Ania Olbrychtowicz Aldrich spędziła młodość w Polsce, we wsi podobnej do opisywanej w Drodze do Mińska. Przyjechała do USA jako młoda mężatka i zamieszkała w Posiadłości Rokeby w niesamowitej, typowej dla Doliny Hudsonu rezydencji, przypominającej nawiedzony Dom Usherów Edgara Allana Poe i zarazem pałac z bajki, należącej kiedyś do sławnej rodziny Astorów, których potomkiem jest jej mąż. Otoczenie cyganerii twórczej na posesji i piękno Doliny Hudsonu przywiodło ją do podjęcia twórczości plastycznej. Przez lata przyniosło jej to wiele artystycznych satysfakcji i osiągnięć, a znana jest zwłaszcza jako autorka ceramiki zdobnej w motywy ludowe (również polskie), poszukiwanej i skupowanej przez kolekcjonerów oraz jako malarka magicznych obrazów szamanicznych, wystawianych w każdym sezonie w Galerii Artystów Tivoli. Wszelkie wydarzenia artystyczne w Rokeby wzbogaca zawsze swoimi pracami plastycznymi.
° ° °
W jesienny poranek pogaduszki z Anią Aldrich na tarasie w jej posesji nad Hudsonem. W kuchni na śniadanie parzyła się kawa i czekał niesłodzony dżem z Ani własnych winogron.
Zapytałem, co to znaczy, że jej obrazy są "szamańskie", jak napisano w krótkiej biografii w książeczce Cait Johnson "Road to Minsk", przez Anię ilustrowanej. Odpowiedziała, że ona nie nazwałaby swojego malarstwa szamańskim. Potem chwilkę się zadumała i opowiedziała mi taką historyjkę:
«Kiedyś Rebeka mnie prosiła o obrazki z jej szamanistycznych opowieści i namalowałam jej białego tygrysa skaczącego we wszechświecie wśród gwiazd – to jest jej rumak, na którym podróżuje. Zrobiłam ilustrację kobiety z rozwianymi włosami, jadącej na tygrysie, Rebeka popatrzyła i mówi: "Hm, to ty tam byłaś." Ja mówię: "Nie! Tylko sobie wyobrażam, jak ty tam byłaś. Ja takich podróży nie odbywam." Ale widocznie trafiłam na właściwą energię. Tak było dwa razy. Wybór obrazka na okładkę jej książki wydawał mi się dziwny, ale ona powiedziała: "Właśnie ten!" Że ona wie, czuje, jak ta kobieta która stoi na skale, a gwiazdy są przed nią, Rebeka też wtedy powiedziała: "Ty tam byłaś!"
No, nie, chyba tam nie byłam. Wiem, że nie mam szamańskich mocy, poza tym medytuję, można powiedzieć, amatorsko. Ludzie, którzy są wprawieni, potrafią podczas medytacji nie myśleć o innych rzeczach, siedzieć długo, nie wiercić się. A ja już po jakimś czasie: "Ooo! Aaach! Dziesięć minut już minęło, idę!"
Ale dość dawno temu, jak się nauczyłam leczenia szmańskiego w Ekwadorze to praktykowałam kilka razy na różnych "ofiarach" i nie wiem... trudno mi powiedzieć, jakie były wszystkie wyniki, ale jeden przypadek był szczególny, kiedy znajoma dziewczyna z Bard College powiedziała po wszystkim: "To mi było bardzo potrzebne, bo właśnie przerywałam ciążę."
To jest skomplikowany proces. Już nie pamiętam wszystkich szczegółów, ale dmucha się na człowieka ogniem z silnego alkoholu. Bierzesz alkohol, taki stuprocentowy, świeczki dwie i pfffuuu!!! Kula ognia idzie na człowieka. I to jest oczyszczające. Tak nas nauczyli w Ekwadorze, ci szamani w górach.
Oni tam mają wulkany i to jest ich siła, moc, więc używają wybuchu ognia, jak wulkan, do leczenia. Różnymi kwiatami - mają czerwone goździki - się posypywało. Ziołami - na gałązkach jest jakby grzechotka - całe ciało się bije. Oczyszcza się też jajkiem i złą energię się wyrzuca, mówiąc, że ona idzie na inną planetę, gdzie nikogo nie ma, więc zła energia nikomu nie zaszkodzi.
Ten szaman mieszkał w chacie z piwnicą, gotowali na ogniu rozniecanym na podłodze, ale mieli też normalną kuchenkę. W głównej sieni chaty krowa mieszkała w nocy, gdy się nie pasła. Jego izba lecznicza była w tej trochę zatęchłej piwnicy i jak on jajkiem oczyszczał, to rzucał je w kąt, a psy które się wokół pałętały, natychmiast zżerały rozbite jajko.
a pies czeka na jajko."
Poznałam szamanów, gdy chodziłam do Omega Institute w Rhinebeck. Człowiek, który to prowadził, pojechał kiedyś do Ekwadoru na wycieczkę i tak się zapalił, że przywiózł tych szamanów. Przez trzy, cztery lata instytut zamieniał się jesienią jakby w wioskę szamańską. Każdy szaman miał osobne pomieszczenie i swoich tłumaczy, bo mówili po hiszpańsku.
Spodobali mi się szamani z Ekwadoru - ojciec, który miał bardzo silną energię i dwóch synów, którzy byli słabsi, ale razem pracowali. Do tego leczenia człowiek musiał być goły, ale nie chciałam się rozbierać, więc zaprosili mnie tylko jako świadka. Brali trzy osoby na raz. Jeden był piękny młody chłopiec, druga piękna młoda dziewczyna, a ja w środku, haha, stara, miałam wtedy trochę ponad pięćdziesiąt lat.
On powiedział, że my, Amerykanie, jesteśmy strasznie pruderyjni, ale musimy pozbyć się ubrań i być nago jeżeli chcemy być gotowi na ich leczenie. Poza tym, jak ogniem na ciebie dmuchają, perfumami pryskają, alkoholem, biją cię kwiatami, pękami gałązek, to na ciało pięknie działa, czuje się to, a jakby ubranie ci nasycili alkoholem, no to co? co za korzyść?
"Tu jest szaman Don Esteban i jego święte rzeczy na stole. Kamień jeszcze z czasów Inków znalazł, taki jego power stone. Pali papierosa, bo i dym stosował do leczenia. Przyszły do niego miejscowe kobiety, bo jak zobaczyły, że Amerykanie przyjechali i płacą mu duże pieniądze, to zaczęły walić tłumem. Chociaż jego reputacja była już od lat wysoka, bo wiedziano, że jest zapraszany do Stanów. Ale był naprawdę dobry, miał świetną energię."
No, to idę, mówię sobie: "Zobaczymy." On na początku czyta energię ze świeczki i mówi: "Nooo, pojedziesz w podróż." A ja myślę: "O, to jest jak u wróżki, no nie? Pojedziesz w podróż, spotkasz przystojnego bruneta." Ale natychmiast powiedziałam, nie wiem dlaczego, bez chwili zastanowienia: "Tak, pojadę do was."
U kobiety, która prowadziła wyjazdy do tych szamanów się zapisałam i pojechałam, w 2001 roku. Wizyta trwała dwanaście dni. Z nimi kilka dni, a później różne wyprawy. To było niesamowite. I wtedy się od nich nauczyłam leczenia. Od tego, który nam się kazał rozbierać, w tej jego piwnicy. Było nas paręnaście osób. Kiedyś poszliśmy na długą wyprawę dookoła jeziora powulkanicznego w kraterze. To była podróż szamańska, więc trzeba było się ustawić za szamanami i nie wolno było zmienić kolejności. Wypatrzyłam dwóch młodszych mężczyn, którzy szli dość szybko i ustawiłam się za nimi, żeby iść nie na przedzie, ale nie z tyłu. Jeden mężczyzna chciał ze mną rozmawiać, ale myślę: "Co to jest? Szamańska podróż, więc nie mogę rozmawiać". Powiedziałam: "Nie mam na tyle oddechu, żeby iść i gadać", więc mi dał spokój. Potem nasza przewodniczka mówi już po wszystkim: "Nareszcie cisza!" Pytam: "Jak to? Przecież było tak pięknie, spokojnie." A ona: "Ja szłam na końcu, żeby wszystkich pilnować, a oni nic tylko gadali, bez przerwy."
Potem zrobiłam kilka monotypii i trochę rysunków. Myślę, że w nich jest energia, ale one nie są za dobre. Nie pokazuję ich i nie sprzedaję. Nie były nigdy na wystawie w Tivoli. One nie są takie... komercyjne. Na cienkim papierze, choć można je podkleić na grubszy i dać do ramy...»
Z Ani notatnika ekwadorskiego:
"Prowadziłam jakby pamiętnik i robiłam rysunki,
jak oni leczyli; z tych szkiców
potem pracowałam nad obrazkami."
° ° °
Gdy wirujesz jak liść
– esej filmowy spisany, z ilustracjami.
Oryginalnie jest to film zrobiony
na Farmie Rokeby w Barrytown,
w majątku rodzinnym państwa Aldrich,
w stanie Nowy Jork,
w roku 2017
przez Ewę i Bronka Kowalskich.
° ° °
»...tak tę książkę pisałam, jakbym śniła.«
"Gdy wirujesz jak liść" – esej filmowy o książce pod tytułem
"Droga do Mińska" (The Road to Minsk)
napisanej przez Cait Johnson
i ilustrowanej przez Anię Aldrich.
Wprowadzenie
Cait: Moja książka to nie jest powieść, raczej dłuższy poemat. Jest jak sen, surrealistyczna, magiczna. Jakby się przyśniła. I tak ją pisałam, jakbym śniła. Większość moich prac jest surrealistyczna.
Kamień może śpiewać, albo krowa, albo umarłe dziecko, bo czemu nie?
Słyszałeś kiedyś śpiew umarłego dziecka? I to jest właśnie poezja, rzecz tak dziwna jak sen.
Po co nam realność? Ona jest płaska. A rzeczy istnieje więcej, niż ludzie sądzą. W twórczości nie ma ograniczeń.
°
Ania: Ilustracje, o które prosiła Cait, malowałam z wielką przyjemnością.
°
Cait: To nie jest zwykłe czytanie na scenie. Dla nas to wyjątkowe wydarzenie. Ania i ja marzyłyśmy o tym od dawna. Ona zrobiła wspaniałe ilustracje do mojego tekstu i nieźle nam to wyszło. Przymknijcie oczy przy słuchaniu i ruszajmy we wspólną podróż.
Część pierwsza.
Zbieraczka opowieści – Bajarka.
Cait: Mińsk rzeczywiście istnieje, ale w mojej wyobraźni leży w krainie za górami, za lasami jako miejsce wyidealizowane, nieosiągalne i wytęsknione.
Niektóre postacie tęsknią do symbolicznego dla nich miasta. Uwielbiam Czechowa, jego "trzy siostry" ciągle mówią o wytęsknionej Moskwie. To samo tutaj – "Och! Jak bym chciała wyjechać do Mińska! Tam jest wspaniałe życie!"
To jedyne duże miasto, znane w tej wiosce. Leży ono tak daleko, że podróż do niego to dla ludzi ze wsi duża wyprawa.
Ania: Mogła zająć cały dzień.
Cait: Myślę, że dłużej, chyba dzień i noc.
°
Cait: Tę kobietę, która przybywa do wsi i zbiera różne opowieści, widzę bardzo wyraźnie. Wyobrażam ją sobie w roli całkiem dobrej terapeutki. Słucha ludzi z uwagą, a to czasem najlepsze lekarstwo – nie doradza, nie poprawia, po prostu zjawia się, gdy chcą mówić. Ona wie, że opowiadanie o sobie uzdrawia.
Być może sądzi, że ją nie przyjmą gościnnie.
Ale słucha i ludzie się przed nią otwierają. Zbiera opowieści, jak bracia Grimm, ale nie baśniowe, lecz o życiu mieszkańców wsi. Zbiera je, żeby poznać, jak oni żyją, z czym się borykają, jakie są ich pasje.
Na tym jej zależy.
Kilka lat temu w wodewilu pt. “Poza czasem” chciałam opowiedzieć o ludziach wykluczonych. Fascynuje mnie Wschodnia Europa w XIX wieku i życie ówczesnych Cyganów i Żydów. Tymi dwiema grupami ludzi miejscowi pogardzali najbardziej.
Książka jest trochę podobna do wodewilu "Poza czasem", ale postacie w książce, którą czytaliśmy na schodach (w domu państwa Aldrichów, na Farmie Rokeby) zmieniły się bardzo. Domagały się wzbogacenia, pełniejszego opisania. Nie dawały mi spokoju. Dlatego przeniosłam je do książki.
Cait (do Ani): Czytałaś sztukę "Pod Mlecznym Lasem" Dylana Thomasa?
Ania: Wspaniała opowieść.
Cait: Bardzo mnie inspirowała. Dziwne postacie w tej szkockiej rybackiej wsi są jak w mojej fantazyjnej wiosce.
Cait czyta początek swojej książki:
»Mogła być kiedyś taka wieś, nie bardzo dawno temu: jej mieszkańcy mówili, że nie ufają obcym, ale pragnęli, by ich słuchano. Wystarczyło dać im cień szansy i nadstawić ucha, a już snuli historie - i każdy miał własną - mizerny, samotny pijaczyna z rudery, i czyjaś żona ze szramami zadrapań na rękach, bogaty bankier z wielkiej kamienicy i miejscowa pomylona, której się rozum pomieszał, gdy miała sześć lat.
Kiedy słuchasz, dowiesz się różnych prawd o losie ludzkim, może nawet o swoim własnym. W małej wiosce, w ciszy wąskich uliczek, zostawiając daleko świat, łatwiej wniknąć w sens owych prawd.«
° ° °
Część druga.
Debora.
Debora (Rebeka Singer, czytanie): Oczywiście, nie mógł być ze mną, miał żonę, dzieci. Niczego nie żałuję, zrobiłabym to jeszcze raz. Szalałam z miłości do niego. To było jak ogień. Gdybym tylko mogła zatrzymać nasze dziecko...
Cait: Według zasad panujących w wiosce Debora, siostra Rabina, popełniła najgorszy grzech. Zakochała się w goju. Mieli romans i zaszła w ciążę. To był jej okropny i piękny sekret, że kochała najbardziej niewłaściwego człowieka.
Cait jako Debora:
Miłość jest dzikim ogniem,
Płoty i ściany rozkrusza,
Jak pożar przyszła do mnie,
Jak pożar we mnie wybuchła.
Rebeka jako Debora:
A teraz, kiedy minęła,
jestem tylko popiołem,
Polem cmentarnym,
bo skrywać mam sekret po grób
Cait jako Debora:
O mojej miłości do goja, za którą zabiłyby mnie
Te skryte, strachliwe mężatki,
co łatwo cisną kamieniem.
Rebeka jako Debora:
Ukryłam się, gdy brzuch mój nabrzmiewał,
schowałam, aż przyszedł mój czas,
i urodziłam ją sama. Bez niczyjej pomocy
moje dziecko przyszło na świat -
Debbie Stone jako Debora
(z "Poza czasem"):
...jak mam to opowiedzieć? Właśnie przybyli Cyganie…
Och, jak płakałam.
Debbie Stone jako Debora
Rebeka jako Debora
Rebeka jako Debora:
Och, jak płakałam. Z piersi mych ciekła biel łez.
Serce mi pękło na pół i połowa odeszła z nią.
A druga została uwięziona w bólu.
Osądź mój czyn...
Cait jako Debora:
Osądź mój czyn, jeśli chcesz, lecz dla niej wybrałam życie
Wolne od szeptów, podłości i kłamstw,
Życie ze słońcem i nie z wiatrem w twarz,
Życie płynące przez wiatr, blask i deszcz.
Cait: To była okropna decyzja. Kochała to dziecko. Ale oddała je Cyganom, żeby miało szczęśliwsze życie
Cait: Wiele kobiet może się identyfikować z Deborą. To tragiczna postać, mimo szczęśliwego zakończenia, postać odważnej kobiety, kochającej “obcego”. Wiejska społeczność zapewne by ją ukamieniowała. To było coś nie przyjęcia.
Ania: Nie tylko tam. Obcy, żonaty, a ona – w ciąży, bez męża, siostra rabina... Straszne, straszne. Kompletny skandal, nawet gdyby on był jednym spośród nich. Kto w piekło wierzy, powiedziałby, że ona tam trafi.
Cait: Oślepiła ją namiętność, jej dziecko byłoby przeklęte, ale odważnie je oddała wędrownym Cyganom. Z miłości, bo we wsi byłoby przeklęte. Zrozumie ją każda, która poświęciła swoje szczęście. Była mądrzejsza, niż wiejska kobieta wtedy powinna być, umiała pisać i czytać. Była poetką.
Napisała o swym losie poemat i dała Zbieraczce Opowieści, bo czuła, że tylko ona ją zrozumie. Tamtejsze kobiety nie uczyły się pisać i czytać, ale Debora nie była zwykłą, normalną wieśniaczką.
° ° °
Część trzecia.
Gittel.
Ania: Lalka przedstawia Gittel, której przeszłość jest niejasna. Zgwałcono ją w dzieciństwie i “pomieszało” się jej w głowie. Jest jak zepsuta lalka.
Cait: Tak, to Haskel zgwałcił Gittel. Jej postać wymyśliłam, jako pierwszą.
Mamy kilka postaci dziecięcych w książce, wśród nich Gittel, bo umysłowo jest dzieckiem. Jest sierotą, włóczącą się po wsi. Z powodu gwałtu pozostała umysłowo dziewczynką, choć to dorosła kobieta. Zawsze jest sama, zziębnięta i głodna. Wyobraziła sobie, że kartofel jest jej dzieckiem.
Cait jako Bajarka: Obok domu Raisy, w kącie szopy kuli się z zimna Gittel, która tu czasem sypia. Wiatr wciska się szparą pod drzwiami i rozwiewa jej skołtunione włosy. Dziewczyna kołysze się w przód i w tył śpiewając:
Cait:
W ciemnościach piwnicy słyszysz,
jak po żwirze coś skrobie.
To myszy.
W tej wsi było dziecko,
któremu szczury odgryzły nos
Nienawidzę szczurów. I jego. I zimna.
Kiedyś znalazlam kartofel,
który miał guzek jak główkę.
Był zimny i gładki od żwiru,
pachniał ziemią miło i słodko.
Nie zjadłam go,
zawinęłam w czarną szmatkę.
I to było moje dzidzi.
Schowałam je w fartuch i nie wiedział nikt,
że je mam, tak samo jak ta kobieta u Rabina.
Nikt nie wie, ale ja wiedziałam,
że ona pod szalem ma dzidzi.
Pewnego dnia przepadło jej dziecko,
a ona płakała.
Kochałam moje dzidzi z kartofla.
Śpiewałam mu kołysanki,
ale ono nie rosło,
było coraz mniejsze i pomarszczone,
jak moja Niunia, zanim umarła.
I nie pachniało przyjemnie.
Całkiem jak moja Niunia.
I dostało ciemnych plam,
jak szramy na moich rękach,
które mi zrobił ON.
Nikt nie wie, kim jest ON.
Aż się spostrzegłam, że nie dzidzi
zawinęłam w szal, ale śmierć.
° ° °
Część czwarta:
Frejda.
Ania jako Frejda (czytanie): Ach, to pewnie ta nierozgarnięta Gittel śpiewała. Kiedyś była jak inne dzieci, ale potem, nie wiem dokładnie kiedy, może tego lata bez deszczu, zrobiła się jak wyrzucona lalka z zepsutymi rączkami i nóżkami. I już nie możesz jej zreperować, żeby porządnie wyglądała. Tak się z nią zrobiło. Rosła, ale w głowie jej został sześcioletni rozum. Czasami śpiewa i muszę powiedzieć, że ma miły głos, dźwięczący jak strumyk, ale kiedy zobaczy, że słuchasz, to przestanie.
Daję jej czasem kopiejkę lub dwie za prace, co i dziecko zrobi. Za wieszanie prania na sznurze, bo poradzi sobie z prześcieradłem, ale już co do koszul to nie. Mój Haskel szczególnie uważa na koszule, żeby były wygładzone i dokładnie ułożone do suszenia. Koszule sama rozwieszam, przypinam porządnie w ramionach, tak że wyglądają, jakby tam wisiał Haskel, tyle że bez głowy i rąk. On ma wielkie ręce.
Mam szczęście, że to taki robotny człowiek. A jak czasem trochę się gniewa, że coś z koszulą nie tak, to co w tym złego? Zawsze mamy zastawiony stół, nie tylko w świąteczny dzień. Ciągle mi o tym przypomina: “Jak myślisz, skąd się bierze ten chleb? Te kurczaki?" – mówi. – "Tyram na nie w pocie czoła.” Tak tylko gada, bo przecież nie poci się za bardzo w sklepie.
Pewnego razu, niech mi Wszechmogący wybaczy, wyobraziłam sobie jak mu z kropel potu na czole, niby z jajek wylatują kurczaki i zaczęłam chichotać jak siksa jakaś, dawno się tak nie uśmiałam – ale mu się to nie spodobało. A kto jedzenie gotuje? A kto zmywa naczynia i sprząta?
Mam tu trochę wódki schowanej za piecem. Ciepłą nie pije się gładko, ale wygładza myśli. I kawałeczek ciasta na poprawienie humoru. Ugotuję obiad taki, jak on lubi. Może popatrzy dziś na mnie łaskawiej i się uśmiechnie. Jak w dzień ślubu.
Haskel (Ron Kamen, czytanie): A co ona robi cały dzień? Wyleguje się i objada. Jeśli ma co jeść, to dzięki mnie. Ja zarabiam pieniądze, a Frejda się tylko obżera jak świnia i odwraca ode mnie w łóżku. Ja tam nigdy nie dam Frejdzie przynieść książki do naszego domu. Co dobrego przyjdzie z czytania? Tyle powiem, że z tego nie będzie kurczaka na obiad ani przysmaków na stole.
Myśli, że ja nie wiem, co ona ma w głowie, ale widziałem, jak patrzy na tego Lwa. Pisarz, cholera! Łamaga, nic nie warty, swoimi papierami może sobie dupę podetrzeć. Jak ją jeszcze raz złapię, że z nim gada, porąbię na kawałki i utopię w sraczu.
Ania jako Frejda: Haskel, Haskel, Haskel. Ja go traktuję jak boga, jak kogoś, kto ma prawo mnie napominać. "Przypaliłaś chleb, Frejdo. Źle uprasowałaś koszulę, Frejdo. Tyjesz, Frejdo. Wyprostuj się, Frejdo, wciągnij brzuch." A ja się kulę i drżę. Odpowiadam - Tak, Haskel, przepraszam, Haskel, już nie będę, Haskel.
Cait: Frejda wyszła za mąż z rozsądku.
Ania: Żeby mieć co jeść. Gorzko za to zapłaciła, bo był łajdakiem.
Cait: Zdradzał ją i okazał się pedofilem.
Ania jako Frejda: Nie jestem zaskoczona tym, co usłyszałam o Haskelu nie chciałam wierzyć, ale szeptano po kątach… Ale jeśli prawda… A może być prawda… biedna Gittel. Co ja mogę zrobić? Co zrobić, żeby skończyć z tym całym brudem?
Mam powód do rozwodu. Obedrę starego osła z ostatniej kopiejki, z ostatniego rubla. Zrujnuję go. Zabiorę mu sklep i niech go wyrzucą z miasta. Wreszcie wiemy, kim on naprawdę jest, z kim się zadajemy. Wyrzucić go na bruk, niech się wynosi drogą do Mińska!
° ° °
Część piąta.
Minda.
Joe Tobin jako Głaz
(gra na akordeonie i śpiewa):
Zimny głaz.
Byłem ulicznym brukowcem.
Nie rozbiły mnie
koła wozów, ani końskie podkowy,
ani zimno i upał.
Cait: Ten obrazek jest bardzo tajemniczy, mój ulubiony.
Ania: Tu pokazałam Mindę szczęśliwą, że jedzą ją robaki w ziemi i że staje się częścią natury. Ale jak namalować robaki? Dramatyczniej było umieścić ją w brzuchu wilka, pokazując kolisty cykl życia.
Ania jako Frejda: Mógł mi się trafić ktoś jak Salomon, pijak, którego córeczka tajemniczo umarła. Są sprawy, o których lepiej nie wiedzieć.
Salomon (Reid Hannan, czytanie) (niechętnie opowiada Bajarce): Tak, miałem córeczkę, Mindę. Umarła. Nie masz trochę wódki?
Cait (śpiewa piosenkę Mindy):
Było Mindą to coś,
co dziś przykrywa głaz.
Po cóż bać się zmian?
Popłynęłam przez czerń,
co pod ziemią mnie żre,
jak dźwięki przez flet.
Przetrawione na gnój,
na pleśń dawnych lat
przez robaków rój, płynie wzwyż
w roślin świat, łodygami w kwiat,
wszystko, co było mną.
Z mej dziecinnej piosnki się śmiej,
za nic stałość miej,
bo co piękne to zwid.
Co za bóg dziwny splótł
ten krąg ciał i nut?
° ° °
Przypis objaśniający:
Oto szczęśliwe zakończenie, o którym w filmie wspomniała Cait: Dramaty i tragedie wiejskie, terapeutycznie opowiedziane Bajarce, kończą się całkiem pomyślnie – nim Bajarka wyjechała ze wsi, przybyli Cyganie i wtedy Debora dowiedziała się, że jedna z pięknych dziewcząt w taborze to oddana im dawno jej córka, którą nazwano Basia. Pisarz wiejski Lew, człowiek o duszy poety znalazł w uspokojonej Deborze sprzyjającą mu partnerkę i niebawem się pobiorą. O biedną Gittel zatroszczyła się bogata gospopdyni Raisa, córka Haskela i Frejdy, i przyjęła pod swój dach. Frejda pozbyła się męża-potwora. Narzeczonym marzycielskiej, samotnej Biełki został zakochany w niej, porządny kawaler. Okazało się też, że dobry rabin cały czas wiedział o tragedii siostry i nigdy jej nie potępił. Schyłek jesieni zdaje się nieść wiosce ukojenie siłą baśniowej magii, a Bajarka wyjeżdża serdecznie żegnana przez miejscowych.
° ° °
Ostatnie gęsi
Rabin (Jack Maguire, czytanie): Słyszysz te gęsi? Wkrótce wszystkie odlecą. Niebo opustoszeje. Spadnie śnieg. Świat ucichnie.
Cait jako Bajarka-narratorka: W ciągu kilku dni niebo stało się ołowiane, a zmierzch przychodził tak szybko, jak kichnięcie. Odlatują ostatnie gęsi i ty z nimi. Gdy stoisz ze swoimi kuframi na skraju drogi, czekając na powóz, widzisz lecące wysoko ptaki i słyszysz ich gęganie, jak dziecięcą piosenkę:
(wszyscy czytający chórem):
Spieszmy się, spieszmy,
już droga gotowa,
nasze skrzydła to lot,
a ten lot wiedzie w dal.
Gotowi, gotowi, przywódca nas woła,
lecimy, lecimy, aż do końca dnia.
Cait jako Bajarka-narratorka: Szczęśliwej podróży. Drogą zasypaną jesiennymi liśćmi odjeżdżasz.
° ° °
Tak kończy się filmowa część eseju, po której następuje rozmowa Ani i Cait o ich wspólnej pracy przy książce. Do eseju wszedł tylko mały fragment z dłuższej całości wspomnień i oglądania ilustracji, stanowiącej oddzielny filmik o tej sesji.
Ania: Już nie pamiętam, jak zaczęłyśmy. Prosiłaś mnie, żebym...
Cait: Tak! Twoje obrazy są takie magiczne. Nie wyobrażam sobie lepszych ilustracji do mojej książki. Są jak ze snu i bardzo wschodnio-europejskie. A poza tym lubię z tobą pracować.
Ania: A ja zawsze mówię – No, może, zobaczymy. Zamiast – Tak, oczywiście. I zawsze nam się udawało. Prawda?
Cait: Nie zapomnę, jak weszłam do twojego studio i w szufladzie zobaczyłam te skarby. Jakby czekały na mój projekt.
Ania (pokazując w pracowni swoje prace): To są obrazy do "Drogi do Mińska". Cait prosiła o zilustrowanie jej książki, a ja akurat coś podobnego malowałam. Jej pomysł bardzo mi się spodobał.
Ten obrazek robiłam do książki...
...ale ten powstał wcześniej.
Cait: Naprawdę rozumiesz wiejskie życie i świetnie je malujesz.
Ania: Takie są moje wspomnienia. To krajobraz stron, gdzie dorastałam. Z Nowego Targu, bo tak on wyglądał za mojego dzieciństwa. Konie, ludzie na furach, kto tylko może jedzie na targ, wiejskie psy biegają dookoła. Wciąż czuję tę atmosferę miasteczek i wsi.
° ° °
Książkowe biogramy Ani i Cait do filmu przeczytał Ricki Aldrich:
Cait Johnson publikuje poezję i dramaty, reżyseruje widowiska, jest autorką sześciu zbiorów ezoterycznych esejów, m.in. Czarownica w kuchni. Gotowanie magiczne; Święto Wielkiej Matki. Jak czcić Ziemię; Ziemia–Woda–Ogień i Powietrze: Łączność z Duchem. Zasłynęła wierszem “Zimny Księżyc” drukowanym w antologii poezji Miarka za Miarkę. Uczyła pisania kreatywnego w Stonecoast MFA w stanie Maine, prowadzi prywatną praktykę doradczą w regionie Doliny Hudsonu w stanie Nowy Jork. Jej książkę Droga do Mińska poprzedziło przedstawienie teatralne Poza Czasem wystawiane na terenie Rokeby Estate.
Z angielskiego przełożył B.K.
Ilustracjami są fotosy z filmu i fotografie Ewy Kowalskiej.
° ° °
Wtorkowe przelustrzenie
Był pierwszy wtorek października. Do drugiej po południu został kwadrans. Cait piła powoli trzeci kieliszek czerwonego wina. Po żmudnym i próżnym poranku, poczuła wreszcie falę wtorkowej magii, tę błogą siłę, której próżno było oczekiwać w inne dni tygodnia. Sięgnęła po wiotki i obfity szal. Podbite czernią jedwabiu srebrnawe koronki kolorem zmieszały się z włosami na ramionach. W głębi wysokiego lustra, przed którym stała Cait, odbijały się okna z kłębami chmur. Barwy cyny i aluminium zasłoniły popołudniowe słońce i już nie było porannej pstrokacizny świateł w ogrodzie.
Cait przyjrzała się sobie i oceniła, że wygląda po hiszpańsku i po kociemu. Skinęła dłonią, w szklanej tafli błysnęła czarna błyskawica. Zwiewna, obfita suknia, zakrywająca jedwabne halki, pełna falbanek i koronek, zamieniła się w gęste futro, czarniejsze niż noc. Srebrzysto-czarna sierść rzucała blaski intensywniejsze niż kocie źrenice. Zrobiło się pięknie, ale kicia w butach była tak wysoka jak lustrzana rama. Wielką postać otulał szal, w lewej łapie trzymała szkło z resztką wina. Cait zamiauczała hiszpańskie flamenco, zastepowała szybki rytm, zawirowała w piruecie. Rozhiszpaniona kotka machnęła w lustrze łapą, a czarna czarownica odczarowała się, żeby łyknąć ostatnie krople bordeaux, zdjąć szal i, trochę z żalem, buty. Lustro znów błysnęło, po czym posłusznie pokazało małą, zwykłą, czarną kotkę, która przez próg podreptała do ogródka. Chmury wciąż zasłaniały słońce, w trawie nie widać było kociego cienia.
Magia działała koronkowo i niepostrzegalnie. Podniosły się drzwi do garażu, te w samochodzie się uchyliły, a klapa odsłoniła bagażnik. W Rhinebeck, gdzie mieszka Cait, domy stoją gęsto i dobrze widać, co sąsiad porabia, ale tym razem nikt nie zauważył, jakim sposobem wielkie lustro zmieściło się w niedużym bagażniku i jak w ogóle dostało się z salonu do garażu. Nikt też nie zauważył, że samochód Cait wyjechał na ulicę z nikim za kierownicą.
Z tej posesji farma Rokeby znajduje się w odległości sześciu mil, a dokładnie: dziewięć kilometrów i osiemset siedemnaście metrów. Od wjazdowej bramy zadrzewiona droga przez kilometr, sto dwadzieścia sześć metrów i pięćdziesiąt cztery centymetry prowadzi między łąkami, na podjazd przed pałacem. A na koniec osiem stopni po schodach na taras, a tu zwykle czeka na Cait jej przyjaciółka Ania. Gdyby nie auto zaczarowane, Cait na kocich łapkach dreptałaby tam do zachodu słońca.
Ania jest wytrawną Babą Jagą pędzli i farb. Dwa tysiące i dwa razy wymalowała bajki i sny swoje i swoich kumpelek z Rokeby i okolic. Cait jest Babą Jagą pióra, opowieści Tarota rozgryza jak Homer epopeję. Dwa tysiące i dwa razy opisała czarodziejstwa kulinarne swojej kuchni i intymną magię swojej łazienki. Jej książki mają ilustracje malowane przez Anię. One dwie, powiadają między sobą sarny mieszkające w zaroślach na farmie Rokeby, to są czarowniczki-nierozłączki.
Kocie auto wjechało na ulicę zapraszane zielonym światłem. Przechodnie i kierowcy widzieli zwyczajne lampy sygnalizacji, zieloną przy żółtej i czerwonej, ale tylko Cait-kotka zobaczyła w świecącej zieleni postać Wisielca-Kuglarza. Ubrany był, jak to on, w czerwone pantalony i zieloną bluzę, i - jak to zwykle on - dyndał do góry nogami na słupie, zaczepiony prawą stopą, z lewą nogą fikuśnie zgiętą. Tym razem nie chował obu rąk za plecami, tylko jedną wyciągnął przed siebie i wskazującym palcem machał do Cait, jakby chciał powiedzieć – No, no, nie pozwalaj sobie za dużo na środku drogi!
Cait z kotki błyskawicznie odczarowała się w samochodzie do swej ludzkiej postaci.
Także w Rokeby po jasnym przedpołudniu chmury zasłoniły słońce. Ania od czasu do czasu podchodziła do okna swej pracowni wypatrując auta Cait. Powinno wyjechać na podjazd z traktu między łąkami i spośród drzew. Droga w oknie widniała po prawej stronie krajobrazu, a po lewej w okiennym obrazku szła ścieżka ku wielkiej stodole, często zamienianej przez wszelkie okoliczne Baby Jagi w salę taneczną, albo teatralną. Auta nie było i nie było.
I być nie mogło. Od bramy do Rokeby wcale nie wjechało na sarnią drogę ku pałacowi. Stanęło pod wjazdową bramą i jakby zdmuchnięte powiewem spod cynowych chmur, rozwiało się w powietrzu. Jedna z saren zauważyła czarną kotkę w koleinie drogi, ale przegapiła szybki blask szklanej tafli płynącej między drzewami.
Ania kolejny raz podeszła do okna i spojrzała na prawo. Zobaczyła nie drogę, lecz majaczący niewyraźnie za jesiennym kasztanem przy ścieżce kształt wielkiej stodoły.
– Chyba stanęłam tyłem do okna – mruknęła Ania – skoro widzę wszystko na odwrót.
Odwróciła się, ale zamiast poprawionych szyb zobaczyła normalne, nienaruszone wnętrze pracowni. Spojrzała ponownie w okno, w którym wciąż tkwiło lustrzanie przestawione odbicie zwykłego widoku.
– Skoro szyby mam zamienione w lustro, to Cait jest gdzieś niedaleko – domyśliła się Ania. Otworzyła okno na rozcież, ale zwierciadlane przelustrzenie krajobrazu nie uległo zmianie, bo to nie szyby, lecz wszystko na Rokeby wpadło do wielkiego lustra i przestawiło się z lewa na prawo. Ania dotknęła koniuszkami palców wibracji świata za oknem i poczuła w pulsującej przestrzeni zapraszającą ulotność. Sięgnęła po wielki parasol w kącie pokoju, weszła na parapet i pofrunęła pod parasolem, celując na trawnik przy podjeździe. Nie wszystko poszło gładko, bo nad gałęziami kasztana wibrująca ulotność zakręciła gwałtownie jak trąba, a wir omal nie poniósł lecącą czarownicę ku wzgórzom za rzeką. Załopotała czarna płachta, zabrzęczały druty szkieletu, Ania wyrwała się z turbulencji, odchylając za plecami czaszę parasola. Gdy minęła wir, zawisła na sekundę nad stołem stojącym w trawie, wycelowała, a potem wylądowała tak uważnie, że nawet nie zmarszczył się obrus zakrywający blat.
Stała nie wypuszczając parasola z rąk, żeby w przelustrzeniu nie stracić równowagi i spoglądała w głąb posesji, ku drodze, skąd powinna nadjechać Cait. Przez jakiś czas wcale nie widziała czarnej kotki, która przycupnęła na krzesełku obok stołu. Cait odczarowała się jednym miauknięciem. To poszło łatwo, ale resztę popołudnia i spory kawał wieczoru zajęło obu Babo Jagom odlustrzanie Rokeby – kawałek po kawałku, widok za widokiem. Gdy przyszło do mieszkańców Farmy, trzeba było niektórym prawo-lewą wylewność przelustrzonego rozgadania, odmienić na lewo-prawą poprawność wieczornego milczenia.
Na wzgórzach za farmą przybywało zachodu słońca, ubywało na stoliku wina w butli, Ania i Cait w wyśmienitych humorach, czuły się coraz mniej winne zachodzącym na Rokeby wtorkowym ambarasom.
° ° °
Okładka książki w polskiej wersji
Tytuł oryginału: The Road to Minsk.
Book Design by Reid Hannan
Baba Yaga Press
© 2016 by Cait Johnson and Ania Aldrich
ISBN 978-1-68419-144-4
Droga do Mińska
(Gdy wirujesz jak liść)
Napisała: Cait Johnson
Malowała: Ania Aldrich
Edytował: Reid Hannan
Tłumaczył: BK
Układ ilustracji według projektu Reida Hannana
* * *
Cait Johnson
Gdy wirujesz jak liść
Mogła być kiedyś taka wieś, nie bardzo dawno temu: jej mieszkańcy mówili, że nie ufają obcym, ale pragnęli, by ich słuchano. Wystarczyło dać im cień szansy i nadstawić ucha, a już snuli historie – i każdy miał własną – mizerny, samotny pijaczyna z rudery, i czyjaś żona ze szramami zadrapań na rękach, bogaty bankier z wielkiej kamienicy i miejscowa pomylona, której się rozum pomieszał, gdy miała sześć lat.
Kiedy słuchasz, dowiesz się różnych prawd o losie ludzkim, może nawet o swoim własnym. W małej wiosce, w ciszy wąskich uliczek, zostawiając daleko świat, łatwiej wniknąć w sens owych prawd.
Wyobraź sobie, że jak jesienny liść krążysz pomiędzy domami i słuchasz, słuchasz i słyszysz, jak spod ziemi mówią umarli i kamienie na cmentarzach, a nawet krowy w oborach. Żywi czasem recytują poematy. W tej wędrówce nie wiesz, dokąd zniesie cię wir. Jak we śnie.
We wsi jest chłodny poranek, ludzie wzdrygają się z zimna i psioczą na pogodę. Przez cały dzień gęsi wyszywają na niebie skośne wzory, jak ściegi na bluzkach staruszek, a przy ziemi suche liście wzlatują spod stóp. Domy otulają się w dymy z kominów, a pola zasypiają na zimę. Niebawem Zalman, syn rolnika, wróci z jesiennych prac, wyprzęgnie zziajane konie, zasiądzie przy piecu, rozkładając parującą odzież przy ogniu, którego błyski odbijać się będą w oczach dziecka, kołysanego na kolanach. Kava, jego młoda żona, zakrzątnie się wokół obojga i przechyliwszy się przez ramię męża muśnie policzek niemowlęcia, a potem poda na stół pieczeń z mostka, przyrządzoną według przepisu teściowej tak, jak mąż lubi.
W skromnym domu na wzgórzu Rabin wciska mocniej kapelusz, zawija aż na policzki szalik, zrobiony na drutach przez siostrę, tajemniczą, samotną kobietę. Jesienny wiatr wiuwa liśćmi i niesie klangor gęsi, gdy Rabin wyrusza z wizytą do Starej Anny, która przyjaźniła się z jego matką. Lubi słuchać jej łagodnego głosu, kojącego smutki jak balsam. Schodzi pośpiesznie wyboistą, krętą drogą między przycupnięte po obu stronach drewniane domy, z których płynie zapach pieczonych chlebów i mruczenie samowarów.
Na dole, obok domu Raisy, w kącie szopy kuli się z zimna Gittel, która tu czasem sypia. Wiatr wciska się szparą pod drzwiami i rozwiewa jej skołtunione włosy. Dziewczyna kołysze się w przód i w tył śpiewając:
W ciemnościach
piwnicy słyszysz, jak po żwirze coś skrobie.
To myszy, oj nie, to szczury.
W tej wsi było dziecko, co mu odgryzły nos te szczury.
Jak pogrzebiesz w kącie, możesz znaleźć kartofle.
Kiedyś znalazłam jeden mały i ładny.
Miał guzek jak główkę.
Był zimny i gładki od żwiru,
pachniał ziemią miło i słodko.
Nie zjadłam go,
zawinęłam w czarną szmatkę.
I to było moje dzidzi.
Schowałam je we fartuch i nie wiedział nikt,
że je mam, tak samo jak ta kobieta u Rabina,
jego siostra, ona jest jego siostrą…
nikt nie wie o jej dziecku schowanym we fartuchu,
ale ja wiem.
Wiem inne rzeczy też.
Pewnego dnia przepadło jej dziecko,
a ona płakała.
Kochałam moje dzidzi z kartofla.
Śpiewałam mu kołysanki
i czułam się bezpiecznie –
ale ono nie rosło, tylko się zamieniało w coś.
Robiło się śliskie jak żaba ze skórą pomarszczoną, coraz mniejsze,
coraz mniejsze i pomarszczone, jak moja Bubba,
zanim umarła
i nie pachniało przyjemnie, a ziemia
cała się starła i ciemne plamy
co raz wyłaziły od środka, jak szramy,
jak szramy, na moich rękach, co mi je zrobił ON.
Nikt nie wie, kim jest ON.
Pewnego dnia się spostrzegłam, że nie dzidzi,
ino śmierć nosiłam we fartuchu.
Jeśli zdawało ci się, że usłyszysz tu wyłącznie sielskie i miłe opowieści, to już wiesz, że nie.
° ° °
To tylko trzy pierwsze rozdzialiki z całej książki. Do pozostałych Ania namalowała dwa tuziny ilustracji.
Cait Johnson publikuje poezję i dramaty, reżyseruje widowiska, jest autorką sześciu zbiorów ezoterycznych esejów, m.in. : Czarownica w kuchni: Gotowanie magiczne; Święto Wielkiej Matki: Jak czcić Ziemię; Ziemia–Woda–Ogień i Powietrze: Łączność z Duchem. Zasłynęła wierszem “Zimny Księżyc” drukowanym w antologii poezji Miarka za Miarkę. Uczyła pisania kreatywnego w Stonecoast MFA w stanie Maine, prowadzi prywatną praktykę doradczą w regionie Doliny Hudsonu w stanie Nowy Jork. Jej książkę Droga do Mińska poprzedziło przedstawienie teatralne Poza Czasem wystawiane na terenie Rokeby Estate.
Ania Olbrychtowicz Aldrich spędziła młodość w Polsce, we wsi podobnej do opisywanej w Drodze do Mińska. Przyjechała do USA jako młoda mężatka i zamieszkała w Posiadłości Rokeby w niesamowitej, typowej dla Doliny Hudsonu rezydencji, przypominającej nawiedzony Dom Usherów Edgara Allana Poe i zarazem pałac z bajki, należącej kiedyś do sławnej rodziny Astorów, których potomkiem jest jej mąż. Otoczenie cyganerii twórczej na posesji i piękno Doliny Hudsonu przywiodło ją do podjęcia twórczości plastycznej. Przez lata przyniosło jej to wiele artystycznych satysfakcji i osiągnięć, a znana jest zwłaszcza jako autorka ceramiki zdobnej w motywy ludowe (również polskie), poszukiwanej i skupowanej przez kolekcjonerów oraz jako malarka magicznych obrazów szamanicznych, wystawianych w każdym sezonie w Galerii Artystów Tivoli. Wszelkie wydarzenia artystyczne w Rokeby wzbogaca zawsze swoimi pracami plastycznymi.
































































































































