niedziela, 21 maja 2023

Listy z Podróży do Polski. Nr 1. Krzysztof Hariasz.

 

Poprosiłem Krzysia Hariasza, żeby dla gronka czytelników tego bloga opisał w formie listu z podróży swoje wrażenia z wyprawy (której to już?) do Polski (od dziesięcioleci państwo H. mieszkają w Stanach, odkąd razem emigrowaliśmy, mając za "wojennego" jako "ekstrema" kompletnie przerąbane w peerelu). Opisał. Bardzo ciekawie. W zalewie info historycznych raz wyłapałem, że się "omsknął", poprawiłem, a lubelskie "musi" mu odpuszczam, bo sam tak się nieraz wygłupiam. Z notki prywatnej wnioskuję, że mógłbym już teraz ten list opatrzyć numerem "1", ale nie chcę zapeszyć. Pożyjemy, zobaczymy, dostawimy numerki. Na razie, dzięki za pierwszy  List z Podróży do Polski. Jak to romantycznie wygląda i brzmi...!!!  

Wynika z treści, że list nie jest nazbyt z Polski, ale przecież teraz trzeba będzie Państwu M. i K. H. niejako dubeltowo przedsięwziąć podróż do Polski. 

 

° ° °


Krzysztof Hariasz

Listy z Podróży do Polski. 

1. 


List z Litwy, pierwszy.


    Wybrałem się przed paroma dniami w podróż do Polski. Rozumiem więc, że pytasz o moje „widzenie” Rzeczpospolitej sugerując wręcz abym wrażenia opisał. Najprawdopodobniej to zbieg okoliczności, ale zadzwonił też do mnie wczoraj Emil z pytaniem „Jak tam w ojczyźnie”? Kumplom nie wypada odmawiać, więc może spróbuję. 


    Prawdę powiedziawszy, to nie mam jeszcze jakichś specjalnych wrażeń z naszej ojczyzny, ponieważ ledwie odetchnąwszy po długiej i dość nieprzyjemnej podróży (szczegóły innym razem), wybraliśmy się w podróż do ojczyzny Mickiewicza. Tak, zgadłeś, pojechaliśmy (Ja, Misia, oraz jej brat z żoną) do Litwy. Nigdy w tym kraju nie byłem, ale wydawało mi się, że dzięki literaturze znam go dość dobrze. Postanowiliśmy skonfrontować wyobrażenia i wizje wywołane przez poezję z dzisiejszą (czyli, domyślaliśmy się, dość inną niż Miłoszowa czy Mickiewiczowa) rzeczywistością. Najpierw dwie noce w Wilnie a później dwie noce w uzdrowisku Druskienniki.

Oprócz rezerwacji kwater, nie przygotowywałem się do tej podróży praktycznie wcale. Inwokację do „Pana Tadeusza” znam przecież na pamięć od ósmej klasy podstawówki. Ostra Brama, błękitny Niemen co to wije się wśród leśnych pagórków oraz łąk zielonych, pola złotej pszenicy, srebrnego żyta, bursztynowy świerzop, biała gryka, różowa dzięcielina, jabłonie i grusze. No i opasująca wszystko zielona miedza. Pamiętałem też co nieco Filomatów i Filaretów, nie zapomniałem, że na Uniwersytecie Wileńskim studiował Mickiewicz, Słowacki i Miłosz, że wykładał na nim Lelewel. Wiem, że Litwa i Polska długo tworzyły wspólne państwo, że Wilno w dwudziestoleciu międzywojennym należało do Polski a nie do Litwy (z czego Litwini raczej nie mogli być zadowoleni), że Litwa jest od upadku Związku Sowieckiego krajem suwerennym, członkiem EU (z Euro jako walutą) i NATO. Więc nie jechałem zupełnie w ciemno, ale spodziewałem się niespodzianek i miałem nadzieję czegoś nowego się jednak nauczyć.


Do Wilna jedziemy samochodem, obserwuję więc pola i lasy na wzgórkach. Jest początek maja i dlatego nie potrafię powiedzieć czy te pola leżą odłogiem, czy może obsiane są jarym zbożem, które dopiero co wschodzi. Tylko gdzieniegdzie, zamiast dzięcieliny, żółty rzepak. Owszem, krajobraz jest pofalowany, polodowcowy, czyli Wieszcz nic nie zmyślał. Architektura wiejska bardzo podobna do polskiej, może tylko ciut biedniej (mniej bogato?). Na słupach telegraficznych bocianie gniazda, dokładnie jak po wsiach podlaskich czy podkarpackich*. Może dlatego, a może z naiwności zakraszonej ignorancją, wypatruję jakichś śladów polskości. Rzecz jasna nie znajduję ich; tylko litewskie napisy, nieznane nazwy miejscowości, niezrozumiałe marki sklepów i firm handlowych. 

    Po paru godzinach wjeżdżamy do Wilna. Przed nami fragmenty murów obronnych i brama. Nie bardzo ostra, a na frontonie fresk z Jezusem raczej niż świetlista panienka. Toteż nie wiemy czy to właśnie jeden z celów naszej „pielgrzymki.” Wprawdzie brama jest otwarta, ale nie dla ruchu samochodowego, więc kierowani GPS-em skręcamy tuż przed nią i jedziemy na kwaterę. Mieszkamy na starym mieście i natychmiast wychodzimy coś zjeść i pospacerować. Ja oczywiście zamawiam „panatadeuszowski” chołodziec litewski, chyli zimny barszcz zabielany sporą ilością śmietany. Smakuje. Placki ziemniaczane już mniej. Inni „pielgrzymi” próbują ziemniaczanych pyz z mięsem. Opinie nie są entuzjastyczne, ale pozytywne. Po posiłku jeszcze trochę łazimy. Bez ładu i składu, bo na następny dzień mamy zamówioną czterogodzinną pieszą wycieczkę po Wilnie z polskojęzyczną przewodniczką. Na razie widać, że wszystko porządnie odrestaurowane, ulice brukowane, aby zadośćuczynić tradycji, kościołów różnych wyznań co niemiara, wygląda wszystko dość kulturalnie i europejsko.


  


 



    Pani przewodniczka okazuje się emerytowaną nauczycielką historii w polskiej szkole średniej (gimnazjum?). Z dziada pradziada Polka i Wilnianka. Po polsku mówi rzecz jasna świetnie, tylko zaciąga z lekka po kresowemu. Przede wszystkim to notoryczne „L”. Zaczynamy od Ostrej Bramy (jak na rymokletów przystało), oglądamy z pozycji zwykłego pielgrzyma, ale też udaje nam się wejść na piętro do samej kaplicy. Z tym „zwykłym pielgrzymem” to trochę przesadziłem, bo ta wąska uliczka w czasie nabożeństw zamienia się w nawę kościelną na wolnym powietrzu, z rozmodlonym tłumem setek a nawet tysięcy pątników na kolanach. Nie, nie mam zamiaru wchodzić głębiej w temat religijności. Ale w tym mieście jej odcisk jest wyraźnie widoczny na każdym niemalże kroku. Zmieniali się władcy tego miasta i w związku z tym zmieniały się preferowane wyznania. Zaraz po wyjściu z Ostrej Bramy wchodzimy do prawosławnej cerkwi. Może dlatego, że dla mnie jest to wyznanie raczej egzotyczne, może przez promień słońca przecinający na ukos zadymioną kadzidłem nawę, może przez śpiew cerkiewnego chóru, ale podoba mi się. Jedną ulicę dalej zachodzimy do zaniedbanego kościoła o żółtych obdrapanych murach, gdzie dowiadujemy się, iż Sowieci mieli tu podczas swoich rządów magazyny opon. Nie chcąc marnować pustej przestrzeni nawy, podzielili ją na piętra żelbetonowymi stropami. Podobno nie da się już tego odkręcić, więc kościół pełni teraz różnorodne funkcje, między innymi pamiątki po czasach komunistycznych.




    Następna jest dzielnica żydowska. Podobno przed wojną Żydzi stanowili ok. 40% populacji miasta. Nie wiem ilu jest ich dzisiaj, pewnie garstka. Etnicznych Polaków jest podobno ok. 6% (przed wojną 60%), ale nowsze pokolenia, mimo istnienia polskich szkół, najprawdopodobniej coraz chętniej mówią po litewsku (kierowca Ubera, twierdził, że jest Polakiem, ale z braku miejsc w polskiej szkole chodził do szkoły rosyjskiej i dzisiaj rozumie wprawdzie po polsku, ale odpowiada już raczej po rosyjsku). Nie, nie mam zamiaru wchodzić głębiej w temat polityk narodowych różnych nacji ani dzisiaj, ani na przestrzeni wieków. Tu jest Litwa i językiem, który się wszędzie słyszy jest litewski. W usługach chyba łatwiej się porozumieć po angielsku niż po polsku. Na szczęście znamy trochę i polskiego, i angielskiego, i rosyjskiego, więc jakoś nam się udawało sprawy załatwiać i jedzenie w restauracjach zamawiać. 

   Po drodze mijamy bardzo ładnie i sprytnie odrestaurowane/zaadoptowane kamienice, dziedzińce, sklepy, pałace. Jeden z nich należał kiedyś do rodziny Paców. Czyli pałac Paca. Nie wiadomo czy nim się inspirował Mickiewicz adoptując do „Pana Tadeusza” powiedzonko „wart Pac pałaca”.

 

 

Równa ich była rączość, równa była praca;

Godzien jest pałac Paca, godzien Pac pałaca (…)

 

Jednak z arystokracją litewską kojarzy mi się głównie nazwisko Radziwiłł. Mieli siedzibę w pobliskich Trokach, ale i w Wilnie… o tym za chwilę.

    Dochodzimy do Uniwersytetu Wileńskiego (Po przeciwnej stronie ulicy Ambasada Rzeczpospolitej Polskiej. Podobno bardzo długo czekali, aby ten budynek kupić. Dobry punkt). W polskiej historii, a szczególnie w historii polskiej literatury to miejsce jest, że użyję truizmu, dość szczególne. Mickiewicz, Odyniec, Słowacki, Lelewel, Kraszewski, Miłosz, „not too shabby”, jak by powiedzieli nasi znajomi nowojorscy Litwacy. Dzisiaj w budynkach tego kompleksu znajdują się tylko wydziały filozofii oraz historii, a całe miejsce wydaje się być traktowane trochę jako muzeum. Trzeba kupić bilety, aby wejść na dziedziniec, a o wejściu do sal wykładowych nie było nawet mowy. I to nie tylko dlatego, że akurat niedziela. Więc jesteśmy nieco rozczarowani. Zaraz za rogiem brama domu, w którym mieszkał podczas studiów Mickiewicz (Adomas Mickievicius). Takich miejsc, oznaczonych dwujęzycznymi tablicami, jest w Wilnie osiem. Musi zmieniał stancję co i rusz. Podobno był biedny. Może nie płacił. Ale dorobił się i pomnika, i placu swego imienia.




    Schodzimy dalej w dół, w kierunku rzeki Wilii (po litewsku Neris). Tu już rejony litewskich władców; katedra, pałac królewski, wzgórze Giedymina. Przez cały czas unii polsko-litewskiej, polscy królowie byli równocześnie władcami Litwy. Jeden z nich, zresztą ostatni z Jagiellonów, Zygmunt II August, zalecał się tu do pięknej  wdówki, Barbary Radziwiłłówny czemu sprzeciwiała się jego matka, królowa Bona. Baśka i Zygmuś mieli podobny temperament, lubili zabawy i chyba lubili siebie nawzajem, bo w końcu się pobrali. Nie znam dramatu Alojzego Felińskiego i nie znam polskiego przedwojennego filmu pod tym samym tytułem („Barbara Radziwiłłówna”. Podobno pierwszy film pokazywany w polskiej eksperymentalnej telewizji 26-go sierpnia 1939 roku). Ze wzgórza Giedymina (dziadek Władysława Jagiełły) oglądamy panoramę Wilna, żegnamy się z naszą przewodniczką i wracamy do współczesności.




    Współczesność ucieleśnia dzisiaj… a to ci dopiero niespodzianka… Lech Wałęsa. Nie wiem z jakiej okazji, ale w wileńskim ratuszu jest spotkanie z byłym Przewodniczącym NSZZ oraz Prezydentem RP. Pełna sala, telewizje, paparazzi, Lechu jak zwykle ostatnio w koszuli z wyhaftowanym logo „Kon-sty-tu-cja”. Mówi poprawnie, z dobrą dykcją, bez pośpiechu, widać lata doświadczenia i treningu. Żadnego wstydu nie przynosi. Dzieli się swoimi myślami na temat wojny w Ukrainie, głównie na temat Rosji. Opowiada jak to „Solidarność” wygrała nie mając ani jednego czołgu i ani nawet jednego pistoletu. I w ten sposób chce pokonać Rosję. Przekonując Rosjan, że jest w ich interesie pozbyć się Putina i postsowieckiego autorytarnego ustroju oraz zastąpić go demokracją. Przez cały czas podbija oczywiście swój wałęsowski bębenek, ale mnie to już dawno przestało przeszkadzać. Od dawna daję mu „lajki” na Facebooku i mam zamiar kontynuować. Sentyment? Czy jest w tym coś złego?




    Łazimy jeszcze później po mieście. Okazuje się, że jest właśnie (międzynarodowa) noc muzeów. W jednym z nich dowiadujemy się na przykład, że hetman wielki litewski Jan Karol Chodkiewicz, walczący dzielnie z Kozakami, ze Szwedami (m.in. Kircholm) z Rosjanami (był aż pod Moskwą) i z Turkami (Chocim) czuł się bardzo Litwinem. Oglądamy litewskie wyroby sztuki rękodzielniczej i ludowej. Znów jemy litewskie potrawy i pijemy litewskie piwo. Ludzie wokół są zrelaksowani, a nawet uśmiechnięci. Widać, że czują się u siebie. 

Mnie się podobało.



    * Swoją drogą może warto byłoby coś poczytać na temat tej symbiotycznej relacji między polskim (wschodnioeuropejskim) chłopem i afrykańskim bocianem. Jakie korzyści z życia w takiej bliskości każdy z nich odnosi? Jak do tej symbiozy doszło? Bardzo ciekawe.