sobota, 1 czerwca 2024

Tecia, Lucja i Leonia – panny Knollówne, pisarki.

  


Czerwiec 2021


Zszarzałe znaki dawności

O Teci-Tekli i o jej pisarstwie

a dokładnie:

Tecia, Lucja i Leonia – panny Knollówne, pisarki.




Okładka tygodnika Bluszcz, rok 1934, nr 1.



Tekla Knoll-Wittigowa


Wieczór Trzech Króli



„Gdzie żeś był synu, wczora i zawczora?

Czyś się z gwiazdami swarzył, czy z księżycem, 

czy cię przyjazna wstrzymała Aurora?“

„Nim się z gwiazdami swarzył, ni z księżycem, 

ni do Aurory jasnowłosej biegłem,

w srebrnej kolebce złote dziecię strzegłem“.

 

(Tłumaczenie z nowogreckiego Al. Chodźki). 




W dzień wilji, od rana, na ulicy,  w sklepie i w domu wre ruch spieszny gorączkowy, który zdaje się być dalszym ciągiem dnia wczorajszego, gdy tymczasem nawskroś przezeń tka się już zwolna milcząca ściana Święta — ta sama, która, z zabłyśnięciem pierwszej gwiazdy, oddzieli dom rodzinny od całego świata.

Potem będzie już tylko szelest siana pod obrusem, suchy szept snopka, opierającego się w kącie i szmer życzeń, błogosławieństw, nabrzmiałych łzami trwogi, wspomnień i radości. 

Ryby i grzyby, kapusty i mąki — zszarzałe znaki dawności — chodzą kręgiem po stole...




Za stroniczkę, za póltora wstawię całość opowiadanka, długie nie jest, ale najpierw kim była autorka.




1.


 


Pani Tekla Knollówna, dla przyjaciół Tecia, lub jak później się podpisywała, Knoll-Wittigowa, była poetką i choć pisywała opowiadania, wyposażała je tak hojnie w nastroje poetyckie, że w nich prozaiczna proza "tkała się z wolna" i z mozołem.   


O jej mężu i o jej bracie mamy sporo wiadomości, nawet o nich książki napisano, a o niej w notkach na temat obu panów w Wikipedii nie ma nawet słowa. Nazywała się Tekla Wittigowa z domu Knollówna. Mąż miał na imię Edward, a brat – Roman.


Urodziła się w Kijowie, w roku 1886, była od Romana o dwa lata starsza. Najpewniej miała jeszcze siostrę, ale nie wiem, czy starszą, czy młodszą i być może był drugi brat. Nigdzie nie znalazłem jednej zwartej notki biograficznej o Tekli. Wszystkie informacje znajdowałem przypadkiem, to tu, to tam i żadnego porządniejszego biogramu też nie ułożę.


Pierwsze wrażenie przy odczytywaniu jej twórczości to siła nastroju, działającego zanim jeszcze da się jasno zrozumieć o czym napisała wiersz, szkic lub opowiadanko.  Czy tu ukrywam opinię o grafomaństwie i nieporadności pisarskiej pani Tekli? 

Tak. 

Panna Knollówna, czyli bodaj od roku 1920 pani Wittigowa, była grafomanką w nie mniejszym stopniu niż Hela Mniszkówna i Stasia Przybyszewska. Ale może tym się od nich różniącą, że jej nieporadności literackie (w nawiedzeniu tworzone), nie powstawały z namysłu prozatorskiego, ale z poetyckiego natchnienia. To ostatnie zaś bywało, jak wynika z wierszy, bardzo przemożne i nieustępliwe. Jako doznanie duchowe, emocjonalne, metafizyczne (czy jak je zwać), na pewno pannę Teklę zachwycało i mobilizowało artystycznie. 


Ale... pomiędzy natchnieniem a finalnym utworem poetyckim znajdują się narzędzia tak toporne, rzemieślnicze, pospolite, przyziemne i materialne jak słowa. Ze słowami panna Tekla miała kłopoty. Te kłopoty poetyckie nie rozwiązywały się, oględnie mówiąc, gdy przychodziło do twórczości prozatorskiej.



Wieczór Trzech Króli


W dzień wilji, od rana, na ulicy,  w sklepie i w domu wre ruch spieszny gorączkowy, który zdaje się być dalszym ciągiem dnia wczorajszego, gdy tymczasem nawskroś przezeń tka się już zwolna milcząca ściana Święta — ta sama, która, z zabłyśnięciem pierwszej gwiazdy, oddzieli dom rodzinny od całego świata.

Potem będzie już tylko szelest siana pod obrusem, suchy szept snopka, opierającego się w kącie i szmer życzeń, błogosławieństw, nabrzmiałych łzami trwogi, wspomnień i radości. 

Ryby i grzyby, kapusty i mąki — zszarzałe znaki dawności — chodzą kręgiem po stole, poczem, w słodkim blasku stu świeczek zatańczy pod choinką wielki pajac, wyjdą z pudełek i oprą się o ścianę pod kanapą długie szeregi żołnierzyków, a gry — wielkie kartony, wymalowane w ptaki, gwiazdy i okręty — zajmą pół pokoju. Tu i tam po ubawionej podłodze będą migotały nogi dziecka w czerwonych trzewikach i niejedna zabawka, pchnięta jego radością, potoczy się ze śmiechem w uprzątnięty, ciemny kąt pokoju.

Właśnie otworzono fortepian, właśnie zaczęto niezgodnie próbować "Bóg się rodzi", gdy zabrzmiał dzwonek u drzwi wejściowych.

Dzwonek w wieczor wigilijny? Za drzwiami słychać było szumne szmery, tupot nóg, głośne oddechy.

Drzwi w wieczór wigilijny są zamknięte zupełnie i, zdawałoby się równie trudno je otworzyć, jak ścianę, która jest obok. Ale w końcu trzeba było rozsunąć ciężkie zasłony i rygle, przekręcić klucz i – weszli.

Było to Słońce, Orzeł i Wiatr.

Tłoczyli się jakby ich było stu. Weszli z blaskiem, chrzęstem i muzyką, która uniosła się wysoko pod sufit. Przedpokój odrazu stał się ich pełen, rozpychali wszystkie ściany.

Matka nie chciała ich wpuścić do środka, ale ojciec powiedział:

– Przecież to są Trzej Królowie, niech wejdą. – I otworzył naoścież drzwi pokoju.

Naprzód weszło słońce – olbrzymi chochoł złocisty w słomianym wieńcu, czarnemi oczyma, błyszczącymi jak stukrotne dżety, oświetlając wnętrze. Za niem z trzaskiem pchał się wiatr w płaszczu, pełnym dzikich gałęzi, w zmarźniętych głogach i jagodach. Ostatni cicho i srogo zawitał orzeł – istota z piór i skrzydeł, potęgi i możliwości. Przechodząc, zaczepili obrus świąteczny, wywrócili krzesło i mimo świecącej choiny poszli ku wielkiej kanapie, gdzie rzędem usiedli.

Teraz szukali dziecka, wszak dla niego tu przyszli. Stało naprzeciwko z jasną, świecącą głową i w czerwonych pantoflach. Matka myślała, że się przestraszy, ale gdzieżtam – patrzało ciekawie, lśniącemi oczyma, po chwili uśmiechnęło się nawet. I co powiesz? Niewiadomo kiedy, a już stało koło nich i śmiało się głośno, podczas gdy oni, nachyleni ku niemu, szeptem mu coś opowiadali.

Choinka paliła się samotnie i cicho, jak zapomniana ofiara, pajac leżał rozkrzyżowany na podłodze, żołnierze przewróceni tworzyli kupę rupieci, wszyscy widzieli tylko plecy dziecka, jego radosne skoki, wreszcie usłyszeli okrzyki szczęścia, któremi przyjęło dary Trzech Króli: orle pióra, złoty wiecheć słomy i świstawkę!

Wtedy goście wstali i za orłem wyszli, słońce na ostatku. Wychodząc, odwracali się ku dziecku, uśmiechając się doń, ono kiwało ręką na pożegnanie. Po schodach szli z szumem, wlokąc za sobą gałęzie i słomiane suknie, poczem zamknięto za nimi drzwi, rygle i zasłony, ale choinka już zgasła – wieczor wigilijny był skończony.

Rodzice patrzyli przez okno na gwiazdy swego dzieciństwa, swej młodości, swej miłości, oglądali Oriona, gdy witał ciche Święto ramieniem w niebo wzniesionem, wsparty na zgiętem kolanie. Poczem poszli razem na dobranoc do dziecinnego pokoju.

Kołdra była odrzucona, łóżko puste. W mroku pokoju dojrzeli dziecko, stojące boso przy oknie, w krótkiej nocnej koszuli – w świetle ulicznej latarni lśniły na głową jasne włosy i bielała ręka, unosząca firankę. Dokąd wybiegły tak oczy dziecka, że nie słyszało naszego wejścia i stało jak wrośnięte, nie czując zimna podłogi?

Spojrzeliśmy także.

Naprzeciw okna, u węgła sąsiedniego domu, tuż za naszym ogródkiem stali Trzej Królowie w pełnym blasku śniegu i ulicy. Cienie ich ogromne, gałęzie, wieńce i pióra, wielekroć wyolbrzymione, poruszały się na jasnej ścianie domu splątanym żywiołem. Trzy pary oczu lśniły ku nam upartym blaskiem. Za nimi szła ulica w nieznaną głąb świata, błyszczało niebo wędrowców, łukiem rozwierały się chmury nocy i brzasku, kolebka nowego słońca.

Dziecko, ukołysane, niechętnie wróciło do łóżka, pod ciepłe ramię matki, między zaciszne zasłony spoczynku. Za chwilę spało jednak głęboko. U jednego boku czuwał żółty pluszowy niedźwiedź, u drugiego siedział aksamitny pies. Rozwichrzone i rumiane marzyło pod zamkniętymi powiekami zwycięski chrzęst i łopot dzikich skrzydeł życia.


Bluszcz, nr 1, 1934.

* * *




2.



Na opowiadanie pod tytułem "Wieczór trzech króli" natrafiłem przypadkiem w tygodniku "Bluszcz" z roku 1934. Nazwisko autorki – Tekla Knoll-Wittigowa – nie mówiło mi nic. Ale opowiadanie było tak bulwersujące, że nie mogłem oprzeć się poszukiwaniom, kim była, co pisała. Kiedy żyła? Gdzie? Co za osoba? Z jakiej rodziny? Czemu nie notują jej historie literatury? 


Uroda tekstu pani Tekli rozśmiesza, ale i fascynuje dziwacznością stylu, pomysłami językowymi, jawnym wręcz nawiedzeniem pisarskim. Nie był to utwór w "Bluszczu" bardzo zaskakujący, bo na jego łamach popisy nawiedzonych prozatorsko, poetycko i we wszelkich rodzajach pisarskich były obecne nieustannie przez dziesiątki lat jego istnienia od połowy XIX wieku do drugiej wojny.


Ta jednak opowieść tak szczególnie śmiało plątała polszczyznę w najmniej spodziewane metafory, amplifikacje, animalizacje, oksymorony, zresztą we wszelkie sposoby stylistyczne, że nawet w "Bluszczu" się wyróżniała.


Widać z tekstu, że uczucia i wzruszenia wielkie targały sercem pisarki, że jej wyobraźnia słała na kartkę strugi obrazów i wrażeń, że idee snuły się w niej i wokół niej stadami skrzydlatymi, i że pani Tekla stukająca w maszynę, czy też pisząca piórkiem gęsim lub stalówką, palcami na klawiszach stukać nie nadąża i także z maczaniem piórka lub stalówki w kałamarzu, więc spóźnia się z wybieraniem z rojących się natchnień słów właściwych i że je bierze spontanicznie, jak Muza daje. Jaka jest – według Muzy – materia, czy też metafizyka ściany, że może ona się tkać, tego rozszyfrować nie potrafię.


* * *




Ilustracja do książki Tekli Knoll-Wittigowej pt. "Tajemnice Krystyny".



3.

Że jej ojciec, Lucjan, był adwokatem w Kijowie, wiadomo z informacji biograficznych o jej młodszym bracie – masonie i aktywnym polityku w II Rzeczypospolitej.  Matka, dwojga imion Maria Tekla, była de domo Statkowska. Pan Lucjan urodził się w 1859 roku w Żrebkach Małych na Wołyniu, żona była o rok od niego młodsza, kiedy zmarła, nie wiem; on zaś zmarł podobno w Wiedniu w 1907 roku, a pochowany został w Bazali na Wołyniu w posiadłościach Lubomirskich, na wschód od Zbaraża, (później bardzo blisko granicy II RP, ale już poza jej obszarem). 

Brat Roman przyjechał do Warszawy w roku 1918, ale Tekla zapewne była już tam o wiele wcześniej, skoro prof. Radziszewski z Politechniki Warszawskiej na posiedzeniu wydziału matematyczno-przyrodniczego 6 lipca 1908 przeczytał ze swego artykułu pt. O alkoholach tolyloetylowych taką wiadomość: "Przy żmudnem otrzymywaniu większych ilości bromków była mi pomocną p. T. Knollówna, której składam wyrazy szczerego podziękowania."


Czy zdobyła wykształcenie na wydziale chemicznym na uniwersytecie w Kijowie, czy w Warszawie? Jaka część rodziny i kiedy wywędrowała z Kijowa do Polski? Czy Tekla pojechała sama do Warszawy, a brat i być może dwie...? albo trzy...? siostry zostały jeszcze ładne parę lat z rodzicami, Lucjanem i Marią, w Kijowie?


Osiem lat później, 15 czerwca 1916 roku, prof. Miłobędzki na posiedzeniu Koła Chemików w siedzibie Stowarzyszenia Techników "w imieniu p. T.Knollówny, p. A.Sachowskiego i swojem przedstawił prace tyczące się alkilowania fosforynów jako też izomeryzacji pod działaniem środków alkilujących" – odnotowano w Kurierze Polskim.


Kiedy objawiła się jako poetka i prozatorka?


W warszawskim magazynie Gospoda Poetów z roku 1921 znajduje się w (humorystycznej?) kronice zatytułowanej  "U Poetów" dziwna adnotacja: "Prf. Politechniki – Tekla Knollówna już się nazywa i pisać będzie inaczej". Co oznacza "już się nazywa"? Czy to, że po zamążpójściu zmieniła nazwisko? A zatem żart towarzyski...?  Średnio smaczny - bo co? przedtem była po panieńsku bezimienna? Bardzo prawdopodobne, że w pierwszej  połowie 1921, a może jeszcze w 1920 roku wyszła za mąż – za znanego już wówczas rzeźbiarza, Edwarda Wittiga, słynnego później z monumentalnych pomników w Warszawie. Edward, jak jej brat Roman, był masonem. 


Końcówka kronikarskiej notki świadczy o tym, że z dokonań na poetyckiej niwie panna Knollówna znana była w środowisku warszawskim dużo wcześniej. Jej nazwisko zapisał humorysta-kronikarz obok żartobliwie formułowanych wieści o takich między innymi osobach, jak prof. Ejsmond, Mirandola, Młodożeniec, Wierzyński, Staff, Okołów-Podhorski, Lechoń, Makuszyński. Oto fragmencik o Leopoldzie Staffie: "...zebrał piękne, mieniące się skorupki swoich dawnych utworów i lepi z nich rzecz nową p.t. "Szumiąca muszla", istotnie muszla ma piękny połysk, kontury kunsztownie rzeźbione i – gdy przyłożyć ucha – szumi, ktoś kiedyś żywy w muszli mieszkał, ale dawno z niej wyszedł, muszla wewnątrz jest pusta."


W roku poprzednim, 1920, opublikowane zostały dwie książeczki autorstwa panny Tekli Knollówny – Opowiadania oraz Poezje


Nie były to prace debiutanckie. 


Magazyn Nowina, wydawany przez Koło Samopomocy przy Towarzystwie Literatów i dziennikarzy Polskich w Warszawie, w edycji na lata 1914/15 (5300 egzemplarzy) notuje wśród autorów (na przykład: I.Grabowski, A.Lange, A.Półtawski, J.Kotarbiński, Wł. Tatarkiewicz) Teklę Knollównę.


W roku 1916 Kurier Polski anonsował kolejny numer wydawanego w Warszawie miesięcznika Sfinks, a w spisie treści utwór Wiosna autorstwa T.Knollówny.


W Dzienniku Politycznym z roku 1917 jest anons podwójnego numeru 4-5 Myśli Polskiej, a w nim obok tekstów Miriama, Struga i Irzykowskiego utwór pt. Pantomima Tekli Knollówny.


Gdybym miał przypuszczać, kiedy panna Tekla, chemiczka z wykształcenia i zawodu, ale artystycznie, literacko wrażliwa i ambitna, zadebiutowała jako literatka, postawiłbym na rok 1910 – wiek dwudziestu czterech lat to dobry czas na debiut. I rzeczywiście jest w zasobach internetowych utwór  pt. Cudo kwiat w miesięczniku Prąd autorstwa jakiejś panny Knollówny. Nie ma jednak pełnego imienia, tylko pierwsza litera – J.  Pomyłka? – całkiem możliwa wobec nieznanej debiutantki. Zwłaszcza jeśli w rękopisie duża litera J napisana była bardzo podobnie do dużej litery T.  Czy raczej jakaś inna panna Knollówna? Siostra Tekli? Z porównania tego tekstu do utworów prozą i wierszem naszej Tekli nie wynika bezspornie, że pasowałby do jej tylko stylu, bo takim stylem pisały naówczas tuziny, a na dodatek jest  jeszcze bardziej pompatyczny, egzaltowany, górnolotny i przesadny, niż utwory z książeczek z 1920 roku i z tekstów z lat późniejszych w Bluszczu. Jeśli jednak ktoś pomylił inicjał imienia to raczej redaktor niż zecer, bo "J.Knollówna" stoi i w spisie treści i w podpisie pod tą poetycką (nawiedzoną?) prozą. 


Załóżmy zatem z plotkarskich skłonności, że to był debiut literacki panny Tekli. Jeśli ktoś mi udowodni, że jednak nie, lub sam znajdę dowody przeczące, odwołam tę supozycję.


                   CUDOKWIAT.


        A kiedy zamknęli mi świat moich marzeń promiennych, kiedy mi   zabrali prawo życia i zamknęli w ciemni i pustce bez końca, a słońce   zgasło dla moich źrenic, choć ogłuszona tem, wyciągałam bezustannie   ręce do świata i życia, którego istnienie gdzieś niedaleko siebie   przeczuwałam. Ale naokoło były tylko głazy zimne i ciemnie nie   przejrzane. Wtenczas skupiłam wszystkie moje siły na okrzyk, któryby   przebił ściany, na okrzyk rozpaczy. Ale tylko mój własny głos odbił się zamierającem echem i znikąd nie otrzymałam odpowiedzi. Wtedy,   gnana strachem, zaczęłam pędzić przed siebie, lecz zaporę, stawiły  milczące, nieczułe głazy. Sił mi zabrakło i padłam na ziemię i tuliłam   się do niej, szukając pomocy, ale mi odpowiedziała milczeniem. I   wówczas zawrzał we mnie gniew, rzuciłam się na mury i szarpałam je,   ale tylko z rąk moich spłynęła gorąca krew rubinowa. Opadłam   bezsilna;  nadaremnie szukały oczy w ciemności przedmiotu, na   którym by spocząć mogły, i uszy napróżno usiłowały dźwięk  jaki   pochwycić. Bezsilne opadły powieki i zakryły mi ciemności! I oto   zobaczyłam w sobie odbicie świata, do którego tęskniłam. Zobaczyłam   blask słońca, odbijającego się tysiąckrotnie w ruchliwej fali i drzew   wielkich konary, i brylanty szronu, i łąki kwietne i twarze ukochane...


Trysnęły łzy palącej tęsknoty za chwilami, któreby mogły powrócić,   któreby mogły przyjść. I płynęły obficie łzy mojej tęsknoty i padały    na ziemię niemą. A kiedy otworzyłam oczy ujrzałam przecudnej   barwy kwiat promieniejący. Kielich jego był pełen słodyczy życia. 


Delikatne pałeczki były jak struny napięte i wydawały przecudną   melodyę.


A kwiat cudny, wykwitły w jeziorze moich łez, był tak piękny, żem   stanęła olśniona i nie wierzyłam o czom swoim. Blask jego był tak   silny, iż podniosłam ręce, aby zasłonić oczy, lecz znalazłam puste  oczodoły i dopiero wtedy wszystko pojęłam. Cudokwiat był moim   światem wewnętrznym i dopóki oczy moje mogły widzieć to, co   otaczało je nazewnątrz, nie mogłam spojrzeć w siebie. Ukochałam   ślepotę ócz moich i głuchotę moich uszu, ukochałam życie moje,   które się nigdy nie skończy i piłam z kielicha kwiatu słodycz bez   graniczną. Pojęłam władzę własną, urobiłam sobie koronę z kielicha   kwietnego i stałam się królową nad królowe. I jasność wieczna stała    się towarzyszką moją dozgonną i odtrąciłam słońca promienie co   rwały się do mnie żeby paść u mych stóp, odtrąciłam życie, które   wołało za ścianą. 

                


                J. Knollówna

                T. Knollówna???



            * * *





Ilustracja do książki Tekli Knoll-Wittigowej pt. "Tajemnice Krystyny".




4.



Najpewniej w roku 1924 pani Wittigowa powiła dziecię płci męskiej i nadano mu imię Marcin. Wiadomo to o tyle, że w roku 1941 miał lat siedemnaście. Można w sieci znaleźć kilka fotografii (rodzinnych, by tak rzec), choć żadnej z całą trójką rodzinną. Niemożliwe, żeby takich nie robiono, zapewne nie ocalały przez wojnę, albo są w jakichś nieznanych archiwach. Marcin od małego oczy miał cokolwiek niebiańskie, jakby zdziwione, rozmarzone i mgliste, a dosadniej mówiąc – trochę nieprzytomne. Wiadomości nie mam o nim prawie żadnych, mniej niż o jego mamie, Tekli. Co robiła poza uczelnią, w jakich kręgach bywała? Zapewne znała wielu masonów, być może przyjaźniła się z Nałkowską. Chyba była blisko osób redagujących i piszących do tygodnika Bluszcz. Czy gdyby te środowiska bliżej rozpoznać to i o pani Wittigowej czegoś więcej można by się podomyślać?


Z notatki w Dzienniku Nałkowskiej wynikałoby, że w zaprzyjaźnionych kręgach (literackich?) nazywano ją Tecia – familiarnie, przyjacielsko, ale jakby z pobłażaniem (jak w Gospodzie poetów). A może nie, może na panienki o imieniu Tekla mówiło się wówczas zwyczajowo Tecia? Nie znam tej części książki pt. W kręgu Skamandra, J.Stradeckiego, w której wspomniał on ją na stronie 278 z panieńskiego nazwiska – przy jakiej okazji? – nie wiem. Zdziwiłbym się, gdyby wyszło, że Skamander publikował kiedykolwiek cokolwiek z twórczości panny Knollówny.


Skąd przypuszczam, że oprócz brata Tekla miała ze dwie siostry?  Gdy pisała ona do Bluszcza już "się nazywając", pojawiły się na łamach tygodnika dwie inne Knollówny – Lucja i Leonja. Ta druga być może nie uprawiała własnej twórczości, lecz tylko tłumaczyła z francuskiego, ale ta pierwsza, Lucja, publikowała w tygodniku i prozę i wiersze kilka razy. Możliwe, że obie były siostrami naszej Tekli, bo w jej opowiadaniu pt. Ostatnie święta (Bluszcz, nr 51-52, 1924), gdzie jest najwyraźniej opisana sytuacja rodzinna i to chyba z czasów, gdy mieszkali w Kijowie, występują brat i siostra młodsza (a więc była i starsza?). Recz o tyle niepewna, że były w Warszawie rodziny o nazwisku Knoll i to wśród elitarnych dość kręgów, więc ambitne panny z literackimi aspiracjami mogły pochodzić nie tylko z kijowskich Knollów. 


Przy okazji z opowiadania o Ostatnich świętach możemy wyobrazić sobie matkę, panią Marię Teklę – przy białym, świątecznym stole zasiadała u szczytu, a "...była maleńka i miała wielkie, szafirowe oczy. Z uśmiechem patrzyła na zebranych." Dowiadujemy się też, że brat miał "bronzowe oczy, promienne jak wiosna". Dziwne odcinanie domu od zewnętrznego świata podczas Wigilii i nieoczekiwanie gości, przedstawione w Wieczorze trzech króli, tutaj znajduje potwierdzenie. Także i tu ktoś niespodziewany wtargnął na salony, ale nie był to bajkowy jeden z króli, lecz włóczęga w łachmanach. Worem, który targał na plecach zaczepił o choinkę, którą przed wieczerzą ustawił brat, i przewrócił drzewko na podłogę. Czy nieznajomego ugoszczono, czy wyrzucono – Tekla nie opisała. Zakończenie opowiadania, oddzielone gwiazdkami jest niezwykle dramatyczne i aluzyjne, ale ponieważ było ono dedykowane Rodaczkom z Kresów, one na pewno wszelkie aluzje doskonale rozumiały:


Ktoś pozostał, kto widział potem pustynię i zniszczenie, biały dzień, oświetlający wyrwane podłogi, strzaskane szyby, pamiątki garścią rozsypane w błocie z drogi.

Myśmy nie widzieli.

Dla maleńkich dzieci chowamy tajemnicę dalekiego domu rodzinnego, który zgasł nagle w całym blasku Święta. Dla nich bijące serce wspomni każdą chwilę wieczoru i na pachnącej gałęzi zawiesi brylantową gwiazdę młodości. Dla nich złotą i srebrną nicią zaprzędzie czarną, głęboką szczelinę dnia dzisiejszego.

A one przywołają dobre duchy domu, błądzące dotąd pomiędzy srebrnemi gwiazdami.



To na pewno było wspomnienie z bardzo dawnych lat (wydrukowane w 1924 roku) i niezwykle mroczne, właściwie złowróżbne, mające oddawać nie tylko rodzinne, ale i powszechne wówczas wśród Polaków nastroje.  Może chodziło o Święta w roku 1904 lub 1905, jeśli potem panna Tekla wyjechała na studia akademickie do Warszawy, na zawsze opuszczając rodzinny dom (...ktoś pozostał, kto widział...)?  To mroczne, ponure opowiadanie poprzedzał tekst też jej autorstwa, ale już dotyczący czasów współczesnych (1924), a więc – przynajmniej według oczekiwań – znacznie pomyślniejszych:



NA DZIŚ


Zmierzch wigilijny!... 

Śpią cicho pola pod śniegów liljową bielą, śpią cicho lasy pod szronów srebrną okiścią. 

Przyroda Polski śni swój zwykły, bogactwem przyszłych uroków zapładniający sen zimowy... jak zawsze, jak dawniej, jak przed laty... a przecie dziś jest ...inaczej! 

W powietrzu mżą teraz jakieś drgania, jakby miljony... miljardy... świeżych uśmiechów dziecięcych. 

W srebrnych świeceniach zmierzchu są jakieś tony, jakieś blaski nowe, jakieś przebłyski nieba, których ongi nie było!.. 

Uśmiech płynie przestworem, uśmiech, którego ongi nie było!.. 

Polska jest wolna!...

„Czy temu słowu zajrzeliście w duszę?“

Nie! Zaprawdę – nie!

Bo, gdyby tak było – spłynęłyby nam z serc wszyst­kie jady, wszystkie nienawiści... i żółć rozczarowań... i go­ rycz niechęci do własnego Państwa, do własnych rządów naszych– i ślina szkalowań... i brudna chciwość zysku... i zwierzęca chęć użycia... spłynęłyby nam z serc... łzami przeolbrzymiej, wszystko przemieniającej radości!... 

Jeszcze temu „słowu" nie zajrzeliśmy w duszę!

Bo, gdyby tak było...

Odkrylibyśmy w sobie siłę, która jednałaby nam 

wszystkich nieprzejednanych – i dalekich – i obcych –

Bo, gdyby tak było –

Znalazłby się w rękach naszych cud realizacji... ...Każde pragnienie mocne i szlachetne, każdy zamiar 

prawy i braterski, każda myśl śmiała i każde sławo lotne stawałoby się na ziemi naszej i we współczesności naszej – ciałem i powszednim chlebem naszego żywota!... 


* * *




Ilustracja do książki Tekli Knoll-Wittigowej pt. "Tajemnice Krystyny".




5.



      Podczas wydarzeń opisanych w Ostatnich Świętach włóczęgę wpuściła do domu "młoda siostrzyczka", a nie "młodsza" jak z rozpędu przeczytałem. Tekla opisała sytuację niemal z fotograficzną drobiazgowością: 


"Po wieczerzy nigdy nic się nie dzieje (...). Wtedy-to nieznana ręka zastukała w szybę ciepło otulonych drzwi od ogrodu.

Pierwsza podeszła młoda siostrzyczka i uchyliła firanki – dotąd widzę jej szczupłe plecy i na nich dwa cudne ciemne warkocze. Matka wstała z fotela i patrzyła w tę samą stronę, wszyscy przycichli i zwrócili za nią oczy.

Z początku nie widzieli nic, oprócz białego obrąbka śniegu za szybą. Niebawem jednak z wrogiej ciemności, pod ciepłe światło choiny spojrzały oczy zabrzękłe, łzawe i natarczywe; nad oczami mierzwił się płowy łeb nędzarza, dół twarzy ginął w cieniu okiennej ramy.

Wszyscy milczeli, gdy tymczasem, spojrzenie przybysza, z poza mgły błagania, chciwie weszło do domu, aż dotarło do jego serca i lepło do ścian.

Siostrzyczka miłosierną ręką przekręciła krzywy gwóźdź, którym zabito drzwi na zimę i szarpnęła klamką."


Czy ta siostrzyczka miała na imię Aleksandra? Skoro podkreślone zostało, że była młoda, to różnica wieku musiała być spora. Aleksandra Knollówna urodziła się w roku 1897. Była zatem o jedenaście lat młodsza od Tekli; o dziewięć od Romka, który ustawiał choinkę i przyczepiał do gałązek świeczki. W Warszawie mówiono na nią Ala. Tak też nazwał ją Witkacy w zakopiańskim liście do swej żony Jadwigi z 27 maja 1927 roku: "Minkiewiczowa przyniosła te smutne wiadomości – przedtem czytałem i wierzyć nie mogłem, że to Ala. Myślalem, że to samobójstwo z powodu B. Tak jest jeszcze gorzej." 


Właściwie jedyne, co o niej wiem na pewno to ów smutny i ostatni fakt śmierci "młodej siostry" z cudnymi warkoczami.


Panna Knollówna młodsza zmarła ponoć po ciężkich cierpieniach 5 kwietnia i Witkacy zapewne czytał pośmiertne o niej wspomnienie w gazecie. Zaprzyjaźniona z Jadwigą, z obojgiem była pewnie blisko, przecież Witkacy coś wie o niejakim (niejakiej?) B., a dwa lata wcześniej, pisząc z Zakopanego w Sylwestra dodał w liściku do żony: "Ja kłaniam się pani Ali". Poprzednio, latem tego roku, 1925, pod koniec sierpnia Witkacy wysłał żonie pocztówkę, a na niej podziękowania, chyba za przypomnienie, by do panny Knollówny list sprokurował: "Dziękuję b., ale już pisałem do Ali". Jaka to mogła być okazja na list do niej? O czym pisał? I czy ona mu odpisała?


Dziewięć dni po jej śmierci zamieszczono w Kurjerze Warszawskim wspomnienie o niej. Tekst jest tak zwięzły, prosty, żurnalistycznie informacyjny, i napisany tak niewymyślną, zrozumiałą polszczyzną, że z trudem tylko przypuścić można, aby stworzyła go Tekla. Aleksandra miała liczne zapewne grono przyjaciół – pod koniec roku 1927 jej "KOLEŻANKI I KOLEDZY" zamieścili w Kurjerze anons, że o godzinie 9 min 30, dnia 12 grudnia "w dniu imienin ś.p. Aleksandry Knollówny odprawiona zostanie w kościele św. Krzyża Msza św. żałobna za spokój duszy Zmarłej". Ktoś z tego grona napisał trzy kwartały wcześniej kwietniowe wspomnienie, może  przez starszą jej siostrę uzupełnione w szczegółach:


"Ś.p. Aleksandra Knollówna urodziła się w roku 1897 w Kijowie, jako córka Lucjana Knolla, znakomitego prawnika i wielkiego działacza społecznego na kresach. W r. 1915 ukończyła w Kijowie gimnazjum Peretjatkowiczowej. W tymże  roku wstąpiła na wydział filozoficzny kolegium uniwersyteckiego, za rektoratu Ludwika Janowskiego.

Tu rozpoczęła się jej praca społeczna na terenie wyższej uczelni, mianowicie organizacja "Bratniej pomocy". W kolegium przebywała 4 trymestry, poczem oddała się pracy w szkolnictwie polskiem.

Jako nauczycielka w szkole założonej przez Tow. popierania polskiej szkoły średniej, pracowała od września 1920 r. do końca 1921 r. wykładając język polski i historję po 30 godzin tygodniowo. Jednocześnie była sekretarką rady szkolnej. Praca ta w wyjątkowych podjęta warunkach – pod kontrolą komisarzy bolszewickich – wymagała wyjątkowego trudu pod każdym względem, a jednocześnie dawała ogromne pole do działalności narodowej, której też ś.p. Knollówna oddawała się z całem poświęceniem. Urzędowe świadectwo, wydane przez zarząd Macierzy polskiej w Kijowie, stwierdza, że ś.p. Knollówna "obowiązki swe nauczycielki pełniła w najtrudniejszych warunkach politycznych i materialnych, często bezinteresownie, zawsze z oddaniem się sprawie narodowej, nie szczędząc sił ani zdrowia dla dobra dziatwy i młodzieży polskiej."

W 1922 r. ś.p. Aleksandra Knollówna przybyła do Polski i wstąpiła na wydział historyczny uniwersytetu warszawskiego.

Jednocześnie rozpoczęła pracę w dziedzinie szkolnictwa, mianowicie na kursach wieczornych dla dorosłych.

Będąc mieszkanką "Ogniska im. kr. Jadwigi" przy placu Dąbrowskiego, a później "Domu akademiczek" przy ul. Górnośląskiej, zyskała takie zaufanie ogółu mieszkanek, że wybrano ją do rady nadzorczej spółdzielni akademiczek, a także wybrano ją na delegatkę do komitetu zarządzającego.

Z głębokiego umiłowania wiedzy czerpała ten spokój i radość, któremi się jej życie odznaczało, Życie to było pracą i miłością.

W zeszłym miesiącu miała złożyć swą rozprawę doktorską. Miesiąc, który miał uwieńczyć ten wysiłek, stał się miesiącem jej zgonu; zmarła d. 5 kwietnia, przeżywszy zaledwie lat 30."



Była więc, jak widać córką adwokata Knolla, ojca przecież Tekli, Romana i może jeszcze kilku panien, ale czy jej mamą była pani Maria Tekla z domu Statkowska? Redaktorzy tomu Listy Witkacego do żony podają w przypisach, że jej matką była Gabriela ze Stankiewiczów. Skąd mają tę wiadomość, nie wiem. Czy pan Lucjan miał dwie żony? Czy w ciągu jedenastu lat dzielących urodziny Tekli i Aleksandry adwokat owdowiał i ożenił się po raz drugi? To nie jest niemożliwe.


    Przypuszczalnie nigdy już nie będziemy pewni, czy za białym stołem siedzącą w fotelu panią o wielkich szafirowych oczach mamy sobie wyobrażać jako Marię Teklę, czy jako Gabrielę.


* * *



6.



   W historyjkach z tomu Opowiadania pani Tekli jeden jest właściwie wiodący temat i motyw, jedna jest ich postać wspólna i główna, choć każde opowiada o innych ludziach i akcje dzieją się w różnych miejscach i sceneriach.


    Opowiadania wydane były w roku 1920, w tym samym kiedy i tom Poezje. Do swych utworów prozą panna Knollówna ułożyła następujące motto:


    "Prawda zawisa lekką stopą na granicy rzeczywistości i marzenia."


    W następnym odcinku opiszę pokrótce nad czym konkretnie prawda zawisła swą lekką stopą, włącznie z paroma cytatami, a na razie jedno opowiadanko z tomiku o muzyku Stanisławie. Nosi ono tytuł Gość jego, czyli wspomnianego Stanisława. Można się domyśleć, kim jest ta postać...






GOŚĆ JEGO 

Na granicy oddalającego się dnia i licznie zapalanych świateł nocnych kołysze się wiotka tajemnica niektórych przeznaczeń i, naprawdę, żadna moc jasności dziennej, ani czar ciepłego płomienia lamp nie zdobędą dla siebie tych dusz zaklętych nierozerwalną sieć międzyświetlnej otchłani. 

Wiem też, że gdy Stanisław, wszedłszy, zapalił światło i spuścił czerwone portjery od trojga drzwi kwadratowego salonu, to zdało się przez chwilę, że płomień liznął ognistym oddechem wnętrze pokoju, — niezasłonięte, wysokie okna spojrzały dwojgiem głębokich, szafirowych oczu i wszędzie, na granicy spojrzeń tych, zakręcił się nagły, opętany, bezszelestny i bezpamiętny wir. 

Gdyż kto zgadnie, czy ten, wbrew może jego woli powołany do istnienia, a przecież unikający sam siebie uniesieniem rozpętania, świat nie jest ruchomym, kryjliwym czyśćcem wszelkich niedokończonych? I stąd może na tem pograniczu czuję zawsze jęki i wzdychania, czuję nieustanne targanie się czegoś, co jeszcze należy do życia.

—    —    —    —    —    —    —    —    —    —    —    —    —

Gdy Stanisław usiadł na czarnym fotelu z niskiem, okrągłem oparciem przed fortepianem i nagle podniósł pokrywę nad klawiszami, zabłyszczały one stamtąd jakoś drapieżnie i niepokojąco. Więc też zaraz uniósł w górę swe ogromne, silne ręce i cisnął je na zęby fortepianu, aż się ugięły i ulękły, a całe czarne ciało instrumentu rozebrzmiało ogromnym głosem. 

Na gibkiej krawędzi olbrzymiej głębokości zmierzchowego nieba i jarzącej jaśni lamp zakołysał się niewidzialny przez nikogo dreszcz, coś się w nim posunęło krótkim, lecz nieodwołalnym ruchem poprzecznym, poczem realny świat za oknami stał się bardziej jeszcze podobny marzeniu. 

Stanisław grał wielką siłą ciała — mało o czem pamiętał. Lewa ręka poszła w dół fortepianu i wyprowadziła stamtąd jakąś pieśń; pieśń uczepiona u palców, wpłynęła za ich wolą w morze ogólnej harmonji i raz przez nią porwana, zaczęła dopływać silniej — harmonia urosła nieco i zakołysała się, jak żywa. 

Coś z pogranicza dwóch świateł wpadło między rozwichrzone palce i zaczęło po ruchomych zębach fortepianu plątać się i wić w niedobre zwoje. Trzeba było się skupić i zwrócić uwagę, od czego przez kark i czaszkę nawewnątrz szedł ucisk i niepokój. Na karku szczególniej zaczęło to uczucie rosnąć, a okrągliło się w upartą pieczęć. 

Wtedy z mahoniowego krzesła, niedalekiego oknom, spojrzały na niego jasne, blade oczy Nieznajomej i twarz jej woskowo biała, sztywna, ze straszliwą, krwawą plamą ust, zadrgała. 

Niepokój przenikliwym obłokiem wszedł w ciało grającego i on to zawołał do lewej ręki. 

„Głośniej, mocniej rwij pieśni od swego czarnego brzegu! Klinem, krzykiem, bólem wrzynaj się zrąb harmonii!". 

Od czego harmonia jakby wzrosła znów o całe piętro fali morza, ale nie mogła pozostać tak, bo Nieznajoma wstała sztywno, jak rzecz martwa, poruszana nienaturalnem życiem i cała nowa fala niepokoju, jak stado spłoszonych nietoperzy, pomknęła od zbiegu świateł, znacznie już teraz posuniętego ku oknom. 

Czarna, taftowa suknia Nieznajomej, krótka, w dużych falbanach, stała koło niej i u szeroko odsłoniętej, długiej szyi, sztywną obręczą, — breloki przy ruchu zachrzęściały rzęsiście. Cała przegięła się na bok i na nowej, wzniesionej fali pieśni poszła w taniec o krótkim rytmie, twarzą wciąż przed siebie w kierunku grającego. 

Harmonia spiętrzyła się, jak wichura. Uderzyła raz i drugi o brzeg, zawisła — spadła. 

Nieznajoma z chrzęstem sukni i breloków wchodziła głębiej w swój taniec. Były to dwa kroki w lewo, dwa w prawo, wciąż prawie w tej samej płaszczyźnie; nieznacznie jednak posuwała się naprzód. 

Dzień przygasał i różowy blask świateł, spływających z pod powiek lamp, od sinej głębi z za okna dzieliła już tylko smuga szerokości ręcznika. Niedługo miało już trwać życie przeklętych i pieśń lewej ręki wpływała już teraz nieustannie w pęd harmonii, nabrzmiały znów, jak rozpętana głąb morza. 

Siłą rwie, siłą pęta, z nóg wali, burzy pokonywany do ostatka, gdy życie mu za nic. Gdy troska o istnienie spada z ramion twych przygiętych, jak zgubiony płaszcz, gdy wiesz, że nie uratujesz trwania żadną ofiarą, wtedy wzgardą żywota łatwo rozwalisz przegrodę twej nienawiści i ona razem z tobą, o pijaku nieśmiertelności! legnie u twego grobu, pogodzona zgonem. 

Coraz śpieszniejszy taniec ogarniał Nieznajomą: była teraz, jak niesamowite drzewo wierzby, w noc potępieńczą wykręcane burzą. Członki jej gięły się i odskakiwały, bez żadnej inicjatywy życia, tylko jak narzędzie kary i przeznaczenia. Czerwona plama ust migotała, jak wizerunek bolesnej róży, miotanej Wichrem. 

Głowę Stanisława ogarnął suchy szelest i dźwięk breloków. Serce stanęło nagle przed spiętrzoną ścianą zagłady i olbrzymi kamień milczenia padł ciężko w spieniony szał męki. — 

Struna harmonii uleciała z niego, zostawiając po sobie wątłe iskry, które spływały oderwanemi dźwiękami z bezwładnych rąk, pozostawionych na klawiaturze. 

Mechanicznie zwróciła się głowa Stanisława ku Przeznaczeniu. Wtedy Nieznajoma, na jedno mgnienie zawieszona u ciszy, spadła mu na usta, wbijając krwawy gwóźdź pocałunku głęboko aż po serce. 

Krew zczerniała w nim, wsparła się o straszliwe dotknięcie zimnego ciała w jedwabnej sukni — zamarła. Ręce zsunęły się z klawiszów, a głowa z barkami, przerzucona przez niską poręcz fotela, zwisła wstecz, jakby chciała spojrzeć w oczy odeszłemu dniowi. 

Nie było go już. Cień nocy zmylił ślady. Złote światło wieczoru opierało się o krawędzie czarnych, niezasłoniętych okien... 


* * *


7.





Cofnijmy czas osobom utrwalonym na powyższym zdjęciu o mniej więcej trzydzieści siedem (37) lat. Wtedy nikt jeszcze nie wie, że kiedyś zjawi się płowowłosy, wielkooki Marcin, za to jego mama, Tekla ma w tej dawnej chwili lat siedem i rozgląda się po świecie wzrokiem dokładnie, wypisz-wymaluj, przyszłego Marcina (w jego dziecięcych oczyskach z ojca rzeźbiarza lśni spojrzenie matki poetki). W tym czasie na dziewczynkę mówią Tecia, a ona poetyzuje na ludowo z zacięciem nie gorszym niż Maria Konopnicka:


Kołysz się, kołysz, wiatrowa kołysko

I płyńcie sny moje, daleko nie blisko...


Tecia ma "gęstą, równo uciętą czuprynę" i wygląda na to, że dorosła pani Tekla polubiła fason swojej dziecięcej fryzury na całe życie. 




Ilustracja do opowiadania SŁOIK KONFITUR



Że trzeba nam było z roku 1930 (prawdopodobnie) przenieść się w rok 1893 (najpewniej) wynika z opowiadania o tytule SŁOIK KONFITUR z książeczki pt. TAJEMNICE KRYSTYNY. Są to bajki o czterech dziewczynkach i jednym chłopczyku – o Krysi, Hani, Marylce i Teci oraz o Romusiu. Z tych pięciorga dzieciaków Tecia i Romuś to nasi, bliscy już, znajomi. Ile które z nich ma lat, wiemy tylko o Teci – że siedem, i o Krysi – że trzy. Wiemy, że Hania jest młodsza od Marylki, ale która ile sobie liczy latek – nie wiadomo. Bardzo możliwe, że obie umieją już czytać – Hania wyraźnie przepada za książkami, a to by znaczyło, że obie chodzą do szkoły i liczą sobie – jedna pewnie 9 lat, a druga 11. Możliwe, że ze wszystkich najstarsza jest Marylka. Kiedy urodziła się Tecia, bohaterka zdarzeń w SŁOIKU KONFITUR, pani Maria Tekla miała 26 lat, a kiedy urodziła Krysię miała lat 30 i byłby to rok 1890. Romuś urodził się w 1888. Pan adwokat zapewne lubił czynić pomnażanie rodziny ze swoją młodą żoną, ale czy jej to wychodziło bez szwanku na zdrowiu i czy rodzenie dzieciaczków co dwa lata było spełnieniem jej marzeń – można wątpić. 


Cztery lata po pojawieniu się Krysi urodziła się ś.p. Aleksandra i jej matką była prawdopodobnie pani Gabriela, druga żona adwokata. W smętnej wizji losów rodziny, były to cztery lata mieszczące w sobie kobiece komplikacje po ostatnim porodzie, w konsekwencji owdowienie pana Lucjana, żałobę po Marii Tekli oraz poślubienie Gabrieli. Jak dotąd w żadnym tekście panny lub pani Tekli nie wypatrzyłem aluzji do obrazu złej macochy. I to może jest jaśniejsza strona rodzinnych przypadków.

 




Mała Krysia jest bohaterką wydarzeń czarodziejskich – raz na pluszowym misiu, w wigilijny, śnieżny wieczór, wyjeżdża niepostrzeżenie z domu na odległy posterunek żołnierzy polskich – na szczęście, bo – przypomnijmy: jest rok prawdopodobnie 1893 i okolice Kijowa, gdzie mieszkali Knollowie, znajdują się w zaborze rosyjskim. Drugim razem odlatuje pod chmury za porwanym przez wiatr parasolem; kiedy indziej rozstrzyga skomplikowane animozje dwóch lalek; zaś najbardziej tajemnicze przygody zdarzają się jej, kiedy zamiast spać w łóżeczku, ucieka z dziwnym dziadkiem na bal chińskich kukiełek i do domu wraca nad ranem, niesiona w magicznej lektyce przez miasto i ogrody.


Romuś też ma swoje przygody. Przyszły polityk, stale rozważający, jak utrzymać siłę i bezpieczeństwo Polski, nieustannie rozpatrujący najprzeróżniejsze zagrożenia wojenne, ma w książce swoje dziecięce przygody z polskimi żołnierzami i z tajemniczym rycerzem, obrońcą wolności, i nie może się doczekać, kiedy wreszcie dorośnie i też weźmie udział w bataliach o Polskę.


Natomiast Tecia przeżyła swą fascynującą przygodę w spiżarni. Dostała się tam ukradkiem, bo dzieciom wstęp był wzbroniony i kiedy promyk słońca przez uchylone okno zaświecił na słój smażonych wiśni, zobaczyła w nim drzwiczki i  weszła w królestwo czerwonych owoców oraz duszków wiśniowych kwiatów. I byłaby się nie wydostała, bo gdy promyk przestał oświetlać szkło, drzwiczki zniknęły. Szczęśliwie wróciła służąca ze świeczką oświetlającą promykiem szklaną ściankę i znów się pojawiły tajemne drzwiczki. Tecia uwolniona, chyłkiem wymknęła się ze spiżarni.


Dlaczego Tecia w ogóle weszła do tego pomieszczenia? Ano dlatego, że "zapatrzyła się w otwarte drzwi spiżarni, gdzie właśnie krzątała się panna Joanna (...) szerokiemi, uważnemi oczami ogarnęła ciemną głąb i westchnęła. – Ach, gdybyż choć raz poznać, zbadać, zmierzyć te tajemnicze, czarodziejskie zakamarki."


Nie sama jednak przygoda Teci w krainie wiśni jest istotna w opowiadaniu. Otóż traf chciał, że zapatrzyła się ona w "ciemną głąb", akurat kiedy miała Krysi zawiązać rozluźnioną kokardkę. Trzylatka skorzystała z nieuwagi siostry i pobiegła za uciekającym  kotem. Tecia ocknęła się w czerwonym słoju, wciąż ściskając kokardkę małej. I wtedy doszło do niej, że pozostawiła siostrzyczkę bez opieki. W jednej chwili z oczarowania popadła w rozpacz. Kiedy w końcu świeczka ją uwolniła, pobiegła szybko odszukać Krysię.


I tutaj mamy opisik tego, jak Tecia przewiduje, co się z powodu jej niefrasobliwości stanie: "Po drodze przelatywało jej przez głowę przeczucie wszystkiego, co ją spotka za chwilę – ile oblicz niespokojnych, a nawet gniewnych, ile zapytań i wyrzutów – trudno, wszystkiemu trzeba będzie odważnie stawić czoła (...)."  A to znaczy, że już parę razy wcześniej musiała mieć podobne "wiśniowe" przygody, gdy w poszukiwaniu tajemnic i zakamarków, sekretnych duszków, ukrytych światów, innych widoków niż codzienne i dróg prowadzących w nieznane, zapominała zrobić coś ważnego, nie wykonywała wydanych poleceń, narażała siebie i innych na mniejsze czy większe niebezpieczeństwa. 


Tym razem wszystko skończyło się szczęśliwie. Tecia znalazła Krysię w łóżeczku i zanuciła jej nieco odmienioną kołysankę z ludowej przyśpiewki, albo z naśladowania Marii Konopnickiej:


Kołysz się, kołysz, wiatrowa kołysko

I płyńcie, sny Krysi, daleko, nie blisko...



Są jeszcze w tym wszystkim sny smażonych wiśni, które uwięziona Tecia śni w słoju. Do tego dodajmy wykrycie pachnących dusz suszonych grzybów i będziemy mieli szkic do nawiedzeń panny poetki.




Książeczkę Tajemnice Krystyny nazwano w króciutkim prasowym anonsie "wdzięczną powiastką". Znajduje się on w dłuższym tekście Wydawnictwa Gwiazdkowe w dzienniku Kurjer Polski, nr 345, z niedzieli 17 grudnia 1922 r.,  ale anons jest naprawdę znikomy: "Śliczne w swej prostocie ilustracje dał p. Wacław Roguski do wdzięcznej powiastki p. Knoll-Wittigowej p.t. "Tajemnice Krystyny". 

Kilka stron dalej w tym samym numerze Kurjera jest jeszcze płatne ogłoszenie Instytutu Wydawniczego "Biblioteka Polska" o Nowościach Gwiazdkowych, więc między innymi: "KNOLL WITTIGOWA T.: Tajemnice Krystyny. Z dwubarwnymi ilustracjami W. Roguskiego, w kolorowej okładce."


Nie było chyba gorszej okazji niż w ów dzień zawracać głowę ludziom nowościami wydawniczymi. Było to bowiem nazajutrz po zabójstwie prezydenta Narutowicza. Wielką część gazety poświęcono tragedii. Ale nie ten fatalny przypadek zdecydował o losach literackich pani Tekli. Po trzeciej książce nie wydała żadnej innej, tylko pisywała sporadycznie do Bluszcza. Można przyjąć niemal z pewnością, że macierzyństwo, wychowanie Marcina było przez całą resztę jej życia sprawą najważniejszą.




 

8.



Zdumiewającą odwagą popisuje się Ala (ś.p. Aleksandra) w opowiadaniu Ostatnie Święta, kiedy sama z siebie – podczas, gdy inni nie wiedzą, jak zareagować na stukanie w szybę i w strachliwym oczekiwaniu patrzą na panią domu (Gabrielę) – rusza samowolnie, bez oglądania się na matkę, ku drzwiom i otwiera je włóczędze. Widać, dziewczynka miała specjalne przywileje w rodzinie, a że nie specjalnie troszczyła się o gniew rodziców, to jedyna spośród gromadki rodzeństwa nie obawiała się działać, jak sobie umyśliła.


Dla pozostałej piątki dzieciaków Gabriela była macochą. Ale atmosfera w rodzinie adwokata Knolla wydawała mi się idylliczna, bo nie znajdowałem w tekstach panny Tekli napomknień, czy aluzji do postaci złej macochy. Nie znajdowałem, bo czytałem nieuważnie. Zauważmy – w tej opowieści działa tylko dwoje dzieci: brat, który wnosi choinkę i ośmiela się instalować i nawet zapalać świeczki oraz siostra ("młoda"), która otwiera drzwi (Romek i Ala). Reszta dziewczynek, a było ich przecież cztery, siedzą jak trusie. Romka przywileje, syna, jedynaka, chłopca, były najwyraźniej bezsporne i respektowane przez macochę, a jaki był ówczesny status jego czterech rodzonych sióstr? – to są zdetronizowane księżniczki.


Dokładniusieńsko takie sformułowanie znajduje się w jednym z tekstów Opowiadań panny Tekli Knollówny, wydanych w 1920 roku:


"Niewinny promień (słońca), myśląc może, że się zabłąkał do dalekiego kraju bajek, kędy widywał sypialnie karłów, dortuary znienawidzonych przez macochę córek królewskich, zabłąkane apartamenty zdetronizowanych księżniczek, uśmiechnął się, spływając po niebieskim nakryciu łóżka (...)."


Ten tekst to opowiastka pod tytułem Schronisko w Borzechowie. Ma ono za temat główny dziecięce nieszczęście, opisane w stylu panny Tekli – poetyzująco i alegorycznie. W zbiorku dwudziestu pięciu Opowiadań, wśród tytułów na przykład takich jak: Bezsenna noc, Ostatnia wiosna, Motyl i róża, Bajka o śpiącej królewnie - on jeden brzmi realistycznie, z realnością wręcz geograficzną. Zdarzenia w innych nowelkach dzieją się w krainach baśniowych, albo sennych, albo tak nie-z tej-ziemi, że nie wiadomo gdzie. Tylko w tym jednym akcja rozgrywa się w miejscu wyraźnie nazwanym i łatwym do odnalezienia na mapie. Żadne z opowiadań panny Tekli nie zaczyna się od tak dokładnie przedstawionego miejsca akcji: "Stary, opuszczony dwór, oddany na schronisko dla miejskich dzieci (...)".


Zanim opowiem, co się w tym dworze stało, dam parę ustaleń z realnej geografii i historii. Istnieje do dziś wieś Borzechów – nie bardzo daleko na południe od Lublina, mniej więcej dwadzieścia pięć kilometrów, i leży na trasie między Niedrzwicą Kościelną a Opolem Lubelskim. Ma ta wieś długą historię, bo aż od roku 1413. Zachowała swą nazwę od rodu właścicieli – o nazwisku Borzechowie, choć oni ją już w 1462 roku sprzedali. Jeszcze późniejsi właściciele, to ciekawy przypadek, od nazwy wsi zmienili sobie nazwisko z Grotów na Borzechowskich. 


Pod koniec XIX wieku któryś z ostatnich posiadaczy, zapewne z Dłuskich, nomen omen, zadłużył dobra borzechowskie tak dalece, że Towarzystwo Kredytowe Ziemskie rozparcelowało je w 1892 roku. Od tamtej pory niszczały niezamieszkane zabudowania dworu (już wiemy od panny Tekli, że był "stary, opuszczony,"), w końcu czynniki administracyjne  ustanowiły tam schronisko, czyli dom dziecka, albo konkretniej: typowy "bidul". Kiedy? – czy jeszcze w XIX wieku, czy już w XX? –  nie wiem. To właśnie na ten dom zaświecił, w jego okna się zabłąkał "niewinny promień" zachodzącego słońca. "Podczas I wojny światowej dwór został całkowicie zniszczony." – napisano na internetowej stronie gminy Borzechów.


Czy to się stało 29 lipca 1915 roku, czy może w ciągu następnych wojennych lat?


"Rosjanie wycofywali się, a wówczas ruszył silny, podzielony na trzy podjazdy pościg." – relacjonowała pani Anna Wnuk w roku 2014 – "Po walkach, 21 lipca, zgrupowanie polskie zostało przesunięte w rejon Kłodnicy, – 2-3 km od Borzechowa – a nad całością sił legionowych objął dowództwo gen. Karol Trzaska-Durski. W następnych dniach wojska te przeszły w rejon Borzechowa, a prowadzone tam walki miały charakter pozycyjny do momentu, gdy 29 lipca ruszyło natarcie. Rola I Brygady Legionów polegała na markowaniu ataku poprzez przesunięcie się na linie 400-800 metrów od okopów, gdy właściwie uderzenie poszło w innym kierunku."


Poszło tak, że dwór został zupełnie zniszczony? Może to od tamtej pory nie ma po nim śladu?


Jak wyglądał "bidul", opisany przez pannę Teklę, można sobie wyobrazić ze zdjęć innych dworków w pobliskiej okolicy, zrobionych współcześnie i pokazujących budynki kiedyś w opłakanym stanie, np. we wspomnianej już Kłodnicy.





Co tam się stało takiego, że poetyzująca panna Tekla, fantazjująca, odjeżdżająca w pogmatwane ciemnie duszy, napisała opowiadanie o konkretnym schronisku w Borzechowie? 


Treścią opowiadania jest to, co ten niewinny, uśmiechnięty promień słońca zrobił w schronisku, w miejscu "rojowiska dzieci, istot swarliwych, z ciasną gamą nikłych kolorów, ruchliwych, ciekawych, naiwnie łakomych wszystkimi pięcioma zmysłami, tą nigdy nieukróconą namiętnością sił u wstępu życia."


Z dalszego opisu wynika, że były to dzieci w większości, a może i wszystkie ułomne psychicznie, albo tzw. nieprzystosowane społecznie, i że chyba przywożono je tu z Lublina, bo to były "miejskie dzieci". 


Otóż, gdy one bawią się, czy też raczej "rozrabiają" na dziedzińcu biednego, nędznego, zaniedbanego dworu-schroniska o zachodzie słońca, ów uśmiechnięty promyk zamienia się nagle w gorącą kulę i wpada na dziedziniec, potem "łapa słoneczna wydłużyła się, obok niej poszła druga i trzecia".


"Małe krzykliwe istotki w tych blaskach ogniste i krwawe, bezdźwięcznie zwijały się, kurczyły, wiły i opadając na kamień schodów i milczenie piasku, cichły i tężały.(...) Pożar w oknach stał nad ciemną klęską czas jakiś, jak gorący płomień, ale nagle zczerniał i zapadł się w głębokość ziemi. W spopielałym, jesiennym zmierzchu ledwo widniały liczne trupki. (...) Dopiero chłodny księżyc (...) obejrzał przez szyby okien szeregi drewnianych, nietkniętych łóżek, niezdjętych kołderek (...) a z oddechu sennej ziemi wstała rudawo połyskująca mgła i zatopiła wszystko w zupełnej niepamięci."


Bardzo możliwe, że jest to poetycki opis pożaru w schronisku dla ułomnych dzieci niedaleko Lublina, w którym wszystkie zginęły i który to fakt tak dalece poruszył ówczesną społeczność i naszą pisarkę, że panna Knollówna postanowiła dla pamięci następnych pokoleń napisać opowieść o nieszczęśnikach.

  Ze wzmianki, że stało się to "w jesiennym zmierzchu", wynika, że nie kartacze i granaty w czasie lipcowych działań I Brygady w Borzechowie wznieciły pożar i pozabijały niesforne dzieciaki.  Całkiem też prawdopodobne, że budynek poszedł w ostateczną ruinę w następstwie jakichś poźniejszych akcji militarnych podczas wojny. 

Może Legioniści, czy wojska austryjackie kryli się w wypalonych wcześniej, jeszcze przed wojną, ruinach dworu-bidula? I ten pożar morderczy dlatego był tragedią osobną, zapamiętaną, wstrząsającą bo zdarzył się w spokojnym czasie, a nie wśród wielu innych tragedii wojennych? Może gdzieś są nieznane mi (nieokryte dotąd?) zapiski o tym kiedy i co dokładnie tam się wydarzyło? 


W każdym razie między relacje o nieszczęściu innych dzieci panna Tekla wplątała własną aluzję (w strukturze opowieści w zasadzie zbędną) o macosze nienawidzącej królewskich córek. Aluzję o idylli dawnej, przepadłej jak schronisko w Borzechowie?





9.


    Nieomal wszystkie utwory z tomiku Opowiadania dotyczą śmierci – czasem w sposób zawoalowany, ale przewanie w oczywisty. W wielu jest to po prostu widzialna, słyszalna, namacalna nawet posta, tak jak w przytoczonym tu tekcie o pianicie Stanisławie. mierć towarzyszy miłoci, zjawia się przed młodymi ludmi, nawet wizytuje dzieci, istnieje wszdzie i zawsze w wiecie przestawianym przez pannę Knollówn. To mierć jest sprawczynią przemijania czasu. Opowiadanko o schronisku w Borzechowie oprócz bycia alegorią o losach smtnych i tragicznych, jest take reportaem o mierci. Naoczna to relacja z miejsca; bez wtpienia z wizyty tam panny Tekli, moe w towarzystwie społecznicy Aleksandry. Opisy wygldu i zachowań dzieci są fotograficzne, naturalistyczne. miało mona powiedziee to udany utwór literacki, na pewno najlepszy w całym zbiorze. Tylko nazbyt entuzjastycznemu, ostronie rzecz nazywajc, podejciu panny Tekli do swych natchnień trzeba przypisać umieszczenie w jednym tomie znakomitego tekstu o schronisku z katastrofalnym tekstem o pianicie.

    Dwadziecia lat póniej, w 1941 roku, mierć przyszła do rodziny pastwa Wittigów i najpierw zabrała rzebiarza Edwarda 3 marca. Wokół, jak wiadomo, szalała nastpna wojna, ale pan Wittig dostał ataku serca i umarł, jak to się powiada, naturalnie. Był to artysta znany w wiecie, wic jego odejcie odnotowano nawet w New York Times – w króciutkiej notce w numerze z 29 listopada, powtarzajc wiadomość za korespondentem Reutersa w Szwecji. Korespondent ów napisałe polski rzebiarz umarł dziś (28 listopada) w Warszawie. Właciwie powinien napisać "dziś się dowiedziałem, e...". Jak widać agencja Reuters nie miała nikogo w okupowanej Warszawie i wiadomość szła długo konspiracyjną pocztą od kogo, kto też miał informacje z drugiej rki, na przykład od Zofii Nałkowskiej. W swoim dzienniku napisała ona, e Tecia straciła męża "w jesieni". Ta notka ma datę 4 wrzenia (1941), a wic o którą jesień jej chodziło? Najwyraniej powinno być "na wiosn", ale pani Zofii się pomyliło i z pomyłką poszło w wiat.

    Cała notka Nałkowskiej brzmi tak: "Dawna Tecia Knollówna, póniej ona rzebiarza Wittiga, odebrała sobie ycie. W jesieni straciła tego uwielbianego męża i pozostała wród zebranych przez niego skarbów, w piknym domu, z siedemnastoletnim synem Marcinem. I ten włanie utonął teraz w czasie kpieli gdzieś na wsi."

    Na grobie rodzinnym Wittigów są wszystkie trzy daty mierci: 3 marca, 16 sierpnia, 17 sierpnia. Tecia popełniła samobójstwo na drugi dzień po mierci syna, pewnie w dniu, kiedy jej o tym ze wsi przywieziono wiadomość.

Marcin w roku 1938

*

    Czy przy twórczości panny Tekli jest sens pozostawać dłuej niż doczytujc książeczkę do ostatniej strony? Nie ma sensu, jeliby doszukiwać się przegapionego arcydzieła w polskim pimiennictwie, lecz  pisaninka owa zawiera trochę podobnej wartoci, co – na przykład – utwory Brunona Schulza: jako próby literackie o młodoci autorów na przełomie wieków XIX i XX – bez wartociowania, bez oceniania "złe-dobre", "grafomaskie-artystyczne" (ale na taką analizę zdobyć się nie potrafi, wic nawet nie bdę próbować). Moe też ciekawe byłoby odcyfrowanie ówczesnego artystycznego obrazu różnych idei z masoskim sznytem (np. koncepcji religijnoci, wzorców patriotyzmu, moralnoci). 

    Jelibym coś od Panny Tekli chciał w jakiejś antologii zachować to, oczywicie, Schronisko w Borzechowie i – z książeczki o małej Krysi – bajk-nowelkę pt. Chmurny dzieopowiadajcą o pani Artackiej i oceanicznych z nią eglugach córek pana adwokata na dywanie w jego pokoju.




CHMURNY DZIEŃ


Podwieczorek skończony – powiedziała matka, wstając od stołu – niech dziewczynki schowają wszystko do lodowni!

Maryla z Hanią spojrzały na siebie porozumiewawczym wzrokiem i wstały również. Krystyna tylko pozostała przy stole, jedząc wielki kawałek babki.

– Czekaj, Haniu – powiedziała Maryla – naprzód zaniesiemy pani Artackiej masło i szynkę, a potem śmietankę.

Pani Artacka była odwieczną mieszkanką małej, pokojowej lodowni. W jej chłodnej, zacisznej głębi spoczywała dzień i noc, wpół leżąc na ciemnym szezlągu i pokaszlując raz po raz, gdyż zawsze była chora. Twarzyczka jej drobna, blada w gładkich, czarnych włosach widniała tam oczom ciepłej wyobraźni; lekka postać w białym kaftaniku unosiła się przy zgrzytliwem otwieraniu grubych drzwiczek lodowni i cieniutki, słaby głosik mówił:

– Ach, dzieńdobry, dzieńdobry! Jak się macie, kochane dzieci!

Poczem opadała znów na swój czarny szezląg.

– Dzieńdobry kochanej pani, – wołały dziewczynki, całując dźwięcznie powietrze. – Przyniosłyśmy pani to, i to, i tamto... – tu następowało wyliczenie różnych rzeczy do jedzenia.

Pani Artacka miała doskonały apetyt. To jedno widocznie trzymało ją przy życiu. Ze swoją smutną twarzyczką i słabym głosem jadła, zjadała wszystko, co jej dano aż do ostatka. Nie lubiła tylko zimnej sztuki mięsa i tę zwykle trzeba było wkońcu oddawać pieskom. Dama do towarzystwa siedziała zwykle przy swej pani i śpiewała jej piosenki. Były to najczęściej zwrotki o żołnierzach, chorągiewkach i ułanach. Czasem o Wiśle. Czasem o lesie. Pani Artacka słuchała i patrzyła przed siebie na szarą ścianę lodowni. Dzieci kochała bardzo. Obiecała im swoje stare, zżółkłe koronki i małe, czarne, atlasowe pantofelki. Może także i perły, a może coś jeszcze... 

Ze stołu sprzątnięto. Zostały na nim jut tylko bukiety lewkonji, srebrne solniczki i biały obrus, a zboku Krystyna na swem krześle. Kończyła już pierwszy kawałek babki — w ręku trzymaka drugi. Milcząc patrzyła dookoła jasnemi oczami, w których kryl się jakiś uśmiech. 

Ptaki świegotały za oknem, padał drobny, ciepły deszcz — wszystko odpoczywało w szemrzącej ciszy powietrza pod miekkiemi, szaremi chmurkami lata. 

— W pole już dziś nie pójdziemy — powiedziała Maryla, wsparta o okno, do Hani. Hania niosła ostrożnie dla pani Artackiej półmiseczek truskawek. 

— To dla kogo ? — spytała nagle Krystyna ze swego krzesła i uśmiechnęła się, krzywiąc główkę i przymykając oczy. 

— Jaka ta Krystyna łakoma! — powiedziała z westchnieniem Hanka, a Marylka spojrzała na nią i polożyła palec na ustach: pani Artacka byli tajemnicą! 

— Ależ, Maryla, ona spyta zaraz: czy dla Krysi ! ? —  zawołała Hanka. 

Jakoż Krystyna zjadła ostatni kawałek babki, otrzepała rączki o fartuszek i, przechyliwszy główkę. jak ptak, nuciła swe zaczepne pytanie:

 — Czy to dla Krysi ? 

Rączką tłustą w koralowej bransoletce pokazywała na truskawki w rękach Hanki; nad twarzyczką wesołą i jasną unosiła się wielka, niebieska kokarda, wiążąca w pędzelek krótkie włoski nad czołem. Hania spojrzała na młodszą siostrę prawie z podziwem 

— A co? — powiedziała do Maryli — ile też ona ma miejsca w tym brzuszku!

Maryla, tymczasem, schyliła się u drzwiczek lodowni. 

— Możeby droga pani — mówił uprzejmie do pani Artackiej — przeszła się z nami dziś nad morze?  W dnie chmurne i słotne, gdy nie byto spaceru, na wielkim dywanie w gabinecie ojca można było odbywać wycieczki nad morze i łapać na wędkę, lub w sieci potwory, które zwykle wyglądały poprostu jak kolorowe kwiatki i wykrętasy dywanu. Składano je, niewidzialne niczyjemu oku, w kącie za piecem, poczem zapominano o nich doszczętnie. Co się z niemi działo? Najpewniej wracały do swego morza.  Pani Artacka w dnie takie czuła się częstokroć lepiej i odbywała z dziećmi owe wycieczki. Ubrana biało od stóp do głowy, stawała na piaszczystym brzegu, który dzielił od morza wąski, żółty deseń dywanu, i pokazywała parasolką na jakieś dale przed sobą. Czasem też pływała łodzią, którą przesłaniały bałwany z potworami, a jej drobna twarzyczka, blada i nieruchoma, przeglądała z za tych zasłon zawsze niezmienna i spokojna. – Hanka siedziała zwykle u steru, kierowała łodzią, odstraszała i zabijała potwory, nawleczone na żelazne wędki, wciągała na pokład łodzi do kolan pani Artackiej, właziła na maszty, zwijała żagle, wskakiwała do „bocianiego gniazda”, skąd można było dostrzec odległe niebezpieczeństwa, wieloryby i grożące burzą obłoki. Zgrzana, zdyszana, z policzkami rozczerwienionemi, o rozwianych włosach, była wszędzie: w roli kapitana i wodza, majtka i sługi. Maryla podawała sieci, porządkowała złowione potwory, zajmowała się zapasami, dawała baczenie na panią Artacką, która patrzyła na wszystko obojętnemi oczami. 

— Może pani zmęczona? może pani zimno? – pytała Maryla troskliwie. 

— Jestem zmęczona mówiła, cichym głosikiem pani Artacka i zabawa się kończyła. Fale opadały, dziwadła morskie zastygały w kształt spokojnych kwiatków na ojcowskim dywanie — dziewczynki odprowadzały do zacisznego apartamentu w lodowni mdlejącą towarzyszkę morskiej wycieczki. 

– Pani Artacka zje truskawek ze śmietanką i zaraz będzie jej lepiej — mówiła Maryla do Hanki. 

Ale, gdy weszły do stołowego pokoju, zdumiał je niespodziany widok. Drzwi lodowni były szeroko otwarte – na tle tajemniczego wnętrza widniała w białym fartuszku z wielką kokardą u głowy, postać Krystyny. Grube jej nóżki tonęły w pierwszym zmierzchu, na okrągłe rysy różowej twarzy kładł się cień wieczoru, ale uśmiech przeświecał przezeń, jak zorza. Tłustą rączką wyciągała jedną za drugą okrągłe truskawki z ciemni lodowni, każdą oglądała zdaleka i zbliska pieszczotliwemi oczami, poczem gryzła spokojnie i zjadała całą do korzonka, przyglądając się jej czerwonemu wnętrzu. Ogonki, w kształcie ciemnych gwiazdek, składała systematycznie na jedno miejsce na półeczce lodowni. 

— Ach Boże! — szepnęła Hania zduszonym głosem — ona zjada wszystkie truskawki pani Artackiej! Tymczasem Krystyna, ujrzawszy niespodzianie siostry, bez zbytniego przestrachu, z ostatnią truskawką zaczęła biegać wokoło stołu. 

— To Krysia zjadła tyle truskawek ? — mówiła Maryla do szamoczącej się Krystyny, przyłapawszy ją wreszcie w kącie za kredensem. 

Krystyna, bez żadnej już pamięci o dokonanem przestępstwie, gładziła raczkami twarzyczkę Maryli i, wyciągnąwszy buzię w długi ryjek, usiłowała całować jej oczy. 

— Ach... ty — powiedziała Hania, patrząc na Krystynę z pewnem oburzeniem. Ale potem poszła objąć małą siostrę, pełną radości i uśmiechów. 

Po małej chwili poszły zamknąć lodownię. 

Pani Artacka wróciła już na swe dawne miejsce. W białym kaftaniku i czepeczku leżała na czarnym szezlongu z półprzymkniętemi oczami. 

— Tam na błoniu błyszczy kwiecie... — śpiewała dama do towarzystwa cichym głosem. 

Pani Artacka wiedziała, że zaraz zjawi się dziewczyna z koszykiem róż, piękna, jak leśna malina. 

— Skąd to idziesz, moja duszko ? — zapytuje smukły ułan. 

— Jam z tej chatki — mówi dziewczyna, wskazując na mały domek w gąszczu bzów, w wieńcu wiśniowych drzew. 

Jedna róża wypada jej z rąk. Wieczór pachnie, powietrze kołysze się. Niebo marzy, głębi się, zaokrągla w szafirowy strop nocy. U jego boku zakwita tkliwie pierwsza gwiazda. 


*         *

*


10.

LUCJA  I  LEONIA

 

O Lucji Knollównie wiem tylko tyle, że miała magisterium z prawa, że pracowała (na pewno w 1936 roku) jako bibliotekarka w Wojskowym Instytucie Przeciwgazowym. Jak napisano w Wikipedii WIP był to "jeden z polskich instytutów wojskowych, działający w Warszawie w latach 1922–1939. Prowadził badania naukowe nad skuteczną obroną przeciwgazową."


Pani Lucja 20 lutego 1936 roku zdawała państwowy egzamin bibliotekarski wraz z dziewięcioma innymi osobami, pięć z nich dostało stopień bardzo dobry, pięć - dobry. W której grupie była Lucja - Przegląd Biblioteczny nie podaje.


To bez wątpienia ta sama Lucja Knollówna, która w tygodniku Bluszcz opublikowała w 1924 cztery wiersze, w 1928 dwuodcinkowe opowiadanie pt. Bliźnięta owczarzowe, a w 1930 opowiadanie Dom wiosny. Tyle tylko z jej twórczości jest dziś dostępne w Sieci, ale nawet Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa nie ma wszystkich egzemplarzy Bluszcza, więc nie wiadomo, czy tylko trzy razy Lucja tam się produkowała.


Na panny Knollówne w Bluszczu był urodzaj albo moda – już wspominałem wcześniej o trzeciej, Leoni. 


Wyobraźmy sobie, że córki któregoś z warszawskich Knollów, na przykład jakiegoś aptekarza, potomka owego "kupca warszawskiego", Ernesta Ludwika Knolla, który w roku 1855 należał do zacnego grona prenumeratorów Słownika Języka Polskiego S.B.Lindego, zobaczyły w tygodniku twórczość panny Tekli, przecież Knollównej z rodziny nie-warszawskiej. A że same były literacko uzdolnione (czyli nawiedzone Muzą), na dodatek Warszawianki w pełni, więc nie odpuściły, aż się też wydrukowały. Nie odpuściły ojcom (ojcu?), którzy tygodnik nie tylko zasubskrybowali, ale i subsydiowali pismo sowicie, a redakcja ochotnie publikowała, bo czemuż nie – żadna Knollówna w talencie nie była mniejsza niż inna. 


Kiedy jeszcze nie dotarłem przez panów – męża Edwarda i brata Romana, do jakich takich wiadomości o pannie Tekli z Kijowa, sądziłem, że ona z racji zamiłowania do chemii była takąż właśnie córką warszawskiego aptekarza. 


Albo – wykluczyć się nie da – Lucja i Leonia to siostry Tekli. W takim przypadku imiona siostrzyczek malutkiej Krystynki byłyby zmyślone. Ale dlaczego dwa imiona dzieci są w książeczce prawdziwe, a trzy zmyślone? Bo pani Knoll-Wittigowa obrazek rodzinki małej Krystyny złożyła z przygód dzieci nie tylko z własnego domu, ale i innych – odwiedzanych,  zasłyszanych, zmyślonych? 


Wezmę na początek Leonię, gdyż jej biografii ni śladu nie mam, a i z twórczości znam zaledwie jedno tłumaczenie. 


O osobie Lucji wnioskować mogę wyłącznie z jej utworów literackich – co ją intrygowało, trochę o gustach, wokół jakich tematów krążyła jej pisarska wyobraźnia. Leonia natomiast przy okazji tłumaczenia ujawniła sporo ze swoich przekonań i wiedzy zarazem. Zrobiła to w przypisach do własnej polskiej wersji Zaślubin Marji Gonzagi, księżniczki Mantuańskiej z królem polskim Władysławem IV Wazą. R.P. 1645 (Z pamiętników pani de Montteville, damy dworu i faworytki Anny Austryjaczki, królowej francuskiej). Taki był cały tytuł do fragmentów pamiętnika w Bluszczu z 1924 roku, w numerach 44 i 45.


Pani de Motteville opisała orszak królewski Polaków przybywających do Francji:


Najprzód tedy ujrzeliśmy kompanję straży pieszej, przybranej w bar­wy czerwoną i żółtą z wielkiemi pę­tlicami złotniczego wyrobu na ubra­niu. Dowodziło nią dwóch czy trzech oficerów na przepysznych rumakach. Strój ich składał się z kaftanów tureckich bardzo pięknych, mieli na nich wielkie płaszcze o długich ręka­wach, spadających od niechcenia na bok koński. Kaftany te zdobne były w guzy brylantowe, rubinowe, a płasz­cze takoż, i tak samo jak kaftany podbite. 

Za tą kompanją ukazała się druga w tym samym porządku. Dowodzili nią oficerowie jeszcze bogaciej od pierwszych przybrani. Kaftany ich i płaszcze były tej samej barwy co i liberja ich hajduków: zielonej i sza­rej jako len. Za tą szły dwie kompanje konne, przybrane jak pierwsze z których jedna była czerwona i żół­ta, a druga zielona i szara jako len, z tą różnicą, że materjały ich strojów były bogatsze, a konie miały piękniejsze rzędy, mieli też na sobie wię­cej drogich kamieni.


(Francuzi ich witający wyglądali biednie i śmiesznie – przetłumaczyła Leonia)


Za temi oddziałami szło wielu panów polskich, każdy ze swym pocztem i świtą, przybrani w brokaty srebrne i złotolite. Materiały ich strojów są tak bogate, a barwy ich tak żywe, że nie ma nic na świecie milszego dla oka. Na kaftanach ich lśniły się brylanty. Lecz mimo całą tę ich świetność, wyznać należy, że w przepychu ich jest wiele dzikości: nie noszą oni bielizny, nie sypiają w prześcieradłach tak, jak inni Europejczycy, a tylko w skóry zwierzęce, okryte futrem się zawijają. Pod swemi futrzanemi czapami mają zupełnie wygolone głowy, a tylko na samym wierzchu zachowują czub włosów, które w tył odrzucają. Na ogół są odrażającej tuszy i są brudni we wszystkiem, co się ich osób dotyczy. 


Przy tym fragmencie panna Leonia nie wytrzymała i dała patriotyczny odpór:


 «Ustęp ten z pamiętników p. de Motteville o dzikości ówczesnych Polaków sprzeciwia się nietylko prawdzie historycznej, ale i temu, co sama autorka mówiąc o nich zeznaje. Znane są nam obyczaje naszych przodków, wiemy, że się przedewszystkiem nigdy ablucji nie bali, każdy z nich pogrążał się w zimnej wodzie bez dreszczów i strachu, a mdłe białogłowy wrażliwsze od nich nie były i nigdy Polacy za brudnych nie uchodzili. Nie można natomiast powiedzieć tego o Francji, straszny brud dworu króla Słońca, Ludwika XIV-go znany był w kraju i za granicą, a przepisy higieniczne zakładu dla młodych panien w Saint-Cyr, przez panią de Maintenon redagowane, najodważniejszego mogą przyprawić o dreszcze przerażenia, dość powiedzieć, że kąpiel była obowiązująca raz na rok, a skoro się zdarzyło, że która z tych panienek była cierpiąca, kąpiel jej odkładała się na rok następny w tej samej oznaczonej porze. Nie wyliczamy tu również zastraszających szczegółów co do innych ablucyj, zmiany pościeli i blielizny. Brud rozmaitych innych zakładów, szkół męskich i żeńskich, klasztorów itp. przyczyniał się do wielu chorób i szerzenia zarazy. Brud ten ogólny we Francji owej epoki przywędrował tu z Włoch wraz z renesansem. Francuzi wieków średnich byli bardzo czyści. Codzień rano obchodził ulice tzw. krzykacz (crieur) obwieszczając mieszkańcom miasta, że w łażniach publicznych woda już gorąca.

Wiemy również w jakie nieprzebrane zapasy bielizny i pościeli był zaopatrzony najskromniejszy dom szlachcica polskiego – że przodkowie nasi nigdy zwyczajem Eskimosów w workach futrzanych nie sypiali – chyba w podróży, czy na wyprawie wojennej. Nigdy także głowy, acz "podgolone"  Polaków nie przypominały chińskiej koafiury, dość spojrzeć, aby się co do tego upewnić, na dawne portrety i grawiury. Nareszcie Polska XVII-go wieku była jednym z najbardziej kulturalnych krajow i pod wielu względami wyprzedzała inne kraje ówczesnej Europy. Obok gruntownej kultury nie brakło jej ani poloru, ani elegancji i manier, p. de Motteville sama to stwierdza zeznając, że panowie polscy się niczem od francuskich  nie odróżniali i że trudno ich było wziąć za cudzoziemców, a przecież już w tych czasach dwór francuski był uważany za nadający ton, co do pięknych manier. To co p. de Motteville nazywa dzikością – było tylko odrębnością, którą dotąd każdy kraj, każdy naród, jakkolwiek w o wiele słabszym stopniu zachował i która jest tak samo wynikiem odmiennych warunków bytu,  w których wzrastał i kształtował się w sposób sobie właściwy, jest także jego wyrazem i urokiem.

Dodać tu należy, że zwyczaj noszenia koszuli ustalił się we Francji dopiero od XVI wieku, przedtem koszula była uważana za zbytek, robiono z niej prezenty, w XV wieku jeszcze cytowany jest przykład, że na całą Francję jedna królowa Marja, księżniczka d'Anjou, żona Karola VII-go miała dwie koszule. – (Przyp. tłumaczki)»



11.


LUCJA 

Trzy z czterech wierszy panny Lucji traktują o duszy, choć w bogatym sztafażu przyrody – wróble, skowronki, jabłoń, brzozy. Na sprawach duszy panna Lucja się znała, bo choć ktoś jej mówił, że dusza w niej umarła, ona miała pewność, że nie. Ten ktoś dociekał również, kiedy zakwitnie jabłoń i wtedy podmiot liryczny (w imieniu panny Lucji zapewne) objaśnił, ale jakby będąc niepewnym swej ogrodniczej wiedzy, że "marzec dopiero, pąków nie widać – chyba nie prędko jeszcze".



ANDANTE


Ani mnie miłość moja kołysze, ani mnie serce czyje,

Tak sobie zwykle, wolno, miarowo, tak sobie cicho żyje,

Że zapomniało o mojem oknie nawet i słońce w górze,

Że je spostrzegam tylko codziennie na mych sąsiadów murze.

Wygląda jabłoń bezlistna jeszcze z za muru u sąsiada,

Tam w dni pogodne wróbel się kręci, coś ćwierka, opowiada...

A czasem smutki w gałęziach siędą, we mgle marcowej mokną...

Tak u mnie cicho, tak u mnie głucho – nie przyjdą na me okno!

Sny i wspomnienia moje wyblakły, jak stare gobeliny,

A życie wolno, jak nić się snuje, jak gdyby bez przyczyny.

Mówisz: że dusza we mnie umarła, skoro się nie odzywa?

Ja wiem napewno, że nie konała, a więc być musi żywa.

W dłoniach się życie trzyma i przędzie, jak nitkę z kołowrotka,

Mgły w nie wesnuwa, słońca refleksy, wszystko, co tylko spotka.

Pytasz, czy równo idzie jej praca, czy nitka się nie zrywa?

Wieczorem u mnie ciemno, nie widać – więc chyba jest szczęśliwa,

Ani mnie miłość moja kołysze, ani mnie serce czyje,

Patrzę, na jabłoń nagą za murem, tak sobie cicho żyję.

Chcesz wiedzieć kiedy jabłoń rozkwitnie, skoro już płaczą deszcze?

Marzec dopiero, pąków nie widać – chyba nie prędko jeszcze.





PRZEDWIOŚNIE


W przedwiośnie umrę, w mistycznej tej porze,

Kiedy zszrzałe niebo nagle zblednie,

Przez chmury siejąc blaski, straże przednie

Słońca. Świat będzie jeszcze nagi pusty.


Jeszcze się złotem nie zaczną śmiać zorze,

I pierwsza trawa wśród mrocznej mgławicy

Wzrostu dopełniać będzie tajemnicy,

Gdy gorącemi wiatr ją muśnie usty.


I przebudzenia przejdzie ziemią hasło,

Lecz w takie ciszy, jak przy podniesieniu,

Gdy się msza z nagła rozświeci w milczeniu,

Nim buchnie dzwonków głos – słowika piosnka.

Wtedy ktoś powie: Oto życie zgasło –

A właśnie w duszy śmierć znagła dojrzała,

W pierwszy blask świtu z nią będzie leciała

Z wonią pierwszego bladego pierwiosnka.




WIECZÓR


W kwadracie okna szary zmierzch

Podmalowany w głębi różem,

Błękitną mgłą gęstnieje noc,

Co myślom jest aniołem stróżem.

Gęstnieje mrok błękitny wkrąg,

Że nic poza nim myśl nie słyszy:

Uliczny w dole zgiełk i szum

Jest gdzieś osobno od tej ciszy.

Latarni biało-złotej wzrok

Z przedziwną głębią patrzy z cienia,

Jasnych okienek długi rząd

Ma duszę wnętrzy w swem spojrzeniu.

I błogosławi pierwsza z gwiazd,

Co może duszę nieb ma w oczach.

Czarne na niebie witki brzóz

O opuszczonych w dół warkoczach.



LATO POLSKIE


Już kwieciste skończyły się gody,

Ziemia strój swój porzuca wiosenny,

Trawy, zioła skoszono z łąk już.


Święty Jan ubrał lasy w jagody,

Za nim święty Piotr-Paweł promienny

Błogosławił na plon kłosy zbóż.


Razem rok sprowadzili z zenitu,

Zapłoniła się przestrzeń bezbrzeżna

Rozzłoconych, szumiących zbóż niw,


A za nimi z nieb czystych błękitu

Przenajświętsza Panienka Szkaplerna

Rzuci słońcem wezwanie do żniw.


Pójdą górą obłoki przejrzyste,

Rzucą cienie wędrowne, swawolne

Na dróg sznur w wierzb różańcach i lip –


Pójdą górą obłoki wełniste,

Górą ścieżki ożywi wnet polne

Pracy gwar, dziewcząt śpiew, wozów skrzyp.


Znów barwny roztoczy się wieniec,

Jakby stado much drobnych, czy mrówek

Na ściernisku stawiając rząd kóp,


Aż położy nasz święty Warzyniec

Na skończony upalny przednówek

Kłosów plon – świętej Klarze u stóp.




A więc wiadomo, że Lucja dumała nad swą duszą. Co do jej szerszej wiedzy o sobie to należy wątpić, bo przez dwanaście lat, od roku 1924 do 1936, nie sprawdziła się jej wróżba, że w przedwiośniu umrze. Ale nie wiadomo, co się stało podczas wojny, może ta wróżba się sprawdziła jednak, o co nie było trudno w ten ohydny czas. A może dopiero potem i faktycznie w przedwiośniu? 


Domyślać się można, że panna Lucja za młodu (musiała być niestara w 1924 roku, a w 1936 na świeżo – niewątpliwie –  po magisterium) lubiała przesiadywać w oknie w stanie zakochania, skoro miłość się w niej kołysała, chyba że tu chodzi miłość nie do tego, co zwątpił w życie jej duszy, lecz do świata wielkiego.


Nie są to wiersze za świetne, ale też i nie okropne. Może nieco gorzej poszło jej, gdy nie o duszy, ale (patriotycznie?) o Lecie Polskim pisała. Niby to ma być lato polskie, a tu żadna osoba występująca z imienia Polką ni Polakiem nie jest. Ani święty Jan przecież, ani Piotr i Paweł, Przenajświętsza Panienka też nie i święci Wawrzyniec i Klara również nie. Polkami ani chybi są dziewczęta pracujące w polu, ale co one tam robią nie wiadomo, bo panna Lucja tak wersy ułożyła, że wyszło, iż to stado much lub mrówek stawia rząd kóp na ściernisku. 


Za to proza... hoho!!! Jak się już przebrnie przez pierwszy akapit  Bliźniąt owczarzowych  to się w drugim od razu wpada na słońce "dławione kłapciami rozkudłanych chmur". Z samej ciekawości trzeba czytać dalej, bo na tych kłapciach na pewno się nie skończy.


To jest bajka. A przynajmniej tak wygląda pierwszy jej odcinek w Bluszczu z 17 listopada, zatem do czytania w długie już wieczory, pełne jesiennych strachów. To jest bajka straszna. 


Tydzień później czytelniczki z wypiekami na policzkach pomijały pierwsze cztery stronice tygodnika z wiadomościami, co produkować i o szkołach na prowincji, nie doczytując też wiersza Iłłakowiczównej, który się zaczynał:


U zimnych ust kaloryferu

szybuje moja myśl, jak ćma bez steru,



żeby dokończenie bajki poznać. Z numeru na numer awansowała bajka ze strony ósmej na piątą.


Jakże nie była straszna? Opowiada przecież o bliźniętach opuszczonych przez ojca, który był magiem zapewne i przepadł przy poszukiwaniu trujących ziół, a dzieciaki, biedactwa, od pół roku po dolinach, górach, po polach i lasach znaleźć go nie mogą. 


«Drwiły z nich paprocie w boru, już o swój kwiat świętojański bezpieczne, — i krzaki kolczaste, i kłody powalone wokół starej kaplicy na polanie. Nie wynajdą wśród nich ścieżki zdeptanej, nie wymacają pewną ręką mogiły świeżej, ani wydrą trupom przegniłym do czarów najzdatniejszego piątego dzwona pacierzowego małe, samotne bliźnięta owczarzowe.

Pod tą kaplicą drewnianą, wpół już rozsypaną, pod wiosnę jakoś, kiedy mięknąć zaczynała ziemia stężała, przyszła dziewczyna dziecko pochować niechrzczone. Przy księżycu, wśród siatki cienów, od gałęzi bezlistnych padających, od witek poplątanych brzozy żałobnej, u dzwi samych, zdawna wywalonych, a cierniami zarosłych, mogiłkę mu wygrzebała, palce do krwi sobie kalecząc.

Modliła się wtedy do brzóz litosnych, aby prędzej listowia dachem miejsce to skryły od oczu, nawet księżycowych. Do krzaku się modliła głogowego, by strzegł grobu od ludzi, czy zwierza, uściskiem braterskim ramion swych kolczastych. I świętego prosiła — drewnianego posążka z rozwalonej kaplicy, by nie dał biesom borowym, strzygom złośliwym dzieciątka jej malutkiego porą nockową na Łysą Górę wieść. I Boga wielkiego prosiła, by — choć przepomniała już ku Niemu drogi — sam się zaś zwiedział kiedy w tę stronę niteczką cieniuchną najmniejszego bodaj promyczka słonecznej swojej łaski. I na dziw szybko zazieleniło się to miejsce owej wiosny. Pośpieszyły z ziemi źdźbła trawy cieniutkiej, czombrem wonnym przeplatanej. Rozłożyły liście paprocie, wystrzeliły dzwonki wysokie, do świeczników podobne kościelnych, naparstnice jadowitej barwy  trupiej, a na wszystko zasiał się z wiatrem chmiel dziki, radosnemi pędami drzewa a krzewy chwytający, 

Ale naleźli mogiłę. Na drugą pełnię ją naleźli, za przewodem ojcowym cicho w gęstwinie stąpając. Wywlekli z ziemi trupka ukrytego, wydarli krzakowi cierniowemu ciało strzygi malutkiej. Otworzyli w gałęziach drogę księżycowi i przy świetle jego wycięli z pod kolan żyły, szczęście przynoszące, do uroków odpędzenia pomocne. Ze drżeniem patrzały dzieci, jak nawijał ojciec zdobycz na kołeczki równo ciosane, osinowe. Pierwszy raz byli kaplicy tak blisko.

A ona cała jakby się przechyliła nad niemi w szlochu okrutnym. Ciekła lśniąca rosa po odrzwiach drewnianych. Stary zegar z kukułką, nad drzwiami uczepiony, marszczył, niby brwi, niezatarte jeszcze godzinowe znaki. A święty w ołtarzu, sczerniały drewniany święty, jakby coś krzyknąć chciał, ale się zatrzymał i tylko ręce ku górze rozpacznie wzniósł, a na każdej dłoni miał ranę, świeżą krwią broczącą.

Nie krzyknął, ale oczy tak żywe miał i tak wiedzące, jakby już nic tam do mówienia nie ostało. Zapamiętały dobrze to spojrzenie bliźnięta owczarzowe. Długo z lękiem omijały to miejsce.»

 


Szukały bliźnięta ojca bezskutecznie, aż do października: "Coraz dalszy i bardziej niezdobyty był las i przestwór daleki, i noc, i dzień, i każda pora... Tedy się wreszcie zebrały do strasznej kaplicy na świtaniu iść, świętego o wszystko pytać i oczu jego wiedzących." 


Cuda się tam wyprawiały, nazlatywało się ptaków różnych, a ze starego zegara wstawionego do kaplicy wyleciała drewniana kukułka, zamieniona w prawdziwą.


    "Aż patrzą, wychodzi na próg święty, dobrotliwie się uśmiechający, a dokoła spojrzał, wraz się jaśniej jeszcze stało, a złociej, chociaż słońce z za chmur ani myślało wyglądać. I naraz, jak krzykną ptaszęta wszystkie: – Witaj nam, bracie Franciszku." 


Bliźnięta owczarzowe nie wiedziały, że "były to właśnie świętego z kapliczki imieniny".


Tak się skończył odcinek pierwszy.


Oto fragment końcowy odcinka następnego – mniej więcej jedna trzecia tekstu, ale te dwie pominięte niewiele są inne od cytowanego;



Rozrzewnił się brat Franciszek na owe życzenia i, westchnąwszy „Daj to Bóg!", wśród polany ukląkł, dłonie swe poranione ku górze wznosząc; a świeciły się na nich krwi krople, jako dwa snopy iskier ognistych. Uklękli z nim razem wszyscy dookoła i chwalić jęli Boga, a z nimi ptaszki i brzozy, i paprotki wpół zeschnięte, i nawet drobne muchomorki, świeżo z ziemi wylęgłe, nieudolnie na swój sposób modlitwę powtarzające. Dojrzały wtedy bliźnięta owczarzowe, że się do szat świętego dzieciątko tuliło, w giezłeczko białe przyodziane. A choć mu się po dniu policzki kraśnym barwiły rumieńcem, rychło poznawały ową strzygę malutką, nocą przez ich ojca sponiewieraną. Ale już od nich i bez tego kędyś strach odpadł, niby zmora nocna o świtaniu, a jakby ciepłem jakowemś przygrzane, rozprężyły się członki w ufnej, spokojnej radości. Rzuciły się też wraz ku brunatnej świętego szatce, błogosławieństwo na głowy przyjąć krwawych kropli, światłem spływających. I nie pytały już o nic drzew, ni wiatru, ni zwierza, a tęsknotę swą gorzką, jak ziela pęk wonnego, rzuciły jeno od niechcenia na ognisko światłości nieznanej. I modliły się ze wszystkimi dookoła do mocnego, radosnego, promiennego Boga, co ziemię całą, jak jest wielka, w lasy przystroił i łąki, co żyjątku aby najlichszemu drogi po świecie wyznaczył, co Sam, rok za rokiem silną dłonią kędyś po niebie tocząc, tęskności i wesele ludzkiemu sercu odmierza, a w boru dalekim cudami święcić dał imieniny słudze swojemu Franciszkowi.


Tak więc straszna zrazu bajka skończyła się sympatycznie i miło, zaś bardziej listopadowy wieczór z 24-go nie był już tak straszny, jak ten z 17-tego.


Pod bajką ucieszona redakcja taki oto dała ozdobniczek.




Jest jeszcze jedno opowiadanie Lucji, opublikowane w tygodniku sześć lat później, Dom wiosny, ale nie podejmuję się go streścić – nie rozgryzłem, o czym opowiada: kto umarł, kto żyje, która narzeczona rzekomo zdradziła narzeczonego, komu i jak długo wierny był domowy ogrodnik, która to z pań jest babunią na końcu tekstu; nie chwytam aluzji panny autorki, niedopowiedzeń, zwrotów akcji, ukrytych na dodatek w ornamentalnym szyku zdań. Bluszcz – jednym słowem.




12.


POEZJE PANNY TECI

 

Oprócz prozy są jeszcze Poezje panny Tekli.



Odejdźcie moje pieśni dziecinne! – –

Weźcie girlandy swoje niewinne,

– nic wam nie mogę, nie dopomogę –

weźcie swe wstążki – idźcie na drogę.


Pójdźcie nadzieje z wesołej sali –

już nie będziemy tu tańcowali,

idź muzykancie – mój przyjacielu,

– już po zabawie, już po weselu.

Ledwie zacząłeś swą skrzypkę stroić, –

lecz nie będziemy cię niepokoić.


Nie patrzcie na mnie wzrokiem rozpaczy –

nikt się nie żali i nikt nie płacze.


Gdy was w sukienkach lekkich i strojnych

wiatr po swych drogach pchnie niespokojnych,

kiedy was będzie wodził po dworze,

ja na mym progu kamień położę (...)



Szesnaście wcale udanych wersów (pobrzmiewają jak z Osieckiej, a Sanah może z nich śmiało robić przebój), po nich drugie tyle, ale w nich nie jest trochę gorzej, tylko całkiem źle: oto Śmierć Daleka, albo kwiat co spłonie na twarzy, albo samotnego siostra człowieka – i inne pomysły poetyckie. 


Na dwudziestej czwartej stronie tomiku panny Knollówny spotyka się takie zwrotki:


Chmielem oplotę twoje nogi,

białej przyniosę koniczyny,

na rękach złożę polne głogi

i długie wieńce jarzębiny,


brzozy zaszumią nam warkocze,

zapachną sosen szyszki czarne –

miłością ziemi cię otoczę,

miłością serca cię ogarnę –


a cztery strony dalej:


I oto znowu jesień i znów na kasztanie

liście rdzawią czerwono i szumią boleśnie,

i znowu w okna dzwoni wiatr na powitanie

i wieczór, smętkiem brocząc, pojawia się wcześnie.



Po jednej czwartej książki trzy fragmenty wierszy jako tako składnych i o spokojnych, wyważonych w miarę metaforach i skojarzeniach, a nawet jakby z pewną kontrolą autorską napisanych...  A potem następuje zbiór wierszyków pod wspólnym tytułem Na serca małej ranie i odechciewa się czytać, choć tli się w czytelniku nadzieja, że i tu będą jakieś dwie, trzy perełki, jak między poprzednimi dwudziestoma pięcioma. Ale jaka perełka da zapomnieć o takich oto pomysłach?


Na serca małej ranie,

jak na czerwonym łanie,

piosenka moja tańczy (...)


Nóżki jej we krwi brodzą,

Girlandy z włosów schodzą

i opadają z ciała (...)


Wyczuwa się tu i tam oczytanie panny Tekli Leśmianowskim Sadem rozstajnym, nieraz Skamandryckie spostrzega się natchnienia:


Z lasu wyszły sarny same jedne,

zatrzymały się chmurki pośpieszne,

wszyscy patrzą na me serce biedne,

jak wyprawia koziołki pocieszne.


Nie sądzę jednak by, którykolwiek Skamandryta zaryzykował "sarny same jedne"? W ogóle wszystko razem, bez przebierania jak maku z popiołu, wygląda na parodię Sępa-Szarzyńskiego, Mickiewicza, Staffa, Leśmiana, Kasprowicza, a kto może wiedzieć, kogo jeszcze. I dociekać nie ma po co. A to przecież nie były parodie, to były autentyczne natchnienia, spełnienia wierszowane delikatnej wrażliwości. Tylko że najczęściej bez śladu pracy nad doborem słów, nad ich osobnymi i wspólnymi sensami. Jakby panna Knollówna tak działała w swoim laboratorium chemicznym, jak postępowała z językiem, nie byłoby bromków xylyli i pochwał profesora, a pracowało się tam przecież z cyjankiem potasu. Może to było odreagowanie – w krainie wolności słowa i wyobraźni – na stres z powodu precyzji i dokładności oraz obaw przed błędem naprawdę śmiercionośnym? Natchnienie poetyckie pozwalało napisać "moje życie już minęło" i z satysfakcją artystyczną zasiąść do kolacji w wytwornym towarzystwie masonów, kolegów brata. Podobna swawola na Wydziale Chemii skończyłaby się rzeczywistym przeminięciem życia. Ot, i cała tajemnica? 


Z ciekawości zajrzałem na koniec książeczki Poezje, na ostatnią strofę w tomiku. Szczęśliwie nie przeczytałem najpierw okropnego początku ostatniego wiersza... 


Umarli śpią... Połóżmy serca skołatane

obok. Przez drzwi otwarte ptak do grobu wleci,

brzóz listeczki najmłodsze zadzwonią o ścianę,

niebem pójdą obłoki radosne, jak dzieci, 

a z wioski, kołysanej południa spokojem,

przyjdzie szmer i na sercu zwinie skrzydła mojem.


...gdybym to zrobił, pewnie bym do ostatniej, strofy nie doczytał, nie dotrwał:


Umarli śpią. Noc, ranek, południa, wieczory,

idąc z wolna przed siebie po kolistej drodze,

rzucają na ich twarze wędrowne kolory

i idą za brzeg ziemi – a kiedy odchodzę,

Orion gwiaździsty wstaje na kolanie zgiętym

i strzeże ich ramieniem w bezmiar wyciągniętym.


(W oryginale jest, rzecz jasna: "zgiętem, wyciągniętem".) Gdybym nie wiedział, skąd rzecz pochodzi, pomyślałbym, że z jakiegoś poematu Josipa Brodskiego – choć niekoniecznie w tłumaczeniu Barańczaka.




K O N I E C


° ° °




 Baśń i reportaż o Borzechowie – Tekla Knollówna i Władysław Orkan


Baśń





 

















*


Reportaż



WŁADYSŁAW 

ORKAN 

DROGĄ CZWARTAKÓW 

OD OSTROWCA 

NA LITWĘ 

1915 




Zmierzch zapadł.
Bataliony wyszły, wsiąkły w mrok.
Za nimi, coraz przystając, tren bojowy (tzn. zaopatrzenie i wyposażenie). Ciężko toczą się  wozy po błotnych zepsutych drogach. Wśród pustaci pól niewidnych, to wśród majaków drzew, ogrodzeń, środkiem jakiejś wsi. 

Noc ciemna. Jakiś zakręt, ledwie rozeznać tor drogi.  Zdążają wozy pod górę. Wjazd jakiś szeroki, niby do obejścia dworskiego. 

A oto czarne ściany parku.
Droga przez park prowadzi. Przez park grożny,  surowy, milczeniem objęty. Poprzez plac jasny, oświetlony jarzącemi oknami pałacu. Sztab dywizyi podobno tu stoi. 

Za parkiem, przestrzeń — noc, rdzawym odblaskiem przeszyta. 

Na wprost — olbrzymi pożar. Jakieś miasteczko płonące. 
Borzechów?
Tam tren ma jechać — droga tam prowadzi. Czy nie  pomyłka?
Na lewo i na prawo od tego skupiska płomieni  wybłyskują nad ziemią bezgłośne rakiety, zaświecają się w ciemności i gasną. Oczy pozycyi w noc ciemną, szukające wroga, baczące, czy nie knuje jakiegoś podejścia. 

Cisza wielka, cisza niezwykła, jak przed czemś strasznem, co się zaczaja w ciemnościach, potęguje grozę nastroju. 

Wybłyskujące co chwila rakiety wyznaczają pozycye nasze i wroga. Są one, jak widać, tuż blisko, o wiorstę. 

Sunie tren milczącą karawaną wprost w to niewiadome. Podnoszą się niespokojne pytania. Tak, napewno omyłka. Łącznik stracony. Lecz — rozkaz. 

Zjeżdżają wozy z góry, w świetle pożaru widoczne. Zajaśniał, wykwitł ze środka ogniska ollrzymi stos płomienia białego, z niewiadomego źródła. 

Podjeżdża tren pod bramy onego miasta pożaru. Rakiety zaświecają się tuż przed oczyma. Dalej trudno jechać. 

Wieczerzać niema czasu. Pułk wyrusza, już zmrokiem, w stronę Borzechowa.   

Nad ranem ordynans przyprowadza rannego konia pułkownika i, wystraszony, opowiada, że pułk był w walce, że dużo jest zabitych i rannych, mówi jendnak tak troisto, że, widno, nic prócz strachu własnego nie widział. 

O świcie otrzymuję rozkaz, bym się udał do pułku. Tren jeszcze ma postać. Jadę z jeźdźcem meldunkowym, który wskazuje drogę. Podążają też kuchnie polowe za nami. 

Jedziemy naprzód polnymi szlakami, później trafiamy na drogę, z jakiejś wsi wiodącą, wreszcie dostajemy się na szosę. 

Słońce już wyszło. Widać po ożywionym, wczesnym ruchu dnia, iż noc ta ważne jakieś spełniła zadanie. Przerwała jakąś linię, ległą w poprzek drogi, i oto się ruszyły wstrzymywane fale. Walą szosą oddziały różnej broni. Turkoczą ciężkie skrzynie artyleryjskie, przemyka bokiem artylerya. Dążą treny. Wszystko na wschód. 

Mijamy spalony Borzechów, który nocy wczorajszej tak jasno płonął. Spotkany doktór nasz pułkowy kap. Bobrowski, który tu ma stacyę opatrunkową, objaśnia nas, że pułk ma jedenastu lekko rannych, zabitych wcale niema. 

Za Borzechowem przejeżdżamy przez linię okopów rosyjskich, idącą grzbietem wzniesienia w obie strony szosy. Już samem położeniem panująca nad doliną, umocniona jest jeszcze przedpolami drutów, jak widać: przez ataki porozrywanemi. 

Z dziwnem uczuciem patrzę na to pole zryte. Tu się tej nocy rozgrywał bój. Tu nasz pułk po raz pierwszy przyszedł na linię. 

Za przechyleniem odsłania się pole równe z łęgami zbóż po obu stronach drogi, dalej na prawo 

Odpoczynek w lesie. 

Szosa zmierza prosto i ginie gdzieś w schyleniu. Na tejto szosie spotkaliśmy po raz pierwszy jadącą przeciw nas kawalkadę dziwną, którą odtąd już często mieliśmy za każdym odwrotem Moskali spotykać. Długi rząd wozów chłopskich ciągnionych z wysiłkiem przez chude, wybrakowane koniska. Pobok konia woźnica stary, ledwo wlokący nogi. Na wozie wązkim spiętrzony wszystek majątek: skrzynia, tłomoki różne, worków wypchanych parę, graty — na tem siedząca kobieta, dzierżąca na ręku niemowlę, indziej gęś lub kojec z kurami — albo zaś kobieta idąca pobok fury, prowadząca krowę, lub cielę na powrozie, na furze zasię dzieci kilkoro drobnych jak w gnieździe — albo pomiędzy spiętrzonymi na wozie gratami dziecko śpiące, przy niem małe prosię, pod wozem na powrózku piesek. I tak z małemi przemianami jeden wóz za drugim. — A sznur tego długi — nieskończony, rzeka niedoli. 

Skąd ci ludzie? Dokąd ta wędrówka? 

Oto przez Moskali z miejscowości różnych zagarnięci, przyostali, przypadli w schronach lasu podczas ich odwrotu i teraz, dostawszy się na tę stronę ruchomej linii, wracają do swoich siedzib. — Ludzie szarzy, półmartwi z przebytych udręczeń, zdają się świata nie spostrzegać, w głąb swojej nędzy zapas trzeni. Wloką się, wloką — już im nic nie dziwne wszystko widzieli: i pobranie synów, i pohańbienie córek, i spalenie w ich oczach dobytku. Wracają, wiedzą — na zgliszcza. Ale na swoje. Mniejsza to już niedola, niż być gnanymi w świat bez jutra. 

Młodzieży wśród nich niema. Jeno starzy i dzieci. Zapytuję pierwszego woźnicę:
— Skąd wyście gospodarzu?
Pojrzał na mnie, na mundur, oczy mu się przygasłe jakby  ożywiły.
— Z Urzędowa — mówi. — Ale wieś naszą spaliły.
— Wiem, przejeżdżaliśmy. — I kościół, mówią, spalony. — A czemuście nie ostali? czy was gwałtem zagarnęli? — Straszyły Niemcami, że bedą palić, rabować, a potem  i gwałtem nas pędziły. Naród nie wiedział, czego się trzymać. To był popłoch, panie.  Poczem dodał:  — Ale dziś wiemy, kto wróg. Pokazały nam dowodnie. Już i ten mały, co na farze siedzi, zapamięta — wskazał biczyskiem na chłopczynę, może lat pięciu. 

Na prawo z gościńca w lesie biwakuje nasz pułk. 

Skręcamy przez pole i stajemy w obozie. Rano jasne. Widać zmianę pewną w nastroju ludzi: odbicie dziejów krwawych nocy. A nawet czuć tę krwawość świeżą — odór bitwy – w okolnej atmosferze. 

Udział pułku w bitwie minionej nocy tak się z relacyi przedstawia: Późnym wieczorem przyszedł pułk na pozycye pod Majdan Borzechowski i rozwinął się jako pierwsza rezerwa austryackich stanowisk. Batalion I. kapitana Galicy na przedzie, za nim bataliony II. i III. pod dowództwem kap. Sikorskiego i por. Szerauca. Bój wrzał niezwykle zacięty. Rozwinięte w tyraliery, podsuwały się bataliony ku górze po świeżem ściernisku. Kule gęsto latały. Ze rzadka stojące kopki snopów dawały tym owym osłonę. Dużą potuchą dla chłopców, a ośmieleniem dla nowicyuszów było, iż widzieli, jak pułkownik przejeżdżał konno wśród kul pomiędzy tyraliery, nie dbając zgoła na niebezpieczeństwo własne. Równie nie »dekowali« się oficerowie komendanci. Kap. Galica podprowadził śmiało swój batalion pod linię ostatnią okopów i do ataku nie doszedł tylko przez to, że już wojska austryackie linie nieprzyjacielską przełamały. Bój przesunął się za przechylenie ku lasowi, gdzie zażarte walki wręcz dokończyły dzieła. Wróg cofnął się w popłochu. 

W komunikatach urzędowych bój pod Borzechowem zaznaczono jako najkrwawszy na tym odcinku. 

Mieliśmy sposobność bezpośrednią oglądać część pobojowiska borzechowskiego pod Majdanem. W sąsiedztwie lasu, gdzie pułk stał obozem, przechodząc przez pole owsa poza gościńcem, co krok napotykało się jakieś przedmioty porzucone przez Moskali: koce brudne, ziemiste szynele, czapki, tornistry, kociołki, łyżki, ówdzie karabin, bagnet, ładownice, i moc rozsypanych naboi. Przy kraju lasu kilka sosen wysokich, czapistych — jak widać z drabin pozostałych: gniazda obserwacyjne. — Las świadczy o charakterze walki, jaka się tu rozgrywała. Co chwila: dołki, zarycia, często dopiero zapoczęte. Żołnierz biegł od  drzewa do drzewa, przypadał do ziemi, czynił łopatką dołek-osłonę, strzelał, podrywał się i znowu naprzód. 

Oto trup żołnierza... Łopatkę jeszcze trzyma w dłoni. Dwa razy zdążył szczyptę ziemi podjąć, okopując się, i padł, rażony kulą. 

A oto telefonista... Jak, skulony za drzewem, trzymał przy uchu słuchawkę — tak został w ruchu tym — telefonuje. 

Patrzymy na przemarsz Brygady I. odbywający się poprzed las gościńcem. Sprawnie to wygląda. Zwłaszcza artylerya wzbudza podziw swoją solidną obsadą. 

W tenże dzień przed południem odwiedził nasz pułk Eksc. Durski. Przyjechał z adjutantem por. hr. Krasickim. Przyjmował ich przed lasem na koniu pułkownik Roja. 

Ku wieczorowi sanitaryusze nasi pod wodzą lekarzy pułku idą na poszukiwanie. Donoszą: rannych w lesie za gościńcem wciąż jeszcze się spotyka. 

Otrzymałem rozkaz, by odwieść karabiny pozostałe do Komendy Legionów w Borzechowie i przywieść dla pułku z Komendy odprawę. 

Korzystając z tego, że wozy prowiantowe miały wracać próżno przez Borzechów — by podwód umyślnie nie zamawiać — poleciłem na dwa z nich naładować przygotowaną broń, i wieczorem, gdy oddział rzeczony trenu z powrotem wyruszył, wsiadłszy na koń, poprowadziłem wozy z ładunkiem do miejsca przeznaczenia. 

Komenda mieściła się w południowej stronie Borzechowa, w domku, który z niewieloma sąsiednimi ocalał od pożaru. 

Po wyładowania karabinów wozy odjechały. 

Nim tę sprawę w Komendzie załatwiłem, nim otrzymałem odprawę, godzina była już późna, jedenasta lub dalej w noc. 

Wsiadłem na konia i ruszyłem z powrotem. 

Gdy mijałem, jadąc środkiem wsi, zgliszcza świeże i popieliska domów, przyszło mi na uwagę, że akurat o tym czasie przed dwiema dobami znajdowałem się u wrót tej samej wsi wobec słupów ognia. Wydawała się miastem płonącem — tak ją pożar wzniósł. Dachy świeciły jako kopuły ogniste. Gdzie właściciele tych domostw zanikłych? Ni żywej duszy. Czarna straż kominów... 

Skręciłem na szosę, która przecina wieś, i jechałem stępa pod górę. 

Po obu stronach drogi szło pole — przebijało zgasłem światłem ścierni przez ciemność nocy. 

Zapewne w pułku już śpią. Północ będzie. 


(pisownia oryginalna, fragmenty od str 36 do 48)