poniedziałek, 5 maja 2025

Kształtny, sposobny i niespokojny.

 

Cztery tomy opowieści księdza Kluka liczą razem ponad 1600 stron. Pierwszy jest "o ZWIERZĘTACH SSĄCYCH", drugi "o PTASTWIE", trzeci "o GADZIE I RYBACH", czwarty "o OWADZIE I ROBAKACH". Z tytułu pierwszego tomu nie wynika, że w nim czytelnik znajdzie rozprawkę o człowieku. Pasuje tam, czy nie pasuje, ale jest. 


 


 

Zwierząt domowych i dzikich (...) 

Tom 1. 

O zwierzętach ssących.

Przez X. Krzysztofa Kluka

w Warszawie 1795.



Rozdz. III.

O podziale tak systematycznym jako i gospodarskim zwierząt ssących.


§ 1.


O Człowieku.


120. Człowiek lubo jest panem wszystkich Zwierząt i sam przecież do ich liczby należy. Pokazuje to ułożenie jego ciała, że się mieści między czworonożnymi: z doświadczeń bowiem w dziejach zapisanych, dziko z dzieciństwa wychowani, na ręku i nogach chodzili ludzie i jeszcze między  ssącymi, rodzi się bowiem Człowiek żywo i karmi się piersiami matki.


121. Lecz tenże Człowiek między wszystkimi Zwierzętami jest najszlachetniejszy i w stopniu przyrodzenia niby pośrednim między Aniołami i Zwierzętami, mając z pierwszymi rozum, z drugimi ile teraz zmyślności i ciało. Najszlachetniejszy jest nie tylko dlatego, że skład /kształt, postać/ jego ciała jest najkształtniejszy, że prosto chodzi, że do wszystkiego najsposobniejszy jest, ale nierównie bardziej dlatego, że ma Duszę rozumną, nieśmiertelną, do wieczystego uszczęśliwienia sposobną i panowanie mu nad innymi zwierzętami od Boga jest dane. 


122. A kiedy z jednej strony od Zwierząt upośledzonym się być zdaje, rodząc się z większymi potrzebami i niewiadomością, to go przecież przyprowadza, że przez doświadczenie i rozum, rozwagę i mowę postępuje w nabywaniu coraz większej sposobności i doskonałości, jaka od początku świata w żadnym innym zwierzęciu widzieć się nie dała.

Sama zmyślna /zmysłowa/ rozkosz nie nasyca jego żądz, nie uspokaja i nie uszczęśliwia, jak inne zwierzęta, lecz ubiega się za prawdą, doskonałością, znajduje ukontentowanie w poznaniu, uciechę w doskonałości innych rzeczy. Inne zwierzęta o przyszłość się nie troszczą, on zaś z powodu rozumu przed czasem myśleć musi i przyszłość sobie wystawiać, co go czyni niespokojnym, prowadzi do roztropności, cnoty, wiary, zaufania w Boskiej Opatrzności i nadziei nieśmiertelności. I to jest jego przyrodzeniem, jego zaś zabawa, podług tego przyrodzenia na niego włożona jest, aby panował nad stworzeniami ziemi i gdy one prowadzi do zamierzonego im od Boga końca, siebie do daleko wyższego prowadzi uszczęśliwienia.


123. Jest złożony z Duszy i ciała i z tego dwojga jednym jest Człowiekiem. Dusza zawisła na mocy i sposobności myślenia, jest duchowna, nie materialna, nie składana, o czym nikt wątpić nie może, a jeżeli wątpi, tym samym że tak jest, upewnia się. Kiedy bowiem możemy poznawać rzeczy duchowne, jako Boga, Aniołów, siebie samych, itd., rozeznawać między doczesnym i wiecznym, uczciwym i nieuczciwym, prawdą i kłamstwem, zgadzającym się i przeciwnym rozumowi, itd., wnosić jedno z drugiego, żądać, wolnie się udawać do czego się podoba, spodziewać się skąd dalej nad wszystkie czasy, pragnąć nieśmiertelnego uszczęśliwienia,  z tego powodu z gwałtem zmyślności czynić cnoty, to wszystko okazuje, że Duszę mamy nie z jakiego ciała złożoną. Żadne bowiem ciało sposobności do tego mieć  nie może.


124. Duszy stolica i właściwe pomieszkanie jest w części chrząstkowej  mózgu, albo w tym miejscu, gdzie jest początek nerwów zmysłom wyznaczonych. Że jest spojona z ciałem - o tym wiem; jak się to dzieje?  - o tym nie wiem. Wiem znowu o tym, że z tej swojej stolicy czuje wszystkie poruszenia, w oczach, uszach, itd. przez nerwy po całym ciele rozpierzchłe. 


125. O rozumie, pamięci, woli, wolności, zmysłach, fantazji, wyobrażeniu, czuciu, śnie itd. odsyłam do Filozofów. Nieśmiertelności jej tylko nie opuszczę, o której nie tylko upewnia Wiara, ale dowodzą jasne przyczyny.

Świat cały tak trzyma, że Dusza ludzka jest nieśmiertelna, lubo w błędnych wiarach nie bez jakiego jej uszczęśliwienia błędu. Ci wszyscy, którzy tak trzymają, są uczciwi, rozumni; ci wszyscy którzy się na to oglądają, prowadzą życie Człowiekowi przystojne; mało zaś owych, którzy temu przeczyć mogą, żyją życiem bydlęcym. 


° ° °

W tym miejscu Autor skończył jedną trzecią całej noty i mógłby odsapnąć, ale - jak wyznał - "nie umiał się oprzeć płynącej myśli". I popłynął. Miała być gawęda, a wyszło ględzenie, na przykład, że "człowiek potrzebuje pożywienia", albo że "po niejakim czasie zaczyna mówić" i tym podobne komunały. Spisywał myśli płynące, jakby musiał, lecz się nudził, za to jak się rozochocił, jak się rozruszał i rozpalił, kiedy przystąpił do opisania duszy zwierzęcej... Dlatego rzecz jest osobno w tym blogu cytowana. A tutaj dla porządku pozostałe dwie trzecie "o Człowieku", ale tylko dla wytrwałych.


° ° °


A do tego Dusza ludzka nie jest tak do ciała przywiązana, aby bez niego czynności swoich sprawować nie mogla; alboż nie może, i owszem lepiej myśleć bez ciała? Głęboko myślący mniej mówią i tak się częstokroć zamyślają, że o ciele zapominają. Pamiętny jest przypadek Archimedesa, który zamyślony w dobytych od nieprzyjaciela Syrakuzach życie stracił. Sama wrodzona nam chęć uszczęśliwienia przyświadcza o tym, która kiedy w tym życiu nasycona być nie może, próżno by nam od Boga wlana była, gdyby w wieczności nie miała być nasycona; i byłyby zwierzęta szczęśliwsze nad Człowieka, które się w tym życiu zupełnie nasycają. 

I jeszcze sama przyrodzona żądza chwały przyszłej i potomności, nieznacznym wyrokiem o tym upewnia.

Za cóż Rycerz kładzie życie za Ojczyznę, której uspokojonej podobno nie ujrzy? Za co gospodarz sadzi drzewka, których owocu podobno nie będzie zażywał? Owe pałace, rozkrzewienie familii, nadgrobki, itd. są żądzą życia w potomności i krokiem upewniającym o wieczności. 

Na ostatek, skoro mamy sposobność do godziwego i niegodziwego,  musiał Bóg nadgrodę, lub karę zachować do wieczności, ile że w tym życiu częstokroć widzimy i dobrych nędznych, i złych uszczęśliwionych.


126. Od szlachetniejszej części Człowieka, Duszy, idę do ciała, które lubo nad wszystkie  zwierzęta najkształtniejsze jest, wiele przecież ze zwierzętami ma jednakowego. Wyjąwszy bowiem przez Wiarę upewnione Zmartwychwstanie, rodzi się, rośnie, boleje i umiera. Poczyna się w żywocie Matki za dołożeniem się Ojca: a gdy się już główniejsze części ciała: mózg, serce, itd. staną sposobne do czynności życia, wlewa Bóg z niczego stworzoną Duszę. Kiedy się to dzieje, wiedzieć nie można, lubo bowiem w prawach mniemają, że 4o lub 6o dnia, tyle przecież tylko rozumieją, iż już wtedy Dusza się pewnie znajduje.


127. Pospolicie i zwyczajnie dziewiątego po poczęciu miesiąca rodzi matka i dziecię Światu wydaje jedno, czasem dwoje bliźniąt, rzadko i nadzwyczajnie 3. 4. 5 - itd. Dziecię rodzi się żywo, to jest już w żywocie matki ożywione, a kiedy to inne zwierzęta rodzą się okryte sierścią i niektóre ze sposobnością zaraz chodzenia, żywienia się, dziecię ludzkie rodzi się nago, i w pielęgnowaniu aż do nabycia dalszych sposobności niemało zatrudnia.

Po niejakim czasie zaczyna mówić, nabiera siły, rozumu i sposobności, podług uczynionego koło niego w wychowaniu starania.


128. Potrzebuje Człowiek pożywienia, tym żyje, tym rośnie. Jako zaś to nad pokarm innych zwierząt bardziej pieszczone jest, tak w sile przyrodzonej słabszym jest, więcej podlega ciała chorobom, itd.

Owi Patriarchowie korzonkami żyjący, po kilkaset lat żyli; prości ludzie prostym pokarmem żyjący, na wszystkie przeciwności trwalszymi są.  Zwierzęta przyrodzoną karmiące się paszą, tylu chorobom nie podlegają. Życie człowieka tych wieków dochodzi częstokroć lat 6o, rzadko 8o, osobliwością zaś jest lat 100 przewyższy. O wielu okolicznościach tu być mogłych, można sobie wnosić z tego, co się w następującym napisze rozdziale,


129. Człowiek jest stworzeniem towarzyskim, ludzkim, uczciwym, tak więc z potrzeby od przypadków, jako dla okrycia wstydliwej ciała swego nagości, z cudzych rzeczy zażywa odzienia. W różnych krajach różnie się odziewają. W powszechności zaś Europejczykowie noszą się krótko, orientalne narody długo, niektóre w dziczyznach jeszcze po dziś dzień chodzą nago. Jako zaś przyrodzenie między płcią uczyniło różnicę, tak wzięcie w krajach pospolicie ją w powierzchownym stroju zachowuje.


130. Starożytność z powieści wiele ludzi uroiła gatunków. Osadzała w jednym kraju ludzi bez głów, w drugim o jednym oku, tam nadzwyczajnych karłów z żurawiami wojujących, ówdzie niebo-tycznych Olbrzymów. Mogą być wprawdzie pojedynczo ze szczególnych przyczyn nadzwyczajne karły; byli z ukarania Boskiego i Olbrzymi, ale nie osobny gatunek, który by rodzaj swój statecznie zachowywał. Ani przecież przeczyć można, aby nie  miały być gatunki ludzi nieco wyższych, lub też niższych, jak pospolicie.


131. A zatem gatunek ludzi może być wzrostowy, skórny i kształtowy, i te się okoliczności częstokroć tak uporczywie trzymają, że się i z mieszanych Rodziców, osobliwie po ojcu na dzieciach wydają. Wymienić wszystkie za wiele by było; dosyć będzie wspomnieć, że względem wzrostu Patagonowie są bardzo wysocy, itd. Względem skóry, Europejczykowie mają białą, Azjanie szarą, Afrykanie czarną, Amerykanie koloru miedzianego, itd. Względem kształtu, Tatarzy, Kałmucy są twarzy plaskowatej, małych oczu, itd. Lecz we wszystkich tych gatunkach, między tylu milionami ludzi jest się nad czym zadziwiać i zastanawiać nad Wszechmocnością Boską, iż nigdy dwóch naleźć nie można, którzy by tak sobie zupełnie byli podobni, aby najmniejszej nie mieli odmiany.


132. Trafiają się czasem przeciwko pospolitemu prawu przyrodzenia Człowieka różne szczególne na osobach własności, nad którymi się  mądrzy zastanawiają. Upewniają wiadomości o osobie przez tydzień śpiącej, o drugiej przez długi czas nic nie jedzącej, o innej sierścią obrosłej, o innej w wodzie się pogrążyć nie mogącej, o innej  osobliwszą moc elektryczną mającej, itd.


133. Może by mi należało opisać części i członki Człowieka, lecz o wewnętrznych nauczy się od Lekarzów, zewnętrzne przeczyta każdy na sobie. Ja zakończę ten paragraf językiem, albo mową ludzką. Jest to ów najszlachetniejszy przymiot, którym Człowiek Człowieka zrozumieć, wszystko wyrazić i nawet najskrytszą myśl swoję objawić może: którym porządnie zażytym, w drugiego co wmówić, do żalu, radości, żądzy, itd. pobudzić może; czego w głosie zwierząt innych nie dostaje, i jeżeli które mówią nauczone, ani mówią rozumnie, ani więcej jak są nauczone. O sposobie stawania się tak wielorakiego głosu mówią Fizycy; mnie zostaje o wielorakości ludzkich nadmienić języków.


134. Nic pewniejszego, jako że z początku jeden był język na Świecie, tak upewnia Pismo Boże, lecz na ukaranie zuchwałości potomków Noema wieżę Babilońską budujących, pomieszał Bóg języki ludu, pierwiastkowy tylko w pokoleniu Heber zostawiwszy, teraz Hebrajski nazwany. Wiele zaś pod ten czas głównych stało się języków? - wiedzieć nie można. Clemens Alexandrinus mniema, że 72, Euphorbus zaś podług liczby pokolenia Jakobowego 75.  Z tych w zasie znowu z różnego z sobą pomieszania, bardzo się wiele innych porodziło: z Hebrajskiego Chaldejski, Syryjski, Arabski; z Łacińskiego Włoski, Francuski, Hiszpański; z Niemieckiego Szwajcarski, Saski, Angielski; ze Słowiańskiego Polski, Czeski, itd.


135. Języki albo są żywe, albo nieżywe. Żywe są, które po dziś dzień gdziekolwiek są krajowe, na przykład Polski, Francuski, itd. I jeszcze żywe dwojakie są: wzięte i domowe, domowe tylko się w Kraju zażywają, wzięte dalej się rozchodzą; na przykład w Europie Francuski, we wschodnich Krajach Arabski. I jeszcze krajowy niejaką, może ponosić odmianę, będąc albo gminnym, albo politycznym. Nieżywe języki są albo tylko nieżywe, nie mające własnego Kraju, przecież z pism uczonych znane jako Łaciński, Hebrajski, itd., albo wcale umarłe i już nie zażywane, jako Godzki, Sarmacki, itd.


136. Nie dość jeszcze na tym, że Człowiek myśl swoją ustami objawić może, może to jeszcze przez pewne wzięte znaki wyrazić i w jak najdłuższe czasy, i w jak najdalsze miejsca. Znakami zaś tymi są pisma, kiedy z liter na czym wyrażonych złożone okazują się słowa. Gdy to piszę, wiele się  nad tym muszę zastanowić.

Litery te w różnych językach różnie wzięte są, na przykład są Łacińskie, Hebrajskie, Greckie, Arabskie, itd. Około których to dwoje jest osobliwszego, że kiedy pospolicie z liter składają się słowa, u Chineńczyków każdy znak albo litera znaczy słowo; po wtóre, że Europejczykowie wierz pisma zaczynają od lewej ręki, wschodnie narody od prawej, Chińczykowie z góry na dół. 


137. Przestaję, podobnom zbytnio zboczył; wyznaję, nie umiałem oprzeć się płynącej myśli.

Czego Kartezjusz nie widział.


https://patcrosscartoons.com/wp-content/uploads/2017/06/descartes.jpg



X. KRZYSZOF KLUK

Zwierząt domowych i dzikich (...) 

Tom 1. 

O zwierzętach ssących.

§ 2. 

O duszy Zwierząt.



256. Kształt ciała zwierząt różny: u ssących z jakowych składa się części (... ) Lecz w tym ciele uważamy coś, co go ożywia, nim rządzi, czynności sprawuje i to jest, co nazywamy Zwierząt duszą. Jako zaś ta w zażyciu gospodarskim wiele się do tego przykłada, tak nauka o niej jest potrzebna.


257. Jedni za powodem Kartezjusza Zwierzęta poczytują tylko za bezduszne narzędzia, których by wszystkie czynności takowe tylko były, jak w zegarze od samego nakręcenia, a zatem, podług nich zwierzęta nic właściwie nie czują. Drudzy co do wszystkich czynności Zwierząt sądzą, że od samego tylko Elementów  /żywiołów/  ułożenia pochodzić mogą. Inni za zdaniem Gassenda rozumieją, że dusza jest tylko cząstką ognistego najsubtelniejszego płomienia.


258. Lecz do żadnych z tych Gospodarz się przypisać nie może, przyzna raczej naprzód z rozumnymi Filozofami, że zwierzęta duszę mają; potem że dusza ich jest duchem pośrednim między ciałem i duszą Człowieka.


259. Samo ułożenie ich części ciała, do pewnego końca zmierzające, wmawia w nas, że musi być jakowaś skutkująca przyczyna, która by sobie ten koniec wyobrażać i owe części do niego obracać mogła. W samych codziennych poruszeniach, które Zwierzęta z miejsca na miejsce, albo całym ciałem, albo niektórymi tylko czynią członkami, postrzegamy, że to następuje po pewnych wzbudzonych żądzach, a zatem w pewnym przedsięwzięciu, więc w zwierzęciu coś być musi czułego i sposobność mającego żądać i wyobrażać sobie koniec, chociaż w ciemno tylko.


260. Widzimy prócz tego codziennie, że zwierzęta okazują podobne ludzkim skłonności, żądze, affekta, itd. Alboż nie okazują radości, smutku, bojaźni, gniewu, złości? Alboż nie wspominając wiele innych, na Lisach, Kotach, itd. nie daje się widzieć chytrość, albo wzajemnie ku sobie, albo ku ludziom, albo w łapaniu innych zwierząt? Nie musiał Kartezjusz widzieć /chyba nie widział/ czającego się Lisa do Gęsi, albo Kota za nieżywego się kładącego, aby nieostrożne chwytał ptaki.


261. Niechże na to co chcą mówią, lecz cóż powiedzą, że zwierzęta z dwojga lepsze obierają? Czemuż bydlę z podlejszej trawy uchodzi, szukając lepszej? Może to nakręceniu tej machiny jest przyrodzone, lecz czemuż pies nie idzie prosto w rzekę, ale widząc most udaje się do niego? Wszakże mosty są wynalazkiem ludzkim dla wygody; albo mając most i kładkę, czemu woli iść szerokim mostem?


262. Czemuż zwierzęta w niebezpieczeństwie tak troskliwie życia swego bronią i wszelkich ratowania się szukają sposobów? Za cóż najmniejszej chronią się przeciwności? Zwłaszcza, czemu Koń dzielny samego cienia rózgi obawia się? Ptaki samego cienia Jastrzębia przelatującego lękają się? Wszakże cień jest privatio corporis, jak nazywają Filozofowie, więc nie może żadnej uskutkować czynności  /więc nie powinien  wywoływać reakcji/  w narzędziu bezdusznym.


 

263. Zwierzęta jeszcze jedne nad drugie więcej okazują sposobności do odstąpienia swoich zwyczajów i przyjęcia nauk im od ludzi podanych; przypomnieć sobie tylko potrzeba przynajmniej psy i konie; któż tę przyrodzoną martwą odmienia inaczej już złożoną machinę?  /z jakiego powodu ta rzekomo martwa i gotowa machina podejmuje różne decyzje?/


A jeżeli to długość czasu i częste powtarzanie przeinacza, kto wrodzoną ku kotom nieprzyjaźń umiarkował we psie? U mnie się samego najduje pies, który kotowi na dworze się najdującemu nigdy nie przepuści, temuż zaś samemu, a choćby i cudzemu, w krótkim czasie w izbie  /czyli: domowemu/ się nie naprzykrzy, i owszem na zawołanie, z jednego kontentuje się półmiska? 


264. Alboż nie postrzegamy przynajmniej we psach, z którymi najczęściej przestajemy, że się im śni śpiącym, mruczą przez sen, szczekają, lękają się, radość okazują, itd. Alboż nie widzimy pamięci ich o przeszłych przypadkach? Nie namieniająż dzieje  /czyż nie mówi historia/, że i same Lwy po długim czasie Dobroczyńcom swoim przepuszczały?


265 Nie mogę na koniec opuścić, że zwierzęta, przynajmniej podobne ludziom, mają członki zmysłowe: oczy, nos, uszy, itd.; czyliż prożno te są dane? Jeżeli więc w Człowieku Dusza przez nie widzi, słyszy, jest dusza i w zwierzętach podobnież czyniąca.


266. A zatem te są dowody przeświadczające duszy zwierząt, bez niej to wszystko dziać się nie może, więc gdyby była materialna, tego czynić by nie mogła. Następuje teraz rzecz druga, że dusza zwierząt jest pośrednia między ciałem i duszą Człowieka.


267. Z tego wszystkiego, co się dotąd napisało widać, że w zwierzętach prócz ciała i duchów ożywiających, jest coś szlachetniejsze własności mające, to jest Dusza; lecz ta dusza ile czuła, ani jest materialna, ani też duchem Człowieka; nie dostaje jej bowiem rozumu i wolności; jest więc tylko pośrednią, mającą moc czucia i pojmowania, ale nie rozsądzenia i wnoszenia właściwego, ani wolnego czynienia, a zatem ani dzieł obyczajnych  /działań właściwych/ względem uczciwego i nieuczciwego. A do tego czynności zwierząt są zacniejsze, niż gdyby od samego ciała pochodziły, ale podlejsze od czynności duszy ludzkiej.  Dusza więc ich między tym dwojgiem tylko pośrednia jest.


268. Nie można zaś zwierzęcej Duszy wiele przypisywać, albo z niej wiele wnosić. Jako bowiem jej całe uszczęśliwienie zawisło od tego życia, a końcem jest usługa człowiekowi, tak wtedy po poczęciu od Boga wlana, gdy się główniejsze części dostatecznie rozwiną; niszczeje wtedy, gdy się kończy życie i sposobność słtużenia człowiekowi. Co innego jest dusza człowieka; który nie ma w tym życiu rzetelnego uszczęśliwienia, szlachetniejsze ma władze i daleko wyższy koniec zamierzony.



Edward Hicks, Królestwo pokoju (1826), 
National Gallery of Art, Waszyngton, DC
Wikipedia

 

269. Na koniec nie można mówić, aby te wiadomości o duszy zwierząt Gospodarzowi nie były potrzebne. Jest bowiem niemało ich, które niemało mając sposobności duszy, przez rozumne człowieka postępowanie, z wielkim pożytkiem wydoskonalone być mogą; na przykład konie w gospodarstwie, psy w polowaniu, itd. A zatem wiele zależy, chodząc około zwierząt w gospodarstwie, na rozważaniu siły, lub słabości ich duszy, chcąc one mieć częścią piękniejsze i składniejsze, częścią pożyteczniejsze. Nie wspominam, że myśl o duszy zwierząt wstrzymać musi rozumnego gospodarza od bezprawia w ich zażyciu, z ich pokrzywdzeniem, lub w gospodarstwie marnotrastwem.



§ 3. O życiu Zwierząt.


270. Dopóki dusza z ciałem złączona jest, dopóty żyją zwierzęta. W tym czasie krew w nich bieg swój odprawuje; oddychają powietrzem, głos sobie przyzwoity słyszeć dają; żądze, złość, radość itd. okazują; zmysłów zażywaią, czują i śpią na przemiany, żywią się, rosną, i przyzwoitego przyrodzeniu swemu potrzebują do chowania się miejsca. (...)






X. KRZYSZTOF KLUK

ROŚLIN POTRZEBNYCH UTRZYMANIE... / itd./


Tom III


Rozdz. III. Poprawa Ziemi.


§3. O pognojach.


102. Dlaczego by gnoje gruntom podłym dobroci, a wysilonym siły dla roślin potrzebnej dawały, lub przywracały, te mogą być przyczyny, że w sobie zawierają obfitość cząstek żyznych, i że przez swoje gnicie sprawują w ziemi rojenie, kiśnienie, fermentację.


103. Że gnoje zawierają wiele cząstek żyznych, prócz samego doświadczenia, wiele jest, co przeświadczać powinno. Możemy sobie słusznie wyrazić, że skład rzeczy żyjących zwierząt jest najdoskonalszym narzędziem chemicznym, w którym zażyte pożywienia się rozwalniają, oddzielają, etc. a za tym oddzielone cząstki roślinom zdatne, niby w zamknięciu skupione, nie mogąc się rozlecić, tak jak oddzielone w gnijących wolnie roślinach po powietrzu, osiadają w gnojach, ile sposobnych przez tłustość, etc. do łączenia się; wszakże i ziemia na roli im jest tłuściejsza, tym chciwiej lotne po powietrzu pociąga do siebie cząstki. Stąd by wnosić należało, że im bardziej dobrymi roślinami żyją zwierzęta, tym żyzniejsze ich powinny być gnoje.


104. A gdy gnoje zakopią się w ziemię, gniją znajdując dla siebie potrzebne do gnicia wilgoci ziemi albo deszczu, ciepło słońca, ziemi i własne oraz wolne powietrze; gnijąc czynią fermentację, która ziemię otwiera, a przez otwory kupią się i łączą


Stąd wiele dochodzić można: że nawozy nie powinny być ze świeżych gnojów, ani zbytnio starych; pierwsze bowiem nie zacząwszy jeszcze fermentacji, z nią się opóźniają; drugie przegniłe już jej nie uczynią, wszakże i w roli kilkuletne już nawozy nie czynią skutków. Że im dłużej rzeczy gniją, a nie przegniją, tym trwalsze z nich nawozy. Że gnoje bydlęce, ile nieco chłodniejsze, na gruntach ciepłych; końskie, ile gorętsze, na gruntach chłodnych lepiej pożytkują, bo dogodniejsze ciepło umiarkowaną czyni fermentację. Że gnoje końskie krótko trwają, bo przez wielką gorącość bardziej się palą niżeli gniją, etc.

 

Rozrzucanie gnoju na farmie w Utah

 https://itoldya420.getarchive.net/amp/media/the-old-method-of-getting-rid-of-manure-throwing-it-over-the-fence-box-elder

 

105. Ale przystąpmy do praktyki, a najprzód do gatunku gnojów. Gnoje prewetowe, owcze, gołębie, kurze, ile gorętsze, najzdatniejsze są dla gruntów chłodnych; wołowe zaś, wieprzowe, gęsie, kacze, ile zimniejsze, dla gruntów ciepłych; końskie ile bardzo gorące, dla gruntów zimnych; skąd łatwo wnieść można na grunta pośrednie, jak pomieszane być mogą. Gnoje prewetowe /prewet, prywet – wychodek; słownik Lindego, T.2, s.1058/, owcze i gołębie, najzdatniejsze są pod pszenicę; wołowe zaś pod żyto i jęczmień. Dobrze by było w szczególności, na to uważając, miejsca nawozić, gdy przecież przy wielości roli podziały się podobno wygodnie czynić nie dadzą, pomieszają się, a tak jednego ostrość ułagodzi drugiego łagodność; jednego gorącość umiarkuje drugiego chłód; jednego krótką trwałość utrzyma dłuższa drugiego; wszakże gnoje prewetowe i owcze w skutkach swoich do lat 6, wołowe do 3 najżywiej trwają, końskie zaś są jednoroczne.


106. Na zbieraniu i przygotowaniu gnojów wiele zależy, a najlepiej czynią, którzy wołowe i końskie gnoje mieszając, na kupy składają do zagnicia, tak jeden drugiego poprawi. Źle czynią, którzy gnoje składają na takie miejsca, gdzie przez cały dzień od słońca oświecone są, bo słońce z nich żyzne rozprasza czystki. Źle czynią, którzy je na takie składają miejsce, gdzie wiele wody od deszczów zbiegać się może, bo nie prędko zagniją.


107. Podwórza na oborach równe, ale nieco niższe od stajni bydlęcej być powinny, i to gdzie bydło stawa na kształt szopy nakryte; w stajni posadzka najlepsza brukowana tak spuszczona, aby rowek środkiem idąc, przeprowadzał urynę albo do składu gnoju na podwórzu, albo lepiej do ocembrowanego doku, o którym się dalej nadmieni. Podwórze zaś dlatego nieco niższe być powinno, aby wszystkie wilgoci ze stajni się zciągały, i tak gnojowi pomagały, jak stajni ochędóstwa nie trudniły; nakryte dlatego, aby stawające bydło od słot, upałów zasłonione było, i gnoje od wytrawienia słonecznego ochronione. W stajniach pod wszelki rodzaj bydła podściela się słomę, częścią dla ochędostwa bydła, częścią dla rozmnożenia gnoju, częścią dlatego aby się gnój nie rozpraszał; a jeśli słomy jest niedostatek, ścieli się liście z drzew, kolce sosnowe, jodłowe, mchy; i to się ze stajni na gnoje podwórzowe spod owiec i kóz nie często, spod bydła częściej, spod koni co dzień wyrzuca.


108. Mówiłem tu, że się między gnoje słomę miesza, a nieco wyżej, że się lepiej gnoje końskie z bydlęcymi mieszają, lecz uważać potrzeba i własności gruntów, ile że piaski czystym bydlęcym gnojem, grunta zimne i lipkie końskim, pożyteczniej się nawożą.


109. Powracając do zbioru gnoju; na upatrzonym gdzie miejscu, dokąd by spadek niejaki był z podwórza gnojowego, wykopie się dół na trzy łokcie głęboki, obszerny podług widzianej potrzeby, do którego dadzą się od gnojów i ze stajni roweczki brukowane, aby laka i uryny ściągać się mogły. Domyśli się każdy, iż ten dół kamieniami ocembrowany i opatrzony być powinien, aby laka ani w ziemię wsiąkała, ani nigdzie wybiegała; wszakże jeszcze i nakryty być ma, aby słońcu nie był otworzysty. Laka ta bardziej jest pożyteczna, niżeli pomyślić można; sposob jej zażycia poda się nieco dalej.


110. W owczarniach zaś, ponieważ gnój leżeć może aż do wywiezienia w samej stajni, dobrze jest, gdy się dno wybrukuje i na parę cali wysypie ziemię tę, na którą się ma nawozić; tak się laka ściągnie w tę ziemię i przy wywożeniu z gnojem pomiesza. Wiele przecież pożytecznego jest, gdy owce z owczarni i do niej przez podworze gnojowe przechodzić muszą, zostawią bowiem na nim, co by gdzie indziej próżno zanieść miały.


111. Chlewy świń mogą mieć rząd obory. Gęsie, kacze, kurze, gołębie prześciełając ziemię, złożą się na kupy aż do wywiezienia. 


112. Co do czasu wywożenia gnojów na rolę, ten trojaki być może. Pierwszy najpożyteczniejszy, gdy się rozwiozą po uwleczonym drugim oraniu na oziminę; drugi także pożyteczny, gdy się rozwiozą na jarzynę w jesieni, i przy pierwszym oraniu przed zimą w jesieni w ziemię zagrzebią; trzeci najpodlejszy, gdy się rozwiozą na wiosnę w jare pola i zaorzą. Gnoje zaś latem niedługo na słońcu i deszczach leżeć na roli i wytrawiać się mają, ale jak najprędzej pójść w ziemię; i jeżeli wywożą się zimą, a osobliwie w ugorach długo leżeć mają, kupy ich okryją się słomą i chrostem od bydła i słońca. Co do wielości gnojów, pomiarkuje się rolnik z gruntem – mokry i wilgotny nawiezie obficie, aby chociaż zimą zamarznie, jednak obfitością swego ciepła roślinom był pomocny; suchy nawiezie skąpo, aby latem bardziej nie wypalał. Wymiarkowano średnią potrzebę, że na 400 kwadratowych prętów miernego gruntu, zużywa się gnoju cetnarów 312;  że bydlę cały rok w stajni trzymane, wydaje gnoju mniej więcej 200 cetnarów – skąd łatwo wymiarkować można, wiele gospodarzowi potrzeba bydła do nawiezienia swej roli. Z tym wszystkim namieniłem już, że gnoje ani zbyt świeże, ani już zgniłe wywozić się mają.




https://pictura-prints.com/product/antique-drawing-farmers-dutch-costume-wheelbarrow-yoke-anonymous-19th-c/

 

113. Wywożą się furami, skrzynie umyślne z desek do gnoju mającymi, w których bok prawy wysunąć się powinien, aby nim wywieziony gnój na roli z woza, za pomocą wideł, na małe kupki powyrzucać. Kupki te żelaznemi widłami po roli się rozrzucą, i potem zaorzą. Laki zaś owe /wspomniane w pkt/ 109, wywiozą się beczkami. Beczki te w jednym boku gęste dziurki kołkami zatkane mieć będą i ustawią się tak na wozie, aby obrócone na dół dziurkami, od niczego nie miały przeszkody; laka robionemi sikawkami ciągnąć i w beczkę nalewać się będzie, lecz że u nas lud prosty niepieszczony, więc i innym naczyniem nalewać może. Z takiej beczki, gdy się ją wyprowadzi na rolę już-już zasiać się mającą, kołki się powyciąga i wtedy laka na kształt najgęściejszego deszczu wypuści się.


114. Aby latem chodzącego bydła gnoje się nie marnotrawiły, lecz owszem pożyteczniejsze się stały, albo te się grunta uprawiły, które przez dalekość wywożenie gnojów zatrudniają, zażywa się pospolicie hortowanie owiec /hort, hurt, urt – płot przewoźny ruchomy do ogradzania na polu owiec, bydła; słownik Lindego, T.1, s. 840/, miejscami hortuje się rogate bydło, a i z innym tożby pożytecznie czynić się mogło. Hortowanie zaś, na przykład owiec, jest to, kiedy latem na noc nie zapędzają się do owczarni, ale nocują na ugorze, ogrodzone sztukami płotu do przewożenia zdatnymi; po uznanej dostateczności uprawy jednego miejsca, posuwając się coraz dalej. Sztuka każda płotu powinna mieć łokci 7 i na sto owiec jedną część starych, a dwie części jagniąt, rachuje się takich sztuk 5. Im dłuższe są noce, tym więcej zostaje gnoju. Im lepszy jest grunt, tym mniej gnoju potrzebuje, i dlatego jesiennych długich nocy, podług widzianej dostatecznosci uprawy, i w nocy z hortami dalej posunąć się trzeba. Wymiarkowano, że letniej nocy jednej 400 owiec, średniego gruntu 25 prętów kwadratowych uprawić może. Po hortowaniu największą to jest szkodą, gdy zostawiony nawóz długo na słońcu i deszczach leży i nieprędko się w ziemię zaorze. Pożytek z hortowania wieloraki jest: wełna lepsza, gnoje wywiezienia nie potrzebują, etc.


115. Podobnym nieco sposobem hortować można z bydłem rogatym, wiele się tym sposobem uprawić może łatwiej, aniżeli furami gnoje wywożąc, osobliwie na miejsca odległe. Słyszałem, że się to już w Litwie czyni. Mogłyby się tak hortować w ugorach i wieprze; prócz gnoju, ryjąc dopomagałyby pulchności ziemi, a mądrym wnioskiem Pana Rieule, w jesieni na zeszłych pszenicach dzień i noc posuwając coraz dalej, mogłyby się hortować i gęsi.

Wielka Instruktorka.



 Jej pomnik w Kocku


Wiem, że będzie wielką niesprawiedliwością porzucenie teraz pism księdza Krzysztofa Kluka i nierozważanie ich literackiej urody na rzecz zajęcia się piśmiennictwem jego znajomej, nawet chyba zaprzyjaźnionej księżnej Anny Jabłonowskiej. Tyle w tym racji, że  nazwiska sporego grona oświeceniowych mistrzów łatwo przywołać, a mistrzyń...? Może dwie Izabele: Lubomirską, Czartoryską... i ile dam więcej? 


Główne dokonania na papierze Anny Jabłonowskiej są znacznie mniejsze objętościowo niż K. Kluka, liczą w sumie trochę więcej niż 700 stron, a z nich wynika jasno i wprost, że nie dorównuje mu ona jako stylistka, uprawiając polszczyznę zawiłą, poplątaną w zdaniu, czasem nawet toporną, czasem gramatycznie samowolną. Owszem, po polsku pisać umiała i lubiła, ale choć oboje nie uprawiali literatury zwanej piękną, czyli nie pisali powieści, poezji, czy przynajmniej pamiętników, to ks. Kluk, encyklopedysta, naukowiec potrafił opowiadać ciekawie i urokliwie, natomiast księżna nie umiała, ale za to posiadała talent niezwykły do pouczania, instruowania i zalecania. Nazwać ją można Wielką Instruktorką. Księżulo dbać nie musiał o wielkie gospodarstwo, a ona tak. On był intelektualistą, ona gospodynią, ale to on przyjeżdżał do niej, by korzystać z jej biblioteki. On opisywał słonia, choć może żadnego na wlasne oczy nie widział, ona opisywała jak kucharz ma rozbierać zabitego wołu i jeśli miała tu jakieś braki osobistego doświadczenia to chyba tylko w zabiciu zwierzęcia.

 

 


Choćby nie wiem, jak sobie tłumaczyć, że jej "Ustawy powszechne dla dóbr moich rządców" są niezmiernie ciekawe do czytania, instrukcja zostaje instrukcją, zaleceniem, regulaminem, zbiorem nakazów. To masz pan wiedzieć, to zapamiętać, to zapisać, tamto sprawdzić, tu zajrzeć, tego dopilnować, owo sporządzić, siamtego żądam, owamto zalecam – przy całej sympatii dla pani Anny, takich ordynacji i rozporządzeń wytrzymuję jednorazowo jako czytelnik ćwiartkę tomu, a jest ich osiem.


Powstało osiem ksiąg precyzyjnych zaleceń przełożonych na papier, a z drugiej strony była praktyka w której nie zdarzył się jeden rok, żeby księżna wyszła na czysto z długów. Nie ona wielkie dobra, to wielkie gospodarstwo w długi wpakowała, ale Jabłonowscy, a głównie książę Jan Kajetan jeszcze nim jej mężem został. Ona ze starych zadłużeń nigdy się nie wyplątała, ale, co tu kryć,  Wielka Instruktorka też i swoich narobiła już po śmierci męża. Parędziesiąt lat jechała na niespłacanych pożyczkach i kredytach. Może nie zamieniłyby się te pożyczki i kredyty w nóż na gardle, gdyby nie polityczna katastrofa całego kraju. Może, ale to tylko życzliwe domysły.


Mówimy o postaciach żyjących w Polsce w drugiej połowie XVIII wieku. Księżna urodziła się w roku 1728, zmarła w 1800. Za mąż wyszła mając 25-26 lat, a w roku 1764 została wdową po Janie Kajetanie. W tym czasie zdarzyły się największe nieszczęścia Rzeczypospolitej – trzy rozbiory, a na dokładkę konfederacje Barska, targowicka i Powstanie Kościuszkowskie. Przez ponad trzydzieści lat Anna Jabłonowska samodzielnie zarządzała w Kocku, w Siemiatyczach, w Wysokiem i w innych ziemiach, których historycy chyba nie ustalili dokładnie (ponoć było tego 11 miast, 107 wsi i 24 folwarki), gdyż to, co Jan Kajetan przypisywał sobie jako mu podległe, między puste przechwałki można włożyć. W pierwszych dwóch miastach miała księżna wielkie pałace, w trzecim też niemały zapewne, ale zdarzyło się w końcowym, dramatycznym momencie jej życia, że jej tu wpuścić nie chciał dzierżawca. 


Obchody 290 rocznicy urodzin księżnej w Siemiatyczach.

 

Od powstania Kościuszki, przez Powstanie Styczniowe i obie wojny materialnie z opisanego "Ustawami" dworu i gospodarstwa nie został nawet ślad. Dziś w Siemiatyczach, albo w Kocku celebruje się legendę o pewnym czasie, niezbyt dokładnie określonym, kiedy obie miejscowości rozkwitły ekonomicznie i zyskały rangę w kulturze w trzeciej ćwierci XVIII wieku. Można sobie wyobrazić, że było kilka lat, kiedy na wsi rolnictwo, w miastach trochę przemysłu, handel, administracja dworami (a i biblioteki, archiwa, nawet muzea księżnej) działały jak zalecała w "Ustawach", ale na pewno nie przez cały czas jej gospodarowania i panowania. Jeśliby jej twórczość piśmienniczą zakwalifikować jako jednak dokonanie literackie, przydatna byłaby tu kategoria utopii. Co nie zmieni faktu, że żadna historia literatury polskiej nie odnotowuje twórczości księżnej Anny Jabłonowskiej. Najłaskawiej pisano o jej dorobku "literatura gospodarcza". Próbowano sporadycznie i bez efektu szukać literackich kunsztów w jej listach, a już w ogóle lepiej tego nie robić wobec jej tłumaczenia traktatu o duszy. 


Czy jest jakieś grono, choćby w Siemiatyczach, w Kocku, gdziekolwiek zresztą, czytelników zamiłowanych w czytaniu "Ustaw" autorki Anny Jabłonowskiej? Czy odłożyć trzeba jej osiem ksiąg na półki bibliotek w akademickich wydziałach historii gospodarki polskiej, a na innych regałach nie ustawiać? Otóż wydaje mi się, że jest metoda, która by pisarkę Annę Jabłonowską przeprowadziła choć na krok za próg polskiego salonu literackiego. Krótko mówiąc – wystarczy zamienić jej pisarstwo regulaminowe na pisarstwo pamiętnikarskie.


Weźmy za podporę tego pomysłu przypuszczenie, a może i ślad dowodu w rachunkach, rozliczeniach zapisanych przez Jabłonowską-gospodynię, że zdarzyły się wyobrażone wcześniej lata tłuste. Byłoby co wspominać w latach chudych, zwłaszcza w ostatnich, kiedy w 1794 roku w zgliszcza poszły dwory siemiatycki i kocki, kiedy bank amsterdamski zażądał zwrotu kredytu, ponoć ani w najmniejszej spłacie nie spełnionego. Jeśliby księżna miała czas, siły i ochotę w ostatnich latach życia zajrzeć do swoich "Ustaw", dekadę wcześniej drukowanych w Warszawie, znalazłaby je jako rzewne wspomnienie zdewastowanych, minionych sukcesów, pamiątkę szczęśliwszego okresu, ślad pisarski po przeszłej chwale, po uznaniu ze strony najwybitniejszych Oświeceniowców polskich, z Krasickim włącznie. A jeśli ona sama tego w rozgoryczeniu nie zrobiła, co nam stoi na przeszkodzie tak właśnie jej "Ustawy" przeczytać? Zamienić Wielką Instruktorkę w mniejszego kalibru pamiętnikarkę, ale za to ciekawą nie tylko dla dłubaczy w postronnym piśmiennictwie polskim, ale za to sympatyczną do czytania dłuższego niż tylko przez paręnaście stron.


Zamienić praktycznie – zamienić czas przyszły trybu rozkazującego na czas przeszły trybu, powiedzmy, sympatycznego, albo i sentymentalnego. Przy okazji dotknąć tu i ówdzie przegadania, powtarzania, rozwikłać niezrozumiałą stylistykę, a przede wszystkim skrócić solidnie. Spróbowałem to zrobić w tym lub owym fragmencie i raczej nie wyłania się dzieło powalające urodą literacką, nie zanadto zbliża się do artyzmu stylistycznego ks. Kluka, ale przynajmniej nie jest tak nudne jak regulamin. Ciekawe o tyle, że ujawniające, wydobywające spod zaleceń, przepisów, nakazów wyobraźnię autorki, znajomość instruktażowej literatury naszej i obcej (sama wszystkiego nie wymyśliła), a przede wszystkim bystrość jej własnej obserwacji. Odsłaniają się teraz jej sposoby pozyskiwania wiedzy o detalach książęcego gospodarstwa od własnych, więcej wiedzących sług. Odsłania się osoba zafascynowana opisywanym światem, dworem, gospodarstwem, które nie tylko było, bo było, ale przy którym trzeba się było namyśleć i napracować.



Weźmy przykłady pierwsze z brzegu, z tomu 1:


«Przy dozorze krów w moim gospodarstwie takie powzięto ustanowienie, że chowanie bydła w stajniach nie tylko z porządku było potrzebne. Dworniczka folwarczna i administrator w tym zgodni byli, że i do wydatku dla przychówka pięknego i dla konserwacji obory było to koniecznie użyteczne. Podjęła się gospodyni strzec czystości w stajniach, wysypywała więc rynny piaskiem po wychędożeniu onych, ażeby odchód smrodem nie napełniał drewna i stajni nie zapaskudzał. Pastuch każdej nocy spał w oborze i tego administrator jak najprzezorniej doglądał. Zimno przeszkodą być nie mogło, bo raz że stajnia dobrze opatrzona, a po wtóre kożucha odzienie zaradzało zimnu i piekarnia była blisko do ogrzania się. Ustalono, że czas postawienia krów w stajniach to dzień pierwszy Listopada. Co do wypuszczenia onych na paszę zgodzono się, że dobrym będzie dzień pierwszy Maja. Zdecydowano poza tym, żeby latem krowy powracały na noc, ale już nie w stajni nocowały, lecz w okole pod niebem, gdzie postawiono im szopę na czas słoty. Sam okólnik zaś to już dworniczka i administrator doglądali, żeby czysto był trzymany i brukowany.»


«Na nawiezienie i utrzymanie gnojarni dozór miał Dwornik; podług zręczności przysposabiał do wrzucenia w nią wszystkich rzeczy, jako to : trzasek, liścia, tatarskiego ziela, mchu, kępiny, szlamu z sadzawek, mierzwy, starych snopków z gumien wygrabki, plewidło z pól i ogrodów, szuwary, trzcinę po lodzie w błotach i stawach koszoną, szyszki, krew z bydląt, ich paproszenia, przy rżnięciu kur lub innego drobiu; owo zgoła to wszystko, co gnój okrasić mogło i zrobiło go pożyteczniejszym.»


«Na nowin pierwsze oranie pańszczyzna dysponowana z siekierą wychodziła do podcinania korzeni zawadzających oraniu lub bronowaniu, strzeżono oraz, ażeby brony dobrze ponaciskane były; na twardym gruncie bronując w poprzek zagonów, a na niższych wzdłuż; pyrz grabiami po ubronowaniu sciągano na brzeg gruntu, któren wraz z wyciętymi osetami palono zaraz, nie zwożąc go do gnojarni, bo nasienie jego zwykło się konserwować i wywiezione na pole, znowu z gnojem odmładzało się i bujniej wyrastało.»


Jej pomnik w Siemiatyczach; nie z różami, lecz z księgą.




Pałac w Kocku, mal. Z.Vogel


W roku 1915 wydrukowano w Krakowie nakładem Akademii Umiejętności POLSKIE INSTRUKTARZE EKONOMICZNE  zebrane, ułożone, wydane przez dr. Stefana Pawlika, profesora Akademii Rolniczej w Dublanach (dziś Dublany to prawie przedmieścia Lwowa, na płn.-wsch. od miasta). Teksty instruktarzy pochodzą (oprócz pierwszego) z XVIII wieku, a przedostatnim w książce jest rozdział pt. "Ustawy dla rządcy dworu księżnej Anny Jabłonowskiej wydane po r. 1783". Z opisania tego dokumentu wynika, że dr. S.Pawlik znalazł go jako 32-stronicowy rękopis w bibliotece ks. Czartoryskich w Krakowie. Przypuszczał on, że te stronice stanowiły uzupełnienie dzieła głównego księżnej pt. "Ustawy dla dóbr moich rządców". Dzieło to wydano w Warszawie w oficynie drukarza królewskiego w roku 1786 w ośmiu tomach i liczy ono prawie osiemset stron, ale nie ma w nim owych rękopiśmiennych dyspozycji dla rządcy, czyli jak mówiono później – marszałka dworu. 

Przepracowałem tutaj około jednej trzeciej całego rękopisu, a i tak ten wybór może znużyć stylistyką, drobiazgowością, dlatego zaznaczyłem bardziej atrakcyjne kawałki niebieską czcionką.


Instrukcje księżnej mogłyby jako "Pamiętnik" wyglądać mniej więcej tak:



«Wspomnienia księżnej Anny Jabłonowskiej o powinnościach rządcy jej dworu. Około roku 1783 spisane.


Przezorność, pilność, wierność, roztropność ustawiczna na wszystko i na wszystkich atencja były udziałem rządcy mego dworu.


Ze wszystkich jego powinności ta była najpierwsza: strzec, ażeby żadna obraza boska we dworze cierpiana nie była, ażeby kroki wszystkich ludzi wiadome jemu były i tak z bliska upatrywane zostawały, żeby żaden występek ukryć się nie potrafił.


Szczęśliwie miał on i ten talent rządu, że wszystkich utrzymać mógł w karności, regularności i posłuszeństwie, ale i o to się starał, ażeby najmniej krzycząc i łając rząd swój sprawować.


Wiedział, że z pogardą wrzaskliwe jego rozkazy przyjmą i na ostatek zasłużą na kary, tam pospolicie najczęściej używane, gdzie karności nie masz. Wzajemnie także i ludzi wprawiał, ażeby  każdy odbywał w cichości swoją usługę; krzyk, hałas, przekleństwa nikomu do pracy nie pomagały.


Rządca nie pospolitował się z ludźmi, ani im rangę swoją pysznie przypominał. 


Tytuł »ojca» najwyższym i najchlubniejszym mu był, bo nosząc go w całej swojej terminu obszerności zapomnieć nie dawał wymiaru ani kary sprawiedliwej dla złych, ani łagodności dla dobrych, udzielając dla wszystkich tej miłosiernej atencji, która w chorobie ich i zdrowiu żadnej potrzeby uczuć im się nie dawała. Do tego punktu należał najpilniejszy dozór o chorych ludzi: nic nie chciałam mieć oszczędzonego, co do ich potrzeby i wygody należało. Raport o nich codziennie z rana był mi dawany, a do chętnych usług dla bliźnich w tym stanie będących wprawiać trzeba było i dwór cały, a niedbałych w tej mierze upominałam i karałam.


Rządca także uprzedzonym nigdy się nie pokazywał, trafiało się bowiem czasem, że jeden mniej, drugi gorzej służąc, oczekiwali większej pochwały za pochlebstwo, imię faworyta u rządcy chcąc sobie zjednać w czas, gdzie cnotliwy człowiek, ścieżek tych nie znający, zostawałby bez sprawiedliwej za swoje usługi względności.


Podobne rzeczy nie chciałam, żeby praktykowały się u dworu mego, żądając, aby  każdy według zasług wymiar miał swojej kary i nagrody, jedno jednak i drugie nigdy bez własnej mojej dyspozycji nie następowało.


Krzywda skarbu widziana i cierpiana być nie mogła przez rządcę, bo ta jego szczęściu nie pomagała, do wzbogacenia się nie przydawała łatwości, ujmowała szacunku, na który dobry sługa zawsze, w  każdej zwierzchności, zasługiwać sobie miał chęć. Krzywda skarbu uczyłaby we dworze niewierności zawsze wielkiej, kiedy to kradliby, co mieli w rękach, stąd więc wnosić należało, że wzięliby i co znaczniejszego, żeby im to było powierzono.


Subordynacja i regularność to były dwa filary rząd utrzymujące. Pierwsza była przyczyną egzekucji w rządzie najpotrzebniejszej. Ta jest pryncypalna rządu nauka, której i na moment uchybiać nie można było. Sługa nie egzekwujący rozkazy skarbu był nie sługą poczciwym, ale pierwszym i najgorszym zwierzchności swojej nieprzyjacielem.


Regularność była drugą rządów podporą, chcąc w nią ludzi wprawiać, trzeba ją było rządcy samemu zachować. Ułatwiałam ja sama rządcy swemu tej egzekucję, z siebie dając pierwszy przykład regularności godzin moich, tychże rozrządzenie i dla ludzi przepisałam, a do rządcy należało tak swoje regulować, ażeby wszystkie przystosowane były do  każdego rodzaju usługi, dozór jego nie schybiające.


Cokolwiek było w obrębie pałacowym, pod juryzdykcją rządcy zostawało, to więc dawało tę dla niego powinność, ażeby o żadnym kącie pałacu nie zapomniał,  każdy codziennie obchodził i wiedział, czyli wszędzie omieciono, opylono i porządnie ustawiono, a ci, którym zalecał wykonanie, pilnie tę swoją odprawili powinność. Przestępnych, leniuchów, niedbałych, karało się najprzód upomnieniem, za drugą razą raportowaniem mnie i wytrąceniem z kasy miesięcznej, w czasie jeszcze niepoprawy plagami i odprawieniem bez abszytu, lecz te wszystkie stopnie ukarania za moją własną były exekwowane wiadomością zawsze.


Rządca co piątek rewizję tygodniową domu całego robił z burgrabim, czy okna, latarnie nie potłuczone, zamki czy nie popsute, klucze czy nie pogubione, posadzki czy nie zapaskudzone i polane, stoły, stołki czy nie połamane, ażeby zaraz naprawić to kazał za pieniądze właściciela stancji lub dozorcy rzeczy, który koszt rzeczy odkupionych z miesiąców się wytrącało; nie mówiło się to o gościach, po wyjeździe których zrobiona rewizja, gdy co znajdowała zepsutego lub nie w swojej regularności zostawionego, doniesione było zaraz, ażeby dyspozycja moja nastąpiła do sporządzenia niezwłocznego, zawsze jednak i to należało do rządcy dworu, ażeby oko miał na liberię gościnną, którym nie pozwalano na nic takiego, co u własnego ich pana wzbronione im zostawało, jako to: z lulką chodzić, świeczki do ścian przylepiać, pudrować się w pokojach meblowanych, czesać się na stołkach obitych, pomadą, jedzeniem stoły, stołki zapaskudzać, rozlaniem wody i myciem się polewać, ocierać ręce firankami, wylewać nieczystość przez okna do ogrodów, dziedzińców, a często i po murze, włóczenie się w nocy po domu, krzyk i hałasu robienie i inne rodzaje rozpust, które cierpiane nigdy być nie mogły, wszakże upomnienia ich gdy prawa nikt nie ma, służyła przynajmniej im tu grzeczna przestroga, że w tym domu podobne rzeczy nie praktykowały się i cierpiane nie były.


Gdy o piątej ja sama wstawałam, tęż wstania godzinę cały mój dwór miał zachować, jeden więc z kamerdynerów miał sobie zdaną funkcję budzenia wszystkich i do szóstej wolna im godzina zostawała do sprzątnienia łóżek i ubrania siebie takiego, w jakiem mi się oni mogli prezentować. O szóstej zajdował rządca sam, czy wszyscy byli gotowi wykonywać obowiązki swoje, a te były najpierwsze: wszędzie pookurzać, poumiatać i poopylać podług podziału pokojów przez rządcę dla wszystkich podzielonego, ażeby  każdy wiedział, co ma sam zrobić bez użycia stróżów lub kozaków, do innych robót wcale należących. 


Szedł potem do kredensu, kuchni i piekarni, czyli uprzątnione i zamiecione zostały te miejsca przez białogłowy i kuchcików; kucharzy do przygotowania w kuchni posyłał i dla rozdysponowania białogłowie gotowania na stół rozchodni; kamerdynerom  kazał, ażeby się dowiedzieli po gościnnych pokojach, czy kto gdzie czego nie potrzebował, a o wpół do 7-ej kazawszy pierwszy raz na mszę św. dzwonić,  o 7-ej po drugiem dzwonieniu z dworem całym na słuchanie jej przychodził. Ja zaś od wstania mego przez te dwie godziny nikogo nie potrzebowałam do usług moich, po mszy więc przychodził do mnie dla podania mi regestru, co się dnia tego gotowało na stół rano i wieczór, i raportował mi oraz, jeżeli czego nowego nie miał i czyli nie potrzebował na cały dzień dyspozycji mojej, o którą się pytać w inne dnia godziny wcale dla mnie było niezręczno i niepięknie, chyba że przypadek jaki dawał tego nieodwłoczną potrzebę. 


Ode mnie wyszedłszy, obchodził powtórnie kuchnię, spiżarnię, piekarnię, cukiernię i dom cały, jeżeli jeszcze czego nie brakuje do udysponowania, a potem miał dla siebie czas wolny do godziny wpół do jedenastej. Liberya zaś, po mszy św. dokończywszy resztę swoich robót, do dziewiątej na ubranie się miała czas wolny, a tymczasem kamerdynerowie przedpokojów pilnowali. 


O godzinie 9-ej lokaje szli do przedpokojów do różnych im wyznaczonych robót, jako: kratki robić, siatkę wiązać, pisać, czytać, woskować, lub w ogrodzie co robić i inne tym podobne usługi, które, oddalając lenistwo, od gnuśnego i ospałego wstrzymywały ich życia.


Chodzili jeść na połowę podzieleni: jedni mieli godzinę od 10 do 11 na obiad, a w wieczór od 5 do 6-ej, drudzy od 11 do 12-ej obiad, a od 6 do 7-ej w wieczór; kiedy zechcieli, mogli się zmieniać na kolej  każdego tygodnia, ażeby raz prędzej, drugi raz później chodzili, zawsze jednak za opowiedzią rządcy.


Departament kuchni, piwnicy, kredensu i cukierni miał swoją wielką obszerność, bo składał się z kilkunastu osób, cale do innych usług nie należących, tylko jednych funkcji swoich patrzących, jako to byli: kucharze, kuchcikowie i stróże. Tych wszystkich powinności szczególniejszej attencji rządcy potrzebowały tem bardziej, gdy życie i zdrowie całego domu dependowało od ich źle lub dobrze wykonanej usługi. 


Najczęściej więc te miejsca rządca widział, jak prędko czystość zaręczała zdrowość powietrza tak potrzebnego w miejscach tych, gdzie dla utrzymania zdrowia pokarm gotowało się. Wybielanie najczystsze miedzi, wychędożenie rądli po każdem gotowaniu, rewizja ustawiczna, jeżeli sosy, potrawy, buliony, masła, mleka, octy, konfitury na noc w miedzi nie były chowane, nawet i na kilka godzin czy nie bywały stawiane, a tym sposobem zarażone. Czy potrawy z octem, z cytryną w radiach choćby pobielanych przyprawiane i gotowane nie były. Jeżeli czyste naczynia służyły do wody noszenia, jeżeli ta sama czysta używana, jeżeli cebrzyki inne do noszenia wody, a inne do pomywania były użyte. Jeżeli drób karmiony w kojcach nie zostawał. Jeżeli ludzie, mianowicie: białogłowy i kuchcikowie ochędożnie koło siebie w kuchni służyli, jeżeli ścierki do ścierania paskudztwa znowu do ścierania rądli, garków, użyte nie zostawały. Jeżeli wydatek  każdy miał swoją regularność i porządek. Jeżeli  każda rzecz na tym leżała ustawiona i schowana miejscu, które jej było wyznaczone. Jeżeli rozchód generalny niepotrzebnego nie mieścił wydatku i kradzieży nie dopuszczał. Jeżeli porcje wszystkich dochodziły wyznaczone. Jeżeli rozchód drew, węgli etc. miał swój porządny wydatek bez marnotrawstwa, jeżeli kucharze i kuchciki i inni z tego dyspartymentu ludzie pokryjomu czego nie wynosili. Jeżeli białogłowy, chłopcy, starownie całą kuchnię i oficynę oczyszczali, nie lejąc, ale ścierkami myjąc, chędożąc drzwi, okna, ławy, piece, posadzki, ściany, szafy, stoły, itd. 


Oprócz codziennej na tęż usługę attencyi i ochędostwa te były ogólne tego dyspartymentu powinności, w szczególności zaś:

Cały ten departament zachowywał godzin regularność podług ustaw dworu. Kucharze więc o 5-ej budzili białogłowy i kuchcików, o wpół do szóstej szli do omiecienia piekarni, kuchni i ogniów nałożenia. O szóstej samej przychodzili nastawiać na mój stół i zadysponować białogłowie gotowania rozchodu. O siódmej godzinie z kolei jedni pierwej, drudzy później mszy św. wysłuchiwali, a potem spokojnie jeść zaczynali gotować, ażeby na godzinę jedenastą stół kamerdynerów i dziewek na obiad był gotowy, a o szóstej dla tychże wieczerza, o godzinie 12 obiad, o siódmej wieczerza dla mnie, stół zaś rządcy o godz. 1, a wieczerza wspólna była ze mną, jak tylko na partykularnym jadałam ją stoliku.


Śniadań, podwieczorków i inne zbytków dowody w regularnym dworze miejsca mieć nie mogły, nie dlatego, ażebym kosztu żałowała, bo strata największa majątku mego miłaby mi była, gdybym jej istotną widziała przyczynę dla bliźniego, ale że podobne rzeczy zbytek znaczyły, nieporządek czyniły, uciemiężenie ludziom służącym przynosiły i pracę podwójną kucharzom i kredencarzom, ode mnie tylko samej płaconym, ażeby mnie tylko służyli, więc to na zawsze zakazałam. Sprzeciwienie kogokolwiek w tej mierze rozkazom rządcy za przestępstwo uznane było.  


Co do powinności gospodarstwa wewnętrznego  do rządcy należało w czas miesięcznych bytności moich tak mieć u siebie obkalkulowanych, ażeby, policzywszy, wiele czego potrzebował, to pewnie udeterminowane miał i pewnie wiedział, co i kiedy miało mu być dostarczone. Dlatego na dyspartymenta tygodniowe sam przy sobie odbierał krupy, mąki etc. (...)  drób czy dobrze jest karmiony(...)  mleka i sera branie (...)   ukarm świń (...)   ochrona drew, węgli (...) czy skóry bydląt bitych na kuchnię oddawane do magazynu (...) w octy uprowidowanie (...)


Wół na dwa tygodnie wystarczał u mnie na expens to jest na 10 dni, którego mądre i opatrzne urządzenie i rozdzielenie każdej potrzebie dogadzało, a że i w tej mierze doskonała wiadomość użyteczności każdego bydlęcia wiele dopomagała, więc ją tak kładłam: z wołu na kuchnię służyła polędwica,  mostek, oszyjek, łopatki, uda, kolana, ozór, flaki, wątroba, ogon, głowa, żebra i nogi.


Żółć służyła sukiennikom do chędożenia przed farbami sukna, malarzom do malowania miniatur, praczkom do prania tureczyzn, skóra na różne potrzeby, sierść z ogona tapicerom do wyścielania materaców i stołków, łój na razy i świece. Szpik przetopiony do ciast na potrawy i na ból w kościach do smarowania, z kiszek skórka na przekładanie bitego złota, pęcherz na różne potrzeby. Kości spalone i miałko przesiane dla malarzów służyły na farbę do miniatur, z nich także robiło się inkaust do druku. Z nóg kości palone służyły na maść robioną z oliwą na ból w nogach i kościach. Rogi służyły na grzebienie i inne tokarskie roboty, oraz na tasetki do latarń. Racice, skór kawałki, żyły, nogi, muszkuły, w wodzie warzone do gęstości, robiły klej na wszystko użyteczny stolarzom. Krew, rzucona w wodę, zbierała na łowkę ryby, w gnój wdana pól dawała dobrą uprawę; potrzebna też była na inspekta ogrodowe. Sos z wołu służył na zaprawę kuchennych sosów, a po łyżeczce używany leczył dysenterię.

Z barana mięso, ozór, nogi, ogon, na kuchnię, skóry na pergamina i kożuchy, wełna na sukna, tłustość na świece i inne lekarstwa, kości palone na farby, żyły na struny do instrumentów, róg, racice na klej. 

Z kozła tożsame użyteczności, co i z barana.

Z wieprza mięso, ozór, gardziel, ryło, uszy, nogi, krew, kiszki, sadło, wątroba, słonina do kuchni. Słonina do wielu maści używana była. Szczecina do szczotki, gnój na pola sapowate. (...)


Anna X. Jabłonowska W. B. (Wojewodzina Bracławska)»

° ° °




Słonia – jaki jest poza ogonem – opisanie...

przez dwóch autorów dawnych.



 


Zwierząt domowych i dzikich osobliwie kraiowych, historyi naturalney początki i gospodarstwo. 

Potrzebnych i pożytecznych, domowych chowanie, rozmnożenie, chorob leczenie, dzikich łowienie, oswoienie, zażycie, szkodliwych zaś wygubienie. 

T. 1, O zwierzętach ssących, 

przez KRZYSZTOFA KLUKA.


Drukarnia Xięży Pijarów

Warszawa

1809



Słoń jest największy między wszystkiemi ziemnemi, i w granicach zwierzętom wyznaczonych najrozumniejszy. Głowę ma nadzwyczajnie wielką, uszy długie, szerokie, grube. Oczy  wielkie   wprawdzie, lecz względem wielkości całego zwierza za małe. Nos gruby i tak długi, że  się ziemi tyka, nazywa się trąbą; ten jest mięsisty, nieco dęty i jak rura, giętki, taką moc mający, że nim Słoń drzewa z korzeniami wyrywać może, dla uczynienia sobie drogi przez gęste lasy; tym podnosi największe z ziemi  ciężary; ten mu służy do oddychania, i powonienia. 


Nos jego kończy się ostro, a na końcu  ma ruchomą chrząstkę z dwoma otworami, które  się podług upodobania otwierają i zamykają.  Bez tego daru przyrodzenia żyć by nie mógł; jego bowiem szyja jest tak gruba i tęga, że jej zgiąć nie może, i utraciwszy trąbę, utraca potym i życie. Pysk jest pod trąbą w dolnej części tak, że się z piersiami jednoż bydź zdaje. Język bardzo mały względem wielkości innych części. W szczęce ma tylko dwa zęby, dla starcia pokarmu, a dwa drugie dało mu przyrodzenie dla obrony; zaś w zwierzchniej   szczęce kilka stóp długie, od szczęki dęte, na końcu ostre. 

 

Dobry słoń ma więcej ciała, jak 4 lub 5 wołów. Zwyczajna miara Afrykańskiego Słonia, jest 9 lub 10 stop długości,  lub 12 wysokości. Z tej wielkości wnosićby należało, że mu ruchliwość jest przytrudna, jego przecież pospolity chód równa się prędkiemu biegowi człowieka, prędko zaś biegającego rzadko obaczyć można. Nogi ma grubą i mocną skórą powleczone. Skóra jego wszędzie się marszczy, miejscami tęgiemi włosami obrosła: jak zaś Afrykański, tak Azyatycki Słoń, jest prawie cały czarny. Ogon długi wołowemu podobny, nagi, na końcu obrosły. Jest błędem, jakoby w nogach nie miał żadnych stawów; z prawej przecież w lewą stronę z trudnością się obraca.

 Jak długo Słonica nosi w żywocie, jest niewiadomo; chowane bowiem nigdy się nie rozmnażają; powiadają jedni, że 18go, drudzy że 36 rodzi miesiąca, i że Słoń żyć może 150 lat. Pożywieniem jego są zioła,  liście, gałęzie, zboża, a jako 8 i 10 dni głodem przepędzić może, tak jeden w jednym dniu strawi tyle, ile 30 ludzi przez tydzień. Chodzą kupami po 50, 60, nie rozdrażnione ludziom nie szkodzą, owszem ułowione łatwo się do ludzi przyuczają. W Indyi i Afryce zażywają ich do wojny i ciężarów. Najdują się w Azyi, Afryce, w Państwach Abissynii, Monomotapy, wyspie Ceylan, a między niemi największe w Congo. Kula ołowiana płaszczy się o jego skórę, i rany nie czyni, chybaby między oczy i uszy trafiła, żelazna go tylko zabija. 


Głośne są roboty z słoniowej kości, które osobliwie są z zębów jego. Para zębów czasem i 4 cetnary zaważy; najlepsze zaś są z Wyspy Ceylan. Trafia się częstokroć, że Słonie ścinając drzewa, zęby sobie wyłamują; stąd tu i ówdzie całe sztuki słoniowej kości najdują się. Słusznie się wiadomi zastanawiają nad  taką wielością słoniowej kości, jak roboty okazują; musiałaby bowiеm liczba Słoni bydź niezliczona, co u zwierząt tak leniwie rozmnażających się bydź nie może. Podobno się tu innych zwierząt kości podszywają. 


° ° °


 

KAJA PLINIUSZA STARSZEGO HISTORYI NATURALNÉJ

KSIĘGA ÓSMA.

1-szy wiek naszej ery

Rzym


PRZEŁOŻONA NA JĘZYK POLSKI

przez JÓZEFA ŁUKASZEWICZA.

Poznań

1845



Księga VIII.

/fragmenty/ 


SŁOŃ

Największym z zwierząt i najbliższym, co do władz umysłowych człowieka, jest słoń; on bowiem rozumie mowę swej ojczyzny, słucha danych rozkazów i zatrzymuje w pamięci obowiązki, których się nauczył, znajduje roskosz w miłości i sławie, a nawet (co i w człowieku rzadkiem) słoń jest poczciwym, rozumnym i sprawiedliwym; oddaje cześć boską gwiazdom, słońcu i księżycowi. Niektórzy pisarze powiadają, że w lasach Maurytani schodzą się przy blasku księżyca na nowiu całe stada słoniów nad pewną rzeką, zwaną Amilus, i tam czyszcząc się uroczyście, kropią naokół wodą; a pozdrowiwszy tym sposobem gwiazdę, wracają do lasów, niosąc przed sobą znużone słonięta.

Znają nawet cudze obowiązki religijne; albowiem, według powszechnego mniemania, gdy za morze mają być  przeprowadzone, nie wchodzą na okręt wprzód, dopóki ich rządzca okrętu nie zwabi przysięgą powrotu. Widziano także jak chore z posród nich (bo choroby i te ogromne twory nagabują), leżąc na wznak, rzucaly  trawę ku niebu, biorąc ziemię niejako za pośredniczkę próśb swoich. W Indyach używają mniejszych, bękartami zwanych, do uprawy roli. 


(...) Pewną jest rzeczą, że słonia tępszego w pojmowaniu tego, czego go uczono, i ztąd czestokroć bitego, znaleziono w nocy na uczeniu się swojej lekcyi. (...)


Wiedzą one, że łup, za którym ludzie w nich się ubiegają, jest broń ich, którą Juba zwie rogami, Herodot zaś zębami. Dlatego zagrzebują je, gdy im przypadkiem, lub z starości wypadają. Te zęby stanowią właściwą kość słoniową; wszelkie inne kości słonia, jako te i tychże zębów części, które mięso otacza, są pospolitemi kościami. Pomimo tego zaczęto niedawno dla niedostatku (zębów tych) rżnąć kości te w tafle. Albowiem wielkie zęby rzadko się, prócz w Indyi, znajdują; reszta obrucona została na zbytki w naszej kuli ziemskiej. Po białości zębów poznaje się młodość. O te mają słonie największe staranie; ochraniają spiczastości jednego, aby nie byl tępym do walki, drugiego używają do zwyczajnych zatrudnień swoich, kopią nim korzenie i toczą ciężary; a otoczone od łowców, ustawiają na przodku te, które najmniejsze zęby mają, aby walka nie zdawała się nagradzać trudów; potem znużone, łamią zęby, utkwiwszy je w drzewa, i łupem tym wykupują się.


Mówią, że słoń spotkawszy przypadkiem człowieka błąkającego się w pustyni samotnie, jest względem niego łagodnym i uprzejmym i wskazuje mu także drogę. Ale spostrzegłszy ślady człowieka wprzód niż jego samego, drży z bojaźni zasadzek, stawa na pierwsze zwęszenie go, ogląda się, zżyma, nie postępuje tą drogą, lecz wyrytą ziemię rzuca najbliższemu (słoniowi) ten następującemu, aż dopóki wiadomość do ostatniego nie dojdzie; wtedy obraca się całe stado, powraca i stawa w szyku bojowym; tak mocne wrażenie czyni na wszystkich tych zwierzętach ów nienawistny zapach (nogi ludzkiej) chociaż ślady te nie bosemi po większej części nogami są wyciśnięte. 


Słonie chodzą zawsze stadami. Stado prowadzi najstarszy, zamyka je najmlodszy. Mając rzekę przebywać,  przepuszczają naprzód najmniejsze, ażeby za wnijściem większych w koryto rzeki, głębokość wody zbyt nie urosła. 


Z wstydliwości nigdy się nie parzą inaczej jak, tylko w ukryciu; samiec w piątym, samica w dziesiątym roku, po raz pierwszy. Parzą się zaś co dwa lata (jak powiadają) i nie dłużej jak przez pięć dni w roku; szóstego dnia pławią się w rzece, nie powracając pierwej do stada. Ani też nie znają cudzołóstw; nie ma pomiędzy niemi walk o samice, tak szkodliwych dla innych zwierząt; nie dlatego przecież, żeby im zbywało na gwaltownej miłości; albowiem powiadają, że słoń jeden w Egipcie kochał dziewczynę, handlującą wieńcami; żeby zaś kto nie mniemał, iż wybór jego był pospolity, dodać muszę, iż ją Arystofan, sławny grammatyk, bardzo lubił. Inny tak się zakochał w Menandrze, młodym chłopcu z Syrakuzy w wojsku Ptolemeusza, że ilekroć go nie widzial, jeść nie chciał. Juba powiada także, iż słoń jeden kochał pewną przekupkę maści.


Otoczone napastnikami, przyjmują we środek słabe, znużone lub też ranne, i zmieniają się jakoby na rozkaz i według planu. Schwytane oswajają się najłatwiej sokiem jęczmienia.

Chwytają je zaś w Indyi następującym sposobem: dozorca wyjeżdża na jednym z oswojonych już słoniów, a spotkawszy samotnie chodzącego, lub oddalonego od stada, uderza na niego; znużywszy go, przesiada się nań i kieruje nim jak pierwszym.


Oswojone używane są do wojny, noszą wieże z uzbrojonymi ludźmi na nieprzyjaciela i rozstrzygają po większej części bitwy na Wschodzie. Łamią szyki wojowników, gniotą uzbrojonych. Ale te właśnie zwierzęta najmniejsze kwiczenie świń przeraża, a ranne lub przestraszone, cofają się z niemałą klęską wlasnej strony swojej. Afrykańskie słonie obawiają się  indyjskich, nie śmiejąc nawet spojrzeé na nie, albowiem i wielkość indyjskich jest znaczniejsza.


Że samice dziesięć lat płód noszą, mniema pospólstwo; podług Arystotelesa rodzą po dwóch latach i nigdy więcej nad jedno słonie; żyją po dwieście, a niektóre nawet po trzysta lat. Dojrzalość ich zaczyna się od sześćdziesiątego roku. Lubią szczególniej rzeki i około nich tułają się, nie mogąc dla wielkości ciała pływać. Zimna znieść nie mogą; jest ono dla nich największem złem; prócz wzdymania i biegunki, nie doznają innych rodzajów chorób.


Z zwierząt najbardziej nienawidzą myszy, a postrzegłszy że ta dotknęła się  ich paszy w korycie, brzydzą się tą paszą. Największa mękę sprawia im połknięcie w napoju pijawki, albowiem gdy się ta w krtani zawiesi, nabawia ich nieznośnego bólu.


Skóra słonia najtwardsza jest na grzbiecie, na brzuchu jest miękka; szczecią nigdzie nie są okryte, nawet nie mają jej w ogonie dla odganiania od siebie naprzykrzonych much; (albowiem i to ogromne zwierzę dręczą muchy) ale ich skóra jest kraciasta i nęci rodzaj tych stworzeń zapachem. Gdy więc na rozpiętej skórze całe roje siędą, ściagnąwszy nagle w fałdy siatkę skórną, gniotą owady. To służy im za ogon, grzywę, sierść.


 Słonie wydaje Afryka z tamtej strony syrtyjskich pustyń i w Maurytanii; są one, jak już powiedziano, i w Etyopii i w kraju Troglodytów; ale największe rodzi Indya, równie jak i węże, będące w ustawicznej wojnie i nieprzyjaźni z niemi; są zaś te węże tak wielkie, że je łatwo opasują i zawiązaniem węzła duszą. Ale walka takowa sprowadza obudwom śmierć, albowiem zwyciężony padając przygniata ciężarem swoim opasującego węża.