środa, 12 czerwca 2024

Dozmyślać zmyślone.

 

1. Jedyna Rymotworka nasza



 

Pisano o niej: "Imię Drużbackiej w dziejach literatury naszej na szczególną z wielu względów zasługuje uwagę. Naprzód, jest to jedyna Rymotworka nasza – a przynajmniej, jedna godna pamięci; powtóre jest nie zaprzeczenie najlepszą, z rymopisów wieku swojego." 

Zalety jej twórczości przypisywano "talentowi samej Autorki, wady zaś więcej wpływowi czasu przyznać należy." 


W tym spostrzeżeniu widzę pewien sens – na początku XVIII wieku czasopisma były właściwie zamysłem, ani przypuszczano, że pojawi się telegraf, telefon, radio, prasa jako potęga medialna, fotografia, kino, telewizja, internet. Konkurencja muzyki i opery nie zmieniała sytuacji, że jedynym poważnym medium była drukowana książka, też przecież nie od bardzo dawna. Czytanie, pisanie to wciąż były umiejętności dające wstęp do wyższych sfer. Wyobrażam sobie, że im grubszą się miało książkę, tym ciekawiej zapowiadały się nie tylko dnie i noce spędzone przy niej, ale też zmiany, jakie z racji jej poznania nastąpią w życiu czytelnika. Posiadanie biblioteki zawyżało status społeczny. Pozycję dającą wstęp na uniwersytety i dwory można było pozyskać pisząc wiele listów. Ciągnęła się ta epoka po czasy, gdy nikomu nie były za obfite dzieła Dickensa, Dumasa, Tołstoja, Zoli, Balzaka, Verne'a, Agaty Christie, Manna, Joyce'a. 


A dzisiaj onieśmiela nawet zawziętych czytelników ogrom Ksiąg Jakubowych. Ta epopeja prawie się zaczyna od występu pani Drużbackiej właśnie, piszącej kiedyś obficie, zawile, bez umiaru, na chwałę swoją i ku satysfakcji czytelników. Dziś narzeka się, że twórczość jej za obfita jest, zbyt zawiła, nadmierna, za czym trudna, nudna i nie do czytania. 


Księgi Jakubowe to nie jeden, nie pierwszy utwór literacki, gdzie z postacią Elżbiety Drużbackiej, z domu Kowalskiej, możemy się spotkać. 


Z boku, za bluszczu zielonym wiankiem, 

Niby jutrzenka letnim porankiem, 

Zabłysła w oknie postać dziewicy;

Niby w zwierciadle, w ciemnej źrenicy 

Każde słyszane słowo koleją, 

Odbija trwogą albo nadzieją.

Na straszny obraz klęsk i zniszczenia, 

Lice Elżbiety dziwnie się zmienia; 

Śladu rumieńca nie dojrzeć cale,

Ust nawet bledną kraśne korale

Od siły, z jaką jej serce bije. 

Chwieje się rąbek słoniący szyje, 

i pierś dziewiczą białą a młodą. 


Ten cudny opis stworzyła Seweryna z Żochowskich Pruszakowa w książce pod tytułem Elżbieta Drużbacka, wydanej w 1855, a nazwanej POWIEŚCIĄ


 

2. Poetka i Encyklopedysta 

W  Księgach Jakubowych  pani Elżbieta Drużbacka odwiedza księdza Benedykta Chmielowskiego (autora Nowych Aten, encyklopedii ze słynnym hasłem "KOŃ jaki jest, każdy widzi") i zostawia mu na wyjezdne książeczkę ze swymi wierszami:


«Ksiądz idzie do domu, w ciemnej sieni zrzuca buty i wchodzi do swojej biblioteki – niskie pomieszczenie z belkami u powały zdaje się go nagle dławić. Siada w fotelu, piec już na całego rozpalony i białe kafle powleczone miedziowym szkliwem rozgrzewają się powoli. Patrzy na książeczkę tej starszej kobiety, bierze do ręki, wącha. Czuć jeszcze farbę drukarską. Czyta: 


...prawda, że straszna, wyschła, nazbyt blada, 

Junktury żyłmi jak drutami spięte;
Znać nigdy nie śpi, nie pije, nie jada, 

Wnętrzności widać przez żebra wygięte, 

Gdzie oczy były, tam głębokie doły,
Tam gdzie mózg mieszkał, jakby nalał smoły. 


– Zbaw nas, Panie Boże, od wszelkiego złego – szepcze ksiądz i odkłada książeczkę. Taka mu się miła zdawała ta kobieta... »



Fragmencik poetycki, który nim wstrząsnął, to jest opis Śmierci. Pani o imieniu Sylwia, mieszkająca gdzieś w Karpatach, spotkała Śmierć w  poemacie Drużbackiej, zatytułowanym: 


"SNOPEK. 

Na polu życia ludzkiego, związany, przez śmierć 

starożytną Gospodynią, która spotkawszy się w puszczy 

z Pustelnicą, wzaiem z sobą rozmawiaią, śmierć 

ciekawey Penitentce moc y własność swoię 

opowiada."




Dalsza część opisu, której na razie nie doczytał  ksiądz Chmielowski, przedstawia się następująco:



Chusta przez biodra brudna przepasana.

Czy z prześcieradła czy z zgniłej koszuli,

Ledwie co chude zakryła kolana,

Gdzie kiedy było coś, to kryje, tuli;

Uznać nie mogła w strachu pustelnica,

Jeźli był samiec, alboli samica.


Nogi zbyt długie, cienkie, przytym bose,

Ręce jak cepy przyprawione wiszą,

Jednak dość ostrą piastowały kosę,

Wiatry je wznoszą, jak trzcinę kołyszą,

A te bez końca jakieś prochy mielą

W dwóch szkiełkach niby duszę z ciałem dzielą.

Snopek pod pachą z różnego zbóż ziarna,

Trzyma, powrósłem opasan do koła ;

Blisko niej stoją pracowite żarna,

Paprzyca kamień kręcąc, gwałtu woła,

Bez smarowidła darmo piszczy, skrzypie,

Bo ta nie słucha, ziarno w dziurę sypie.


Przeraził widok Sylwią niezwykły (...)



W Księgach Jakubowych czyta się o korespondencji między poetką i encyklopedystą, aż do śmierci obojga prawie pod koniec książki.  Także aż do ostatniej chwili Elżbiety Drużbackiej na tym padole doprowadzona jest POWIEŚĆ poetycka pani Duchińskiej i na tym się kończy (Księgi Jakubowe na śmierci Drużbackiej się nie kończą). Tę scenę przytoczę, bo nie jest ona równie powszechnie znana jak powieść Noblistki. Rzecz stała się w klasztorze:


I przy ostatnim organów dźwięku,

Niosąc gromnice poważnie w ręku,

Wchodzą w próg celi dziewice Boże,

I okrążają śmiertelne łoże.

I w dłoń Elżbiety, chłodną a drżącą,

Składają z wiarą świecę płonącą;

A przyklękając wieńcem na ziemi,

Cieszą modlitwy słowy świętemi

Pełną powagi skonu godzinę.


Lica Elżbiety chłodne a sine...

Pierś ledwie słabe wydaje tchnienie...

Czoło żałobne owiały cienie,

Kroplami zbiega pot z bladej skroni,

Gromnica pada z zmartwiałej dłoni....

I cichy szelest ozwał się w celi:

Zda się, białymi skrzydły anieli,

Z duchem Elżbiety mkną przez powietrze....


Oblicze zmarłej coraz to bledsze.

Twarda dłoń śmierci, na zrytem czole

Ciężkie żywota wygładza bole;

A łuna gromnic świeci grobowo,

Nad martwej wieszczki sędziwą głową!

KONIEC



Właściwie to nie jest koniec  książki z POWIEŚCIĄ, gdyż potem następuje trzydzieści jeden stron PRZYPISÓW, które są osobnym esejem o Drużbackiej i o epoce, ciekawszym niż rymowana POWIEŚĆ  i normalniej napisanym.


Na zasadzie przypisu kawałek pierwszego listu, jaki do księdza Chmielowskiego napisała pani Drużbackiej pani Tokarczuk. Poetka wyznaje w nim, że Nowe Ateny zna od młodości i zaczytywała się encyklopedią:


Od razu po przyjeździe z wielką przyjemnością zajęłam swoje wieczory powtórnym czytaniem Nowych Aten, które przecież dobrze znam, bom się w nich zaczytywała, gdy po raz pierwszy były wydane. I gdybyż na to moje oczy pozwoliły, czytałabym godzinami. Bo teraz jest to bardziej szczególne, bo przecież znam Autora osobiście, i nawet zdarza mi się, że słyszę jego głos, jakbym czytanie na głos miała od Ciebie, Dobrodzieju. A i książka ta jest dziwnie magiczna – można ją czytać bez przerwy, to tu, to tam, i zawsze coś ciekawego w głowie zostaje, i ma się wszelkie preteksta do pomyślenia, jaki to świat jest wielki i skomplikowany, że myślą się go nijak objąć nie da, chyba tylko wyrywkami, drobinami małych zrozumień. 

Teraz jednak zmrok tak szybko zapada i codziennie połyka nam chwile naszego życia, światło świec zaś jest tylko nędzną imitacją światła, której nasze oczy znieść długo nie mogą. 

Wiem jednak, że zamysł Nowych Aten jest zamysłem wielkiego geniuszu i odwagi ogromnej i wielką ma zasługę dla nas wszystkich, jak żyjemy w Polszcze, bo to prawdziwe kompendium naszej wiedzy.



Jak już wiemy, o KONIU Pani Elżbieta nie czytała, bo sama widziała, jaki jest, więc nie musiała, za to dwie strony dalej nabrała wiedzy o stworzeniu zwanym MUMERUS... jest Zwierz osobliwy w Lybii, Teste Lochnero, który łup swój, albo pożywienie, zawsze na jedenaście dzieli części, dziesięć zjada, jedenastą na dalszy czas rezerwuje.

Również pod literką M znajdowała poetka naukowe objaśnienie sposobu polowania na małpy w Afryce – otóż pisał ksiądz Chmielowski, że cechą małp jest małpowanie tego, co robią ludzie, więc myśliwi przychodzą na miejsca, gdzie bywają małpy, przynoszą ze sobą dużo sznurów, siadają na ziemi i tymi sznurami związują sobie nogi i ręce, potem się rozwiązują, zostawiają sznury i odchodzą; na to miejsce przybywają małpy, które podpatrywały myśliwych i tak samo jak oni, krepują sobie sznurami ręce i nogi; wtedy myśliwi wracają na gotowe i zwyczajnie,  jak na grzybobraniu, zbierają samopowiązane małpy. 

 


3. Paka ze sta egzemplarzami.

 



Czy wnuczka pani Elżbiety Drużbackiej, Krystyna, która ponoć była babką Aleksandra Fredry, to matka jego matki, czy też matka ojca? Pisano, że była babką jego w linii żeńskiej, ale czy to oznaczało początkową linię pochodzenia, czy finalne babciowanie od strony matki?

Babka owa posiadała rzekomo egzemplarz "Nowych Aten", czyli encyklopedii ks. Benedykta Chmielowskiego z połowy XVIII wieku. Ową zwariowaną encyklopedię Aleksander rzekomo czytywał, w domowej bibliotece przeglądał. Wspomina Olga Tokarczuk, że ten egzemplarz "Aten" z księgozbioru Fredry można oglądać w Ossolineum wrocławskim. Wspomina, ale może zmyśla? Bo jak babka pana Aleksandra mogła mieć w całkiem niepewnej schedzie po swojej babce Elżbiecie podarunek, który zapewne nigdy nie zaistniał?

Przecież nic, nic kompletnie nie wiadomo, o tym, jakoby ks. Benedykt pani Elżbiecie dzieło swoje podarował. To są fabularne zmyślenia z "Ksiąg Jakubowych". Napisała im obojgu noblistka Olga korespondencję na parę listów w "Księgach" swoich; o spotkaniu ich obojga napisała, o zaprzyjaźnieniu się – i sama przyznaje, że to zdarzenia nieprawdziwe, a jedynie prawdopodobne. 

W powieści zmyślonych listów poetki do księdza przyjaciela jest pięć. Rzeczywiście przez nią napisanych ocalało dwadzieścia siedem (niedawno znaleziono więcej). Oczywiście porównuję prawdziwe do zmyślonych i widzę, że te zmyślone ładniejsze, o bardziej skomplikowanych sprawach napisane, refleksyjne albo i mądrzejsze nawet, a przede wszystkim – zrozumiałe od pierwszego czytania. Czy z zaświatów Drużbacka pani Tokarczuk te listy podyktowała, czy w zaświaty Olga Elżbiecie?

Zaczyna się korespondencja między encyklopedystą a poetką od listu wysłanego przez nią w Boże Narodzenie roku 1752 z Buska. Jest miejscowość o nazwie Busk, około dwudziestu kilometrów na wschód od Lwowa i być może to ta z pierwszego listu. Drużbacka znalazła się tam (i w tamtym czasie) z powodu towarzyszenia kasztelanowej Katarzynie Kossakowskiej w podróży do Kamieńca. Wyruszyły na początku października z Lublina, zatem w Busku w grudniu zatrzymały się już z Kamieńca wracając. W powieści Busk ma osobną rolę, zaś kasztelanowa bywa  tam prawie jak u siebie. Załóżmy więc, że na miejscu stojącego do dziś pałacu grafa Badeniego był wcześniej dwór, w którym podróżniczki rozlokowały się na Boże Narodzenie 1752, dojechawszy zimą od Kamieńca na połowę drogi do Lublina. Parę dni tu pobyły, skoro Drużbacka mimo świątecznych rozgardiaszy spokojnie papier rozłożyła, ustawiła kałamarz, pióra naszykowała i czas miała podumać nad wcale długawym listem. 

Nie wiem, którego dokładnie dnia w październiku tę podróż rozpoczęły panie powieściowe. Jeszcze pod koniec września 1752 roku realna Drużbacka przebywała w Rzemieniu. I stamtąd napisała dnia dwudziestego pierwszego list do wydawcy swych wierszy, Załuskiego, że "dużej paki ze sta egzemplarzami" książek jeszcze nie dostała. Załuski wcale się nie kwapił na własny koszt paczkę z Warszawy wysłać, szczęściem Drużbacka uprosiła podstolego Szydłowskiego, żeby ją przywiózł. Jak widać pan podstoli obrobił się z Warszawy i "powracając w te kraje mógł tę pakę zabrać kazać, co mi deklarował", napisała.


Rzemień po lewej, Lublin u góry, Lwów po prawej. Do Kamieńca, za mapę w prawo, daleko jeszcze.


"Te kraje" – czyli które? – Rzemień? Lublin? Prawdziwy Szydłowski paczkę na pewno przywiózł, bo powieściowa Drużbacka w podróży z kasztelanową Kossakowską ma książki na podarunki nawet. Nie mieści mi się w wyobrażeniu, że Kossakowska powozami swoimi pojechała po Drużbacką do Rzemienia. Toż to prawie tyle drogi z Lublina, co do Lwowa i w przeciwnym kierunku, sporo za Sandomierzem. Raczej wyobrażam sobie, że fatygowała się Drużbacka – mogłaby do Zamościa, żeby było krócej i Kossakowskiej po drodze, ale chyba tak się nie stało. Autorka "Ksiąg Jakubowych" wyraźnie napisała, że wyruszyły z Lublina. No, to chyba tam Szydłowski pakę przywiózł. 


 Było książek sto. Paka z nimi miała rozmiar

u spodu na pół metra w tę i w tę, a w górę prawie metr.

 

Autorka "Ksiąg Jakubowych" wykorzystała lukę czasową między owym listem z 21 września 1752, a następnym z 31 stycznia 1753, które są w zbiorze dwudziestu siedmiu, wyszperanych współcześnie przez panią E. Marczewką-Stańdową. W "puste" cztery miesiące pisarka wyekspediowała Kossakowską i Drużbacką do Kamieńca. Ze Lwowa przez Rohatyn je wysłała. Czemu tamtędy, a nie, jak sensownie mapy kierowały, drogami pocztowymi przez Złoczów i Trembowlę do Husiatynia, skąd jeden skok do Kamieńca był? Rohatyn leżał poza szlakami. Czytelnicy "Ksiąg" wiedzą" – żeby podczas przystanku w Rohatynie Drużbacka mogła się wybrać dwadzieścia kilometrów na północ do Firlejowa, do księdza Chmielowskiego. Kossakowskiej może i po drodze nie było, ale paniom Drużbackiej i Tokarczuk wręcz znakomicie.

Od Bożego Narodzenia w Busku miała czas skromna szlachcianka, poetka, wielkiej damie i do Lublina dotowarzyszyć, powinności dwórki dopełnić i wreszcie do Rzemienia spokojnie wrócić. Dwórką musiała być ważną, skoro z kasztelanową w jednym powozie jechała, a kiedy zbłąkane w Rohatynie spotkały przypadkiem ks. Chmielowskiego, Drużbacka go ucapiła, guzik mu u sutanny urywając, i pozwoliła sobie syknąć przez zęby: – "Na zmiłowanie boskie, niechże ksiądz powie, gdzie tu jest dom starosty Łabęckiego! I ani słowa! I milczeć o wszystkim!"

Listy zaraz przed podróżą i po niej pisane, adresowała do wspomnianego wydawcy Załuskiego, ważne sprawy w nich omawiając. Był to Józef Andrzej Załuski – biskup, polityk, mecenas nauki i kultury, bibliofil, edytor, bibliograf, historyk, również poeta, ale raczej średni, no a przede wszystkim współzałożyciel Biblioteki Załuskich w Warszawie.

Miała z tym wielkim panem wydawcą skromna poetka swoje perypetie........



4.Poetryia i wydawca. 

Niemożliwe, żeby Drużbacka zabrała w podróż z Kossakowską wszystkie sta egzemplarzy, ale kilka wzięła, bez wątpienia. Według "świadectwa" Olgi Tokarczuk, Chmielowski wizytował damy bawiące w Rohatynie, nim jeszcze pani Elżbieta odwiedziła go osobiście – "...rozmowa schodzi na Drużbacką i Kossakowska przypomina, że jest ona poetką, czemu bardzo grzecznie dziwi się ksiądz dziekan Chmielowski, lecz po prezentowaną książeczkę chciwie wyciąga rękę. Zadrukowane kartki budzą w nim jakiś odruch trudny do opanowania – złapać i nie wypuścić, dopóki oczy nie zapoznają się, choćby pobieżnie, z całością. Tak jest i teraz, otwiera, zbliża do światła, żeby lepiej się przyjrzeć tytułowej stronie. 

– To rymy – mówi rozczarowany, ale szybko się mityguje i kiwa głową z uznaniem. Zbiór rytmów duchownych, panegirycznych, moralnych i światowych... Nie podoba mu się, że to wiersze, nie rozumie ich, ale wartość tomiku wzrasta, gdy ksiądz widzi, że wydali to bracia Załuscy." 

Dwa lata wcześniej Józef Andrzej Załuski zamyślił pięciotomową serię poetycką różnych autorów, tak skromnie planując, żeby tom z jego własnymi utworami nie był pierwszym, ale i nie ostatnim. Co tam swojego nawtykał i kogo prócz Drużbackiej, mało mnie ciekawi, prócz jednego przypadku. Pierwszy tom z serii dedykował czterem księżniczkom. Mało – księżniczkom: "CNYM HEROINOM POLSKIM", "ARCY-GODNEMU DAM POLSKICH ZBIOROWI"; trzem Czartoryskim i jednej z Czartoryskich Potockiej. Wychwalał przy tym swój produkt, lansując utwory Drużbackiej jako Skarb, a ją samą wznosił na olimpijskie piedestały poezji. "... pierwszy Talent, na chlubę Polski y pompę narodu... w Koronie naszej Perłę..." – tak ją nazywał, a że przy tym nie istniało jeszcze w polszczyźnie słowo "poetka", pisał – Poetryia i Rymopiska.

Pomysł, żeby tom pierwszy w całości Drużbackiej poświęcić, stąd wynikł, że jej wiersze w rękopisach krążyły wśród czytelników i wielki był na nią popyt oraz powszechne wychwalanie. Sam Józef Andrzej rozsyłał odpisy jej twórczości i zapewne o autentyki do kopiowania prosił. Do Autorki także się zwrócił o przysłanie mu już poczynionej twórczości i o pomnażanie jej. 

Wydaje się, że zamysł Załuskiego Drużbacką zaskoczył i chyba przerastał jej wyobrażenia o wartości swojej poezji – "...wypełniam chętnie powinność należącą, ale bardziej pod korektę Pana Dobrodzieja tę pracą podaję, aniżeli sądzę, aby warta była dania do druku..."

Jego list do niej nie zachował się, ale ocalał długaśny od niej, pisany na początku września 1750 roku, chyba po ochłonięciu z szoku, a może według maniery ówczesnej, jako co tam moje poezje warte, tralala i podobne dyrdymały wyskromnione. Że już jednak ochłonęła, ten świadczy pasus na temat portretu: "Co zaś do posłania mego portretu, jest rzecz dla mnie przyciężka oprócz rozkazu Pana Dobrodzieja, gdy  wcale nie mam się z czym przed malarzem popisać, mając lat blisko pięćdziesiąt i dwa. Mam ja portret mój od lat dwudziestu malowany, ale z teraźniejszym wiekiem moim wcale się nie zgadza, a w tym czasie wstyd by mie było twarz starą na publiczny wystawiać widok." Jakbym Szymborską słyszał...

Tak, że były na początku ceregiele, ale szybko się zbyły. Półtora miesiąca pan Załuski nie pofatygował się odpisać: "...jeżeli pisania moje doszły do rąk Pana Dobrodzieja..." – pytała Drużbacka siedemnastego października. Musiała być z lekka wpieniona na Dobrodzieja, bo go wręcz obsztorcowała: "...śmiem przy winnym respekcie Pana Dobrodzieja upraszać, abyś mi oznajmić rozkazał dla uspokojenia mojego, czy te egzemplarze doszły..." Ale co tam Drużbacka! Panią na Baranowie, bo tam poetka akurat przebywała, tak Załuski wkurzył, że się pod liścikiem osobiście dopisała: "Nie chcę inykomodować osobnym listem Pana Dobrodzieja, w tym winny zasyłam ukłon upraszając, a żebyś zawsze był stateczny sercem dla mnie [i] jej jak prędko wyndzie z droku ty tak piękny cheroiny dziło,  żebyś mi chciał przysłać, o co mocno upraszam..." – i się podpisała skromnie  "WXL Sanguszkowa MWLit", co się wykłada: Wielka Księżna Litewska oraz Marszałkowa Wielka Litewska. Brak osobnej "inykomodacji" oznacza w tej dyplomacji: "Na osobny list ode mnie nie zasługujesz, a własnoręczny dopisek stawiam tu jak pieczęć, no, to się, dobrodzieju, ogarnij."

Jak się pan Załuski postarał poetkę, a zwłaszcza księżnę ugłaskać, nie wiadomo. Drużbacka dowiedziała się (może półtora roku poźniej?), że tom "Zbioru Rytmów" już wydrukowany, bo wydawca najwyraźniej sam zawiadomił ją, może jeden przysłał i obiecał dostarczyć, tak zwane dziś, egzemplarze autorskie. Obiecał... Trzeciego sierpnia 1752 roku Drużbacka informowała go, że czeka i czeka i czeka, i nic – "...zaczem odważam się upraszać chocia  o kilka [egzemplarzów], gdy  dobrzy przyjaciele pokoju mi nie dają, a nie mam czym uczynić im satysfakcją." 

 



"Errory drukarskie", czyli cudze ELEGIA, 

pomieszczone między OPISANIE IV ELEMENTÓW 

a FORTECA.


Jaki ma nieporządek w swoim wydawnictwie to się na pewno Załuski z tego właśnie listu dopiero dowiedział, gdy mu Drużbacka taką oznajmiła "bombę": "Teraz dopiero znalazłam czas wolny do przejźrzenia tej książki, w której znalazłam niemało errorów drukarskich, ale te  osobliwie Elegia, nie mojej kompozycji, ani się do tak wysokiego stylu przyznawać mogę, nie wiem, skąd przyszły."

"Nie mojej kompozycji" – oznacza, że to są cudze wiersze...

Na wracającą w styczniu 1753 roku z Kamieńca Drużbacką czekał w Rzemieniu list od Załuskiego, który domagał się opłacenia przez nią prac drukarni pijarów oraz zajęcia się rozsprzedawaniem tomu. Po szesnastu latach Załuski wciąż pamiętał odprawę, jaką mu poetka dała i narzekał, że  go "niewdzięcznością nadgrodziła", zarazem notując w autobiografii, że "jej posłałem 100 egzemplarzy", co, jak wiemy, jest – delikatnie mówiąc – przechwałką. 



5. Poetycki prawie romans. 

 


Wyjaśnienie pomyłki w T.III. "Zbioru Rytmów"

 

"ULRYK XŻE RADZIWIŁŁ Koniuszy W. L. żyiący za Augusta II. i III., iest autorem pięciu rytmów nazwanych elegiami, przez pomyłkę wydrukowanych między wierszami Drużbackiey. (Lecz wydawca onych Józef Załuski, sprostował tę pomyłkę, w przedmowie do trzeciego tomu zbioru rytmów wierszopisów żýiących" 

– tak rzecz objaśnił Feliks Bentkowski w roku 1814, ale 70 lat później niejaki profesor Bełcikowski wysmażył ogromne studium o poezji Drużbackiej, przypisując jej te wiersze, choć coś mu zawadzało, skrzypiało niemile, bo z profesorskim pluralis majestatis wyznawał: "...mianowicie dla nas przynajmniej te elegie mają w sobie coś niezrozumiałego, a zwłaszcza pojedyńcze myśli wydały nam się tak nieraz ciemne, że trudno dojrzeć w nich związku między sobą."

Ulryk albo Udarlyk Krzysztof Radziwiłł chyba przez wiersze pani Elżbiety podkochiwał się w niej platonicznie. Załuski wyłudził od niego jakiś jej rękopis i mu oddać nie chciał, więc pisał do niego Udalryk żałośnie, że bez tego rękopisu czuje się tak, jakby mu rękaw urwano. A może nie przez wiersze tylko? Młodszy był od niej o 17 lat i jako młodzian mógł ją spotkać na jakimś dworze, więc jeśli pani Elżbieta była urodziwą damą, chłopaczyna się zauroczył, a duszę miał poetycką.  J.Peszka namalował w 1839 roku z wyobraźni jej portret najprzecudniejszej urody (choć inne portrety, też z wyobraźni, nie powtarzają olśniewających powabów). Jeśli nie zgodziła się na konterfekt w książce to czy nie dlatego, żeby dawnych wrażeń wielbicielom nie psuć? 

 




Jakby recenzja-reklama edytorska wstawione są w połowie tomu wiersze Ulryka wychwalające poezję Drużbackiej. W zawalonej papierami oficynie rękopisy jego leżały wśród innych z odą pochwalną na wierzchu i wzięto cały pakiet do druku, sądząc, że tu nie chwalącego są utwory, ale chwalonej. Zamieniono Ulryka w Elżbietę, złączono oboje i platoniczne uczucie słowem się stało.

Ulryk wykoncypował, że skoro poetka rezyduje w Rzemieniu "nad Wisłoko" to on na tej "metaforze" osnuje całą odę. Przyznam się, że z jego majaczenia nie rozumiem prawie nic:

Nie z prostej skóry pas ciągnę Rzemienia,

Z której tu snuje muza swe osnowy

Tać z Helikońskiey cór idzie plemienia

W DRUZBACKICH kroplach kręte kroi rowy,

Gdzie po kamykach szumne graią zdroie

Z kąd Poetyckie smak dają napoie.

Któraż z Wisłocznych wod Rzemień opłócze

Z kąd łatwiey zwiiać Poetyckie węzły

Niech się w szemrzących Drużbakach nauczę,

Jak myśl formować iak sens czynić zwięzły.


Następnie jest pięć podobnych zwrotek z tak samo zwięzłymi sensami i z myślą podobnie formowaną. Poniosło go wzruszenie, jak widać, i dalej jeszcze poszedł indagując, aby Załuski podjął się publikacji poezji Drużbackiej.

Ona potem ironizowała delikatnie, że gdzieżby na tak wzniosłej nucie jak owe ELEGIA potrafiła pisać, ale (udawała że???) nie rozpoznała w nich tego samego autora, co ją wychwalał. A przecież mu kiedyś odpisała na tę odę mętną długim, pochwalnym wierszem o nim samym i o jego twórczości, w którym mu pokazała, jak mistrzyni panegiryku potrafi nawychwalać poetycko. Wymiana ich poezji odbyła się chyba znacznie wcześniej – nim Załuski zaproponował jej drukowanie dzieł. Jest tajemnicą księcia Radziwiłła, jak sobie załatwił publikację ody o sobie. Może  dał Załuskiemu wiersze Drużbackiej wychwalające Bibliotekę Załuskich? A potrafiła pani Elżbieta kadzić wręcz niemiłosiernie, bezlitośnie, tak samo zresztą, jak sponiewierać wierszem.





Niezrozumiałe "majaki" księcia Ulryka, wyżej cytowane, odszyfrowuję następująco:

Opisuję przystrojoną w strój,  jaki tkam z najcieńszych rzemyczków,  postać Muzy,  co jest siostrą boskich Muz ze wzgórz Helikonu,  a która tu z leczniczych źródeł w Drużbaku przypłynęła górskim strumyczkiem,  dającym natchnienie niczym mityczne Źródło Poetów.

Ten strumyk Drużbacki łączy się z Wisłoką,  płynącą przez Rzemień i dlatego tu powstaje Poezja tak wspaniała; a ja, gdy zaczerpnę ich zmieszanej wody,  też nauczę się misternej sztuki pisania.

[ Samuel Linde podawał w Słowniku: "DRUŻBAKI, wieś w Starostwie Spiskim, sławna łaźniami i wodami zdrowemi, od Krakowa 13 mil." ]

Potem następuje zwrotka akrobatycznie i ryzykownie porównująca owo czerpanie do obmywania się Jana (Chrzciciela) wodami Jordanu, z których wynurzał się on nawiedzony Duchem mądrości. Nie rozgryzłem jednak następnej "rzemiennej" aluzji:

W raz Ian rzemienne na się wdziewa płaszcze

By nie zalała skazitelna burza.


Zwrotkę kończy fraza...


Czysty jak kryształ, czyste pasze biodra

Lepiey wyrazi muzy ręka szczodra.


...której kompletnie nie rozumiem, bo słowo "wyrazić" miało ongiś (jak ma dziś) tuziny znaczeń – od "wyrzucać", "zabijać", poprzez "odtwarzać", "naśladować" do "mówić", "wysłowić". Nie wiem też, czy "pasze" na pewno znaczy "opasuje", tak jak nie wiem, kto ma być "czysty jak kryształ" – Jan, czy Ulryk? Blado się tylko domyślam, co może znaczyć "muzy ręka szczodra", ale z kryształem i biodrami nijak mi się ta szczodrość nie kojarzy. A pan Ulryk wiedział, chyba nawet jak wytrzeźwiał !!!

Następna zwrotka opowiada o "tratfach", jakimi po Wisłoce płyną przez kraj chleby żywiące go (poezją zapewne), a Muza "kieruje wiatry, by nie rozbiły szkopuły czy tatry". Szkopułami nazywano zdradliwe skały na morzu, a "tatry"...??? – to chyba coś podobnego.

W ostatniej zwrotce Ulryk też igra nazwiskiem pani Elżbiety, ale tym razem chodzi o  "Drużbackie stoki", czyli łąki wokół rzek, które "sprawiedliwie noszą tytuł ożywiciela". A ponieważ "dziwne skutki wód Drużbackich głoszą Muzy" to jako "cudowne leki" wody owe uzdrowią, a przynajmniej "poprawią" niedołęstwo "rhytmów" pana Ulryka – taką wyraża nadzieję.

Po lepszym przeczytaniu wiersza przyznaję, że tak kompletnie niezrozumiałe te koncepty nie są. Owszem, wyobraźnia księcia Radziwiłła hasała bez skrępowania, owszem – zabawy nazwiskiem i nazwą miejscowości to mało wyrafinowana propozycja, ale przecież jakiś pomysł metaforyczny w tym jest. Ot, rozpoetyzowany koniuszy z lekka przybredził, chcąc się poetce podlizać i własne kopytko przy okazji podkuwania Pegaza podstawić. 

*

Zapewne niewiele spod książęcych piór wyszło pochwał dla literackiego pospólstwa. Pani Drużbacka na te peany zareagowała tak, jakby ją spotkało niesłychane wyróżnienie, skoro Jaśnie Oświecony Książę o niej napisał – tak przynajmniej się z pozoru wydaje. Musiały te ich akcje poetyckie odbywać się po roku 1736, gdy ona była już wdową, gdyż o swym "stanie" wspomina i że taki honor i łaska pozwalają jej teraz "umbrę", czyli zasłonę wdowią zdjąć. Brzmi to rzewnie i poddańczo, ale mam nieodparte wrażenie, że Drużbacka serdecznie się z Ulryka obśmiała i zapewne ze znajomymi damami. Tak, czy owak odpowiedziała godnie i w najlepszym panegirycznym stylu wierszem znacznie dłuższym, znacznie misterniej ułożonym. Jego nazwała Orłem, siebie sową. Jego kunszt poetycki oblukrowała pochwałami, jak pączka, swój przedstawiając jako nieporadny i lichutki. 

"Niesłuszna sowie z Orłem w zawód chodzić w locie" – zaczęła, co oznacza, rzecz jasna, że gdzież tam sowie równać się w lataniu z królem ptaków. Potem pisała, że jej muza teraz zamilknąć musi, a ona sama pióra do ręki nie ośmieli się wziąć; że taka "poetyczka", jak ona to za księciem może najwyżej z tabliczką chodzić (pewnie jako skryba), ale raczej powinna mieć tekę  na jego mądrości, i że "za orłem pióra w polach zbiera y tym się chlubi, co orzeł zgubi". 

No i oczywiście nawiązała do Pegaza. A jak do pegaza to i do koniuszego, a właściwie do KONIUSZEGO, co dwa razy w wierszu wielkimi literami napisane jest (książę był też potem generałem majorem kawalerii litewskiej) i Drużbacka go wychwalała, że taki rycerz Sicz hajdamacką na pewno "zdepce podkową" – ale przecież kpiła w żywe oczy, bo podejrzanie dużo jest w jej wierszu "końskich" napomknień. Wiedziano, że Ulryk Krzysztof języków się ponauczał, księgi czytał i zbierał, dziwaczył i wizje snuł, pisał wierszem i prozą, ale zaś mu tam, grubasowi, do rycerstwa w kawalerii. Książę zaś koniuszego, orła, rycerza, mędrca i łaskawcę gładko łyknął, a panią za oczarowaną jego talentem uznał, skoro swoją i Drużbackiej odę zarekomendował Załuskiemu do zbioru jej wierszy. 


 6. Dozmyślać do zmyślonego 

Jak łatwo zauważyć, mieszam fikcję powieściową z dokumentalnymi tekstami i nie przeczę, że jest to niefrasobliwe traktowanie literatury i historii.  Listy, a zwłaszcza mające 300 lat, same zmieniają się w utwory literackie. Czym dla nas Drużbacka, tworząca je za pomocą pisarskiego medium Olgi Tokarczuk, różni się od Drużbackiej, która gdzieś, kiedyś własną ręką je pisała? Staropolszczyzna na pożółkłych papierach i jej autorka, wydają bardziej zmyślone, niż jej pisma i pani sama, występująca na nowiutkich kartach współczesnej powieści. 

Historia jest pełna pustego czasu, pełna wolnej do zagospodarowania przestrzeni. Jak nam się wydaje, w empirycznej realności zjawisko owo nie występuje. Nawet jeśli "nic się nie dzieje" to zawsze choćby wskazówki, lub liczniki atomowe zapełniają upływający czas. Ale historia nie jest realnością doświadczaną na bieżąco, toteż ma ona prawo występować w literaturze, lub dokładniej mówiąc – literatura ma prawo nią zawładnąć, jak się twórcom i czytelnikom żywnie podoba.

Drużbacką przyłapujemy w powieści Księgi Jakubowe na wysłaniu listu bez daty i miejsca – oto ona, która rzekomo nigdy tej powinności nie zaniedbała, zwierza się ks. Chmielowskiemu ze swego rozumienia twórczości poetyckiej, nazywając tę sztukę "doskonałością form nieprecyzyjnych". Olga Tokarczuk czyni z niej osobę w owej chwili roztargnioną, ale przypuszczam, że z tego powodu, aby nie znajdując odnośnika czasowego i miejscowego, czytelnik mimochodem samej autorce powieści przypisał owo genialne spostrzeżenie. Już wspominałem, że nie bardzo rozróżniam która której słowa podpowiadała. Być może Drużbacka była tak przenikliwa dzięki Tokarczuk, ale może działo się na odwrót?

Jakieś roztrzepanie myśli zawładnęło w tamten dzień Drużbacką. Pyta więc Chmielowskiego o przesyłkę dlań z papuciami, z owocami suszonymi, z szalem – czy dostał. A za chwilę cytuje mu fragment poezji ze swego najnowszego tomiku poezji. I filozoficzne myśli też w ów list wplątuje. To jeszcze nie wszystko, a już widać, że namieszała w swym liście grochu z kapustą. 

Najpierw sprawa nowego tomiku – ponoć nic podobnego miejsca nie miało. Oprócz tego, co wydał Załuski, inna książka z jej twórczością za jej życia wydana nie była. Załuski tylko powtórzył edycję Zbioru rytmów i być może w tym samym 1752 roku, co wydanie pierwsze. Na dodatek cytat w liście pomieszczony


Dosyć tu będzie na mój rozum podły,

Nie potrafiwszy gwiazd na niebie zliczyć, 

Przynajmniej w lesie dęby, sosny, jodły 

Rachować, w tej się artmetyce ćwiczyć.


pochodzi z poematu w książce, którą ona księdzu podczas podróży z Kossakowską podarowała, a nie z tomu jakiegoś, którego on jeszcze nie znał.


Co mnie jednak interesuje najbardziej to napomknienie o opisywanej już pace sta książek. Napisała Drużbacka tak:


Martwił się Jego Ekscelencja biskup Załuski, że straci na mnie jako wydawca, i goryczą podlewał swe listy, a tu się okazuje, że cały nakład już wyprzedany, i jak się dowiaduję, szykuje się drugi. Przykro mi trochę, bo się teraz domaga ode mnie, bym własne wiersze wydane przez niego sama sprzedawała. Wysłał mi sto egzemplarzy, a że jego gnębią o pieniądze pijarzy z drukarni, to mnie kazał je zbywać. A ja mu napisałam, żem swych wierszy dla pieniędzy żadnych nie składała, ale dla zabawy i refleksji ludzkiej. Majątku dochodzić na nich ani nie chcę, ani nie umiem. Jakże to? Miałabym niczym handlarz jaki wziąć na wózek własne wiersze i po jarmarkach je za grosz oddawać? Czy wpychać je na siłę jakimś wielmożom i czekać ich łaski? To ja już sobie winem pohandlować wolę niźli wierszami. 


"Wysłał" – ???? Jakże to? – z historii wzięta misja pana podstolego Szydłowskiego, przeniesiona w literaturę w zapomnienie poszła? Nie znamy z dokumentów finału jego szlachetnego zamiaru, ale czy mamy przypuszczać, że do skutku nie doszedł? A może Załuski Drużbackiej wmówił, że paczkę wysłał, a ona w to uwierzyła po kilku latach? Prywatnie, osobiście obstaję za udaną akcją podstolego.


Postawię teraz zmyślone przeciw zmyślonemu, a oba mające tę usprawiedliwiającą możliwość za sobą, że wypełniają historycznie czas pusty. Chodzi o czas jesieni 1752 roku. Jak już wiemy, odbyła się wtedy, pilnie w Księgach Jakubowych opisana, podróż pań (literackich) Drużbackiej i Kossakowskiej do Kamieńca. Na półtora wieku przed  ich literacką eskapadą zdarzyły się realne przypadki, które powodują, że pani Drużbacka (powieściowa z realną) była jednocześnie w dwóch miejscach naraz. Tak już zostanie w literaturze i nic tego dziwnego trafu nie zmieni. Szkopuł w tym jedynie, że Księgi masowo leżą właśnie teraz na półkach sklepów, bibliotek, na nocnych szafkach i biurkach licznych czytelników, a zmyślenie poprzednie znane jest kilku, może kilkunastu zaledwie osobom. 


"Zmyślenie poprzednie" było wydrukowane w roku 1841 w tomie Rozmaitości miesięcznika Przegląd Warszawski, który ukazywał się w latach 1840-42.  Opowiadanie na bite pięć stron nosiło tytuł Dwa dni z życia Elżbiety Drużbackiej i "relacjonowało" imieniny pani Elżbiety, te z listopada (bo jest ich bez liku w kalendarzu polskim), obchodzone w roku 1751 i w roku 1752. Obie celebracje odbyły się w Tarnowie. Rzecz jest o tyle prawdopodobna, że tu w klasztorze bernardynek Drużbacka spędziła ostatnie lata życia. Autorem opowiadania jest Stanisław Jaszowski, człowiek krótko żyjący, gdyż zmarł w rok po drukowaniu sensacji o Drużbackiej, mając lat 39; stało się to we Lwowie, a rodzina jego pochodziła z Przemyśla. 


Przeczytanie całego tekstu pana Jaszowskiego wymaga co najmniej skupienia, jeśli nie wytężenia maksymalnego dobrej woli czytelniczej. Zaczyna się ono tak:


Dzień 19 listopada roku pańskiego 1751, powoli i słabo wydobywał się z-poza chmur dżdżysto-śnieżnych, które cały widnokrąg oblokły. Natura okryta całunem śmierci w trupiem spoczywała uśpieniu, budzona tylko przeciągłym poświstem wiatru, który wzruszając okryte szronem nagie zresztą drzewa gałęzie, spędzał z nich samotną wronę lub kawkę, co uciekając przed dokuczliwem zimnem, kracząc w powietrzu, kryła się lub w otwór komina, lub pod kościelnej wieżycy poddasze.


Jeszcze zacytuję dwa następne w opowiadaniu zdania:


W dworku na przedmieściu w Tarnowie, z ganeczkiem o czterech oknach, zegar z kukułką uderzył godzinę siódmą, zawieszony w głównej izbie naprzeciw obrazu Matki Boskiej z Częstochowy, ubranego w cycowe kwiatami i poświęcanymi wiankami upstrzone firanki, a pod którym dogorywająca lampka slabem płonąc światełkiem, nawet z ukradkowem dnia światłem połączona, nie mogła zmroku w izbie rozpędzić, który w niej jeszcze zalegał i zaledwo będące tam rozwidniał sprzęty. Była to duża, czworograniasta z dwoma oknami izba, zasłonięta firankami z takiegoż jak przed obrazem Matki Boskiej cycu.


(cycową tkaniną nazywano według słownika Doroszewskiego, bawełnę drukowaną w barwne wzory, używaną w dawnej Europie)  


Do tego pokoju wchodzi cichutko dziewczyna i kładzie na na stoliku obraz św. Elżbiety przez siebie malowany, jako prezent dla cioci, a jest nią Drużbacka, o czym dowiadujemy się z myśli tej panienki. Wiersze cioci podczytuje ona trochę skrycie, nie bardzo rozumie o czym są, ale wie, że są piękne, bo często mówią o miłości.


Ukradkiem spojrzała w zwierciadło, zarumieniła się, i westchnienie wykradło się z jej serca, które u szesnasto-letniej dziewczyny najlepszym jest nauczycielem w zrozumieniu poezyi o miłości.


Panienka nie wychodzi z pokoju, a tymczasem pani Drużbacka wstaje, odmawia poranne pacierze z różańcem, potem dopiero dostrzega dziewczynę i zaraz też prezent, zachwycając się, ale  wypominając kochanej siostrzenicy, że pewnie malując go wiele nocy nie dospała, bo wygląda mizernie, ale tu chyba ciocia przesadza:


Przywiązanie ciotki wmawiało w siostrzenicę blade wyglądanie, bo panna Jadwiga Kowalska zajaśniała właśnie w tej chwili najżywszym rumieńcem rozrzewnienia, wstydu panieńskiego i miłości dziecięcej.


Potem następuje śniadanie do którego i młódka i starsza pani wypijają podprawne śmietaną piwo, następnie recytują sobie wiersze, a później, po obiedzie siostrzenica czyta cioci lub Biblją Wujka, lub Żywoty Świętych Skargi, lub Kronikę Bielskiego (co jest możliwe, gdyż jak wiemy z Ksiąg Jakubowych, dopiero od następnego roku pani Drużbacka rozmiłuje się w Nowych Atenach ks. Chmielowskiego).


Około godziny trzeciej po południu przybywa do Drużbackiej księżna Barbara z Duninów Sanguszkowa, marszałkowa Wiel. Lit., która zajechawszy akurat do Tarnowa, odwiedza pisarkę z okazji imienin:


Nie mogłam Drużbasiu, będąc w Tarnowie nie powinszować ci imienin. 


Panie zajęły się dyskursem, a panna Jadwiga na uboczu przysiadła skromnie, gdyż...


Rozmowa panien była jeszcze wtedy bardzo ograniczoną, krążyła najwięcej około ostatniej spowiedzi, około roboty na krosienkach, lub przymiotów pani, na której dworze zostawały, a choć serce i w on-czas miało swoje prawa, i na wykwintnych owoczesnych dworach nie jednę do zajęcia ponętę, umiało w swem wnętrzu chować tajemnicę, która częstokroć aż na ślubnym objawiała się kobiercu.


Księżna opowiada o swoich wnukach bliźniakach, a potem wychwala poezje solenizantki i przyznaje, że już wie, iż niedługo ksiądz referendarz Załuski je wydrukuje. Niebawem się okazuje, że Drużbacka napisała ostatnio Wiersz na plenność krescencyii Wołhyńskiej w dwojgu Jaśnie Oświeconych książętach Sanguszkach razem narodzonych przed żniwami roku pańskiego 1751, czym wzruszyła księżnę do łez.


Nastąpiła uroczysta chwila podziwu nad talentem poetki...


Druga część opowiadania dotyczy roku następnego, 1752, i trzeba od razu powiedzieć, że jest to zmyślenie jeśli nie druzgocące, to więcej niż konkurencyjne wobec koncepcji podróży do Kamieńca, gdyż w ten sam dzień 19 listopada, czyli w imieniny cioci, siedemnastoletnia już Jadwisia, dojrzawszy z dzierlatki w pannę na wydaniu, wychodzi za mąż. Masz ci los!!! Jeśli gdzieś istnieje historyczne, dokumentalne potwierdzenie faktu, że panna Jadwiga Kowalska tego dnia faktycznie wyszła za mąż, to trudno sobie wyobrazić, że pani Drużbackiej wtedy na uroczystości nie było.


Wiadomości szczegółowe, drobiazgowe o pochodzeniu, służbach i zatrudnieniach pana młodego, czyli cześnikiewicza (to znaczy syna cześnika) Dyonizego Jastrzębskiego, jakie przedstawia w opowiadaniu St.Jaszowski, tworzą wrażenie, że doskonale wiedział, o kim i o jakim wydarzeniu pisał. Oblubieniec był więcej niż dwa razy starszy od bogdanki, ale ponoć panna niezłomnym uczuciem doń zapałała, a jeszcze we wszystko się wdała protektorską osłoną księżna Sanguszkowa. Zdradził autor, że inne panny, widząc przyszłego małżonka Jadwigi albo raczka upiekły, albo wzdychały z cicha zazdrośnie. 


Co zmyślenie Jaszowskiego z poziomu dokumentalnego przenosi na poziom fikcyjny, literacki, to przemówienie cześnikiewicza na  ślubie, które w dużej części pochodzi z przedmowy Załuskiego do Zbioru Rytmów. A co już zupełnie całość zdarzenia w fikcję przemienia to opowieść jakoby właśnie na swym ślubie, 19 listopada 1752 roku, pan  Dyonizy ofiarował pani Drużbackiej przywieziony z Warszawy tom jej poezji, a ona tym zaskoczona była, gdyż jeszcze o druku nie wiedziała. Też coś! – w listopadzie nie wiedziała, kiedy we wrześniu o setkę egzemplarzy się kłopotała i wykłócała. Z tego wydarzenia, rozpisując się, St.Jaszowski czyni w swym opowiadaniu punkt kulminacyjny. Trywialnie mówiąc – na tym się historycznie wyłożył w swoim zmyśleniu.


Sto pięćdziesiąt lat później mogła więc Olga Tokarczuk do już zmyślonego w Rozmaitościach, swoje własne dozmyślać w Księgach bez wielkiego ryzyka, że steruje ku nieprawdopodobieństwu.


Można by, rzecz jasna rozważać, czyje zmyślenie większą ma wagę, biorąc na przykład ewentualność przeważenia majestatów –  z jednej strony majestatu księżnej Kossakowskiej, która Drużbacką do Kamieńca uwiozła; z drugiej – majestatu księżnej Sanguszkowej, która mężowi swemu marszałkowi powiedziała, żeby sobie poczekali z królem parę dni w Warszawie, bo ona będzie na ślubie siostrzenicy pani Drużbackiej – jak napisał St.Jaszowski.


W tym wszystkim nie pozostaje nic innego, jak przyjąć za pewnik niepodważalny, że Elżbieta Drużbacka z domu Kowalska, słynna naówczas w całym kraju poetryja, co najmniej przez jeden dzień w listopadzie 1752 roku przebywała jednocześnie w dwóch miejscach – w Tarnowie i w okolicach Kamieńca. Coś podobnego nie zdarzyło się ani przedtem ani potem żadnej polskiej poetce i żadnemu polskiemu poecie.




Księżna K. Kossakowska





 Księżna B. Sanguszkowa



* * *


Dodatek na koniec (i na deser dla cierpliwych w czytaniu), czyli jak panna Jadwiga szykuje się do ślubu, wzięty z początku drugiej części opowiadania St.Jaszowskiego z roku 1841, pod tytułem Dwa dni z życia Elżbiety Drużbackiej.

Tu zachowuję oryginalną pisownię, nawet z tak zwanym e (é) pochylonym, które brzmiało prawie jak  y.



Znowu nadszedł dzień 19 listopada, lecz było to w rok późniéj 1752. Ranek był i znowu widzimy Jadwigę występującą piérwszą na widownię w pełnym kwiecie dziewiczego siedemnastéj wiosny uroku. Żywszy rumieniec, jak krew przez mléko, przebijał się przez jéj wypełnione lice, a w czystych jak niebo oczach promienił się ów odblask uświęcający wychodzącą z dziecka dziewicę na zaszczytne niewiasty przeznaczenie, zgodne z uczuciami jéj serca. Rok upłyniony sprawił wielką zmianę w sercu młodocianéj Jadwigi Kowalskiéj; poznała, pokochała zacnego człowieka, którego niebo za męża jéj przeznaczyło, i dzień dzisiejszy miał ją dozgonnie połączyć z tym, którego obrała za niezmiennego towarzysza w życiu. Na ślub jéj przeznaczono umyślnie dzień imienin szanownéj ciotki, by zjednoczyć razem dwie tak ważne uroczystości. Jadwiga w bieli, w barwie swéj niewinnéj młodości, z rozpuszczonémi wzorem dziewiczego stanu kosami, klęczała przed obrazem Matki Boskiej, modląc się ze skruszoném sercem, by ją wstępującą w stan nowy pobłogosławiła i otoczyła swą przenajświętszą łaską. Łzy spłynęły po jéj rumianych jagodach, lecz nie były to łzy smutku, raczéj pewnéj, radość wewnętrzną znamionującéj bojaźni, pewnego przeczucia, które nieodgadnione przypomina na chwilę znikomość szczęścia ludzkiego, zachmurza je na chwilę, by się potém w czyściejszym okazało blasku. Jeźli kiedy modlitwa dziewicy jest czystą, szczérą, z głębi serca czerpniętą, to bez wątpienia w dzień ślubu, w dzień najważniejszy jéj życia, w którym niejako w nowy świat wstępując, gorąco błaga boskiego Opiekuna, by jéj podał rękę i poprowadził po ciemnéj drodze przyszłości.


° ° °