Edycja bogata, 2025, australijsko-amerykańsko-brytyjska
Po półgodzinnym słuchaniu, kiedy miałem już ze czterdzieści kolorowych maziajów – na żółto, na czerwono, na fioletowo, musiałem do fioletu natychmiast dodać zieleń. Fiolet znaczył dotychczas, że w roku 2002 coś wyglądało inaczej, albo że nie było czegoś, co zjawiło się/odmieniło w roku 2025. Więc od czasu do czasu, to tu, to tam maznąłem ćwierć, pół zdanka, ale w końcu musiałem dodać alarmującej zieleni, żeby ostro świeciło w oczy, że w tym miejscu nie o kilka słów chodzi, ale o dwa akapity na szesnaście zdań.
Minęło zaledwie 28 minut słuchania Priyangi Burford, urokliwie czytającej "House of Day, House of Night" czyli "Dom dzienny, dom nocny" w amerykańskim wydaniu; przeszły dopiero cztery rozdziały – The Dream, Marta, S0-And-So i Radio Nowa Ruda, czyli po polsku: Sen, Marta, Taki-a-Taki oraz Radio Nowa Ruda. Do tej pory znalazłem ze czterdzieści mniejszych lub większych różnic, ale nie takich, że na całą stronę książkowego wydania. Przestałem z wrażenia szukać dalej, żeby tę anomalię zanotować.
Co się wówczas zgubiło? – otóż końcówka rozdziału "Radio Nowa Ruda":
«Dlaczego Taki-a-Taki widzi duchy, a ja nie? - zapytałam kiedyś Martę.
Marta powiedziała, że dlatego, bo jest w środku pusty. Zrozumiałam to wtedy jako bezmyślność i prostotę. Człowiek pełny w środku wydał mi się bardziej wartościowy niż pusty.
Potem myłam podłogę w kuchni i nagle pojęłam, co chciała mi powiedzieć Marta. Bo Taki-a-Taki jest jednym z tych ludzi, którzy wyobrażają sobie Boga tak, jakby on stał tam, a oni tu. Taki-a-Taki wszystko widzi na zewnątrz siebie, nawet siebie widzi na zewnątrz siebie, ogląda siebie, jakby oglądał fotografię. Z sobą obcuje tylko w lustrach. Kiedy jest zajęty, kiedy na przykład składa te swoje filigranowe sanie, to w ogóle przestaje dla siebie być, ponieważ myśli o saniach, a nie o sobie. Sam dla siebie nie jest ciekawą rzeczą do myślenia. Dopiero kiedy ubiera się, żeby ruszyć w swoją codzienną pielgrzymkę do Nowej Rudy po paczkę papierosów i tabletki z krzyżykiem, gdy widzi siebie już gotowego w lusterku, wtedy myśli o sobie „on”. Nigdy , ja”. Widzi siebie tylko oczami innych, dlatego tak ważny staje się wygląd, nowa bistorowa kurtka, kremowa koszula, której jasny kołnierzyk stanowi kontrast dla ogorzałej twarzy. Dlatego nawet dla siebie Taki-a-Taki jest na zewnątrz. Nie ma w środku Takiego-a-Takiego nic, co by patrzyło od środka, więc nie ma refleksji.
Wtedy widzi się duchy. »
W brytyjskim wydaniu powieści z roku 2002 tego fragmentu nie ma – w amerykańsktim wydaniu powieści z roku 2025 ten fragment jest. Tak jak jest w każdej z tuzina, lekko licząc, edycji polskich oryginałów.
Nowy, amerykański Taki-a-Taki to jest So-and-So. Poprzedni, brytyjski Taki-a-Taki to był Whatsisname. Czemu tego nonejma chrzczono dwa razy? Rzecz chyba się wyjaśnia przy pulpetach i pierogach, o czym trochę później.
Nie jest tak, że wydanie tegoroczne zjawia się jako pierwsze w Stanach. Powieść po roku (2003), zdublowano za londyńskim Granta Books (2002) w Northwestern University Press w Evanston w Illinois. Pachnie więc wydaniem elitarnym i na dodatek w aranżacji brytyjskiej. To właśnie wydanie czytam i zamazuję na kolorowo, słuchając Priyangę Burford, czytającą aranż amerykański.
Teraz przyznam, co powinienem właściwie zrobić wcześniej, że opisuję, co widzę z wierzchu, ale nie w głębi, a zatem, po pierwsze – nie wszystko zdołam pojąć, po drugie – nie przegryzę się do szczegółów przedsięwzięcia, co wszystkim wyjdzie na dobre, bo nie mnie dywagować na ślepo o detalach i tajemnicach pracy tłumaczki nad obiema edycjami.
Widoczne różnice zaczynają się od pierwszego zdania: brytyjskie 2002: "The first night I had a dream"; amerykańskie 2025: "The first night I had a static dream." Po polsku: "Pierwszej nocy miałam nieruchomy sen." Pamiętam, że przed laty, kupiwszy wydanie NUP i przeczytawszy pierwsze zdanie, pomyślałem: "Ostro i ryzykownie zaczęła tłumaczka, pani Antonia Lloyd-Jones". Czemu mi taka bystra myśl zaświtała? Bo mi dzwoniło, że w Stanach bardzo podobne wyrażenie "I have a dream" to nie jest takie sobie byle powiedzonko. Kto nie kojarzy, niech sobie wygugluje, najlepiej w wikipedii.
Niby tak bystro skojarzyłem, ale nic tu ryzykownego ze strony pani A.L-J – najpierw, jak widać utrzymała polski czas przeszły, pod drugie tłumaczyła dla czytelników brytyjskich. Dlaczego 23 lata później dodała "static", a nie już wtedy? Po pierwsze - nie bardzo wiem, po drugie - ona lepiej wiedziała, czy wyspiarzom tyle wystarczy i czy Amerykanom lepiej jednak ów static dodać. Kto tu pamięta, czy to było "I had" czy "I have"..., a mogą się znaleźć tacy bystrzy, jak ja przed laty, i dopiero byłby cyrk.
Pierwszy, malutki rodzialik pod tytułem "The dream", raptem trzy akapity (w polskiej edycji - jedna kartka) to są, tylko na oko biorąc książkę z 2002 i książkę z 2025, dwa różne rozdzialiki. Odmian małych naliczyłem piętnaście, jedną średnią i jedną sporą, tę mianowicie, że w wersji 2002 nie ma po angielsku zdań: "Żadne z tych śniących ciał nie jest mi bliższe, żadne dalsze. Po prostu na nie patrzę i w ich pogmatwanych sennych myślach widzę siebie..." Niby drobiazg, ale one są i nieźle przełożone w wersji obecnej.
Zdało mi się zatem, że najpierw był "Sen" prawie na ubogo, a teraz jest w pełni na bogato. Co wywołuje nie żadne jakieś tam przekąsy, tylko absolutnie szczery i niezmierny podziw dla translatorskich talentów i perfekcyjnej zawziętości Antonii Lloyd-Jones. Przecież to pasjonujące, jak Ona, Brytyjka po Oxfordzie, przerabiała się na Amerykankę? ile polskiego się nadouczała przez prawie ćwierć wieku? jak Oldze tłumaczyła zrobienie nowej książki tak translatorsko bogatej, że poprzednia wypadnie prawie przaśnie? miały tę przygodę Obie, czy Antonia wyszykowała siurpryzkę?
"Pierogi" (obok "kielbasa") to było pierwsze polskie słowo, jakie znalazłem w amerykańskim słownictwie, znane wszystkim – od kolesi z czarnego Amsterdamu na Mahnattanie, po ziomków z italskiego Brooklynu. Narratorka "Domu" słuchała sobie po polsku radia Nowa Ruda, obierając ziemniaki albo klejąc pierogi. Ale dla Brytyjczyków w 2002 drugim robiła "meatballs". Po ćwierć wieku, dla Amerykanów, robiła "pierogi" – to jest absolutnie oczywiste, a z drugiej strony znaczy, że rzekoma masówa polskiej emigracji na Wyspach jeszcze się na początku XXI wieku z pierogami do Anglików nie przebiła.
Piszę cały czas "edycja amerykańska", "dla Amerykanów" – a to nie jest prawda, bo nowy "House of Day, House of Night" opublikowano równolegle na Wyspach przez Fitzcarraldo Editions, wydawnictwo bardzo londyńskie. Co oznacza, że już i tu wiadomo, co to są pierogi.
Czy tylko rozdzialik "Sen", czy aż cała książka jest teraz na bogato wiedzieć będę za następne jedenaście godzin słuchania i mazania kolorami przy czytaniu następnych 280 stronic starego wydania, które po wszystkim ulokuję w lamusach ciekawostek literackich.
Ubogacenie kolorowane

