KALENDARZ
Czy to jest pamiętnik? Zbiór szkiców? A może saga o Dolinie? Na powieść przecież nie wygląda, nawet nie ma spisu treści, trzeba książkę wertować w tę i z powrotem, żeby gdzieś pomiędzy rozdziałkami doszukać się kontynuacji wątku takiego lub owego. Może to zbiór plotek o ludziach i zdarzeniach? Plotek skomasowanych z pięciu, dziesięciu, dwudziestu podszeptów, dodatkowo dozmyślanych bezceremonialnie, co od razu widać choćby na przykładzie ploty-noweli o pannie Krysi: nieznany Amos opowiadał w jej własnej głowie, czy chciała, czy nie, że ją kocha szaleńczo, a ona go w tak zwanym świecie odszukała na ślepo i choć niby znalazła to na koniec "zostało jej tylko niejasne wrażenie, że coś wie, tylko nie bardzo rozumie co."
Panna Krysia! A co Marek Marek? Albo Ergo Sum? A taki Taki-a-Taki? Albo Peter Dieter, czy bezimienni Ona i On? A też przecież mnich Paschalis i jego święta Kummernis? A najważniejsza ze wszystkich Marta? W sumie uzbierało się w tej plotkarni ponad siedemdziesiąt osób, zwierząt, roślin, przedmiotów o których jest jedna, albo więcej notek-plotek, rozdzialików, wspominków, anegdot, opowiastek. Solidna nowela o ukrzyżowanej Kummernis, spisana przez Paschalisa kończy się po przykładnej kolejności na dwudziestej drugiej części, ale nagle Marta pyta: skąd on to wiedział? Wywołany do odpowiedzi mnich posłusznie snuje wyjaśnienia w sześciu odcinkach, więc natrafia się na kolejny z nich co pięć, co dziesięć innych plotek, bo zapewne Marta raz go chce słuchać, raz nie. Trzeba sobie ułożyć własny spis treści, jeśli się chce przeczytać całość bez widzimisię kapryśnej Marty.
Mimo zatem solidnej książkowej postaci i fajnych okładek "Dom dzienny, dom nocny" powieścią nie jest. To co w takim razie Olga Tokarczuk napisała pod koniec lat 90-tych, jako czwartą książkę? – lepszą nawet od trzeciego "Prawieku" i rozpoczynającą pisanie mistrzowskie, Noblem zwieńczone. Wspominam te wieńce dlatego, że przed nimi były bezpośrednio "Księgi Jakubowe" i od tamtej pory widać, że "Dom" i "Księgi" są jak z jednego nadania Muzy, ale łatwo spostrzec, że pierwszy powstał dzięki łaskawym dopingom, a drugie wynikły z monumentalnego natchnienia.
Jeśli ktoś kolejny raz się przymierza do przeczytania dziewięciuset stron "Ksiąg" i wkrótce widzi, że tym razem też nie dobrnie do końca, to niech się nimi nie męczy i weźmie "Dom" – jest krótszy o większą połowę, a smakuje podobnie. W czytelniczej kulinarii są to potrawy z tej samej kuchni, ale jedna podana na ornamentowych srebrach i paradnych obrusach podczas hucznego bankietu, a druga na finezyjnej porcelanie i skromnie zdobnej serwecie podczas intymnej kolacji.
Załóżmy, że czytelnik niewytrwały zna dobrze tylko początek "Ksiąg". Kiedy przeczyta, albo sobie przypomni pierwszą opowieść "Domu", stwierdzi, że oba utwory zaczynają się od podobnego zdarzenia – od wyzwolenia się z kobiecej cielesności ulotnej obserwatorki, mającej nieograniczoną możliwość obserwacyjną: ludzi i rzeczy – od zewnątrz i od wewnątrz; czasu – w każdym wektorze; zdarzeń – w ich płytkości i w głębi. Pojawienie się tej obserwatorki w "Domu dziennym" – we śnie – trwa tyle ile pierwsza anegdotka, potem owa zjawa-nie-zjawa istnieje tylko w czytelniczym domyśle.
Bardzo do niej podobna Jenta, obserwatorka z "Ksiąg", zjawia się z powodów nie byle-sennych, lecz ostatecznych, śmiertelnych i istnieje znacznie śmielej, wcale niesporadycznie, lecz co i rusz przez rozległą epopeję, a jej umiejętność penetracji jest o cały rząd wielkości bogatsza, sprawniejsza o metafizyczną przewagę siły śmierci nad słabizną snu. W "Domu" śniona narratorka to nie tyle osoba, co oferta, projekcja, opis metody, którą lepiej lub gorzej stosuje cokolwiek, ledwie ledwie osłonięta szatą literacką Opowiadająca Wszystko jakaś Ja-Ona. W "Księgach" ulotna, niewidzialna Jenta jest ewidentnie, niepodważalnie rzeczywistą postacią fikcyjną, jak wszystkie inne fikcje, tzn. wirtualia literackie w utworze, a może nawet bardziej, bo wydaje się... Ale po co ta ostrożność? Dla mnie Jenta jest postacią pierwszoplanową, nie że konkurencyjną i równoległą wobec tytułowego Jakuba, a po prostu ważniejszą. Prototypowa wobec niej Ja-Ona biega po domu dziennym i nocnym golusieńka artystycznie i narracyjnie, jak ją Muza z Autorką stworzyły i nawet nie ma imienia.
Czytelnicy "Domu" znajdują pierwsze partie o pannie Kummernis w połowie książki. Także w księgi o Jakubie trzeba się dobrze wczytać, nim się go wreszcie spotka, ale kto się doń nie dowertuje, straci sposobność zauważenia, że Kummernis i Jakub to postacie równorzędne sobie fabularnie i strukturalnie. Przy pannie z "Domu" zjawia się mnich Paschalis, kronikarz jej żywota i legendy. Jego odpowiednikiem w "Księgach" jest pisarz Nachman. To może być przyjemna zabawa dopasować do siebie wszelkie inne postacie z obu utworów. Kto jest "Domową" Martą w "Księgach"? Męski czy żeński jest w nich odpowiednik Wszystko Opowiadającej z "Domu dziennego"? Jej mąż-partner R. – kto to w "Księgach", a może nie ma takiego lub takiej. Jaką parę w "Domu dziennym" porównać do ks. Chmielowskiego i poetki Drużbackiej? Na ile Muza natchnieniem monumentalnym rozbudowała, rozgałęziła, unobliła pierwowzór powstały w łaskawym dopingu?
A teraz pytanie o to, co napisała Olga Tokarczuk, jako swoją czwartą książkę, jeśli to nie powieść. Pozostając przy nim, uwikłać się można w "nieobecność powieści", w "prozatorską hybrydę", czyli w niewiele objaśniające zagubienie terminologczne. Przed "Księgami" zagubienie takie właściwie miało swoją zasadność, bo było dawno, grubo przed nimi, a jeszcze dalej od mowy Noblowskiej Olgi Tokarczuk. Teraz już wiadomo, że nie ma co dywagować powieść-niepowieść. Mimo to, cóż szkodzi poplotkować, że co wtedy napisała OT, wie ona sama, a może też nie bardzo. Może to miała być powieść, ale Muza powikłała zamiary? Jednego dnia przynosiła natchnienie stosowne do opisu sąsiadki Marty, a drugiego (z kaprysu Olimpijskiego) kontynuację losów chrystusopodobnej Kummernis. Kiedy indziej wydobyła z mgły zapomnienia plotki o pannie Krysi. Dzień później przyszła z łodygą rabarbaru. Relacje między Muzą a Pisarką to ich słodka tajemnica.
Jeśli dopingowana Autorka zapisywała, co na tę, czy inną chwilę zaplanowała Muza, to tak było najuczciwiej. I uskładał się w rezultacie kalendarz tych sesji. KALENDARZ. Bardzo podobny do pękatej talii 365 karteczek dawniej sławnych, popularnych ściennych kalendarzy z codziennie zrywanymi kartkami (nie wiadomo z jakiej paki dziś nazywanymi "zdzieraki", zdzierak to jest pilnik do metalu). Na odwrocie każdej kartki z datą i nazwą dnia była osobna opowieść – zabawna anegdota, przepis kulinarny, przypomnienie historycznego zdarzenia, porada medyczna, czyjaś biografia. I to się czytało, ba! – kartki uznane za ważniejsze były chowane w osobną szufladę kredensu. Tam był zbiór z wielu poprzednich kalendarzy.
Każdego dnia Olga odczytywała na kalendarzu Muzy nazwę opowieści, weźmy kilka pierwszych: 1. Sen; 2. Marta; 3. Taki-a-Taki; 4. Radio Nowa Ruda; 5. Marek Marek; 6. Sny 7. Dzień samochodów; 8. Amos; 9. Groszek, i tak dalej. Ile ich było oryginalnie? A któż to wie. Zostało sto dwanaście. Ostatnia może miała rzeczywiście tę nazwę z książki: "Wróżenie z nieba". A może nie. Rolą Autorki było napisać na pustym odwrocie zerwanej kartki opowieść zgodną z frontalną nazwą. Muza jak widać znała się zupełnie nieźle na natchnieniu do pisania, natomiast słabiutko na tym, co to jest powieść. No, ale jak to powiedzieć Muzie? Jak się jej postawić? Jak udawać mądrzejszą od niej? A co jeśli Olimpijka się obrazi? I już nigdy więcej nie zdopinguje, nie natchnie?
Czy tych kartek było tylko 112, czy 365, czy 550 tego się nie ma po co dowiadywać. Czy cały KALENDARZ tamtej sesji Muzy i Autorki to książkowy "Dom dzienny, dom nocny", też wścibstwo po nic. Nie wiadomo, co napisała OT, ale wiadomo co z tym pisaniem zrobiła i że specjalny zbiór, owa autorska samodzielność Muzę usatysfakcjonowała, bo potem natchnęła ona Olgę do "Anny In w grobowcach świata", do "Biegunów", do "Prowadź swój pług przez kości umarłych". Która której podsunęła pomysł zamiany kalendarza "Domu" w epopeję "Ksiąg" też w zasadzie po co nam wiedzieć. Mówią ludzie na mieście, że Olga powiedziała pewnego razu Muzie: "Wiem, kto to jest Czuła Narratorka" – na dodatek paplą jedni, że Muza tylko rozradowała się i plasnęła w dłonie, a inni perorują, że z buzią w ciup wyszeptała: "Oooooooo", sięgnęła po wieniec laurowy i zadęła w trąbkę.
Kaliope, muza poezji epickiej, z wieńcem laurowym i trąbką eposu.
Z „Mitologii młodości” Pierre’a Blancharda z 1803 r.
https://www.meisterdrucke.ie/fine-art-prints/French-School/925638/.html
DWA ŻYWOTY.
Weźmy trąbkę Muzy Kaliope i wygnijmy ją w zawijas, aby pasowała nie tylko do warg, ale i do ucha. Uzyskamy w ten sposób trąbkę nie tylko do grania, ale i do słuchania.
"Trąbkę do słuchania" napisała Leonora Carrington, a w ostatnim jej wydaniu i po polsku i po angielsku posłowie do tej książeczki jest autorstwa Olgi Tokarczuk. Elaboratków przed tekstem "Trąbki" i po nim znam pięć – trzy angielskie, dwa polskie, a ich autorkami są: Agnieszka Taborska, Ali Smith, Helen Byatt, OT z (z tłumaczką) Antonią Lloyd-Jones. Ile ich nie znam i w jakich językach – dokładnie nie wiem. Zapewne dużo. Z pięciu przed- i po-słowiów najważniejsze są rozważania Olgi, bo ona wymyśliła życiorys świętej Kummernis, zwanej też Wilgefortis, a Leonora wymyśliła życiorys świętej Rozalindy Alvarez della Cueva. Pierwsza powołała z tego powodu postać mnicha Johanna Paschalisa, druga - księdza Dominico Eucaristo Deseosa. Obaj są pre-autorami życiorysów, a narratorki w obu książkach ich czytelniczkami.
Osobna rzecz, jak one na dziełka pre-autorów natrafiły, ale najpierw o tym jak się mają do siebie utwory Olgi i Leonory. "Trąbka" jest mniejsza, "Dom" też nie opasły, ale pierwsza posiada kapitalne ilustracje Pablo Weisz Carringtona, syna autorki, a "Dom" ani jednej, choć z okładki w edycji WL wynika, że Joanna Concejo równie fajne by narysowała.
"Trąbka" wyszła w druku ćwierć wieku przed "Domem", ale powstała w rękopisie więcej niż drugie tyle wcześniej, a przynajmniej jej pierwsza część. Uważa się ją za główne literackie dokonanie Leonory, choć są też inne: sztuki sceniczne, rozwinięte fabuły i krótsze opowiadania. Jak jest z twórczością Olgi, każdy widzi i wie. Powiedzmy otwarcie – Leonora to Olgi młodsza siostra w literaturze, znacznie młodsza. Personalnie – starsza, dożyła 94 lat, a miała 45, kiedy Olga przyszła na świat. W czym młodsza w literaturze prześciga dojrzalszą – to malarstwo. Złe słowo "prześciga", przecież Olga malarką nie jest, a Leonora była i pozostała wśród sobie równych mistrzynią. Powiadają nierozważni, że była malarką surrealistką – nie była, choćby z tej racji, że operowała wyobraźnią plastyczną trzy piętra wyżej niż najlepsi surrealiści. A że ich wszystkich znała, kumplowała się z nimi, w jednym kochała na zabój za młodu i wśród nich z początku się lansowała...? Gdyby ona i jej przyjaciółka, Remedios Varo, założyły, choćby tylko we dwie, grupę malarską, surrealiści byliby jako ruch artystyczny warci co najwyżej wzmianki w encyklopedii. A jakby się jeszcze kilka pań z Meksyku do nich przyłączyło, faceci-surrealiści mogliby schować swoje płótna w kufry.
Jeśli szukać surrealistycznych natchnień w twórczości Leonory to właśnie w literackiej sferze. "Trąbkę" można nazwać dziełkiem surrealistycznopodobnym. "Dom dzienny" Olgi Tokarczuk, i wszystko inne co napisała, przekracza ciasnomęski okrąg surrealizmu i dystansuje jego wytwory literackie o niemierzalny szmat drogi. Kalendarze surrealizmu pożółkły grubo przed sezonem realizmu magicznego, a Olga ma w swoim bagażu artystycznym wiele z tego, co było cenne w RM. Poza tym ma w walizce noblowskiej akcesoria, także i z krainy snów wzięte, o których się surrealistom nie śniło śnić. Jeśliby jakość artystyczną, literacką "Trąbki" do jakiejś książki OT porównać, to można by próbować do "Prawieku" – obie zaczynają się znakomicie i do połowy są mistrzowskie, a potem... Tak, ale nie w "Prawieku" jest Pachalis i Kummernis, czyli koleżeństwo Deseosa i Rozalindy.
Ja-Ona-Opowiadająca w "Domu" natrafiła na dziełko Paschalisa za sprawą Marty, która na jej wycieczce do Wambierzyc pokazała drogę do kapliczki z Kummernis.
«Po południu pojechałyśmy do Wambierzyc do stolarza, którego polecił mi ktoś ze wsi. Po załatwieniu z nim spraw poszłyśmy do bazyliki. Marta była tam dawno, raz albo dwa, choć mieszka tak niedaleko. Wyglądała na przejętą. (...)
Na schodach bazyliki w milczeniu jadłyśmy wodniste lody, od których zrobiło nam się zimno i żeby się rozgrzać, rozruszać ciała zastygłe z wrażeń doznanych w bazylice, poszłyśmy jeszcze wąskimi dróżkami Drogi Krzyżowej. Tam Marta nagle wskazała mi z radością jedną ze stacji.
Na krzyżu wisiała kobieta, dziewczyna, w tak obcisłej sukience, że jej piersi wydawały się pod warstwą farby nagie. Warkocze skręcone miała misternie wokół smutnej twarzy z chropowatego kamienia, jakby kamień, z którego wyrzeźbiono tę twarz, szybciej wietrzał. Spod sukni wystawał bucik, druga stopa była bosa (...)»
"Wąska dróżka" prowadząca do Kummernis/Wilgefortis to przejście ze schodów pod bazyliką do Bramy w Dolinie Josefata i zaraz w ciasną uliczkę Ciemną, potem przez szerszy dziedziniec i przez żółtą Bramę Lihostratos pod kapliczkę na osobnym placyku, przy skrzyżowaniu ulic Ciemnej, Objazdowej i Łukowej. Tutaj można dojść od drugiej strony, przez Bramę Owczą, ale to nie będzie wąskimi dróżkami, tylko szerokimi ulicami.
Cała wyprawa do kapliczki Kummernis
Ze schodów do Bramy Josefata
Wąska dróżka w ul. Ciemnej
Zaraz za tą bramą...
Placyk z kapliczką Kummernis dawniej
Kummernis/Wilgefortis
Troszkę później na wycieczce zdarzył się Bezimiennej Narratorce z nieba spadły traf szperacki:
«(...) wśród broszur z żywotami świętych za złotówkę znalazłam to, co powinnam była znaleźć tego dnia: żywot świętej Kummernis, zwanej także Wilgefortis, bez ponumerowanych stron, bez autora, bez roku i miejsca wydania, tylko na okładce, w prawym górnym rogu ktoś przekreślił wydrukowany napis „30 gr” i napisał „10 tysięcy”.»
Do relacji książkowej przepisała pełny tytuł tej broszury:
«Żywot Kummernis z Schonau, spisany z pomocą Ducha Świętego oraz przełożonej zakonu benedyktynek w Klosterze przez Paschalisa, mnicha.»
A teraz o tym, jak do książki Leonory trafiła Rozalinda.
Wambierzyce "Trąbkowej" narratorki to instytucja rzekomej opieki nad starszymi paniami ulokowana w dzielnicy Santa Brygida, przy ulicy Calle Albahaca i nazwana "Źródło Braterskiego Światła". Ma to być rzekomo w Mexico City, powiadają niektórzy, bo Leonora mieszkała w tym mieście. Ale takiej dzielnicy w Mexico City nie ma, a ulica o tej nazwie jest w Granadzie w Hiszpanii. W Mexico City są restauracje ze słowem "albahaca" w nazwie, bo to znaczy "bazylia". Narratorka "Trąbki", bardzo leciwa dama, nie Hiszpanka, lecz Angielka (jak Leonora), tęskni za Anglią, leżącą na północy od kraju w którym przemieszkała pół wieku (jak Leonora w Meksyku), ale na północ od Meksyku nie ma Anglii, przynajmniej na tej Półkuli. Co by jeszcze przemawiało za lokacją upiornego Zakładu w Hiszpanii to słynny w biografiach Leonory jej pobyt w hiszpańskiej klinice psychiatrycznej w Santander na początku II wojny światowej. Jeśli pociągnąć przez Hiszpanię prościutką kreskę z północy na południe to połączy ona Santander z Granadą. Niestety, nici z mojej alternatywnej geografii, gdyż o ważnym w fabule obrazie Rozalindy, będącym w Zakładzie, mówi się wprost, że znajduje się w Ameryce. Co nie musi znaczyć, że w Meksyku, przecież wiadomo powszechnie, że "Ameryka" to TA Ameryka i żadna inna, lecz potem jest napomknienie (wyjaśniające czy mylące?), że Santa Brygida to dzielnica miasta nie w Stanach Zjednoczonych. W tym zagadkowym pogmatwaniu amerykańskim tkwi surreałka, ale też pikanteria, bardzo w angielskim stylu Leonory Carrington.
Za to Wambierzyce, poza "Domem dziennym" solidnie istnieją w realu oraz obficie w różnomedialnym wirtualu, a "Źródło Braterskiego Światła" nie istnieje poza "Trąbką".
«Zakład mieścił się w ostatnim domu na Calle Albahacca (...), był otoczony murem(...) Z zewnątrz było widać jedynie wysokie stare mury obrośnięte dzikim winem i bluszczem. Brama od frontu była zrobiona z ogromnego drewnianego bloku, najeżonego żelaznymi guzami, które mogły być kiedyś głowicami. Z czasem starły się do gładzizny. Widziałam tylko wieżę, przewyższającą ogrodzenie o piętro. Przypominało to raczej średniowieczny zamek niż szpital czy więzienie, jak się spodziewałam.
(...) było tam wiele podwórek, krużganków, nieczynnych fontann, drzew, krzewów i łąk. Główny budynek był faktycznie zamkiem otoczonym domkami o bardzo dziwacznych kształtach: chatki jak muchomory albo szwajcarskie szalety, albo wagony kolejowe, jeden czy dwa normalne pawilony, bungalow w kształcie buta i jeszcze jeden, który wzięłam za ogromną egipską mumię.»
Rysunek Gabriela Weisz Carrington
Geografia urbanistyczna Wambierzyc w niczym nie ustępuje w osobliwości urbanistycznemu dziwolągowi z "Trąbki" – bramy jerozolimskie na ulicach, kapliczki na podwórkach i na dziedzińcach wśród kamienic, stacje Męki Pańskiej bezpośrednio w mieście. Ten łut szczęścia, żeby na kramiku z książkami wyszperać "Żywot Kummernis", z każdego zakątka dziwnych Wambierzyc dopraszał się handlowego spełnienia. W równie dziwacznym miasteczku dla staruszek, narratorka "Trąbki", Marion Leatherby, już na początku pobytu trafia na księgę z żywotem swojej Rozalindy. I jak Opowiadająca z Martą patrzą na Kummernis w kapliczce, tak Marion zauważa w jadalni portret mniszki Rozalindy, która z obrazu do niej mruga. W dziwnej predylekcji odgaduje imiona nieznanej postaci – śliczne długie nazwisko w hiszpańskim stylu – a one się potwierdzają w czytanym życiorysie.
Rys. GWG
Była to księga przekazana jej potajemnie przez Christabel, jedną ze staruszek w Zakładzie, która była dokładnie dwa razy starsza niż Marion, czyli miała sto osiemdziesiąt cztery lata.
«Książeczka była oprawiona w czarną skórę. Na stronie tytułowej przeczytałam:
Donia Rozalinda della Cueva, przeorysza klasztoru Świętej Barbary z Tartaru. Kanonizowana w Rzymie A.D. 1756. Prawdziwe i wierne opisanie żywota Rozalindy Alvarez.»
Aż tyle podobieństw zanim jeszcze cokolwiek z treści obu żywotów się odsłoniło. Najważniejsze są jednak podobieństwa i różnice obu świętych (albo i nieświętych) postaci...
ŚWIĘTE NIEŚWIĘTE.
Ćwierć wieku temu w stolicy Meksyku, w domu czarodziejskim od kominów do piwnic, Angielka Leonora przetłumaczyła Hiszpance Remedios książkę sławnego Geralda Gardnera o historii angielskich czarownic. Remedios napisała list do GG, ale nie wysłała:
«Właśnie przeczytałam pańską książkę, która wydała mi się niezwykle interesująca. Moja przyjaciółka, pani Carrington, była na tyle dobra, że przetłumaczyła ją dla mnie, ponieważ nie potrafię czytać ani mówić po angielsku... Jak pan wie, w tym kraju sporo się dzieje w dziedzinie czarów, ale praktyki te są prawie zawsze ograniczone do zastosowań medycznych lub opracowywania eliksirów miłosnych... Ale to... nie jest tym, co nas interesuje... Ja, pani Carrington i kilka innych osób poświęciliśmy się poszukiwaniu faktów i danych, które nadal zachowały się w pewnych okolicach, gdzie nadal praktykuje się prawdziwe czary.»
Gardnera uważa się za inicjatora ruchu wicca w Europie, ale magiczny Meksyk go nie potrzebował. Remedios wstrzymało od wysłania listu do GG nic innego, jak przytomne pomiarkowanie, że "prawdziwe czary" to sztuka. Czarownicom-artystkom wicca była po nic. Żadna z nich nie musiała importowaną wiccańszczyzną dopełniać artystyczno-czarownych misteriów we własnej sypialni, kuchni i pracowni.
W tym czasie Leonora wertowała wiele innych ksiąg tajemnych, a z największym zapałem opowiadała o natchnieniach po przeczytaniu "Białej Bogini" Roberta Gravesa. Zachłyśnięta koncepcją Bogini napisała pierwszą wersję "Trąbki do słuchania", co było nawiedzeniem duszy i rozumu oraz artystycznym spełnieniem. Nie zachowały się ślady prób wydawniczych. Rozdała maszynopisy przyjaciołom, one jakoś poprzepadały, dopiero ze dwadzieścia lat potem jeden się odnalazł, a Leonorę namówiono na dopisanie dalszej partii.
Pierwszoplanową w "Trąbce" postacią jest czarownica, wiedźma, kapłanka, medium, mesjanka, alchemiczka, królowa – Marion Leatherby, babunia prawie stuletnia, zesłana przez rodzinę do Zakładu dla staruszek, która odkrywa, schodząc do Piekieł (po zagładzie Zakładu), że we wszystkich wyliczonych postaciach BYŁA od zawsze.
Nabywa w czeluściach umiejętności przeniesienia owego BYCIA w przyszłość, a może i w nieskończoność, albo raczej w Bezczas. Nabywa sama od siebie, bo jedyną piekielnicą tam spotkaną, jest ona sama, która samą siebie gwałtem gotuje w kotle piekielnym, wyzbywając się ciężaru czasu.
Figiel ma filuterną puetę, gdyż odmienionej babci objawia się, że pozostałe babulki, przebywające z nią w Zakładzie, przeszły tę samą piekielną odmianę i teraz lekkie i ożywione tańcują radośnie wokół ogniska rozpalonego na ośnieżonym trawniku.
Tak się (najpewniej) kończyła wersja napisana w środku lub pod koniec lat 50-tych XX wieku. Jak wynika z relacji Glorii Orenstein, w roku 1972 Leonora dopisała dalszą część "Trąbki" ze słynnym na końcu zdaniem o Laponii przybyłej do Marion – finalik na dwadzieścia stron. Żal go czytać. Misterna surreałka w koronkowym stylu Agaty Christie siada jak kicha z gwoździem w tym dopisku. Tyle, że fabularnie ma sens.
Marion jest pierwszoplanową postacią, narratorką opowieści, ale najważniejszą jest przeorysza Rozalinda. To znaczy – sama Marion, lecz i czytelnik i narratorka do sceny w Piekle tego nie wiedzą.
Rozalindę, jak Kummernis, poznajemy w spisanym Żywocie. Obaj mnisi, spisywacze Żywotów, dobrze na tym nie wyszli. Za Kummernis biskup Glatzu wygonił Paschalisa ze swej rezydencji i tylko z łaskawości nie wydał Inkwizycji, a Dominica Eucaristo Deseosa za Rozalindę wywalono ze Świętego Zakonu z wielkim hukiem.
Podobne one są do siebie mało w czym – tylko brodami. Pierwszej wyrosła, by ją chronić od zamęścia, gdyż się sama poślubiła Jezusowi, a druga albo ją sobie doczepiała, udając w hulankach faceta, albo prawdziwą ukrywała sprytnie, udając gładkolicą zakonnicę. Kummernis czym zgrzeszyła to jeno dziewczęcą poczciwością w religijnym nawiedzeniu, co uznał za grzech jej ojciec. Rozalinda grzeszenie antychrześcijańskie wzięła sobie za ambit, deprawację mniszek za metodę zakonną, diabloerotyczne brewerie z biskupem za wierność religijną Bogini (Dianie? Izydzie? ale najpewniej Wenus).
Kummernis to była dobra panienka – diabła kusiciela trzy razy znękała pobożnością; mniszką była świątobliwą i uwielbianą; zwierzaczki leczyła, dzieci strute grzybami uzdrowiła cudownie; imigrantowi pewnemu cudem ogładziła tęsknotę i zrządziła asymiliację w nowym kraju; opętanego z wilczej postaci wyzwoliła. Faceci zarządzający katolicyzmem najpierw ją beatyfikowali, potem odkanonizowali jako "niesmaczne dziwactwo", ale słusznie w Wambierzycach na to drugie zgody pospólnej nie ma.
Rozalinda to było dobre ziółko – Dominico zanotował, że najpierw zorganizowała bandycką kradzież magicznych, po wiekach odkrytych olejków Marii Magdaleny (dzięki którym Jezus cuda czynił), a potem nabywcę, gdy się upomniał, nimi podstępnie otruła i w klasztornym warzywniaku pogrzebała. Potem za faceta przebrana ukradła irlandzkim templariuszom Graala, a z jakimś demonem piekielnym w ciążę zaszła i zrodziła sześcioskrzydłego dziwoląga Serafina. Pospolicie zaś dzięki lewitacyjnym właściwościom olejków wzlatywała z biskupem obżartuchem pod sufit biblioteki i co nad regałami wyprawiali, nawet Dominico wstydził się opisać.
Może osobiście Oldze Tokarczuk zdarzyło się na straganie w Wambierzycach, czy gdzie tam, znaleźć jakiś żywot Kummernis, marnie napisany i wydany, ale skąd Leonorze Carrington przyszedł pomysł na demoniczną Rozalindę? – trzeba iść w domysły. Mianowicie w takie, że siostry zakonne w przyklasztornych szkołach, w których próbowano Leonorę wyposażyć w średnie wykształcenie, agitowały upierdliwie za świątobliwą Rosalindą (Rosalią? Rosaliną?) jako wzorem niepokalanym dla niesfornej pannicy, a ją telepało z buntu i zniewolenia.
Rosalinda jako postać świątobliwa
Układając za "Boginią" R.Gravesa, za mitami, archetypami i alchemią własną fabułę z losami czarownicy-kapłanki, antykatoliczki, antychrześcijanki, wpisała w nią w przekornym odwecie lansowaną jej w młodości świętą jako krzywozwierciadlaną święciuchę o nieograniczonym zasięgu boskości. Tyle domysły...
Co do tajemnic Leonory to w esejach, księgach, katalogach tęgie głowy, nie amatorzy jak ja, połamali-połamały sobie intelekty na dociekaniu (na przykład)
– czemu ksiądz Dominiko wstawił w Żywot takie oto zdanko z alchemicznej łaciny: «Ab eo, quod nigram caudam habet abstine, terrestrium eoim deorum est » – które znaczy mniej więcej: «Trzymaj się z daleka od tego, kto ma czarny ogon, bo to jeden z bogów ziemskich.»
– dlaczego to zdanie jest na obrazie Leonory i jak się malunek ma do powieści,
– oraz, co na obrazie czarnym ogonem wywija? czy ekran z łaciną, czy stwór spod stołu?
Łamali/ łamały, a domysły zostały...
Leonora Carrington, AB EO, QUOD, 1956
KONIEC

















