piątek, 12 grudnia 2025

O plotkach między artystkami.

 


(tekst aktualizowany 12 grudnia 2025**)


 

O plotkach między artystkami


                                              

                                                 Kasi i Marcinowi

                                                podziękowania za GLIF.




«Ledwo ją znałem. Byłem wtedy młodym studentem. Umówiliśmy się na spotkanie przy fontannie w centrum Paryża. Dochodziła północ w środku lata. Słychać było echa tańców z okazji Dnia Bastylii, a na niebie gasły odległe fajerwerki. Milczeliśmy, spacerując po Ogrodach Luksemburskich. Nie pamiętam dokładnej drogi, którą w końcu dotarliśmy do jej domu.


Mieszkała nad piwiarnią. Na klatce schodowej unosił się stęchły, ziemisty zapach; miałem mgliste wrażenie wnętrza w wiejskim domu, obserwując, jak ona wchodzi po schodach kilka kroków przede mną. Mieszkania takie jak jej już nie istnieją. Duży, wielofunkcyjny pokój z indyjskimi gobelinami i materacem na podłodze, książkami, orientalnymi maskami, płytami i poduszkami rozrzuconymi po podłodze, pokój przesiąknięty zapachem kadzidła i tytoniu. Bohemistyczne wnętrze z czarno-białego filmu egzystencjalnego. Podczas rozmowy regularnie znikała za zasłoną zawieszoną przy drzwiach z tyłu mieszkania. Po każdym kieliszku wina wracała do pokoju, coraz lżej ubrana. Opowiadała dość chaotycznie o swoim przyjeździe do Francji kilka lat wcześniej i o kończonej akurat pracy magisterskiej o fotografiach Franceski Woodman. Ponieważ byłem skupiony na jej niemieckim akcencie i na wysokim głosie, które tworzyły dziwną mieszankę akustyczną, ledwo zauważyłem, że za każdym razem, gdy znikała i wracała, rozbierała się coraz bardziej.


Zgasiła wszystkie światła i zapaliła świecę, którą postawiła na środku dywanu. Jej nagie ciało przesuwało się przede mną niczym cień. Siedziałem na podłodze, mrugając i wykonując niewyraźne gesty dłonią, jakbym próbował ją złapać, gdy się o mnie ocierała. Ten dziwny taniec, taki właśnie, w środku nocy, tylko dla mnie, a może dla własnej przyjemności, odkąd zamknęła oczy, taniec, który pojawił się znikąd i trzymał mnie w niewoli – jak długo to trwało? Zadzwonił domofon, podeszła na palcach do drzwi, żeby otworzyć, mruknęła coś, włożyła buty, zarzuciła płaszcz na ramiona i powiedziała mi, że sąsiad zapomniał kluczy i że idzie mu otworzyć. Zniknęła. Byłem u niej w domu, a ona nie wróciła. Czekałem na nią całą noc, nasłuchując kroków na podwórzu i na schodach, czekałem na nią, patrząc, jak świeca się dopala. Wyszedłem o świcie. Nigdy więcej jej nie zobaczyłem.»


Powyższa historyjka, wzięta z eseju o rozmiarach niewielkiej  książki Bertranda Schefera pod tytulem "Francesca Woodman", o tyle ma w nim rację bytu, że znikająca w nocy dziewczyna napomknęła o Francesce Woodman.

 



Bertrand jest francuskim pisarzem, aktorem, tłumaczem, a Franceska była amerykańską fotografką. On nie mógł jej znać, bo miał osiem lat, gdy ona zmarła w 1981 roku w Nowym Jorku. Książka, którą oddał do druku dwa lata temu (P.O.L éditeur, Paris, 2023) jest intymną, miłosną relacją jego obcowania z duchem. Dwadzieścia lat wcześniej widział wystawę jej fotografii. Mocno zawikłane wyznania pozwalają podejrzewać, że wtedy się we Francesce zakochał. Niefortunny zapał literacki kazał mu wcześniej obiecać jakiejś innej, realnej, panience, że napisze o niej książkę, ale zdarzyły się owe zdjęcia i zawładnąl nim duch fotografki. Żywy Bertrand przekroczył wtedy trzydziestkę, martwa Franceska na zawsze pozostała dwudziestodwuletnią samobójczynią. Napisał tak: «Teraz uświadamiam sobie, że troszczyłem się o nią od lat. To ulotna, nieuchwytna myśl. Jej fotografie otulają mnie niczym ramiona w sekretnych ceremoniach. Sprawiają, że unoszę się w czasie, który nie jest ani jej, ani mój: znaki epoki zniknęły.»


 


Oglądanie-wnikanie w osobne fotografie Franceski opisywał Bertrand w nastrojach i frazach poetyckich. Jakby w każdej grzązł bez pamięci i z trudem się wyzwalał, by za chwilę znów wpaść w zachłanne wnętrza, rozmeblowane, umeblowane, zaszpargacone wszelkim żywiołem, oprócz czasu. Trudno się dziwić zagubieniu Bertranda, bo tam sfotografowano bezczas młodości. Wśród przedmiotów nie sposób wypatrzeć zegara. Franceska intuicyjnie rejestrowała wieczność, ale wieczność ma swoje okrutne prawa – nie można się w niej zestarzeć; w wymiarze na serio ludzkim osiągalna jest jedynie śmiercią za młodu. Wydaje się, że Franceska nie zostawiła sobie wyboru. Powodu samobójstwa różnie się domyślają – na przykład dlatego, że ukradziono jej dopiero co pomalowany na różowo rower. 



 

W pierwszych parunastu latach XXI wieku zdarzył się renesans sztuki panny Woodman – w galeriach, w publikacjach książkowych i internetowych. W przywołaniach jej postaci dominowały tonacje żalu, smutku, a przede wszystkim zachwytu jej fotografiami.  Pisano: «Ci, którzy umierają młodo, zawsze stanowią zagadkę, pozostawiając nas z pytaniami o to, co by było, gdyby żyli. Samobójstwo to temat tabu, ale fascynujący, zwłaszcza gdy osoba jest znana i utalentowana. Wystarczy pomyśleć o Ianie Curtisie, Kurcie Cobainie, Amy Winehouse czy Sylvii Plath. Podobnie jak oni, Francesca zmarła młodo, mając zaledwie dwadzieścia dwa lata, pozostawiając po sobie wyjątkowe dziedzictwo. Jej zdjęcia uchwytują przerwane życie, co czyni je dziś smutnymi i wzruszającymi. Jej widmowa obecność na fotografiach, czy to rozmazana, częściowo ukryta, przyćmiona, zakamuflowana, fragmentaryczna czy zamaskowana, jest intensywna i przekonująca. Czasem jest niepokojąca, a przede wszystkim intymna.»

 


 


W sieci łatwo daje się wyszukać ponad trzydzieści tekstów poświęconych Francesce. Ale jest też film dokumentalny pt. "The Wooodmans" z 2010 roku, w którym jej rodzice, przyjaciele, znajomi opowiadają, już po wielu latach od fatalnych zdarzeń, o fenomenie młodej artystki, o jej sztuce, o śmierci, a wszystko na tle dawnych i wspólczesnych losów rodziny artystów. Są w nim obszerne fragmenty filmów wideo Franceski, które najwyraźniej inspirowały polską poetkę, Julię Fiedorczuk, do napisania o niej wiersza. Bardzo możliwe, że to jedyny o niej literacki tekst po polsku.*


 

nie wiemy, skąd biorą się nasze pomysły

dla Franceski Woodman


z ustami pełnymi ochry 

przyciska lewą dłoń do skały 

i dmucha, 

obłok pyłu 

w kolorze suchej krwi (dymek z treścią):

gdzie 

ochra nie zabarwi ściany jaskini

pozostanie ślad 

otwartej dłoni, reszta poza kadrem 

jak w dyskretnie filmowanej

scenie erotycznej 

z czasem 

powleczonej kalcytem.


trzydzieści pięć tysięcy lat później 

na innym kontynencie 

między domami z rdzawej

cegły 

z wywróconego samochodu 

wysypie się mąka. 

niemożliwy

śnieg rozproszy światło i 

chyba właśnie to światło 

wywoła fotografkę. naga

położy się 

na drewnianej podłodze 

pracowni, ktoś 

rozsypie mąkę.


gdzie leżała kobieta 

na zdjęciu pozostanie ciemny niejednorodny kształt 

o miękkich

rozmytych konturach 

jakby ciężkie biodra 

solidne ramiona 

nieobecne

dłonie 

niemożliwym gestem 

wskazywały drogę:

 



 

 

° 


 


W tomiku poezji pt. "Glif" (wyd. Warstwy, 2024) są jeszcze  dwie dedykacje poczynione wprost: dla Remedios Varo i dla Magali Herrery. Kolejne dwie zawierają się w wersach wewnątrz wierszy: dla Uniki Zürni i dla Cecilii Vicuñii. Są też trzy utajnione i nie jest sprawą czytelnika je odtajniać: M.K., RK i zmarłej. Tyle dla ludzi. Nieludzie mają osobne anonse lub całe wiersze:  Zavalatica, grab, tilia cordata, albo leśne drobiazgi, jak np. otwornica, tarczynka, literak.


Remedios Varo niektóre swoje obrazy, te malowane na deskach, dopełniała opisem na odwrotnej stronie, niczym poezje dołączone do wizerunku. Jednego obrazu Remedios nie uzupełniła poetyckim sposobem, miał on tytuł "Papilla estelar" (1961). Malarka – w zaświatowej komitywie z poetką – doprosiła ją o uzupełnienie brakującej poezji na odwrocie. Anonsowałem to zdarzenie jakiś rok temu.

 https://osiemipolminuty.blogspot.com/2024/12/o-co-remedios-poprosia-julie.html 


Bardzo możliwe, że owe dedykacje, wprost i nie wprost, są w całym tomiku Julii Fiedorczuk najlepszym kluczem do zagadki tego, co 1./sygnalizuje poetycko pojęcie "glif" w znaczeniu typograficznym i co 2./da się zobaczyć (także poetycko) przez szczelinę glifu, gdy przywołać jego desygnat w architekturze.

 


 




°

W wierszu dla Franceski są przedstawione dwa zdarzenia: w pierwszym tajemnicza osoba sprzed 35 tysięcy lat, nabierając w usta garść czerwonego kurzu, znanego potem jako ochra, czyli zwietrzelina skalna o barwie od czerwonej po żółtą, dmucha na przyłożoną do skalnej ściany swoją dłoń (w jaskini, w mieszkalnej grocie) i tworzy jej wizerunek; w drugim zdarzeniu fotografka tworzy na podłodze wizerunek swego ciała obsypanego mąką. To drugie zdarzyło się w Ameryce. Opowiadają pamiętający owo zdarzenie, że Franceska nabrała całe wiadro mąki rozsypanej na ulicy, gdy w pobliżu jej studio wywróciła się ciężarówka z takim ładunkiem. Mąkę z wiadra ktoś sypał na nią, leżącą na podłodze, czego nie ma na wideo. Po montażu widać wstającą z podłogi nagą Franceskę i zostający po niej czarny ślad leżącej. Potem Franceska sfotografowała siebie siedzącą na krześle postawionym u wezgłowia czarnej postaci. 





Poetka zestawiła te dwa wydarzenia, jako podobne pomysły i wydarzenia artystyczne. To z ochrą miało miejsce w grocie Lascaux we Francji, to drugie na Manhattanie w Nowym Jorku. Przesadą (poetycką) jest owo 35 tysięcy lat dzielące oba zdarzenia. Tyle lat temu w Europie, twierdzą znawcy, człowiek rozumny dopiero przepędzał neandertalczyka z mieszkalnych jaskiń, a lodowiec ledwo zaczął topnieć. Znawcy twierdzą też, że malunki w Lascuax powstały najpewniej 17 tysięcy lat temu. Racjonalnie ilustruje się osobę z groty wydmuchującą kurz nie z ust, ale z rurki nim napakowanej. Słusznie, bo ochra w ustach dałaby efekty jak połykanie łyżki sproszkowanego cynamonu, co kiedyś było szkolnym kawałem na głupków klasowych.


Niektórzy spece twierdzą, że dłonie w Lascaux to są delikatne dłonie kobiece, artystek rozumnych, a nie ich facetów-myśliwych o grabach jak łopaty. A więc – tamta w grocie w Europie i ta w mieszkaniu w Ameryce – takie są dwie panie w wierszu Julii. Skąd im obu przyszły podobne pomysły do głów, tego poetka, przyznaje, nie wie, jak zapewne  takąż mało-wiedzę ma o źródłach swoich pomysłów poetyckich. 



 

Wiersze dedykowane Remedios i Francesce odsłaniają fascynację Julii wytwarzaniem dzieł sztuki nie od razu oczywistych, nie natychmiast jasnych przy pierwszym spotkaniu; zawierających tajemnicę i wymagających doszukania się ukrytego klucza; dziwnych i zawierających piękno w tej dziwności. Gdybym miał komuś opowiedzieć, jaka jest poezja Julii Fiedorczuk, napisałbym dokładniusieńko to samo.

 


 


Dedykacje w "Glifie" są "dla" – nie "pamięci", ale "dla". Czyli mają one trzy, Remedios, Franceska i  Magali, wiadomym sposobem przeczytać wiersze im ofiarowane. Wiadomym to znaczy wiadomym i autorce i dedykantkom. Co się, rzecz jasna, spełnia poza materią książek, kartek, druku, a nawet poza materią konkretnego języka, gdyż pewne, że w swych kompleksjach cielesnych, żadna z nich nie znała polszczyzny. Ci, co czytają te wiersze, bo znają język zapisu, niech nie sądzą, że dowiedzą się z nich o dedykantkach – albowiem, kumotersko, po znajomości, no i świetnie, jesteśmy dopuszczeni do plotek między kumpelkami, a właściwie do tego, co im zechciała naplotkować Julia o sobie.

 


jeśli trochę istnieję 

dla Magali Herrery 


oto dzień wyłazi z ciemnego gniazda 

jakby ta jedna jasna przewodniczka 

wyciągała ze skalistej paszczy 

wzorzystą apaszkę, szczodre chmury 

metamorfują przetykane światłem i 

wielka czerwień pulsuje: sedno obrazu 

powstającego we własnym znikaniu.

 

jeszcze przez sekundę nie pamiętam 

co dziś muszę zrobić, nie sprawdziłam 

prognoz, nic nie wiem o wojnach, 

niewidoczne góry wędrują we mgle. 

wszystko jest w porządku takie

jakim wymyka się z rąk: 


° ° °

 

** Dopisane 12 grudnia: W lutym 2024 roku w magazynie "Przekrój" opublikowano tekst Julii Fiedorczuk o Francesce. Nie znałem tej publikacji pisząc "O plotkach". Widać w moim tekście, że nie miałem (i nie mam) pojęcia o ich głębszych intymnościch. : « (...) nieduże kadry, którym trzeba przyglądać się z bardzo bliska, stanowią przejście do innego świata – pisała Julia o Francesce. – Sugerują intymność, ale zupełnie innego rodzaju niż konfesyjna, bo wbrew pierwszemu wrażeniu prace Woodman tylko w niewielkim stopniu dotyczą jej samej. (...) Czarno-białe prace przenika hipnotyzująca nieobecność  jakby tym, co na tych zdjęciach-obrazach utrwalone, była – paradoksalnie – sama kruchość czy też iluzoryczność wszelkiego istnienia. (...) Miała też poczucie humoru i nieźle pisała, o czym świadczą pozostawione przez nią dzienniki.»  https://przekroj.org/sztuka-opowiesci/francesca-woodman-intymnosc/ 


* Jest w Wiki spory anons po naszemu, tylko trzeba wybrać ojczysty język spośród dwudziestu innych. https://pl.wikipedia.org/wiki/Francesca_Woodman


W sieci jej fotek multum, za darmo do obejrzenia, a w kapsułce video na YT ponad setka reprodukcji https://www.youtube.com/watch?v=7omyUEexCPM.