Panienki porozbierane w Awinionie są fascynujące, ale dwóm z nich szpetne maski zakrywają lica, trzem nie, przez co widać, że choć jak inne gołe, to zgoła niewesołe. Z tych trzech po lewej jedna ma ciemną karnację, jakby pochodziła z południowych brzegów Morza Śródziemnego. Na pewno porozbierały się letnią porą, przyniosły sobie na osłodę winogrona, kawał arbuza, brzoskwinię i chyba gruszkę, zdjęły białe giezła, może do kąpieli w cieplutkiej rzece, a mimo to czemuś są chmurne i jakby niespokojne, a oglądającemu ich na obrazie widzowi niechętne. Coś mi się wydaje, że Picasso namalował nie panienki porozbierane i nie ich afrykańską zabawę-maskaradę, tylko to, czego na obrazie nie widać, czyli własne podglądactwo, swój filunek natarczywy, swoje gapiostwo i wybałuszone gały, na co one swoje wybałuszyły, bo usłyszały, że on wytrzeszając ślepia w krzakach się tarmosi i zobaczyły, że on dosłownie "się" i "tarmosi". Picasso namalował własną uciechę, a nie panienek z Awinionu. Obraz powinien mieć tytuł "Mon Voyeurisme à Avignon", a nie "Les Demoiselles d'Avignon".
Na pewno było inaczej – zdarzenie z obrazu nie działo się w okolicach słynnego mostu w Avinonie, nie w krzakach na plaży nad Rodanem i malowane panienki nie są zaskoczone tylko zmęczone, bo już pora późna, usługa pozowania nie tak dobrze opłacona jak zawodowo stosowna, a owoce jako dekoracja niedotykalne.
Tak czy siak – temat główny obrazu znajduje się poza płótnem. Rok wcześniej, czyli w 1906 Pisasso robił szkice tematycznie właściwe, bezpośrednie, z postaciami facetów-klientów, ale po roku malował obraz w konsternacji i obłudnie. Temat sam się musiał wykaraskać ze szkiców i zaistnieć na zewnątrz ram dzieła finalnego. Teraz i od dawna oglądaczom "Panien" w MOMA w Nowym Jorku temat wsiąka w oczy gratisowo jako wirtual dyskretny. A dlatego dyskretny, że mało kto pamięta, że Picasso chciał obraz nazwać wprost "Burdel na ulicy Avignon w Barcelonie", ale musiał się cenzurze wywijać tytułem zastępczym.
Jeden z niecenzurowanych szkiców
demoiselles-davignon-a-work-in-progress
Cztery lata temu zrobiono w MOMA wystawę, a w sali z "Pannami" i innymi pikasami dowieszono na uboczu dwa małe malunki, portreciki pewnej panienki, której uroda, jak tamtych, była bardziej intrygująca niż lalkowata. Sama je sobie namalowała w tym czasie, gdy Picasso chojraczył w szkicach awiniońskich. Nazywała się Marie Laurencin. Opowiada się legendę, że w Paryżu, w maju 1907 roku byli oboje u księgarza i handlarza obrazami, kiedy napatoczył się poeta Apollinaire, kumpel Pabla, a malarz poecie przedstawił malarkę, mówiąc: "Spotkałem twoją narzeczoną". Przymknijmy oburzone współczesne oko na ten męski żart, wówczas tolerowany, gdyż niedużo później się okazało, że Marie wcale nie była łatwo i śmiesznie rozdysponowywalna.
° ° °
Dlaczego trzy panny awiniońskie nie mają masek? Przyczyna obrazu leży wbrew tytułom – temu z cenzurą i temu bez – ani w Awinionie, ani w Barcelonie, lecz w Paryżu, na Montmartrze, konkretnie pod adresem 13 Place Ravignan.
Studio Picassa pod 13tką w niskim budynku ze świetlikami na dachu.
Przypuścić można z dużą dozą pewności, że malunek wynikł z afery – "burdel w rodzinie" – zaistniałej pod 13tką w roku 1907. Skandal był tak samo artystyczny, jak personalny – się wie powszechnie, że obie sfery tworzą jedność w egzystencji malarzy, poetów, muzyków, pisarzy próz, rzeźbiarzy i tym podobnych szajbusów. A zatem odsłonięte twarze trzech awinionek to są portrety rodzinne upamiętniające ów skandal. Sądzę, że ciemnawa panna bez maski wygląda jak Rajmunda, z dwu jasnych wyższą panną jest Fernande, czy może bardziej po polsku – Fernanda, ówczesna partnerka Pabla; o niższej mówią niektórzy, że to on sam. Faktycznie brzydal panienkowy niższy jest podobny do Picassa z auto-portretów.
Fernandzie zachciało się w owym czasie pomatkować dziewczynce z domu dziecka, pewnej Raymonde, mającej 13 lat, porzuconej przez matkę-prostytutkę pochodzącą z Tunezji. Adopcyjne entuzjazmy przyszywanej macochy trwały tylko trzy miesiące (od maja lub od kwietnia), gdyż Fernanda odkryła, że Pablo nie wyłącznie portrety małej szkicuje, ale i ją całą bez okrycia. W picassowskim albumie MOMA z 1994 roku jest szkic ołówkiem, pokazujący jak Raymonde robi sobie pedicure, rozchylając nogi. Pablo narysował ją bez majtek.
Fernanda się wściekła, dziewczynce spakowano ubranka i zabawki, a Max Jacob odprowadził ją do sierocińca. Wynikł z tej awantury wielki obraz, ale Rajmundzie rodzina się nie udała, więc już wiadomo, czemu na malunku jest smutna. Jasne również czemu dwie inne są przestraszone i też niewesołe (tu Fernanda tam Pablo, albo wszystko jedno które jest które, choć to trochę łyse mniej jakby kobiece).
Niedawno opublikowano odblokowane z dawnego zakazu prawników Picassa pamiętniki Fernandy. Nie wspomiała w nich o skandalu z Rajmundą
° ° °
Wystawę w MOMA nazwano "Picasso, Rousseau i paryska awangarda". Trwała od października 2021 do marca zeszłego roku. Rozwieszono 19 obrazów – 11 Picassa (plus rzeźba głowy Fernandy), dwa Georges'a Braque'a, jeden Juana Gris'a, trzy Marie Laurencin i jeden Henri Rousseau. Henri powiedział Pablowi w 1908 roku: "Jesteśmy dwoma wielkimi malarzami. Ale ty malujesz w stylu egipskim, a ja jestem malarzem nowoczesnym". Było to na bankiecie wydanym przez Pabla na cześć Henri'ego, który nasiąkł alkoholem i nie zwracał uwagi, że siedzi pod kapiącą świecą i że rośnie mu na głowie woskowy guz.
Co to są trzy obrazki Marie, kiedy w muzeum w Tokio mają ich ponad sześćset, ale się pokazuje, co się ma. Marie była na wspomnianym bankiecie. Pabla znała od czterech lat, a od prawie dwóch Guillaume'a (czyli Wilhelma) Apollinaire'a, jako jego narzeczona, albo nawet i żona, bo rok wcześniej, w marcu, tak jakoś o niej powiedział Pablo Wilhelmowi – "Właśnie spotkałem twoją narzeczoną" ("żonę" w niektórych relacjach). Różne są wersje owej prezentacji jej jemu, czy na odwrót. Mówią, że to było w księgarni Sagota, mówią, że na jej wystawie, zorganizowanej przez owego księgarza, mówią, że na spacerze po wyjściu z księgarni, mówią nawet, że na wystawie w Salonie Niezależnych w 1907, gdzie Marie wystawiała obrazy, co jest już kompletną bujdą, bo owszem, wystawiała w SN, ale w 1911.
Coś jest na rzeczy z księgarnią, gdyż ponoć wzajemne Marii i Apollinera zainteresowanie zaczęło się od opowiadań o przeczytanych książkach i od wzajemnego ich sobie pożyczania.
"Apolliner" – to nie jest błąd – dla wygody czytających i własnej będę od tego miejsca o Marie pisał Maria, a o panu Guillaume Apollinaire po polsku z francuska Apolliner, ale przez dwa "LL", żeby coś z Apolla zostało. Swoje nazwisko literackie ogólnie znane zrobił z dwóch imion (nadano mu cztery), a prawdziwe nazwisko było Kostrowicki.
Apolliner i Picasso kumplowali się tak blisko, że kiedy we wrześniu 1911 roku ukradziono z Luwru "Monę Lisę" to ich obu o to posądzono, ale za szefa gangu uznano Apollinera i to on przesiedział cztery dni w areszcie. Wrobił ich w aferę szaławiła, ktoś jakby sekretarz poety, który ukradł z niepilnowanych wystaw w Luwrze statuetki afrykańskie, dwie im dał, a dla własnej sławy wygadał to żurnalistom. Picasso ze strachu zabierał się utopić statuetki w Sekwanie. Na tym właściwie zamyka się opowieść zaczęta anegdotą o księgarni, gdyż pod koniec roku, albo zaraz na początku 1912 związek Marii i Apollinera zwiądł definitywnie. Kwitł jego poezją i jej malarstwem podczas realnych pięciu lat, a w łańcuszek muzealnych pięciolatek połączyło ich zdublowane monidło Henri'ego Rousseau.
° ° °
Po tych plotkach wypada wrócić do nowojorskiej wystawy i rozwikłać, dlaczego przy "Pannach" zwieszono dwa portreciki Marie Laurencin.
Z książki
autorstwa
LOUISE FAURE-FAVIER
wydanej w Paryżu w 1945 roku
rozdział czwarty pod tytułem
Wiosna Marie Laurencin
(IV. Le printemps de Marie Laurencin)
Louise
Marie
Zaplanowałam sylwestrową uroczystość na Île Saint-Louis tak, abym mogła usłyszeć dwanaście uderzeń oddzielających rok 1912 od 1913, wybijanych o północy przez sześć dzwonnic.
Kościół na Saint-Louis-en-l'Île
S. A.Photo - Jun 2024
Wyobraziłam sobie uroczystość z tradycyjną kulą jemioły pod żyrandolem. Apollinaire przyszedł sam.
Salon Niezależnych, wystawa kubistów, 1912.
A ja musiałam czekać do otwarcia Salonu Niezależnych w lutym 1913 roku, aby w końcu zobaczyć tę Marie Laurencin, o której Guillaume opowiadał mi coraz więcej.
Zobaczyłam ją i nie zawiodłam się.
Widziałam, że Marie przyszła tam w gronie przyjaciół: André Salmon, Eugène Montfort, Laboureur, Maurice Chevrier, Max Jacob, Fernand Fleuret, and Louis Godet, którzy komplementowali jej piękny obraz: Elegancki bal.
Niby-kubistyczny obraz Marie z powyższej wystawy.
Apollinaire trzymał ją za łokieć. Promieniał. Marie Laurencin mogłaby w tym szczęśliwym dniu powtórzyć, co mówiła o sobie Smutniutka Balerina**:
Wszyscy dziś uważają mnie za tak uroczą, że inne kobiety pragną mnie naśladować. Oto jakie cuda potrafi zdziałać miłość poety. Teraz, gdy cud się zdarzył, jestem piękna i wspaniała.
Wyciągnęła do mnie rękę, uśmiechając się:
„Słuchając, jak Guillaume o tobie opowiada, narysowałam twój portret” — powiedziała. „I wyglądasz podobnie”.
To była prawda.
Z wdzięczności napisałam jej literacki portret, który ukazał się w magazynie Les Marges Eugène'a Montforta 1 grudnia 1913 roku. Oto on. Mógłby nosić tytuł „Wiosna Marie Laurencin”.
Jest Paryżanką.
„Ja jestem” — powiedziała — „ z Paryża. Moja matka pochodziła z Normandii. Ale kocham tylko Paryż. Nienawidzę wsi, nudzę się tam, tęsknię za miastem”.
Gdy tego lata przyjaciele zabrali ją do Normandii, narzekała: „Za dużo tutaj powietrza, jajka są za świeże, mleko zalatuje krowami. W Paryżu przynajmniej jajka pachną, a mleko nie."
°
Midinetka i księżniczka. Ma smukłe ciało, jak Mimi Pinson w operetce, tak samo bujne włosy i, aby dopełnić obrazu, rezolutną twarz szesnastowiecznej szlachcianki. To dokładnie profil księżnej d'Este, z wesoło zwróconymi ku górze oczami Małgorzaty z Nawarry.
°
Idziemy wzdłuż nabrzeży w pięknym czerwcowym zmierzchu. Wszystko jest różowe.
„Kocham Paryż!” wykrzykuje. „Z obcych miast znam tylko Londyn. To mi wystarczy. Koniec! Nie będę już podróżować”.
Przełożyła swoją miłość do Paryża, wyłączną i silną, na obraz, który zdobi jej niebieski salon. Przedstawia on elegancką i manieryczną młodą kobietę w łódce na Sekwanie; z brzegu przygląda się jej paryski robotnik w swetrze. Tło stanowią łuki mostu. Ale ponieważ kapryśny żart nigdy nie traci należnego mu miejsca u Marie Laurencin, dwa koniki morskie na pierwszym planie wydają się drwić z pięknej Paryżanki.
Wesłyśmy na Pont-Royal. Ona wychyla się tak daleko, jak może, przez poręcz mostu, nieświadoma przechodniów, ku którym wystawia na widok swój mały, okrglutki tyłeczek: „Sekwana”, mówi, „co za niezwykła rzeka!”
„Wszyscy Paryżanie”, odpowiadam ze śmiechem, „są jak ty, zdumieni Sekwaną”.
„Prawda? To tak, jakbyśmy jeszcze nie pogodzili się z faktem, że mamy najpiękniejszą rzekę na świecie”.
Ma na imię Marie. Śpiewa popularne piosenki i romansowe walce lekko przeciągłym, melodyjnym głosem, a czystym i prostym odtwarza stare melodie przy akompaniamencie małej fisharmonii w swoim niebieskim salonie.
Gdy jej gratulujemy, ucina komplementy: „Nie przepadam za muzyką. Nic z niej nie rozumiem. Ale lubię te stare melodie”.
Marie Laurencin spotkałam pierwszy raz w Salonie Niezależnych. Radość z sukcesu emanowała z jej młodej twarzy. Ale tym, co uderzyło mnie najbardziej, była łagodność jej rysów, ożywionych chłodem. Jakiś czas później odwiedziłam ją w domu, zastając śliczną, delikatną i szczupłą, w różowym świetle abażuru.
Taką siebie przedstawia na swoich obrazach. Elegancki bal, Wiejskie przyjęcie, pokazują nam jej przekorny profil, skośne oczy, małą trójkątną twarz, długą szyję, biust z wąskimi ramionami, smukłą talię, wyszczuplone nogi. Zastygłe w gestach wąskie dłonie. Ekspresja tych obrazów jest złożona i niepowtarzalna.
Marie Laurencin przyjmuje gości w soboty, ponieważ jej praczka przychodzi o 9:00:
„Więc skoro nie mogę wyjść tego wieczoru, korzystam z okazji, aby zabawiać moich przyjaciół”.
Czyni to z wdziękiem, z naturalną nonszalancją młodych dam „czyniących honory” pod nieobecność matki.
Ale nagle zatrzymuje się w środku przedstawiania:
„Poczekajcie chwilę. Przyniosę kota, który pewnie je tort”.
Wraca, trzymając Poussiquette na ramieniu. Dwie male buzie, kocia i dziewczęca są urocze.
"Czyż ona nie jest śliczna, moja Poussiquette? Spójrz na jej długie szare oczy, na dziecięcy profil, na okrutne usta. Poza tym, wiesz, Poussiquette pozuje mi do wszystkich kobiecych twarzy!"
Obraz Marie Laurencin.
Buntowniczy i kpiący dowcip, ale kpiący w stylu młodych dziewcząt, którym żartobliwa ironia nigdy nie szkodzi.
Mówi: "Nienawidzę małżeńskich przechwałek. Kiedy słyszę, jak żona chwali się dziełami męża, uciekam".
Rozmowa schodzi na Comédie-Française i odejście pana Jules'a Claretie.
"Comédie-Française", wykrzykuje, "jakie to śmieszne! Trudno mi sobie wyobrazić, że te stare rzeczy wciąż istnieją!"
Teraz mówimy o malarstwie. Marie Laurencin wyznaje nam:
„Uwielbiam Picassa, nie tylko jako wspaniałego artystę, ale też bardzo inteligentnego człowieka. To, że jesteś malarzem, nie oznacza, że musisz być głupi”.
Jest jedną z nielicznych pań, które podchodzą do innych kobiet z empatią. Ignoruje tę małostkową zazdrość, która karmi się przebiegłością i hipokryzją. Wyciąga wrażliwą dłoń z młodzieńczą lojalnością.
Ma jednak nieprzyjaciółkę, która źle o niej mówi i której nie chce wybaczyć:
„Spotkałam ją kiedyś. Prawie kopnęłam ją w oko”.
„Dlaczego tego nie zrobiłaś?” pyta przebiegle przyjaciółka, oczarowana fantazją urazy.
„Bo nie miałam moich pięknych nowych butów”.
Grzbietem dłoni poprawia włosy, które kręcą się ładnie i oplatają jej twarz, odsłaniając wysokie, wypukłe czoło.
„Popatrz”, mówi, „mam czoło mężczyzny. Ale to nie powstrzymuje mnie od kokieterii i frywolności. Uwielbiam się stroić. Żebyś wiedziała jaką przyjemność odczuwam, otwierając szafę z sukienkami. Muszę mieć dużo sukienek. Jeśli noszę tę samą dwa dni z rzędu, to jestem chora i nie mogę pracować."
Opowiada nam o liceum Lamartine, w którym się wychowała, o swoich dyplomach, o koleżankach z klasy. Być może nawet bardziej niż małą dziewczynką, pozostała uczennicą szkoły średniej, nowym produktem naszych czasów.
Nie ma w jej stylu nic z manier dziewcząt z klasztornych szkół. Dziewczyny z pokolenia Marie Laurencin nie znają skromności i nieśmiałości. Ich przymrużone oczy skrywają wiele rzeczy! Ich usta, o nieco ciężkich konturach, niepokoją powściągliwością. Wszystko to otulone dziwną słodyczą...
Lepiej niż jakikolwiek powieściopisarz, Marie Laurencin przedstawia postać współczesnej dziewczyny, bystrą i dziecinną, irytującą i ujmującą, stworzoną ku radości i udręce ludzkiej.
Marie, autoportret.
— Dobry wieczór, Marie! Oto kilka róż dla ciebie.
Bierze bukiet, odkłada na bok i nie patrząc nań, zapomina o nim.
— Nie lubisz kwiatów, Marie?
— Och! Nie rozpakowuję – powiedziała ze śmiechem – bo nie przepadam za nimi.
— Dziwne! Widać, że musimy się spodziewać wielu niespodzianek z twojej strony. Jak to możliwe, że kobieta tak wyrafinowana, taka artystka, nie uwielbia kwiatów!
Na określenie "artystka" podnosi głowę buntowniczo i z najbardziej paryskim akcentem wykrzykuje:
— Nie jestem Madeleine Lemaire!
Obraz Madeleine Lemaire.
°
Minęło trzydzieści lat. Portret, który tak zachwycił Apollinaire'a, nie zestarzał się. Marie Laurencin wciąż ma w sobie ożywczego ducha, dobroć i niezwykły wdzięk, jak w wiośnie swojego życia. Stała się wielką malarką, wniosła do sztuki, jak powiedział Poeta, nową i radosną wizję wszechświata.
°
W 1913 roku Marie i jej matka mieszkały przy Rue La Fontaine w małym mieszkaniu, takim jak one: schludnym i uporządkowanym. Kiedy tam weszłam, Madame Laurencin haftowała przy oknie.
Matka. Obraz Marie Laurencin.
Pamiętam jej spokojną twarz obramowaną siwymi włosami, które elegancko zaczesała do tyłu. Powitała mnie przyjaznie, ale chłodno. Sądzę, że bała się przyjaciół Guillaume'a Apollinaire'a. Sztuka kubistyczna nie miała dla niej żadnego uroku. Marie powiedziała mi, że jej matka kiedyś spaliła jeden z jej obrazów, który, jak uważała, odzwierciedlał szaleństwo. Jednakże, biorąc pod uwagę sukces córki w Salonie Niezależnych, Madame Laurencin nie okazywała wrogości wobec kubizmu ani jego strasznego apostoła, Guillaume'a Apollinaire'a. Potulnie haftowała panele przeznaczone na parawan, który Marie zamalowała cudami wdzięku i fantazji. Jednak potulna hafciarka zbuntowała się, gdy stanęła twarzą w twarz z głową Poety dmuchającego w olifanta. I używając tylko czarnych nici jedwabnych, Madame Laurencin uczyniła Guillaume'a Apollinaire'a Murzynem!
Pomimo odmiennych poglądów na sztukę kubistyczną, matka i córka były prawdziwymi przyjaciółkami.
Hołubiły swoją prywatność. Uderzył mnie ton czułej czci Marie wobec matki, który pozwolił mi zrozumieć te słowa, gdy westchnęła przez łzy: „Nigdy jej nie skrzywdziłam”.
Bo Madame Laurencin zmarła w 1913 roku, w Niedzielę Zielonych Świątek, po krótkiej chorobie. Poszłam ją odwiedzić na łożu śmierci. Cała młódź literacka i malarska otaczały Marie w tych bolesnych godzinach. A Guillaume Apollinaire okazywał jej tak żarliwe uczucie, że nie mieliśmy wątpliwości, że gdy tylko żałoba opadnie, poślubi ją.
Z wolna życie odzyskiwało należne mu miejsce po żałobie. Marie wróciła do pracy, zachęcona przez Apollinaire'a. Pod wpływem tłumionego smutku malowała wtedy kobiece twarze, przepełnione żałosną słodyczą.
(wersja polska: Bronek K.)
° ° °
**
Smutniutka Balerina jest postacią okrutnej kochanki z Apollinerowskiej opowieści prozą pt. "Poeta zamordowany", napisanej po zerwaniu Marii z poetą. Napomknienie o tej postaci jest oczywistą aluzją do ich rozstania. Luiza nie mogła spotkać w 1913 roku Apollinera poufale (i władczo) trzymającego Marię za łokieć; we wspomnieniu po 30tu latach pomyłiła się też co do daty wystawy (z obrazem Marii) w Salonie Niezależnych.
Apolliner z przyjaciółmi – Picasso, Fernanda, Apolliner, Maria,
na jej obrazie z 1908 roku.
























