiem, jak dobrze jest znaleźć gościnne schronienie, zwłaszcza w tak dzikim, niegościnnym kraju jak nasz”.

Podziękowaliśmy mu za troskę, a Herbert wyciągnął zza pazuchy dokumenty.


„Proszę”, powiedział, pokazując mu rosyjski paszport, „żebyście i wy, panie, mogli nas poznać! Widzisz stąd, że jestem francuskim szlachcicem, który nazywa się de Laborde, a te dwie są moimi córkami. Przebranie się jednej w strój męski, a drugiej w strój rosyjskiego chłopa było kaprysem obu dziewczyn, na który się zgodziłem. Jestem pewien pańskiej szlachetności i uważamy się za szczęśliwych, że zostaliśmy zaskoczeni, choć w niefortunnym przypadku, tak miłą znajomością.”

Janiński przejrzał paszport i przeprosił mnie i Agatę, że ​​zwiedziony naszym przebraniem mógł nie traktować nas z szacunkiem, na jaki zasługiwałyśmy.  Zauważyłam, że Janiński poważniej zaczął traktować Herberta po tym, jak się przedstawił

Tego dnia bardziej był nam potrzebny odpoczynek niż jedzenie. Pokojówka zaprowadziła mnie i Agatę do małego pokoju na ostatnim piętrze domu, gdzie zasnęłyśmy pod opieką przodków naszego szlachcica, których na wpół wyblakłe obrazy wisiały na ścianach.

Następnego ranka Herbert przyniósł nam zaproszenie życzliwego gospodarza.  Prosił, abyśmy zostali u niego kilka dni, aż wrócą do sił nasze konie, wyczerpane tak wielkim wysiłkiem. Pogoda była również bardziej burzowa niż zwykle; my sami potrzebowaliśmy odpoczynku, by nabrać nowych sił. Oznajmiono nam, że mało kto zna te strony, bardzo rzadko odwiedzane przez podróżników; to dodało nam komfortu, spokoju i cudownego poczucia bezpieczeństwa.

Zgodziliśmy się zatem, a Janiński wydawał się zachwycony, jakbyśmy to nie my byli jego dłużnikami, ale on był naszym.

„Ach”, zawołał, „jak rzadko mam przywilej widywania ludzi z wykształconego świata! Gdybym nigdy nie poznał innych krajów i wyższych potrzeb, czułbym się swobodnie wśród sąsiadów, dla których największym dobrem są polowania, zabawy i hulanki. Ale teraz nie czuję się we własnej ojczyźnie jak w domu. Śmierć ojca uczyniła mnie spadkobiercą jego majątków, ale prędzej czy później pozbędę się ich i wrócę do Warszawy lub Drezna, jeśli niebo nie ześle mi we właściwym czasie miłego towarzysza, który rozweseli moją samotność. ”

Janiński był przystojnym mężczyzną: polski strój narodowy bardzo mu odpowiadał. Mówił po polsku, francusku i rosyjsku i miał małą, wybraną bibliotekę pisarzy łacińskich i francuskich. Kochał muzykę; zręcznie grał na flecie i fortepianie.

Nuda nie mogła nas dopaść w zamku Janińskiego. Czytałam książki; Agata zasiadała do fortepianu; Janiński towarzyszył na flecie jej uduchowionej grze; Herbert pisał i przeglądał mapy.

Z nas trojga gospodarz najbardziej wyróżniał Agatę. Bezustannie wpatrywał się w nią i zawsze najszybciej przewidywał jej życzenia.

Wieczorem drugiego dnia, gdy stał obok Agaty przy fortepianie - oboje byli sami w pokoju - nagle przestał towarzyszyć jej w grze. Spojrzała na niego. Jego oczy były wypełnione łzami. Odwrócił się i podszedł do okna.


”Czy źle się pan czujesz?” - spytała Agata, wstając.

”A czy mogę czuć się dobrze?” - zawołał z żalem i gniewem. „Oni oboje chcą jutro wyjechać pod pozorem nie przeszkadzania mi! Dlaczego pojawiliście się w mojej samotni, jak istoty z lepszego świata, aby na chwilę podarować mi niebo? Czy abym potem mógł jeszcze głębiej odczuwać nędzę tego życia? O panienko, panienko, jestem bardzo nieszczęśliwy!”

Agata, oszołomiona i zawstydzona, nie była w stanie odpowiedzieć. Wziął jej dłoń, przycisnął ją do ust i spojrzał w niebo mokrymi oczami.

„Nie gniewaj się na mnie, Fraulein, nawet za mój ból!” - kontynuował: „Gdybym cię zobaczył w rozległym mieście, w lśniących kręgach dworu, moje serce znalazłoby cię wpośród tysięcy ludzi i powiedziałbym: Tylko Ty jesteś mi droga ponad wszystko! ... Mieszkam tutaj jak na pustyni, z dala od towarzystwa przyjaznego i podobnego mi duchem... Na próżno tęskniłem za czymś lepszym... Moje dni płyną w męczącej monotonii. Zaczynałem stawać się pospolitym człowiekiem, ale moje biedne serce jest nazbyt czułe, aby przyzwyczaić się do prostackiego życia. Ach, to o czym nawet nie marzyłem, jako o możliwości, nagle stało się cudowną rzeczywistością! Zobaczyłem cię; niebiańska wizja nie mogłaby mną wstrząsnąć głębiej. Cóż za metamorfoza! Tylko ciebie widzę i tylko ciebie znam, a wszystko wokół mnie stało się tak obce, jakby dopiero dzisiaj powstało. Nie gniewaj się na mnie, Fraulein, bo nic dla ciebie nie znaczę, czuję to. Jestem dla ciebie zbyt bez znaczenia! Jednym spośród milionów, które widziałaś, jak ja”.

Tymi słowami poprowadził ją z powrotem do fortepianu i wziął flet.

 


Agata grała drżącymi pojedynczymi nutami. Nie była na niego zła i sama nie wiedziała, że ​​jest z niego zadowolona.

Tymczasem do pokoju wszedł Herbert. Janiński wyszedł mu na spotkanie.

”Chcesz mnie zostawić jutro?” - zapytał. - ”Ale pamiętaj, że jesteś moim dłużnikiem! Liczę na waszą wdzięczność. Wezmę pod uwagę tę drobną przysługę, jeśli zgodzisz się zostać w Słobodzie jeszcze przez dwa dni. Nie mogę się przyzwyczaić do myśli, że jutro cię stracę.” 

Herbert uśmiechnął się.

„Jakże chętnie” — powiedział — „zwiększylibyśmy nasz dług wobec ciebie, gdyby sytuacja rodzinna nie była aż tak nagląca, sprawiająca, że naszym obowiązkiem jest przyspieszenie podróży”.

Ale przepojony miłością Janiński nie dał się przekonać. Zachęcał nas do pozostania z takim przyjaznym zapałem, potrafił tak obrazowo opisać niebezpieczeństwa podróży w obecnych mrozach, niepewność ścieżek powodowaną przez wilki, które mróz wypędzał z lasów w poszukiwaniu pożywienia na zamieszkałych terenach, że Herbert w końcu zawahał się i przynajmniej zażądał czasu, by o tym pomyśleć. Kiedy przedstawił mi i Agacie argumenty Janińskiego, widziałam, że przez niepogodę jest skłonny zostać w Słobodzie jeszcze kilka dni, niż zaraz wyjeżdżać. Agata odpowiedziała na moje pytanie niemym rumieńcem zamiast głośnej opinii.

Zostaliśmy więc w Słobodzie.


Obiecane dwa dni przekształciły się w sześć. Janiński był najszczęśliwszym człowiekiem i życzliwością samą w sobie. Agata lubiła z nim rozmawiać. Zauważyłam, że piękniej i bardziej emocjonalnie śpiewa przy jego fortepianie niż zwykła przy moim; że cała jej istota zdawała się być ożywiona przez wzniosłego ducha. Wydawała mi się jeszcze milsza niż przedtem; w jej głosie było coś nieopisanie miękkiego i wzruszającego; jej oczy lgnęły dłużej i bardziej marzycielsko do wszystkiego, na co patrzyła; gdyby miała śmiertelnego wroga, musiałby on pokochać jej serce.

Tylko ja byłem wiecznie niespokojna i zmartwiona w nieustannym strachu. Każda obca postać, każdy podróżnik błąkający się po zaśnieżonych pustkowiach przerażał mnie śmiertelnie. Ach, i moje porzucone dzieci, książęce sieroty! Zawsze fuchrm byłam z nimi. Zawsze widziałam w marzeniach ich pełne wdzięku postacie... jakże chętnie oddałbym swoje smutne życie za jeden pocałunek na ich ustach.

 

Wieczorem szóstego dnia do mojego pokoju weszła Agata. Miała łzy w oczach, ale uśmiechała się.

”Rozmawiałam z Herbertem.” - powiedziała - ”Jest zdecydowany wyjechać jutro rano, jeśli zgodzisz się na nasz wyjazd.”

"W każdej chwili... teraz... jestem gotowa!"

”Ale Janiński nie może się dowiedzieć... dopóki nie pożegnamy się z nim jutro. Postawiłby nam tysiące przeszkód, aby uniemożliwić wyjazd!”, powiedziała Agata i odwróciła się ode mnie, kryjąc rumieniec.

Zauważyłam jej zachowanie. Wzięłam ją w ramiona. Zapytałam o przyczynę jej zmieszania i tajemnicę jej łez. W połowie się domyśliłam.

„Dokonałaś podboju w dziczy!”  – powiedziałam jej, uśmiechając się.

”Poprosił Herberta o moją rękę” - odparła Agata - ”sądząc, że Herbert naprawdę jest moim ojcem. Herbert na próżno mówił mu, że nie rozstanie się z córką: że nie ja mogę żyć na tym pustkowiu. W odpowiedzi Janiński oznajmił, że spienięży swój majątek, wyjedzie z Polski, ruszy naszym śladem i osiedli się z nami we Francji.”

” A ty, Agato?”

"Och, nie wiem! To taki dobry człowiek, ale zdolny do dzikich zauroczeń. Dlatego musimy się spieszyć, by opuścić Słobodę.”

Herbert potwierdził opinię Agaty. Aby odprawić Janińskiego na zawsze, wyjaśnił mu, że nigdzie indziej, jak na francuskiej ziemi nie rozstrzygną się losy Agaty.

Gdy następnego ranka Herbert po cichu przygotował wszystko do wyjazdu i zaprzęgnął konie, poinformowaliśmy nieszczęśliwego kochanka o naszej decyzji opuszczenia go.

Sanie podjechały.

Janiński stał przed nami pobladły, oniemiały. Jego oczy błądziły naprzemiennie po naszej trójce i zdawały się pytać: "Rozstanie? Naprawdę chcecie to zrobić? Chcecie śmierci Janińskiego?"

Wyraziliśmy mu naszą wdzięczność w tysiącu słowach. Herbert zdjął z palca cenny pierścień i poprosił go, aby wziął go na pamiątkę. Odepchnął rękę Herberta. Podszedł do okna, zobaczył nasze sanie gotowe... odwrócił się do nas plecami, podał rękę Herbertowi, potem mnie; potem padł na kolana przed Agatą, gorliwie przycisnął jej rękę do serca, westchnął głęboko i niespokojnym głosem wypowiedział słowa „na zawsze”.

I nagle dobry, biedny Janiński gdzieś pobiegł i straciliśmy go z oczu.


Wszyscy byliśmy głęboko poruszeni i mieliśmy nadzieję, że wróci. Wkrótce jednak dowiedzieliśmy się od jednego z jego służących, że wskoczył na konia i opuścił Słobodę.

Staliśmy z Herbertem przy saniach. Agata została w domu. Wróciłam, żeby się z nią zobaczyć.

Kiedy weszłam do pokoju, w którym zostawił nas Janiński, zastałam ją siedzącą na krześle i szlochającą z zakrytą twarzą. Na stoliku obok napisała kredą słowa: „Na zawsze Janiński!”.

Podeszłam do niej i ujęłam za rękę. Była zaskoczona i próbowała ukryć przede mną swój ból, ale przeczytałam te słowa, którymi opisała stan swojego serca.

”Chcesz tu zostać?” - zapytałam.

Podskoczyła i bez słowa pociągnęła mnie w stronę sań. Wsiedliśmy i odjechaliśmy.


Był ponury zimowy dzień; niebo zakrywała szara powłoka chmur, z której spadał na nas mokry i lepki śnieg. Z pokrytych bielą równin ciemne lasy wznosiły się jak czarne wyspy. Od czasu do czasu w oddali rozbrzmiewał melancholijnie dzwonek wiejskiego kościoła. A lasy, chmury i chaty przelatywały obok nas jak mgliste kształty w monotonnym śnie.

Agata leżała przytulona do mnie. Nie śmiałam zakłócać jej snów i myśli. Biedne dziecko wyszło z tej dziwnej przygody ze zranionym sercem. Z miłości do mnie porzuciła to, co pokochała...



° ° ° 

Paulowitz (znajomy d'Aubanta z Petersburga)) nazywał się teraz Paul; Herbert, nasz troskliwy ojciec, nosił imię Walter. Podczas gdy reszta z nas błąkała się po prowincjach Francji, ten ostatni z godną podziwu starannością zakupił wszystko, co mogło uprzyjemnić żmudną podróż morską i przydać się w odległych zakątkach świata.

Armaty grzmiały na pożegnanie w porcie. Wiatry rozwiały nasze żagle. Załoga wiwatowała. Baterie Port-Louis odpowiedziały grzmiącym pożegnalnym salutem... Statek leciał nad ciemnością, tnąc fale oceanu. Brzegi Europy zostały za nami. Agata stała na pokładzie pogrążona w głębokiej melancholii. Usta jej drżały, jakby chciała przemówić do znikającej części świata; łzy wypełniły jej oczy. Biedna Agata! Jej dusza błąkała się po polskich pustaciach i krążyła wokół opłakującego ją Janińskiego w zimowej Słobodzie. Herbert oparł się w melancholijnej pozycji o maszt ze skrzyżowanymi ramionami i pochyloną głową. Ze względu na mnie opuścił ziemię swojej matki i szukał celu swego cnotliwego życia w odległych krainach. Nie słyszał huku armat ani wesołych okrzyków marynarzy. Tylko od czasu do czasu westchnienie zdawało się unosić jego pierś.


Usiadłam na pokładzie i zamyśliłam się. Księżyc wzeszedł, bo nasz wyjazd nastąpił późną porą; daleko wokoło panowała martwa cisza; wszędzie tylko woda i niebo, ciemność i srebrny blask. To strasznie piękne widowisko urzekło mnie swoją nowością i rozproszyło mój smutek.

Wtedy Agata podeszła do mnie i nieśmiało zapytała:

„Moja Augustyno, przeszkadzam ci? Jesteś zmartwiona? Tak wcześnie pożałowałaś, że odpływasz w inny świat? Żal ci twojej Europy?”

Przygarnęłam miłe dziewczę do siebie i odpowiedziałam:

„Nie. Chętnie odpływam stąd! Tu nikt mnie nie kochał, nikt mnie nie chronił. A to, co mnie kocha i chroni, towarzyszyć mi będzie w nowym świecie. Tęsknię tylko do moich dzieci i do mojej Julii. Dzieci są dla mnie stracone. Ale gdybym ich nie opuściła, również byłyby dla mnie stracone. No, to dobranoc, przeszłości! Witaj, dziwna przyszłości! Zbliżam się do ciebie z czystą duszą. Ten, kto nie ma się czego bać, ma tylko nadzieję.”

Agata przycisnęła twarz do mojej piersi i zaszlochała mocniej.

”Płaczesz?” - zapytałam ją. – ”Tęsknisz za domem?”

Po długim milczeniu wyszeptała imię Janińskiego.

Oczy pociemniały mi od łez. Pocałowałam gorące czoło dziewczyny i nie odpowiedziałam.

Co mogłam odpowiedzieć na to wyznanie?

Agata była zakochana. Janiński był obiektem jej pierwszej pasji. Wiernie i oddanie poświęciła mi swoje najpiękniejsze uczucia i wyznała je dopiero wtedy, gdy straciła nadzieję na swoje szczęście.


Tak, najwyższą ofiarą jest zdruzgotanie własnego serca przez unicestwienie miłości! Nic pod niebem nie jest tak błogie, jak miłość, całkowicie tożsama ze nieśmiertelnością. Kto poświęca swoją miłość, poświęca wraz z nią swoją nieśmiertelność. Bez miłości wieczność jest pusta i bezwartościowa. 


Płynęliśmy od wyspy do wyspy w jasnym, nieustannie pulsującym oceanie.

Przyzwyczailiśmy się do niewygodnego życia marynarzy;

Widzieliśmy Wyspy Kanaryjskie... zostaliśmy kilka dni na Teneryfie, u podnóża Pie. Otoczył nas nowy świat, nowa roślinność i ludzie o różnych kolorach skóry. Myśleliśmy, że jesteśmy już daleko od Europy. Agata w ciszy wspominała  Janińskiego i uśmiechała się jak zwykle. Rosję i Niemcy prawie zapomniałam; zatarło się wspomnienie wszystkiego, co mnie kiedyś cieszyło i dręczyło... Patrzyłam w przeszłość, jak w długi, ponury sen, albo jak patrzy duch zmarłego w opowieściach o jego ziemskiej pielgrzymce.


° ° ° 

O cudowna, wszechmocna miłości!... Stało się to, czego ludzka wyobraźnia nie może przewidzieć. Julio, wciąż drżę z radości! Ukochany Agaty, nasz gościnny Polak Janiński, przebywa w St. Domingo. Z niezrozumiałą pomyślnością ruszył naszym śladem przez całą Europę i przez siedem mórz po tym, jak sprzedał swój majątek. Brzmi to aż nadto lirycznie.

Zawsze podejrzewałam, że Agata jest w nim bardziej zakochana, niż mi  dawała do zrozumienia.


Wystarczy, że powiem, iż on jest tutaj! Z miasta przybył posłaniec do Herr Waltera. Pod tym imieniem występuje w St. Domingo Herbert. Kurier przyniósł mu list. Herbert był jeszcze zbyt osłabiony morską chorobą, by sam to przeczytać. Agata i ja stałyśmy przed jego łóżkiem, kiedy otworzyłam list i przeczytałam na głos. Zanim skończyłam, Agata padła na ziemię prawie nieprzytomna. Janiński zapowiedział się w tym liście.

Kiedy moja miła panna się ocknęła, objęłam ją, ale Agata nic nie mówiła. Usiadła przy oknie z listem w ręku. Siedziała niema i pogrążona w głębokim wzruszeniu. Wpatrywała się tylko w list, ale go nie czytała. Zatrwożyłam się o jej zdrowie. Chciałam ją uspokoić, ale ona mnie nie słyszała, patrzyła tylko na papier i od czasu do czasu wzdychała. W imieniu Huberta napisałam odpowiedź do naszego śmiałego awanturnika i poprosiłam, aby odłożył wizytę jeszcze o kilka dni, bo Agata była zbyt wzruszona. Jeszcze nie skończyłam, gdy drzwi się otworzyły. Wszedł sam Janiński.

Byłem zupełnie zaskoczona.

Agata z krzykiem poderwała się z krzesła, blada jak śmierć, zatoczyła się ku niemu z na wpół przymkniętymi oczami jak umierająca kobieta i padła nieprzytomnie w jego ramiona.

Z trudem przywróciliśmy ją do życia.

Dopiero następnego dnia mogłam spokojnie zobaczyć się ze swoją przyjaciółką i porozmawiać z nią.

Chory Herbert chciał robić Janińskiemu wyrzuty. 

”Ach” — zawołał Janiński — ”to ja mam prawo robić ci wyrzuty! Dlaczego zjawiłeś się w mojej samotni ze swoją kochaną córką i na zawsze pozbawiłeś mnie radości i odpoczynku?... Zobaczyłem ją, pokochałem, a przekonanie, że nie jestem bez nadziei zakochanym w Agacie, czyniło mnie jeszcze bardziej nieszczęśliwym. Pomimo wszystkich twoich wybiegów i zatajeń, udało mi się was wyszpiegować. Jestem tu teraz, więc nadal chcesz być bezlitosny? Jeśli nie chcesz być moim ojcem... no, dalej, wyrzuć mnie! Ale będę cię ścigał na wsze strony świata, jak twój cień, aż przekona cię moje oddanie, moja niezłomność. Pomiataj mną, jak swoim marnotrawnym synem... cóż, będę nawet twoim niewolnikiem! Nie oderwiesz się ode mnie”.

Tak z grubsza mówił ten człowiek i z jaką pasją to mówił! Wyrażał całą swoją duszę. Radość, tęsknota i troska przemawiały jednocześnie w jego głosie, w uśmiechu i w łzach, które spływały z jego płonących oczu jak iskry światła.

Herbert spojrzał na mnie spokojnym, badawczym spojrzeniem i po przyjacielsku podał rękę Janińskiemu,

„Tak wielka lojalność jest warta najwyższej nagrody!” – powiedziałam.

Janiński padł mi do nóg, okrył moją dłoń gorącymi pocałunkami i zawołał:

”Nie zostawiajcie mnie! Nie wyrzucajcie nieszczęsnego Janińskiego!”

A kiedy Herbert powiedział: „Dobrze, Janiński, dam ci moją córkę, jeśli moja córka ofiaruje ci swoją miłość!” Janiński poderwał się i mówił w najwyższym uniesieniu, jak ktoś o pomieszanych zmysłach.

Płakał, śmiał się, opowiadał o niebezpieczeństwach swojej podróży, wzywał Agatę po imieniu, błagał o jej miłość, choć Agaty już nie było, obsypywał mnie i Herberta podziękowaniami i błogosławieństwem, opisał burzę, którą napotkał na morzu i jak ją  przetrzymał, po czym znów złożył ręce ku niebu, jakby dziękując Bogu za osiągnięty cel.


Nie myślano już o odesłaniu zachwyconego entuzjasty z powrotem do miasta. Zatrzymaliśmy go w domu. Następnego dnia Agata złożyła mu przysięgę wiecznej miłości i z zarumienionymi policzkami pocałunek wynagradzający za tak wielką wierność.

Jakże szczęśliwi są teraz oboje! Widzę własne szczęście rozkwitające w szczęściu tych kochanków... Janiński chce zostać z nami w pięknej Luizjanie. Nieustannie marzymy o czekającym nas Elizjum. Ojciec Herbert powoli wraca do zdrowia. Po siedmiu kłopotliwych miesiącach był w stanie opuścić łoże boleści. Postanowiliśmy, że gdy tylko wyzdrowieje, uczcimy zaślubiny dwojga kochanków.


Janiński, Agata, Frau Alma, córka starego Deroya, z dwoma przystojnymi chłopcami, Augustem i Karlem, i ja spacerowaliśmy po południu po żyznych polach. Nocny deszcz odświeżył powietrze, a nad morzem wiał chłodny wschodni wiatr. Wędrowaliśmy po plantacjach cukru i indygo, obserwowaliśmy pracę niewolników i zatrzymywaliśmy się w kilku chatach,

Zmęczeni długimi spacerami odpoczywaliśmy na miękkiej trawie pod drzewami kakaowca. Słońce już zaszło za wzgórza, jego ostatnie promienie czerwonawo mieniły się na krzakach i skałach. Pikantny zapach tysiąca nieznanych ziół unosił się ku nam ze wschodniego wiatru.

W pewnej chwili Janiński powiedział:

„Dlaczego ta chwała jest tak ulotna? Dlaczego niebo nie daje nam życia wiecznego już tutaj? Zostaliśmy wezwani, by ujrzeć to cudowne widowisko i zanim będziemy mogli w pełni się nim nacieszyć, kurtyna znów opadnie”.


„Życie tutaj na dole jest tylko prologiem do wiecznego spektaklu!” – odpowiedziałam. „Ono tylko zapowiada i pobudza nasze oczekiwania co do tego, które nastąpi. Jeśli prolog jest tak czarujący, jakże nie gorąco pragnąć opadnięcia kurtyny i rozpoczęcia właściwego spektaklu?”

Janiński przycisnął dłoń Agaty do swojej falującej piersi, a ona uśmiechnęła się czule do ukochanego.

”Czy chcemy, żeby opadła kurtyna?” - zapytała go.

”Dostałem już dość, Agato” – zawołał – ”ponieważ mnie kochasz. Mój najwyższy cel został osiągnięty, świat nie może mnie bardziej uszczęśliwić. Prędzej czy później, ale zawsze w pewnym momencie musimy skończyć tutaj, poniżej. Błogosławiony człowiek, który zasypia szczęśliwy! A jeśli to życie jest tylko prologiem, och, moja Agato, jacy będziemy w życiu ostatecznym!”

W takich rozmowach mijały minuty i godziny. Wschodzący księżyc i rosnąca ciemność przypomniały nam o drodze do domu,

Wybraliśmy najkrótszą ścieżkę, najdłuższą biegnącą wzdłuż brzegu morza, a chłopcy radośnie pobiegli naprzód. Zanim dotarliśmy do mieszkania, zerwała się nagła wichura. Krzewy i drzewa ryczały dziko, pył unosił się z ziemi wielkimi chmurami; fale uderzały o urwiska z tępym łoskotem. Zgiełk przyrody stawał się z każdą sekundą coraz bardziej przerażający.

Przyspieszyliśmy kroku, ponieważ byliśmy jeszcze daleko od domu.

"Moje dzieci! moje dzieci!” westchnęła z niepokojem Frau Alma.

”Pewnie już są w domu” - powiedział Janiński - ”bo dawno nas opuścili.”

Siła burzy prawie nas przewracała. Światło księżyca, ciemność i chmury pyłu oślepiały nas tak, że ledwo widzieliśmy, gdzie stąpamy. Morze ryczało coraz gwałtowniej, a z kołyszących się drzew spadały poszarpane gałęzie. Wydawało mi się, że ziemia się trzęsie, jakby potężny huragan miał wyrwać z dna oceanu skaliste korzenie St. Domingo i zmiażdżyć wyspę.

„Jeszcze kwadrans!” powiedziała pani Alma, wskazując nam drogę.

Czułość macierzyńska uczyniła ją zwinną i odważną. Biegła daleko przed nami przez noc i burzę; ledwo mogliśmy ją dogonić.

Kiedy byliśmy blisko niej, słyszeliśmy jej szept:

"Moje dzieci! Moje dzieci!"


Nagle zatrzymała się, załamała ręce i zawołała:

”O mój Boże, nie wolno nam iść tak blisko morza! Podczas przypływu i podczas takich sztormów na wąskiej ścieżce często przelewają się wielkie fale. Wracamy!”

Zanim się zdecydowaliśmy, zawołała ponownie:

„Ale chcę najpierw przejść przez to niebezpieczne miejsce, aby zobaczyć, czy moje dzieci zdążyły przebiec”.

Poszła; podążaliśmy za nią.

Wynurzając się spomiędzy skał, których ściany na krótko chroniły nas przed podmuchami, ujrzeliśmy przed sobą kipiące morze, wznoszące się wysoko i od czasu do czasu uderzające o ścianę klifu wielką falą, która spadała na ścieżkę wśród skał. Fale pędziły od morza do brzegu z oszałamiającym pędem, setki ich za setkami, jak wściekli wojownicy szturmujący silny zamek i pędzący z wściekłością po zatopionych trupach pierwszych szeregów. Blady księżyc spoglądał przez uciekające chmury i oświecał straszliwą walkę rozwścieczonych żywiołów.

Kiedy zbliżaliśmy się do miejsca, Janiński kazał nam zatrzymać się. Ledwo słyszeliśmy nasze słowa przez ogłuszający ryk fal.

„Cicho!” zawołała drżąca Alma. – ”Czy to nie jest płacz dziecka?”

Zimne ​​dreszcze przebiegły przez nasze plecy. Słuchaliśmy: wyraźnie słyszeliśmy niespokojne jęki, ale powiedzieliśmy zatroskanej matce:

„Nie, nie słyszymy! Wiatr wyje na klifach i w krzakach”.

„Ale ja muszę tam iść!” – wołała zrozpaczona matka.

Janiński chwycił ją i gdy odpłynęła ostatnia fala, pospiesznie poniósł ją ścieżką w bezpieczne miejsce.

Potem wrócił, zaczekał na odpowiedni moment i przeniósł swoją Agatę.

Wrócił i zabrał mnie też.

W domu mały Karl siedział już w oknie i płakał, a jego matka klęczała przed nim w śmiertelnym strachu i płakała:

”Ale gdzie jest twój brat August?”

Chłopiec zaszlochał i wskazał na spienione fale.

„Boże Wszechmogący!” zawołała matka, zrywając się i wyciągając ramiona w stronę morza, jakby chciała odzyskać cenny łup z rozszalałego morza.

Tymczasem księżyc znów wyszedł zza chmur.

Wtedy wyraźnie zobaczyliśmy biednego Augusta w wodzie, niedaleko brzegu. Trzymał się złamanego pnia drzewa wiszącego na falach, trzymając się go małymi rączkami. Od czasu do czasu przewalała się przez niego fala.



Kiedy matka go zobaczyła go, poleciała z rozpostartymi ramionami w kierunku nadchodzącej fali i nieświadoma swojej słabości rzuciła się do morza, by ocalić  dziecko. Fale wyły nad nią. Wszyscy staliśmy zamrożeni. Zatoczyłam się nieprzytomna na ścianę klifu.

Tylko szlachetny Janiński zachował przytomność umysłu. Obserwował przypływ, poprosił nas o ciszę i widząc ubranie biednej Almy nad falami, pospiesznie wskoczył do wody.

Agata zadrżała i owinęła ręce wokół mojej szyi. Opuściły ją wszelkie siły. Niczym martwa opadła na mokrą ziemię obok mnie. Kiedy zobaczyłam, jak Janiński, walcząc z falami i opanowując je, uchwycił odzież Almy i poprowadził ją w stronę brzegu, serce mi niemal pękło.

Kiedy drżącą Almę Janiński wyciągnął na brzeg i ułożył u moich stóp, nadeszli jej mąż i ojciec, którzy zaniepokojeni nas szukali.

Janiński nie zwlekał z dokończeniem swego wielkiego, niebezpiecznego dzieła. Rzucił się do morza po raz drugi, bo chłopak wciąż z całych sił trzymał się gałęzi drzewa, ale każda przetaczająca się przezeń fala groziła zmyciem w odmęty. Jego wybawca porwał go z drzewa, przedarł się z powrotem przez żywioł do brzegu, a kiedy był wystarczająco blisko, rzucił go z niewiarygodną siłą na suchy ląd, gdzie złapał go ojciec.

Ale Janińskiego porwały przez fale odpływające od brzegu... raz tylko wyciągnął rękę ponad wodę... i już go nie widzieliśmy.

 



Och, Julio, nigdy więcej go nie widzieliśmy! Podnieśliśmy straszny płacz. Burza i fale wyły razem z nami. Ale szlachcic pozostał nieobecny... nasze krzyki, nasze poszukiwania poszły na marne.

Sprowadzono niewolników, pochodnie, liny i drabiny. Niektórzy Murzyni ryzykowali niekiedy życiem na morzu, aby odnaleźć zaginionych. Stary Deroy obiecał uwolnić tego niewolnika, który uratuje nam Janińskiego. Na próżno licytował nagrodę.

Kobiety zaprowadzono do domu razem z dziećmi. Mężczyźni kontynuowali poszukiwania. Och, dopiero piątego dnia później znaleziono ciało Janińskiego na klifie, daleko od miejsca, w którym widzieliśmy je po raz ostatni. Śmierć w falach była nagrodą za jego heroiczne cnoty. Tak więc szlachetny mężczyzna opuścił swój dom i kraj, wędrował po lądach i morzach prowadzony prawdziwą miłością, ponownie znalazł swoją ukochaną, prowadzony przez pomyślną gwiazdę, tylko po to, by stracić życie na jej oczach.


Od śmierci Janińskiego minęło pięć smutnych miesięcy. Za kilka dni mamy wyruszyć do Nowego Orleanu.

Herbert, choć jeszcze nie do końca wyzdrowiał, jest na tyle silny, by zaryzykować trudy nowej morskiej podróży. Niezdrowy klimat St. Domingo zabiłby go, gdybyśmy się dłużej wahali.

A moja Agata, nieszczęśliwa panna młoda, stoczyła swoją bitwę i zwyciężyła. Bardziej niż ja tęskni za samotnością w Luizjanie, by opłakiwać tam swojego Janińskiego z tą samą niezwyciężoną miłością, z jaką ją kiedyś kochał. Jest pięknym obrazem melancholii i wydaje mi się słodsza niż kiedykolwiek.

Dobranoc zatem, światowy zamęcie, z którego wszyscy wychodzimy ze zranionymi sercami...





tłumaczenie B.K.

 ° ° °

Ucieczka od realizmu



Napomknienie w "Faustusie", krótkie i ledwo zauważalne o księżniczce Szarlocie przypomina mi Schulzowski anonsik o Aście. Oba są niby bez związku z resztą opowieści, niby przypadkowe. Na oba możesz nie zwrócić uwagi i zarazem oba są jak kluczyki do furtek zarośniętych dzikim winem. U Schulza była to furtka prowadząca do tajemnej sali kinowej w której lokowały się jego sklepy, dom i sanatorium.  Gdyby nie dawne doświadczenie z kluczykiem Asty, pewnie bym Szarlotę w "Doktorze Faustusie" pominął.


Weźmy okoliczności opowiadane – i tu i tu są tak samo niemożliwe mimo, że księżniczka, jak Asta, była kiedyś-kiedyś prawdziwą osobą na tym padole. Szarlota w brawurowej ucieczce z grobowca w Petersburgu przemknęła niezauważona przez całą Europę i wylądowała w Ameryce. Przypuśćmy, że na chwilę zaglądnęła do wioski, która niby nie była jej po drodze. Thomas Mann zrobił o Szarlocie wzmianeczkę, skąpy, mały przypisek, ale w tym przypisku pan Jonatan z tejże wsi całe życie gadał o niej i gadał. 


Być może u Manna tajemnicza furtka prowadzi poza świat od którego trzeba uciekać, daleko od ludzi z którymi się być nie powinno, czyli w sfery zmyślone, nierealne. 


Żeby tę furtkę trudniej było znaleźć pan Serenus Zeitblom, doktor filozofi, dostojnie sześćdziesięcioletni, gawędziarz główny w "Doktorze Faustusie", opowiadacz skrupulatny i rzetelny, stara się z całych sił, aby nikt nie brał za fikcje jego relacji i snuje tak:


"Leverkühnowie był to ród wzbogaconych rzemieślników i chłopów, który rozkwitał częściowo w okręgu szmalkaldzkim, częściowo zaś w prowincji saskiej nad brzegami Saali. Bliższa rodzina Adriana osiadła od kilku pokoleń na zagrodzie Buchel, należącej do wiejskiej gminy Oberweiler w pobliżu Weissenfels, dokąd, po trzy kwadranse trwającej jeździe koleją z Kaisersaschern, można było dotrzeć jedynie wysłaną na stację furmanką. Buchel było zagrodą tak wielką, że użyczało właścicielowi rangi zamożnego gospodarza, obejmowało jakie pięćdziesiąt mor-gów pól i łąk z wspólnie użytkowanym mieszanym lasem gromadzkim i bardzo rozległym budynkiem mieszkalnym z drewna i muru pruskiego, lecz na kamiennej podmurówce. Tworzył on wraz ze stodołami i zabudowaniami dla bydła otwarty czworobok, w środku którego rosła niezapomniana dla mnie stara lipa, potężna, okryta w czerwcu wspaniale pachnącym kwieciem, z zieloną ławeczką wokół pnia. 


  Piękne to drzewo zapewne wadziło nieco ruchowi pojazdów na podwórzu i słyszałem, że każdy kolejny syn-spadkobierca stale w młodych latach walczył z ojcem o usunięcie lipy ze względów praktycznych, aby pewnego dnia, już jako pan obejścia, brać ją z kolei w obronę przed zamysłami własnego syna. 


  Jakże często lipa ta mogła była ocieniać sny wczesnego dzieciństwa i zabawy małego Adriana, który, gdy nastał czas kwitnienia roku 1885, przyszedł na świat na piętrze owego domu w Buchel jako drugi syn małżeństwa Jonathana i Elsbeth Leverkühnów. Brat jego, Georg, dziś niewątpliwie gospodarz ojcowizny, wyprzedził go był o pięć lat. Siostra, Urszula, urodziła się po Adrianie, w takimże odstępie czasu. Ponieważ do przyjaciół i znajomych, jakich Leverkühnowie posiadali w Kaisersaschern, należeli również i moi rodzice, a nawet między domami naszymi istniały z dawien dawna szczególnie serdeczne stosunki, spędzaliśmy w stosownej ku temu porze roku niejedno niedzielne popołudnie na folwarku, gdzie jako mieszczuchy z wdzięcznością raczyliśmy się prostymi darami wsi, którymi nas pani Leverkühn podejmowała: gruboziarnistym razowcem ze słodkim masłem, złocistym miodem w plastrach, pysznymi truskawkami ze śmietaną, zsiadłym mlekiem w niebieskich dzieżkach, posypanym okruchami czarnego chleba i cukrem. W okresie wczesnego dzieciństwa Adriana lub Adriego, jak go nazywano, siedzieli tam jeszcze na wycugu jego dziadkowie, podczas gdy gospodarka spoczywała już całkiem w rękach młodszego pokolenia, a stary, z szacunkiem zresztą słuchany, już tylko wieczorami, rezonując bezzębnymi usty przy stole, mieszał się do niej. Z postaci tych przodków, którzy wkrótce niemal jednocześnie pomarli, niewiele mi w pamięci pozostało. Tym wyraźniej stoją mi przed oczyma ich dzieci, Jonathan i Elsbeth Leverkühnowie, mimo iż zmienny to obraz i z biegiem mych lat chłopięcych, uczniowskich, z biegiem mych lat studenckich, przesunął się z młodości w fazy wzrastającego znużenia z ową skuteczną niepostrzeżonością, tak dobrze znaną czasowi. 

 

  Jonathan Leverkühn był Niemcem najlepszego pokroju, typem, jaki rzadko już spotkać można w naszych miastach, a z pewnością nie wśród tych, którzy dzisiaj reprezentują wobec świata nasze człowieczeństwo z jakże przygnębiającym częstokroć tupetem – fizjonomia jakby nosząca piętno dawnych czasów, niby na wsi przechowany i przekazany obraz niemieckiego życia sprzed wojny trzydziestoletniej. Przychodziło mi to na myśl, gdy dorastając przypatrywałem mu się okiem nieźle już do patrzenia ukształconym. Niesforne, jasne z popielatym odcieniem włosy spadały mu na wysmukłe, wyraźnie na dwie części podzielone czoło z widocznie występującymi żyłami na skroniach, niemodnie długie, zarastały gęsto kark, przechodząc obok pięknie ukształtowanego, małego ucha w kędzierzawą brodę, której jasny włos obrastał policzki, podbródek i zagłębienie pod wargą. Owa dolna warga wystawała krągło i wydatnie spod krótkich, z lekka ku dołowi zwisających wąsów w uśmiechu, który w sposób niezwykle pociągający kojarzył się z nieco wysilonym, lecz również na wpół uśmiechniętym i pogłębionym lekkim onieśmieleniem spojrzeniem niebieskich oczu. Nos miał grzbiet cienki i delikatnie wygięty, szczupłą, pozbawioną zarostu część twarzy pod kośćmi policzkowymi pogłębiały cienie. Żylastą szyję miał przeważnie odsłoniętą i nie lubił miejskiej, powszedniej odzieży, która też nie sprzyjała jego postaci, zwłaszcza zaś nie pasowała do jego rąk, do tej silnej, opalonej i suchej, lekko piegowatej ręki, którą obejmował gałkę laski idąc na wieś do rady gminnej. 


  Konsyliarz jakiś spostrzegłby może po pewnym przymglonym wysileniu tego spojrzenia, pewnej wrażliwości owych skroni, niejaką skłonność do migreny, której Jonathan podlegał wprawdzie, lecz w dość ograniczonym stopniu, nie częściej niż raz na miesiąc i tak, że nie zmuszało go to do przerywania pracy. Lubił fajkę, półdługą, porcelanową fajkę z przykrywką, której specyficzny aromat machorkowy znacznie przyjemniej niż przestały opar cygar i papierosów przepajał atmosferę dolnych pomieszczeń. Lubił ponadto do poduszki tęgi dzban merseburskiego piwa. W zimowe wieczory, gdy za drzwiami jego własność i scheda spoczywały pod śniegiem, widywano go przy lekturze, zwłaszcza przy grubej, w wytłaczaną świńską skórę oprawnej i na rzemyki zawiązywanej dziedzicznej Biblii, która, za książęcym zezwoleniem, około roku 1700 wydrukowana została w Brunszwiku i zawierała nie tylko „uduchowione” przedmowy i glosy marginesowe doktora Marcina Lutra, lecz także przeróżne summaria, locos parallelos i każdy rozdział objaśniające, historyczno-moralne wersety niejakiego pana Dawida von Schweinitz. 


  O książce tej krążyła legenda, a raczej przekazywana ścisła o niej wiadomość, iż była ona własnością owej księżniczki von Braunschweig-Wolfenbüttel, która poślubiła syna Piotra Wielkiego. Potem jednak sfingowała własną śmierć, tak iż odbył się jej pogrzeb, podczas gdy ona sama uciekła na Martynikę i tam wstąpiła w związek małżeński z pewnym Francuzem. Jakże często Adrian, który miał szczególnie wyczulony zmysł komizmu, śmiał się jeszcze później wraz ze mną z tej historii, którą ojciec jego, unosząc głowę znad książki, opowiadał z łagodnym a głębokim spojrzeniem, po czym, widocznie wcale nie zrażony nieco skandaliczną proweniencją tego świętego druku, ponownie zwracał się ku wierszowanym komentarzom pana von Schweinitz lub ku „Kazaniu Salomona do tyranów”. 

   

    Obok nabożnej tendencji jego lektury jawiła się jednak jeszcze inna, którą w pewnym okresie dziejów scharakteryzowano by w ten sposób, iż pragnął on „elementa spekulować”. Oznacza to, że uprawiał na skromną skalę i skromnymi środkami studia przyrodnicze, biologiczne a także i chemiczno-fizyczne, w czym ojciec mój wspomagał go niekiedy materiałami ze swego laboratorium. Owo zapomniane, a niewolne od wyrzutu określenie takich badań wybrałem wszakże dlatego, że daje się w nim dostrzec pewne zabarwienie mistyczne, co niegdyś byłoby chyba podejrzane jako skłonność do czarnoksięstwa. Pragnę zresztą dodać, że zawsze doskonale rozumiałem ową nieufność epoki religijno-spirytualistycznej do kiełkującej właśnie namiętności badania tajemnic natury. Bojaźń boża musiała upatrywać w tym libertyńskie zadawanie się z rzeczami zakazanymi, niezależnie od sprzeczności, którą w tym dostrzec można, iż twór boży, naturę i życie traktowano jako dziedzinę moralnie podejrzaną. Natura sama jest zbyt pełna produkcji łudząco zatrącających o czarnoksięstwo, dwuznacznych kaprysów, na pół osłoniętych i dziwacznie na niepewność wskazujących aluzji, aby skromnie sama siebie ograniczająca pobożność nie miała w zadawaniu się z nią upatrywać zuchwałego wykroczenia. 


  Gdy ojciec Adriana otwierał wieczorem swe barwne ilustrowane książki o egzotycznych motylach i stworach morskich, spozieraliśmy nieraz, synowie jego i ja, a czasem i pani Leverkühn, ponad pokrytą skórą, bocznymi oparciami pod głowę opatrzoną tylną poręczą jego fotela, on zaś wskazującym palcem kierował naszą uwagę na wymalowane tam wspaniałości i dziwaczności: owe we wszystkich barwach palety mroczne i jaśniejące, kołyszące się, z najbardziej wyszukanym smakiem artystycznym opatrzone wzorami i rozmaicie ukształtowane papilios i morphios tropiku, – owady, które w swej fantastycznie przesadnej piękności pędzą efemeryczny żywot, a spośród których pewne uchodzą wśród tubylców za złe duchy przynoszące malarię. Najwspanialsza barwa, którą ukazują, piękny jak sen lazurowy błękit, nie jest, jak nas pouczał Jonathan, bynajmniej rzeczywistą i prawdziwą barwą, lecz zostaje wywołana przez delikatne żłobkowania oraz innego rodzaju ukształtowania łuseczek na ich skrzydłach, przez mikrostrukturę, która wskutek najbardziej misternego załamywania promieni świetlnych i wyłączenia większości z nich powoduje, iż do oczu naszych dociera jedynie przepysznie jaśniejący błękit. 

  – Patrzajcież – słyszę jeszcze głos pani Leverkühn – a więc to złuda? 

  – A czy błękit nieba nazywasz złudą? – odparł jej mąż odwracając się ku niej. – Barwnika, z którego on się bierze, także mi wymienić nie możesz."

 

Czyż ta opowieść nie wygląda rzetelnie i solidnie? Czy nie prowadzi w realizm wspomnień niezakłóconych zmyślaniem?


Wioska Leverkühnów nie tylko ma nazwę, ale i wszystko, co do geografii potrzebne. Wiadomo, że chodzi o Buchel, a to jest jeszcze nic, gdyż należy "do wiejskiej gminy Oberweiler w pobliżu Weissenfels, dokąd, po trzy kwadranse trwającej jeździe koleją z Kaisersaschern, można było dotrzeć jedynie wysłaną na stację furmanką." 


Na starych i na współczesnych mapach Weissenfels, Kaisersaschen i Buchel leżą w pobliżu siebie.  Ale – w Ka. nie ma śladów kolei i jest ono wioszczyną jak jedna trzecia Bu. Ale – odległość z We. do Bu. to dobre siedemdziesiąt kilometrów, w żadnym wypadku nie trasa na dowózkę furmanką. Wpadamy więc w geografię zupełnie niemożliwą, mylną, brniemy bezwiednie w literackie manowce, takie same u Manna, jak w schulzowskim miasteczku. Z rękopisów Thomasa M. wiadomo, że na początku pisania powieści Ka. miało się nazywać Merseburg.  Czy geografia z prawdziwą metropolią za mało byłaby niemożliwa, za mało mylna? Także Adrian, o którym niby rzetelnie opowiada Serenus (w zapyziałym Ka. otrzymał młodzieniec rzekomo wielkomiejskie nauki),  na początku miał być Anzelmem. 


Kluczyk księżniczki otwierał furtkę w świat zmyślenia, jedyny w którym można przetrwać, do którego trzeba jak najszybciej uciec. To jest nie tylko sytuacja postaci z powieści, której nie zmienia realizm filozofa, to także była sytuacja pisarza. Krainą docelową ucieczki była druga strona Planety, Inny Świat. Żeby tę furtkę otworzyć trzeba się bać aż tak, żeby zwyciężyła szalona odwaga. Taką opowieść o sobie z połowy XX wieku zaszyfrował Mann w napomknieniu o księżniczce i jej legendarnych przygodach sprzed dwustu lat. Schulz miał podobny kluczyk, ale obezwładniał go realizm własnego strachu, oszukujący, że nie w fikcji jest ocalenie.

° ° °


Co miał na myśli gaduła Serenus, wspomniawszy ścisłe wiadomości przekazywane o krążącej legendzie?


O której legendzie – tej o książce, czy o księżniczce? Każda z nich miała własne sfery krążenia. Być może ta o książce nie przekraczała płotów wokół zagrody z lipą, ale ta druga błądziła daleko od Buchel, po szerokim świecie. W czasie powieściowym, na przełomie wieków XIX i XX legenda miała już sto pięćdziesiąt lat. Zdążyli się nią ekscytować Voltaire i Diderot przed Francuską Rewolucją, Zschokke napisał o niej romantyczną nowelę w 1804 roku, a w połowie wieku powstała opera o księżniczce Szarlocie i wystawiano ją aż do śmierci pana Jonatana w 1926 roku. W Paryżu w roku 1812 w szóstym tomie Biografii Uniwersalnej Starożytnej i Nowoczesnej napisano o Szarlocie tak:


BRUNSWICK - WOLFENBUTTEL (Charlotte de), żona carewicza Aleksego. Ten młody książę dał tyle powodów do niezadowolenia swemu ojcu, Piotrowi Wielkiemu, i okazywał tyle wstrętu do spraw rządu, że car nie widział innego sposobu ukształtowania umysłu syna, jak tylko zmusić go do  podróżowania.  Aleksy udał się do Niemiec, odwiedził różne dwory, m.in. Brunswick-Wolfenbuttel, gdzie poznał młodą księżniczkę Charlotte. 

Zgodnie z poleceniem ojca ożenił się z nią.  Spodziewano się, że cnoty księżniczki korzystnie wpłyną na duszę carewicza, ale pozostał on niewrażliwy na piękne cechy, które wszyscy podziwiali w jego żonie; Połączywszy oburzenie na decyzję ojca ze swoją obojętnością wobec księżniczki, wolał romansować z fińską chłopką.


Charlotte nie śmiała narzekać; wkrótce smutek zniszczył jej zdrowie. W 1714 roku urodziła księżniczkę imieniem Natalie; ale jej drugi poród zaprowadził ją do grobu w 1715 r. Przed śmiercią poleciła swoje dzieci opiece Piotra Wielkiego, gdyż mąż nie pojawił się w ostatnich chwilach jej życia. 


Zmarła 2 listopada w wieku dwudziestu jeden lat, w czwartym roku małżeństwa. Zabroniła balsamowania swojego ciała. Jej pogrzeb odbył się z wielką pompą, a 7 listopada została pochowana w cerkwi petersburskiej cytadeli. 


Oto, co mówią autentyczne pamiętniki o tej księżniczce, ale memuary romantyczne dodają wiele innych szczegółów. Księżniczka, jak się opowiada, była w ósmym miesiącu ciąży, kiedy carewicz po pijanemu znęcał się nad nią tak, że straciła przytomność i skąpała się we krwi. Po tej brutalnej akcji Aleksy wyjechał na wieś. Ludzie wokół księżniczki, wstrząśnięci i litujący się nad nią, radzili jej potajemnie uciekać. 


Gdy tylko doszła do siebie po porodzie, Charlotte uciekła; hrabina Koenigsmark i inne osoby z jej świty ogłosiły, że przy porodzie zmarła,  ale do trumny włożyły drewnianą kukłę i tak ją umieszczono w grobie, co było tym łatwiejsze, że Aleksy kazał żonę pochować bez dworskich ceremonii. Charlotta przejechała przez Francję i udała się, nie wiemy dlaczego, do Luizjany, gdzie poślubiła biednego dżentelmena o nazwisku d'Aubant, z którym wróciła do Francji.  Pewnego dnia, gdy spacerowała po ogrodzie Tuileries, rozpoznał ją marszałek Saksonii. 


Następnie ponownie podróżowała, straciła męża, po raz trzeci wyszła za mąż za pana de Moldack, czy Maldaque, ponownie została wdową i zakończyła swoje dni w Vitry-sur-Seine. 


Niewiele trzeba, by podważyć tę opowieść. Wiemy z całą pewnością, że pogrzeb księżniczki odbył się publicznie i zgodnie z rosyjskim zwyczajem, który wymaga, aby osoby panującego rodu były wystawione na paradnym katafalku i by oddano im ostatnie hołdy poddanych, którzy przychodzą całować ich ręce. Mieliśmy odpis dokumentu stwierdzającego śmieć lady Moldack z parafii Vitry i widzieliśmy, że nazywała się Marie-Elisabeth Danielson. (Patrz Journal de Paris, 15 lutego 1781 r.) 


List Woltera, zamieszczony w tym samym dzienniku 19 lipca 1782 r., wykazał dowodnie jak fałszywa jest ta opowieść: „Pewna Polka w 1722 roku przyjechała do Paryża i zamieszkała kilka kroków od mojego domu; była trochę podobna do żony carewicza. Podobieństwo wydało się uderzające francuskiemu oficerowi nazwiskiem d'Aubant, który kiedyś służył w Rosji: to nieporozumienie sprawiło, że dama zapragnęła zostać księżniczką. Wyznała naiwnemu oficerowi, że jest wdową po dziedzicu Rosji, że kazała zakopać w swoim grobie kukłę, aby uchronić się przed mężem. D'Aubant zakochał się w domniemanej księżniczce; mianowany gubernatorem części Luizjany, zabrał swoją księżniczkę do Ameryki. Zacny człowiek do śmierci był przekonany, że ożenił się ze szwagierką cesarza Niemiec i synową cesarza Rosji; jego dzieci też w to wierzą, a wnuki nie będą wątpić.

D-G’’ 



Trudno się połapać, czy ten zapis "biograficzny" miał zdyskredytować legendę o ucieczce Szarloty, czy ją rozpowszechnić. Dziwne sfromułowanie: "nie wiemy dlaczego" – o ucieczce do Luizjany – obnażałoby niedostatek wiedzy Georgesa Bernarda Deppinga, autora notki, gdyby nie fakt, że drukowano tom szósty Biografii Uniwersalnej w roku napoleńskiej klęski i że była to w owym czasie prowokacyjka polityczna szyfrowo oznaczająca – "jak to nie wiemy, skoro dobrze wiemy, co się wyrabia na carskich dworach, a chowanie się przed carem w Europie jest beznadziejne."


Parędziesiąt lat później próbowano obszerniej przedstawiać zarówno wiarygodne, jak i legendarne losy Szarloty. Znaleziono w Brunszwiku jej listy do rodziny, opisujące szkaradne intrygi, knute przeciw niej nie tylko na petersburskim dworze, ale już wcześniej, zaraz po ślubie, gdy przebywała w Elblągu; odtworzono jej "poślubną podróż" do Torunia i do tegoż Elbląga, a właściwie samotną podróż za carewiczem, zajętym w tym czasie sprawami wojskowymi i wszelkimi innymi, byleby nie żoną; opisano interwencję cara Piotra w sprawie niewypłaconych jej pieniędzy; zrekonstruowano szczegóły osobistego  zaangażowania cara w namawianie jej i przekonywanie do przyjazdu do Petersburga. 


Tajemnicza pozostała co do szczegółów pierwsza – i całkowicie prawdziwa – ucieczka księżniczki z Elbląga do Wolfenbüttel. Którędykolwiek by tę trasę wyznaczać, zawsze roziąga się ona na osiemset kilometrów z dobry hakiem. 

"Po dłuższym pobycie w Elblągu i pożegnalnej wizycie u rodziców księżna Ch. udała się na początku 1713 roku do Petersburga." – tak napisał Ferdinand Spehr w Powszechnej Biografii Niemieckiej w roku 1876 i to by znaczyło, że nie miał zielonego pojęcia, co się naprawdę wydarzyło. Aleksy przyjechał pewnego dnia do miasta i z zaskoczeniem odkrył, że małżonki tutaj nie ma (cichcem by wyjechała do rodziny na pożegnalną wizytę?) Przedtem sam car z małżonką pofatygowali się odwiedzić synową, a syn-mąż nie miał czasu. Wszyscy biografowie podkreślają, że Piotr Wielki bardzo lubił Szarlotę, a ktoś zaryzykował nawet przypuszczenie, że gdyby nie był żonaty, sam wziąłby ją za carycę. Aleksy nawet kiedy bywał w Elblągu, nieprzytomnie chlał do rana z kompanami. Ale podobnie zachowywał się już na pierwszym postoju w Toruniu, a ona o swoich płaczach bezradnych pisała w listach do matki. I rzecz jasna Szarlotę obwiniano za to, że następca tronu nie spodziewa się potomka. W jednej tylko sprawie Aleksy zachował się przyzwoicie – nie uwierzył oszczercom jakoby Szarlota romansowała pod jego nieobecność z kamerdynerem Pöllnitzem; swoim oficerom kazał opróżniać puchary za prawdomówność i wierność swej małżonki. 


W styczniu księżniczka była już w Wolfenbuttel. Wydaje się prawdopodobne, że ktoś z otoczenia księżniczki wiedział, lub domyślał się, co ona zamierza. Na szóstego grudnia szykowano jej wyjazd do Kłajpedy, a stamtąd do Rygi. Księżniczka oznajmiła brygadierowi, że wyjeżdża do Gdańska. Z kim? Jak? Którędy? W jakiej sprawie? I co brygadier na to? Tego wszystkiego nie mamy sposobu się dowiedzieć, jeśli jest od kogo, oczywiście. Może gdyby odczytać podteksty w jej korespondencji z matką; gdyby ustalać żmudnie kto wokół niej był pomocny, a kogo musiała oszukać, dałoby się z tajemnicy cokolwiek odkryć, ale pewności – i wielkiej potrzeby ustalania– nie ma.


Być może dlatego powiedziała o Gdańsku, że tam właśnie się nie wybierała? Może wyruszyła do Malborka, potem przez Grudziądz do znanego sobie Torunia i potem poprzednią trasą do domu. Saniami? Z pewnością. A z Torunia przez Poznań i Magdeburg prosto do Wolfenbuttel. Drogami przetartymi przez kupców Hanzeatyckich. Bo, że któryś z ich statków zabrał ją w grudniu z Gdańska, przypuśćmy, do Rostoku, nie bardzo jest prawdopodobne. Heindrich Zschokke w 1804 roku wymyślił jej ucieczkę z Rosji do Niemiec saniami, przez wsie i lasy, a nie morzem, i tego się trzymajmy, gdyż on lepiej wiedział.


W roku poślubnym, 1712, Szarlota, nie mająca jeszcze osiemnastu lat, najdosłowniej szamotała się w klatce - przezwyciężania dziewczęcej niechęci do związku z Aleksym, - lojalności wobec losu wytyczonego przez rządzących jej osobą i światem, - życzliwych uczuć dla męża, - przerażenia jego grubiaństwem i pijaństwem, - strachu przed Rosją,  - nadziei, że Aleksy niebawem okaże się dobrym mężem, - przekonywania samej siebie, że wszystko będzie dobrze, - i wreszcie: przeczuć, że potem będzie jeszcze gorzej niż na początku.  


Gdybym nie doświadczala Twojej miłości — pisała do ojca 28 października 1712 r. — ogromna, przerażająca odległość od Ciebie byłaby dla mnie nie do zniesienia. Nigdy nie miałam bardzo pozytywnej opinii o Rosji i jej mieszkańcach, ale to, co zobaczyłam, przekracza moje oczekiwania. Trzeba żyć wśród Rosjan i w miejscu, w którym oni rządzą, żeby ich w pełni poznać. Aby zdobyć ich sympatię, trzeba stać się Rosjaninem w duchu i obyczajach, a i to nie zawsze się udaje; bo jeśli jest naród, u którego trudno zyskać uznanie, to jest to nasz, czyli Rosjanie. 


Są samolubni w najwyższym stopniu; jeśli oddaje się im jakąkolwiek przysługę, myślą, że liczy się na ich wdzięczność i zaczynają nienawidzić tych, którzy wyświadczyli im dobro. Kiedy wręczają prezenty, należy przyjąć je z wdzięcznością, która naturalnie powinna przypadać dawcy, należy też dziękować im za przyjęcie naszych prezentów – jeśli nie, jest to bardzo źle widziane. 

W sposobie bycia są jak obłąkańcy, w domach dzieje się najstraszniejsza rozpusta; podczas nabożeństwa i modlitwy zachowują się wręcz frywolnie; ich niechlujstwo przekracza wszelką miarę; nie ma takich miejsc w Niemczech w których ludzie byliby mniej rozgarnięci niż Rosjanie, nawet ci, którzy widzieli tylko własną ojcowiznę; jednym słowem jest to bardzo nieatrakcyjny naród. 


Trzeba kochać carewicza, mojego męża, tak mocno, jak ja go kocham, żeby nie drżeć na myśl o dalszej podróży. Ale ponieważ znajduję w carewiczu tyle samo, a nawet więcej dobrych cech niż złych w jego poddanych, będę uważała za szczęście żyć wśród ludzi, którzy mają przynajmniej jedną naprawdę dobrą stronę - są głęboko oddani swemu władcy. Dlatego pokocham Rosjan, a nie ma takiego miejsca na świecie, nieważne jak strasznego, do którego nie pojechałabym w towarzystwie carewicza. Niestety on nadal przebywa na Pomorzu i nie wiem kiedy będę miała przyjemność zobaczyć go ponownie po półrocznej rozłące. 


Jutro Sasi przeniosą się tutaj; nasz garnizon jest znacznie silniejszy i piękniejszy niż wojska rezerwowe. Składa się z 1600 wybranych żołnierzy, podczas gdy Sasi mają tylko 600 ludzi w łachmanach. Polacy i król Prus robili wszystko, aby pozyskać miasto, ale przypadło ono Sasom. Wyjadę stąd, jak tylko dostanę pieniądze”.



Tarcza pluralis majestatis, który stosowny był księżniczce tronu i którą się zasłaniała, pisząc o "naszym narodzie", w niczym jej nie uchroniła. Miesiąc później, w listopadzie 1712 roku, słała do ojca  rozpaczliwy list:  

 

"Gdybym w moim smutku nie miała szczęśliwie zapewnienia od ciebie o twojej łasce i przywiązaniu, prawdopodobnie już dawno bym zupełnie upadła na duchu; twoje pociechy ratują mnie od zupełnej rozpaczy w której tonę i nie wiem jak się ratować. Moja sytuacja jest o wiele smutniejsza i straszniejsza, niż możesz sobie wyobrazić. Jestem żoną mężczyzny, który nigdy mnie nie kochał, a teraz lubi mnie mniej niż kiedykolwiek; mimo to jednak jestem mu oddana, ponieważ jest to mój obowiązek i dzięki Bogu! Nigdy nie dałam mu powodu, by w to wątpił lub przypuszczał, że jest odwrotnie. Car jest dla mnie litościwy, jego żona też, ale carewicz potajemnie krzywdzi mnie na wszelkie możliwe sposoby, bo tak bardzo mnie teraz nienawidzi, że mam powód, by bać się go bardziej, niż możesz sobie wyobrazić. Być może udałoby mi się pozyskać lud, gdyby naturalna niechęć Rosjan do Niemców, która jest im wrodzona, nie stawiała przeszkód nie do pokonania; Luteranie są w ich oczach niewiele lepsi od diabła wcielonego, a przynajmniej tak samo ich nienawidzą i czują się skalani ich dotykiem. Uważałam Rosjan za szczerych i wiernych, ale zapewniam, że tak nie jest, wręcz przeciwnie, są zakłamani i nierzetelni, i tylko surowość, z jaką car karze ich za to, zmusza ich do wdziewania masek, które sprawiają, że ​​jawią się światu w korzystnym, ale nieprawdziwym świetle."



Dwór carski zalegał jej z 38 tysiącami talarów i car Piotr ten ambaras finansowy wziął na siebie, gdyż przede wszystkim "finansowo" sobie tłumaczył jej 800-kilometrową wyprawę na zachód do rodziców, zamiast 1200-kilometrowej na północ do niego. Osobiście wybrał się do Wolfenbuttel i upraszając ją, namówił (czytaj: grzecznie rozkazał) do wyjazdu zdecydowanie i bezapelacyjnie w kierunku Petersburga.

° ° °


 W kwietniu 1713 roku Szarlota była ponownie w Elblągu i stąd, jak wcześniej zaplanowano, zawieziono ją przez Rygę do Petersburga. O paradnym przyjęciu carewny tak raportował ambasador austriacki:

"Kiedy powóz księżnej koronnej zatrzymał się na brzegu Newy, pojawiła się piękna szalupa, wyłożona czerwonym aksamitem i ozdobiona złotymi girlandami. Na drugim brzegu stali ministrowie i inni bojarzy, w czerwonych płaszczach haftowanych złotem. Niedaleko caryca czekała na synową, którą przytuliła przy powitaniu i zaprowadziła do przygotowanego dla niej domu. Pokazała księżniczce gabinet udekorowany dywanami, w którym na stole nakrytym czerwonym aksamitem stały wielkie złote naczynia, wypełnione drogocennymi klejnotami. Taki prezent na powitanie dali swojej synowej car i caryca."


Aleksy podobno "wychodził siebie", pisała Szarlota, żeby okazać się miłym dla żony, ale dodawała aluzyjnie: "kiedy mu nic nie dolegało", to znaczy – kiedy był trzeźwy.


Powitalne "merdanie ogonem" szybko przeminęło. Zarządca jej dworu, Löwenwolde, zwierzał się w liście do przyjaciela w Wolfenbüttel: "Urzędnicy dworscy księżnej koronnej zachowują się tak, że powinni się wstydzić. Przysięgam na Boga, że choć znam wiele dworów, a byłem na prawie wszystkich dworach europejskich, nigdy nie widziałem takiego zachowania ludzi z wyższych sfer wobec swoich panów. Moim zdaniem to przede wszystkim przez wprowadzenie na dwór młodych, źle wychowanych i niegrzecznych ludzi. Nie wiedzą, co to szacunek, porządek, dyscyplina. A ten, którego zadaniem jest utrzymywanie porządku i dawanie przykładu, znajduje radość w tych nieprzystojnych rzeczach lub, jak Piłat, umywa ręce".


"Ten" – czyli Aleksy.


Powyższe, i poprzednie cytaty z listów pochodzą od Maxa  Cohena, wydawcy z Monachium. Znalazł on prawie setkę listów księżniczki w archiwach Wolfenbüttel, Opublikował w roku 1875 ich opis w książce pt. "Księżniczka Korony Charlotta, synowa Piotra wielkiego i jej nieznane listy". W obszernej relacji zrekonstruował czego biedulka doświadczyła przez dwa lata pobytu w Petersburgu. Żeby nie brnąć przez szczegóły afer, intryg, oszustw finasowych, demonstracyjnej niechęci, pijaństw, bezeceństw i awantur wyobraźmy sobie towarzystwo rosyjskie w które trafił książę Myszkin, zgromadzone i szalejące w domu Karamazowych. Korespondencja Szarloty to czysty pre-Dostojewski.

 


 

Bardzo niewiele w tej atmosferze i na krótki czas zmieniło się w otoczeniu księżniczki i w postępowaniu Aleksego po narodzinach córki Natalii. Kiedyś w pijackich wynurzeniach Aleksy powiedział żonie – "Mogłabyś stąd wyjechać, gdybyś ogłosiła, że nie możesz zajść w ciążę i nie urodzisz dziecka." Toteż Szarlota naiwnie sobie wyobrażała, że dziecko zmieni jej sytuację i nastawienie męża. 


Zaledwie wydobrzała po porodzie, kiedy carewicz w tajemnicy nie tylko przed nią, wyjechał latem 1714 roku do Europy. Powóz już odjeżdżał spod pałacu, kiedy Aleksy wychylił się i krzyknął do żony: "Adieu, jadę do Karlowych Varów!" Od ojca wyprosił pozwolenie na kuracyjny wyjazd, ale nie powiedział, że już się przygotował i wyruszy na drugi dzień. Kanclerzowi, który chciał tę podróż oficjalnie przygotować, zakazał pisania listów do ambasadorów i zawiadamiania zagranicznych posłów. Paszport miał już gotowy, ale nie na siebie, lecz na oficera, który jechał do Niemiec. Prawdę mówiąc, uciekał z Petersburga przed gniewem cara, gdyż czarne chmury gromadziły się nad głową niesfornego synalka.


Małżonka próbowała pisać do leczącego się męża, ale listy z Karlowych Varów, z Drezna i z Berlina odsyłano zwrotną pocztą. Aleksy wrócił przed zimą. Nie jest jasne, czy już wtedy przyjechał z kochanką Efrozyną, czy poznał ją na początku następnego roku. Po powrocie był podobno na krótko dość sympatyczny dla żony, na co wskazuje ponowna ciąża Szarloty i poród w październiku. Potem widywali się najwyżej raz w tygodniu, mieszkając w różnych częściach pałacu. W tym czasie sekretarz ambasady hanowerskiej raportował: "Carewicz oficjalnie przyjął do swego domu konkubinę i przebywał z nią przez całe dnie i noce".


Trudno przypuścić, żeby Szarlota była na tyle nierozgarnięta, aby nie zdawać sobie sprawy, że nawet narodziny drugiego dziecka nie zmienią Aleksego i nikt z jego popleczników stosunku do niej również nie zmieni. Poplecznicy, towarzysze otwarcie lub skrycie sympatyzujący z Aleksym to byli Rosjanie, którym reformatorski, europejski kurs Piotra Wielkiego absolutnie nie odpowiadał, a wręcz mierził i giewał. Nawet arystokraci powiadali z wyrozumieniem, że carewicz nieprzytomnie się w Eufrozynie zakochał i nie przeszkadzało im, że była poprzednio służacą u jednego z nich. Lepsza im była zrusyfikowana Finka, niż luterańska Niemka, która nawet nie mówiła po rosyjsku.


Max Cohen szczególnie dokładnie relacjonował w książce ostatnie dni przed śmiercią Szarloty w listopadzie 1715 roku, w dwa tygodnie po porodzie. Przez cztery dni matka następcy tronu czuła się wręcz znakomicie, potem nastąpiły okropne bóle brzucha, gorączka, a po dziesięciu dniach koniec. W ciągu tych dziesięciu dni, stale przebywając w łóżku, Szarlota wydawała mnóstwo dyspozycji co do swego dworu i majątku, spłaty długów, zawiadomienia rodziny w Niemczech o swym stanie, zawierzenia syna Piotra pod bezpośrednią opiekę cara, pisząc do władcy osobiste listy i jeden szczególny dokument (testament?) z zadziwiającą adnotacją, że nie pozwala swego ciala balsamować, że za jej śmierć nie trzeba nikogo winić i nie należy w tę śmierć wątpić.


Przepowiadała, że niebawem umrze na długo przed porodem i że nastąpi to zaraz po nim. Kompletnie dotąd obojętny wobec żony Aleksy był co i rusz przy łożu umierającej i nawet trzy razy niezmiernie przejęty zemdlał. Oficjalne dokumenty zapisały wszystkie ceremonie pogrzebowe, raporty doktorów, nawet sekcję zwłok z polecenia cara, a nawet odnotowano jego dziwny i główny kłopot podczas pogrzebu – czy strzelać z dział i ile razy? Sto razy, czy więcej, a może mniej? W jakimś szoku, coś chcąc zagłuszyć, car wypytywał urzędników i ambasadorów - strzelać z dział, czy nie?


Max Cohen nie postawił tej hipotezy wyraźnie, ale widać, że prywatnie sympatyzował z koncepcją śmierci sfalsyfikowanej i z legendą o ucieczce Szarloty z Rosji. 

 

Dopowiedzmy szczegóły Maxowi C. nieznane: ucieczka musiała być dobrze przygotowana; trasa w miarę dokładnie opisana; wszelki pościg wykluczony; szpiegowska dywersja zneutralizowana; przynajmniej w okolicach Petersburga żadnych przeszkód; więcej – zagwarantowanie obojętności straży i braku gorliwców-donosicieli, że jakaś trojka przelatuje samotnym kuligiem przez zaśnieżone wsie. Tego wszystkiego sama jedna księżniczka nigdy by nie zorganizowała. Petersburg to nie był zapyziały Elbląg, a i kilometrów przybyło dwa razy tyle, co poprzednio. Musiał pomóc ktoś, kto wiedział, jak wyjechać niepostrzeżenie z dnia na dzień, lub z nocy na noc oraz jak to przygotować. I trzeba było jeszcze, żeby na tego kogoś nie padł cień podejrzenia. Nawet jeśliby miał trzy razy odgrywać omdlenie z rozpaczy.


Po raz pierwszy nieudani małżonkowie, Szarlota i Aleksy, precyzyjnie się dogadali – jej atutowa karta, że wybawia go od swego towarzystwa; jego – że to się uda. To już inna bajka, ale rok później Aleksy chciał pozyskane doświadczenia wykorzystać dla siebie i Eufrozyny. Nie przewidzieli jednego – ucieczka przed carem do Europy to nie ocalenie, nie domyślili się, jak Szarlota, że ono było po drugiej stronie globu.


Bagaży uciekinierka musiała mieć minimalnie mało, ale jakiekolwiek rzeczy konieczne, niezbędne zabrała na drogę, była między nimi Biblia Lutra, skarb z rodzinnej biblioteki w Wolfenbüttel, jedna z niewielu pociech niezłomnej luteranki w kraju obcego języka i wrogiej religii. Podpisana trzy lata temu przez dworskiego bibliotekarza, gdy ją dawał carewnie, jadącej w niepewne do Petersburga – "własność księżniczki Charlotte". Napis ten przed ucieczką został zamazany, żeby nie było nawet w księdze śladu identyfikacji uciekinierki.


Gdy Agata (albo raczej zaufana Julia Luisa ze Wschodniej Fryzji) muzykowała w Słobodzie z panem Janińskim, Szarlota przy kominku czytała swoją ocaloną Biblię.


Która to była wieś Słoboda na Litwie, tego ustalić nie sposób – są na mapach Księtwa aż trzy do wyboru. Może do tej w okolicach Nowogródka trzeba było jechać z Horodka aż do północy? Pewne, że Szarlota nie kierowała się tym razem na Toruń. Być może Warszawę minęła od południa. Na pewno w Niemczech nie jechała przez Magdeburg. Nie mogła zawitać ani w Wolfenbüttel, ani nawet w Torgau, choć nie była odeń daleko. Żadna trasa północna od gór Hartz nie wchodziła grę, trzeba było ominąć tę piękną krainę południowymi drogami. Do wioski Buchel zajechali 16 stycznia na godzinę przed zmierzchem. Byliby minęli i tę wieś, jak tyle innych, gdyby nie późna pora i naprawdę imponujące obejście bogatych zapewne gospodarzy, gwarantujące wygodny nocleg i solidny wypoczynek przed wyjazdem do Francji. Przyjęli uciekinierkę gościnni ludzie, jak się okazało rodzina o nazwisku Luverkühn. Nikogo o tym nazwisku Szarlota dotąd nie znała. Petersburscy zbiegowie wyjechali z tej miłej zagrody dopiero po dwóch dniach. 



 Buchel, 16 stycznia, 1716 roku.

Przybysze ani trochę z ubioru nie przypominali kogoś z wyższych sfer, ale ich niemiecki też nie był ani trochę okoliczny, ani nawet chłopski. Przedstawili się jakoś-tam, lecz pani Leverkühn domyślała się ze sposobu ich mówienia, że to nie są pospolici kupcy wędrowcy. Mówili językiem jeszcze gładszym niż proboszcz – i gospodyni była pewna, że słyszała podobną mowę kiedyś w Leipzig wśród wielkich dam. Od tajemniczych gości nie zażądała opłaty, być może nie tylko z gościnności, ale i z ekscytacji, że wizytują ich incognito jacyś tajemniczy arystokraci. Przy odjeździe ta poważniejsza pani i mniej urodziwa (tylko pan Leverkühn się nie domyślił, że dwaj młodzieńcy to kobiety) powiedziała dziwnie – My już na tę ziemię nigdy nie wrócimy, więc na pożegnanie, w podzięce i na pamiątkę, przyjmijcie tę moją księgę, niech choć tyle po mnie tutaj zostanie.


Pani Leverkühn wiedziała, że to Biblia luterska, nie taka jak ich katolickie księgi, ale przyjęła podarunek z wielkim wzruszeniem. Jeszcze nie przewiał się zapach w sypialni obu tajemniczych pań, gdy jakiś tydzień później pod światło świecy pani Leverkühn odczytała zamazane słowa, choć ledwie widoczne pod ciemnym atramentem:  "Eingentum von Prinzessin Charlotte".


Kiedy powiedziała o swym odkryciu mężowi, pan Leverkühn oznajmił – Na pamiątkę tej wizyty posadzę na środku obejścia szlachetne drzewo.


– Niech to będzie lipa – poprosiła pani Leverkühn.

 ° ° °

ilustr. "Buchel" skompilowana ze stron:

https://www.shutterstock.com/image-vector/sleigh-ride-brushdrawing-based-scenes-horse-132873635

https://altevolkstrachten.de/thueringisch-fraenkischer-bauernhof/