Krzysztof Hariasz
Pociągi, statki, samoloty
To już kolejny mój (nasz) „dziennik z podróży” na tym blogu. A że podróżujemy głównie do Polski, więc jest prawdopodobne, że będę się powtarzał. Jeśli mi się to przytrafi, to z góry przepraszam. Zastanawiałem się też jak to sprawozdanie ułożyć; czy tematycznie, czy może pod względem lokalizacji (geograficznym), czy jeszcze w jakiś inny sposób, lecz ostatecznie wybrałem formę dziennika. Z tego powodu niektóre wpisy będą dłuższe niż inne (bo przecież nie zawsze się dzieje), niektóre ciekawsze, a inne po prostu drętwe.
Ale do roboty.
Środa 2.09
Podróż samochodem z Akron, Ohio do Greenwich, Connecticut. Coraz trudniej znosić takie długie podróże za kierownicą. Po drodze na zajeździe, tuż obok mapy z okropnie długą drogą, telefon publiczny. Nie widzieliśmy takiego urządzenia już od wielu lat. A przecież kiedyś to była często jedyna forma synchronicznej komunikacji na odległość. Także na rozmowy międzynarodowe, ponieważ technologia była tak prymitywna, że z niektórych aparatów można było dzwonić bez wrzucania monet. Tak, tak, chodziło się po mieście i sprawdzało aparaty. Takich, z których można było dzwonić za darmo do Polski było nadspodziewanie dużo. I jeszcze ciekawostka, te publiczne telefony miały też swój własny numer, na który można było dzwonić. Pamiętam nawet jak kiedyś dzwoniliśmy z Filadelfii do aparatu na słupie gdzieś na Queens’ie, bo chcieliśmy porozmawiać z Emilem, który wtedy tam mieszkał.
Dzisiaj Emil mieszka w Greenwich i jeszcze nigdy w tym jego (ich, ponieważ mieszka z żoną i córką) domu nie byliśmy. Wieczorem oczywiście rozmowy, także o dawnych lubelskich czasach.
Pomerance Park, Greenwich, CT
{Fotografie zaznaczone MAH wykonała Misia, czyli Maria Adamowicz-Hariasz}
Czwartek 3.09
Greenwich. Rano spacer z psem w Pomerance Park. Ta miejscowość jest bardzo ekskluzywna. Zieleń, zieleń, zieleń. To także kolor amerykańskich dolarów. Domy, czy raczej domiszcza, wyglądają często jak pałace. I pewnie też jakie są. Chateaux. Więc lunch we „francuskiej” knajpie. Biorę niçoise.
Na spacerze z Lulu (fot. MAH)
Już po raz drugi z rzędu lecimy LOTem. Bo bez przesiadek. Ale do spółki z hiszpańskim przewoźnikiem, a więc i mieszaną załogą. Wylot z NYC jest opóźniony o ponad godzinę, podobno przez to, że nie zatankowali na czas. Jesteśmy dość cierpliwi, ale też trochę wkurzeni. Ja sobie obiecuję, że jutro będę pisał zażalenie. Nic z tego, ponieważ posadzili nas w klasie Premium (czyli jakby pierwsza? Dlaczego? I dlaczego właśnie nas?). Szersze, wygodniejsze fotele, z podnóżkiem, na powitanie musujące wino, prawdziwe szkło, porcelana i metalowe sztućce, prawdziwe menu (choć z wyborem niezbyt szerokim). Jedno z win w menu jest produkcji polskiej. Białe. Zamawiam, ale nie kończę. Nie wiem czy jakieś dziwne, czy po prostu niedobre. Dobawiam francuskim Chardonnay. Spożyty alkohol oraz więcej niż zwykle miejsca w w miarę wygodnym fotelu sprawia, że przez kilka godzin przysypiam. Krótkie drzemki, ale w sumie jednak przyczyniły się do jako takiego odpoczynku.
Za udaną podróż. (fot. MAH)
Piątek 4.09
Lądujemy dopiero wczesnym popołudniem. Uber do hotelu. Bardzo porządnie wyremontowany Hotel MDM na Placu Konstytucji (czyli część socrealistycznej Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej). Szybki obiad w restauracji rekomendowanej (nie wiadomo dlaczego) przez kolegę. Spotkanie ze znajomą, przyjaciółką, emigrantką ’68, osobą, która się nami bardzo zaopiekowała, kiedy jako uchodźcy wylądowaliśmy w ’83 w Filadelfii. Herbata, ciacho, „catching up”.
Jet lag jednak nas dopada i spać idziemy dość wcześnie. Okno w hotelowym pokoju, być może europejskim zwyczajem, uchylone, wychodzi na Marszałkowską, więc przez całą noc słyszymy miasto. Tramwaje, autobusy, od czasu do czasu syreny karetek czy innych policyjnych pojazdów. Ale głównie śpimy.
Sobota 5.09
Zrywamy się przed ósmą i wędrujemy do piekarni na rogu (o nazwie „Gorąco polecam”) po świeże pieczywo. Do tego jogurt z owocami, ziarnem i rozmaitymi nasionami, oraz banan. Buła wieloziarnista po prostu pyszna. Takie śniadanie.
Świeżutkie śniadanko (Polacy wszystko zdrobniają) (MAH)
Po śniadaniu maszerujemy do Muzeum Narodowego, w którym – przynajmniej ja – byłem może ze sześćdziesiąt lat temu i pamiętam jedno wielkie zero. Przed wejściem basen/fontanna, którą kiedyś jakiś pisowski artysta zaaranżował w ten sposób, że na brzegu stał Papa Polacco, który dźwigał nad głową ogromny głaz i właśnie miał nim przywalić grzeszność tego świata. Dzisiaj fontanna nie działa, a kiedy zapytałem młodą kasjerkę, co się stało z rzeźbą, ona nie miała pojęcia, o co w ogóle chodzi. Jej ciut starszy kolega owszem, słyszał, lecz też nie wiedział, co się z rzeźbą stało. Muzeum Narodowe to duże miejsce, więc do zwiedzania wybieramy tylko kilka działów.
Kamyczek zamiast głazu – symptomatycznie (fot. MAH)
Wspinamy się na schody. Najpierw Malarstwo Polskie. Są oczywiście wszyscy najważniejsi oraz sporo, jeśli nie pomniejszych, to nieco mniej znanych (przynajmniej mnie). Wydaje się, że wiele z tych obrazów znanych jest już od dzieciństwa, może ze szkoły; obrazy Matejki, Chełmońskiego, Gierymskiego, Fałata, Wyspiańskiego, Malczewskiego, Boznańskiej. Można by powiedzieć, że niektóre z nich są wręcz ikoniczne. A niektóre naprawdę bardzo dobre. Wśród kilku dzieł Chełmońskiego są słynne „Bociany” i trochę mniej znane, ale bardzo interesujące „Kuropatwy”. Brakuje mi „Babiego lata”, pytam więc strażniczkę gdzie się podział, a ona mi odpowiada, że w innym skrzydle budynku, jako część wystawy pod tytułem „Kolekcjoner”.
Hall Muzeum Narodowego w Warszawie
(fot. MAH)
Hrabia (tytuł kupił od Papieża) Ignacy Korwin-Milewski urodził się w rodzinie obszarników na Litwie. Kształcił się we Francji, w Niemczech i w Estonii, odziedziczone pieniądze potrafił dobrze inwestować (w przeciwieństwie do hrabiego Łęckiego), i około 1880 roku w Wilnie zaczął kolekcjonować dzieła sztuki. Miał pieniądze, wiedzę i gust. W kolekcji były m.in. „Stańczyk” Matejki, „Babie lato” Chełmońskiego, „Żydówka z cytrynami” (znana też jako „Pomarańczarka”) Gierymskiego, dzieła Malczewskiego, Axentowicza, Wierusz-Kowalskiego i wielu innych. Pod koniec życia zaczął pozbywać się kolekcji. Obrazy zakupiły w większości polskie muzea, ale także osoby prywatne.
Mnie szczególnie zainteresowały dwa obrazy. Pierwszy to „Święto trąbek” (czyli Rosh Hashanah) Gierymskiego, a raczej druga wersja tego obrazu. Namalował ich Gierymski trzy; pierwsza znajduje się w Muzeum Narodowym w Warszawie, trzecia w Muzeum Śląskim w Katowicach, a druga, namalowana w 1888, niestety zaginęła w czasie II Wojny Światowej i nadzieje na jej odzyskanie maleją z każdym dniem. Szkoda. Ta właśnie wersja była w Kolekcji Korwin-Milewskiego.
Obraz drugi, to moje ulubione „Babie lato” Chełmońskiego. Gdzieś na wołyńskim stepie leży na trawie wiejska dziewczyna i rozmarzona bawi się nitkami babiego lata. Obok niej siedzi pies, jakby na straży, a w oddali widać pasące się krowy. Żółta chustka pasterki jest jakby przedłużeniem jej blond włosów. Leży w pozycji odaliski (porównaj „Odaliska z niewolnikiem” Ingresa), ale erotyzm tej sceny jest bardzo subtelny, może nawet ukryty. Tylko stopy ma bose. I ten właśnie szczegół wywołał spory skandal wśród krytyków, kiedy obraz został po raz pierwszy wystawiony na widok publiczny. Nie z powodu nagich stóp, lecz dlatego, iż jej stopy są brudne. No bo jak to?! Brudne stopy wieśniaczki jako przedmiot dzieła sztuki? Dla mnie ten kontrast jest prze-inspirujący.
Józef Chełmoński - „Babie lato”
Gdybym mieszkał w Warszawie, to bym do Muzeum Narodowego zachodził częściej i spędzał więcej czasu przed poszczególnymi dziełami. Nie wiem czy to jakieś pseudo-patriotyczne ciągotki, ale wydaje mi się, że naprawdę nie mamy się czego wstydzić.
Po lunchu w barze mlecznym (czyli żurek i pierogi) zmierzamy do Muzeum Sztuki Współczesnej. Głównie Edward Dwurnik. Styl (podobno zainspirowany malarstwem Nikifora krynickiego) jest jakby wyra-finowanym prymitywizmem. Komentarze z życia w PRL, duże formaty, serie/winiety z polskiego prowincjonalizmu, bądź też miejskiego folkloru. Mnie szczególnie zaciekawia „Srajbabka”. Obraz przedstawia panią, która siedzi przy wejściu do publicznego klozetu, pobiera opłaty za korzystanie i prawdopodobnie również sprząta. Tak zwana „babcia klozetowa” albo „pisuardessa”. Zawód istniejący w Polsce do dzisiaj (chociaż czasami wykonywany przez mężczyzn – „dziadków klozetowych”?). „Srajbabka” Dwurnika jest interesująca z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, na stoliku, przy którym siedzi, pani ma gotowy do konsumpcji lunch – herbata, buła/ciacho, owoc, coś tam jeszcze. No ale przecież głodna w tym kiblu nie będzie przez cały dzień siedzieć. W jakimś stopniu jest urzędniczką i przerwa na lunch/drugie śniadanie jej się należy. A po drugie, za kurtynką oddzielającą panią klozetową od części… powiedzmy zasadniczej, widać głowy kilku facetów. Nie sikających w rzędzie, ale całujących się. Takie miejsca jak publiczne toalety były kiedyś (za komuny?) miejscem spotkań homoseksualnych mężczyzn. I Dwurnik tą praktykę uwiecznił.
"Sraj-babka” Dwurnika
W muzeum jest też wystawa na temat wzajemnej niechęci pomiędzy ruchem Surrealizmu a faszyzmem. Niechęć to może mało powiedziane, Także konflikt, często nienawiść, a nawet – ze strony faszyzmu – represje. Totalitaryzmy mają zwykle duży problem z wolnością artystów. Wśród wystawionych dzieł jest jeden obraz Leonory Carrington („Arka Noego”), Remedios Varo („Mój mały generał”), a także fotografia Lee Miller w monachijskiej wannie Hitlera. Przypomina nam się nasza wiosenna wizyta w Paryżu.
Wieczorem obiad z Misi bratanicą i jej rodziną w restauracji należącej do jednego z członków słynnej warszawskiej rodziny Gesslerów. Białe obrusy, czerwone wino, przygrywający pianista, towarzystwo… Jedzenie, owszem, przyzwoite.
Niedziela 6.09
Po śniadaniu z przyjaciółmi do Konstancina-Jeziornej. Uzdrowiskowa podwarszawska miejscowość – mikroklimat leśny, sanatoria, lecznice. Ale też, a może przede wszystkim zaciszne uliczki z willami w ogrodach. Trochę spacerujemy (sporo tych starych willi jest ciągle niezamieszkanych, w pół- ruinie, zabitych dechami) ale głównie zwiedzamy muzeum sztuki „Villa la Fleur” kolekcjonera Marka Roeflera. To już drugi kolekcjoner w przeciągu dwóch dni – zobaczymy gdzie nas ta pasja zbierania dzieł sztuki zaprowadzi. Dwa budynki i ogród rzeźb. Wszystko bardzo porządnie zorganizowane i wykończone (Roefler dorobił się fortuny na tzw. deweloperce, czyli budowie domów mieszkalnych, ma więc dostęp do fachowców). Sztuka głównie L'école de Paris, nie jestem fanem, ale w sumie bardzo interesujące doświadczenie. Na dodatek jest też Łępicka, którą lubię.
Można się rozejść (Hariasz i Giacometti) (fot.MAH)
Wracamy do Warszawy, do Parku Łazienkowskiego na koncert szopenowski. Gra Maciej Domagała, młody pianista ale już z sukcesami. Tłum miłośników Szopena i muzyki, trochę też ciekawskich, trochę przypadkowych spacerowiczów. Przez trzy miesiące lata, od lipca do września, w każdą niedzielę, przy pomniku Szopena odbywają się dwa recitale. W tym roku to już 67 edycja. Koncerty są bardzo dobrze nagłośnione, więc może w nim uczestniczyć kilka tysięcy ludzi. I przychodzą, także dlatego że wstęp jest wolny, ale chyba jednak głównie, aby posłuchać tej właśnie muzyki w tym właśnie miejscu. Dla mnie pierwszy raz. Słucham, obserwuję innych słuchających, zamyślam się. W sumie bardzo miłe doświadczenie.
W Łazienkach
Na koniec dnia spacer po centrum Warszawy. Parkujemy na dawnym Placu Defilad przed Pałacem Kultury. Trybuna, z której Gomułka i Gierek wymachiwali do maszerujących poniżej uczestników marszu 1-go Maja ciągle tu stoi. Wspinam się więc i pozdrawiam historię machając do całego świata. Tuż obok trybuny spalił się w proteście przeciw rządom PiSu Piotr Szczęsny, „zwykły, szary człowiek”. Pochylam głowę nad tablicą upamiętniającą ten akt desperacji.
Towarzysze (Krzysztof Hariasz i Gilbert Pfau) (fot. MAH)
Przechodzimy przez Marszałkowską, przekraczamy tzw. „ścianę wschodnią”, jeszcze na wschód od domów handlowych Centrum, a więc ulice Jasna, Zgoda, Przeskok i przede wszystkim Złota, właśnie niedawno wyłączona z ruchu kołowego, zamieniona w promenadę dla pieszych. Jest niedziela, wieczór, a tu tłumy spacerowiczów, w kawiarniach i restauracjach, na randkach, itd. Lampka wina na tarasie knajpki kończy wieczór.
Warszawa da się lubić.
Na Złotej (fot. MAH)
Poniedziałek 7.09
Wczesnym rankiem zamawiamy Uber na lotnisko, aby złapać samolot do Wenecji. Mimo, że tym razem nasz przewoźnik to nie LOT, to jednak lot jest opóźniony o godzinę. Ganiani tam i z powrotem, do autobusu, znów do budynku, jeszcze raz do autobusu, wkurzeni i zmęczeni docieramy jednak w
końcu do historycznego miasta na wodzie. Z lotniska do dzielnicy, w której mamy mieszkać, oczywiście, płyniemy łodzią; po drodze mijamy Pałac Dożów, jest słonecznie i ciepło, wszystko to dobrze wróży.
Wenecja wita (fot. MAH)
Ale nie możemy się jeszcze rozluźnić, ponieważ musimy znaleźć mieszkanie, które nam się trochę psim swędem (od znajomych znajomych) udało wynająć. Najpierw Google Maps nas wyprowadza na manowce i później Apple nas musi z tych manowców przyprowadzić. To jakby po trochu z dwóch powodów. Po pierwsze, numeracja domów w Wenecji jest dość unikalna. W adresie podaje się tylko jedną z sześciu dzielnic i numer domu. Na przykład, my mieszkaliśmy pod numerem Dorsoduro 1737. A w dzielnicach numerowano zależnie od bliskości do jakiegoś ważniejszego miejsca albo od jednego końca do drugiego. Natomiast po drugie, urbanistycznie Wenecja, w dużym stopniu przez to, iż zbudowana jest na kilkudziesięciu wysepkach, to jest jeden wielki chaos; uliczki są czasami tak wąskie, albo tak krótkie, że GPS może je mylić z sąsiednimi. I w jednej okolicy Apple musi wyciągać Google z tarapatów a w innej Apple jest w kłopocie i Google musi pomagać. Ciągniemy więc nasze walizki w pełnym słońcu po wybrukowanych uliczkach, sfrustrowani i zagubieni. Nie poddajemy się jednak i w końcu nam się udaje. Oj!
Wieczorem wychodzimy wreszcie na obiad, lody i spacer nad wodą. Będzie dobrze?
Wtorek 8.09
Śpimy po raz pierwszy od prawie tygodnia dobrze i długo. Widać nam wczorajszy dzień dał popalić. A po śniadaniu wychodzimy do miasta. Przede wszystkim pali słońce. Na łysiejącą głowę to niezbyt dobrze, więc kupuję kapelusz typu Panama – jak przystało na dżentelmena z dalekiego kraju. Tak zabezpieczony, mogę spokojnie zwiedzać. We wszystkich centralnych dzielnicach Wenecji jedyne formy transportu to rozmaite łodzie, łódki i inne jednostki pływające oraz własne nogi – żadnych samochodów, rowerów, hulajnog. Na początek odwiedzamy najważniejsze miejsca – Plac Św. Marka, Pałac Dożów, most Rialto. Tak tylko pro forma, aby dotknąć i na własne oczy zobaczyć obrazy znane z tysięcy zdjęć i filmów. To miasto rzeczywiście istnieje i wygląda naprawdę tak, jak na fotografiach.
Panama w Wenecji (fot. MAH)
Jeszcze w samolocie do Warszawy, przeglądając magazyn LOTu, natrafiam na reklamę wystawy dzieł Tadeusza Kantora i Marii Jaremy w prestiżowej Proccuratie Vecchie na Placu Św. Marka. Szybko odnajdujemy. Wystawa jest sponsorowana przez kolejnego polskiego kolekcjonera i mecenasa sztuki, Jerzego Staraka (a dokładniej przez jego rodzinną fundację, którą założył z żoną Anną, historyczką sztuki. Notabene, Starak dorobił się głównie na przemyśle farmaceutycznym, ale jest też właścicielem firm z innych branż). Wystawa jest zatytułowana „Tadeusz Kantor (1915-1990). Embalage, Cricotage and Madame Jarema” i zgodnie z tytułem zawiera dość szeroki wachlarz jego dzieł – od wczesnych „embalaży” do rekwizytów ze spektakli Cricot 2. W zamierzeniu kuratorów, najważniejszym punktem ekspozycji jest projekcja filmu Andrzeja Wajdy „Umarła klasa” (dla młodszych albo niewtajemniczonych czytelników – to sfilmowany spektakl Kantora z dodatkiem „dużej przerwy” na podkrakowskich polach). Film widziałem już kilka razy wcześniej, ale siadam na chwilę i znowu się gapię jak zauroczony.
Jest na co patrzeć (fot. MAH)
Rowerek Kantora
Na temat Marii Jaremy oraz jej obrazów wystawionych w sali tuż obok Kantora nie potrafię dużo powiedzieć. Głównie abstrakcje. Współpracowała z Cricot przed wojną i z Cricot 2 po wojnie. Była scenografką. Zasługuje na większą uwagę.
Podczas tej wyprawy robimy 13 tysięcy kroków więc na odpoczynek do domu. Wieczorem wychodzimy jeszcze raz i dobijamy do 18 tysięcy. Na kolację konsumuję spaghetti alle vongole (makaron z małymi małżami), podobno specjalność włoskiej kuchni, szczególnie kojarzona z Wenecją (przynajmniej według niektórych naszych informatorów). Smaczne, szczególnie ze schłodzonym białym winem, spożywane pod parasolem tuż nad Canale della Guideca, ale nic nadzwyczajnego.
Środa 9.09
Rano budzą nas dzwony pobliskiego kościoła. Teoretycznie o tym powinien być osobny, obszerny wpis, ale mnie i nie bardzo stać i chyba też temat mnie niespecjalnie interesuje. A kościołów jest pełno (jak to we Włoszech, gdzie każdy arystokrata budował sobie swój) i wydaje się, że dzwony dzwonią tu co pół godziny. Raz w jednym kościele, raz w drugim. Raz bliżej, raz dalej. Nie twierdzę wcale, że jest to jakieś nieprzyjemne albo denerwujące, po prostu stwierdzam fakt. Czy biją na msze, czy inne modlitwy, czy na Anioł Pański (południe), czy na ślub, pogrzeb – nieważne. Gdyby się nad tym głębiej zastanowić to być może biją, aby nam wszystkim odmierzyć czas jaki jeszcze tu mamy.
Wizyta w Kolekcji Peggy Gugenheim (kolejna kolekcjonerka). Pieniądze na kolekcjonowanie sztuki odziedziczyła po ojcu, który zatonął na Titanicu. To ona wyciągnęła Maxa Ernst’a z hitlerowskiego aresztu, a później poślubiła. Przyjaciele/znajomi to m.in. Cockteau, Duchamp, Breton, Becket, Brâncuși. Głównie abstrakcyjna sztuka z lat 20-30. Ale jest też jedna Carrington. Miejsce bardzo fajne, tuż nad kanałem, ogrodowe. Misi bardzo się podoba la terrazza z widokiem na Canal Grande. Bo i wewnątrz piękno i na zewnątrz piękno.
Pięknie jest na tarasie
Tu wreszcie doceniam bogactwo/różnorodność sztuki Ernst’a. Są też, oczywiście, inni mistrzowie: Picasso, Miro, Kandinsky, Braque, itd. Zastanawiam się czy któryś ze współczesnych milionerów/miliarderów/trylionerów kiedyś poczuje potrzebę obcowania ze sztuką (nie mówiąc już o kolekcjonowaniu). Czy zrozumie sens dzielenia się z – że tak powiem – gatunkiem ludzkim a nie tylko ze swoimi spadkobiercami.
Wracając wstępujemy do podobno najlepszej (najsłynniejszej) cukierni w Wenecji. Ja łapię tiramisu, ale jestem rozczarowany: mało kawowe i mało rumowe, ale za to bardzo maślane. Wieczorem, zgodnie z tutejszym zwyczajem, obiad nad kanałem. Potrawy rybne, wino.
Czwartek 10.09
Jedziemy na Biennale. A właściwie to płyniemy vaporetto (odpowiednik autobusu miejskiego). Festiwal istnieje od 1895 roku i jest najstarszą tego typu instytucją na świecie. Od 1980 roku, biennale sztuki organizowane jest w latach parzystych w dzielnicy Castello (w latach nieparzystych odbywa się festiwal architektury). Najpierw główna część Biennale w Giardini, czyli w ogrodach. Reprezentacyjny budynek festiwalu oraz 30 pawilonów różnych państw.
La Biennale
Odwiedziliśmy może ze dwadzieścia. W pawilonie polskim wideo prezentacja o językach głuchych, w fińskim instalacja inspirowana melodiami wygrywanymi przez wiatr, w japońskim coś na temat niemowlaków, itd. Sztuka współczesna, a więc sporo technologii (wideo) i instalacji konceptualnych. Jest dużo zwiedzających, ale rozchodzą się po całym terenie i właściwie nie ma tłoku. Tylko przed pawilonem austriackim kolejka do wejścia; najprawdopodobniej ponieważ występują tu gołe dziewczyny.
Artystka performance, Florentina Holzinger, zaprezentowała serię instalacji pod wspólnym tytułem „Seaworld Venice”. To oczywiście szpila w zamerykanizowaną rozrywkę rodem z Disneylandu. Ale również komentarz na temat zanieczyszczenia środowiska, a szczególnie problemów z wodą, co w mieście na wodzie nabiera szczególnego znaczenia. Nagie kobiety jeżdżą na skuterze wodnym, wspinają się na drzewo, strzelają z łuku trzymając go palcami u stóp, odpoczywają w masce tlenowej w akwarium, próbują walczyć z awarią sieci wodociągowej. Według tego co głoszą aktorki, cała woda w tych prezentacjach pochodzi z oczyszczonego i kilkakrotnie przefiltrowanego moczu, o darowanie którego proszeni są widzowie. Dziewczyna z obsługi występuje w koszulce z napisem „I live in your piss”, co nie tylko w Wenecji może być faktem. A kulminacyjnym momentem jest nagie kobiece ciało przekształcone w serce dzwonu. Ten dzwon bije na
alarm. Ja jestem poruszony.
Bijące serce (fot. MAH)
Po głównej części Biennale, zmierzamy do Arsenale, gdzie odbywa się część Aperto (Festiwal Otwarty), albo z angielska Fringe. Ta zainicjowana w 1980 część odbywa się w połączonych halach fabrycznych, w których kiedyś budowano statki, produkowano amunicję i inne rzeczy, a dzisiaj utworzono jedną wielką salę wystawową. W tej sali wystawiane są dzieła indywidualnych artystów z całego świata, także tych, których kraje pochodzenia nie mają swoich pawilonów w Giardini. Panuje tu, moim zdaniem, bardzo odpowiednia atmosfera: półmrok, kurtyny, mieszające się dźwięki emitowane przez niektóre dzieła oraz pomruk zwiedzających. Na dodatek zaczęło padać, a więc dookoła jest szaro i w tonacji molowej, jak sugeruje motto tegorocznego festiwalu: „In Minor Keys”. W środku jednak kakofonia kolorów i kształtów. Nie potrafię opisać żadnego z wystawianych dzieł, pewnie dlatego, że było ich dziesiątki (a może i setki) i naprawdę nie mieliśmy czasu, aby się przy wszystkich na dłużej zatrzymać. Znów sporo prezentacji wideo, znów dużo sztuki konceptualnej (a więc też sporo czytania umieszczonych obok dzieł słownych wyjaśnień i manifestów). Kiedy już wychodzimy po sześciu, może siedmiu godzinach człapania, łapie nas ulewa. Wicher i ściana wody. Wpychamy się w tłum pasażerów na pokładzie vaporetto, ale nie zauważamy, że to nie linia, która wozi na nasze wybrzeże. Wiatr zacina, a my coraz dalej od naszego celu. W końcu wysiadamy, aby przeczekać trochę ulewę i zastanowić się, co robić dalej. Przystanki vaporetto też są na wodzie, więc bujają się może jeszcze bardziej niż same łodzie. Ale są zakryte dachami, co tego dnia miało zasadnicze znaczenie. Wyjmujemy mapę miasta, porównujemy ją z tym, co rekomendują Google i Apple i kiedy wydaje się, że deszcz słabnie, wyruszamy w następną pieszą wędrówkę. Mokniemy i marzniemy, ale w końcu deszcz mija i udaje nam się chwiejnym krokiem wrócić do domu.
Wrażenia z całego dnia… niesamowite.
Piątek 11
Łazimy po Wenecji. Trochę nowymi uliczkami i przesmykami, a trochę utartymi szlakami. Wydaje się, że zaczynamy się nawet trochę orientować. Fajne miasto. Po drodze napotykamy kilka z 48 darmowych galerii, które są też częścią Biennale. Tak, wystawa Kantora i Jaremy właśnie się w tej kategorii mieści. Ekspozycje odbywają się w przeróżnych miejscach. A to w kościele, a to w historycznym palazzo, a to w ciągle czynnej, ale czasowo zaadoptowanej bibliotece, a to w opuszczonej oficynie, a to w byłym budynku banku (Kapitalne. Czy przypadkiem współczesna bankowość nie została wymyślona w Wenecji?). Nazwiska dla takich laików jak my nie są specjalnie istotne (chociaż jest między nimi znany nam z rzeźby na uniwersytecie w Akron Dale Chihuli). Ważne, że artyści istnieją i pracują na całym świecie i że tworzą mniej lub bardziej interesujące rzeczy.
Rialto (fot. MAH)
Po drodze łapiemy pizzę, fotografujemy się na Piazza San Marco, siadamy nad którymś z kanałów, aby skonsumować cannolo i popić spritzem, odetchnąć, zastanowić się nad tym całym doświadczeniem. Mimo to – i znów jak wczoraj – 14 tysięcy kroków.
Mieszkamy tuż koło portu, więc i wczoraj, i dzisiaj widzimy luksusowe statki
wycieczkowe przycumowane do brzegu. Że też te tysiące turystów, które tu od dziesiątków lat przyjeżdżają jeszcze tego miasta nie zrujnowały. Może trochę dlatego, że jednak to przedziwne piękno budzi jednak jakiś respekt, nawet w tych o skłonnościach barbarzyńskich, a trochę dlatego, że kamień, którym wybrukowane są ulice jednak jest trwalszy od gumowej podeszwy butów.
Sobota 12
Wybieramy się na weneckie Lido. Nie bez kłopotów, ponieważ vaporetto przypływają tak załadowane, że nie można się wcisnąć. Płyniemy więc najpierw w przeciwnym kierunku na przystanek końcowy i dopiero tam się załapujemy. Po wyjściu na brzeg od razu szok – po wyspie jeżdżą samochody i autobusy. Tak się od tych pojazdów odzwyczailiśmy przez te cztery czy pięć dni w Wenecji, że teraz nagle nas dziwią. Podobnie jak z policją – w samej Wenecji nie widziałem przez cały ten czas ani jednego policjanta, a tutaj… ale po kolei.
Lido zupełnie inne niż Wenecja. Przede wszystkim wszystko jest nowsze, chodniki lepiej (łagodniej) wybrukowane, oraz szerokie, zadrzewione ulice, po których suną wspomniane samochody i autobusy. Generalnie bogato i śródziemnomorsko. Jakby Cannes albo Palm Beach. Idziemy na plażę i spacerkiem, na bosaka, zbierając po drodze muszle docieramy w okolicę, gdzie odbywa się słynny międzynarodowy festiwal filmowy. Właśnie dzisiaj jest ostatni dzień. Pod pałacem festiwalowym sporo młodzieży oczekującej na pojawienie się gwiazd. Nikogo znanego albo pięknego nie udaje nam się zobaczyć. Obserwujemy więc młodzież. Prawie tak jak robią to policjanci. A właśnie, po raz pierwszy w Wenecji widzimy carabinieri. Nie wiem, ale wydają mi się tu zbędni.
Gwiazda festiwalu
Życie jak w… Wenecji (fot. MAH)
Niestety nasz pobyt w Wenecji dobiega powoli końca. Zjadamy jeszcze drobny posiłek w ogródku, popijamy spritzem i wracamy do domu. Musimy się spakować i trochę odpocząć, ponieważ jutro o 4 rano opuszczamy to miasto i udajemy się na lotnisko. Jak to przed podróżą, klepiemy się po kieszeniach, czy niczego nie zapomnieliśmy, sprawdzamy, czy mamy dokumenty i pieniądze. Wydaje się, że spakowaliśmy wszystko. Dopiero na lotnisku zdaję sobie sprawę, że zapomniałem mojego weneckiego kapelusza. Oj tam, będę miał powód, aby tu może jeszcze kiedyś wrócić.
Do zobaczenia
cdn
























