sobota, 16 sierpnia 2025

Ziemia i obłoki.

 




Ziemia i obłoki



1.

Pod koniec ubiegłego wieku, w czasach kiedy kupowało się książki drukowane na papierze, bywałem w mieścinie zwanej Red Hook, leżącej 100 mil od NYC na wschodnim brzegu Hudsonu, gdzie dolary przefruwają się w powietrzu z papugami.  Samo Red Hook oddychało tańszym, skromniejszym powietrzem, ale dzięki niedalekiemu Bard College, posiadało zakątek antykwaryczny w wielkim jak stodoła magazynie staroci i rupieci, nazywanymi tu Antiques. Książki co wiosnę przynosili kolejni absolwenci Bardu.


Dziś i dawniej, 

/Google Street/


W zakątku kupiłem za parędziesiąt centów  "Quo Vadis" z prywatnej biblioteki. Jeśli wierzyć jedynej w edycji dacie indentyfikacyjnej, jest to rzecz wydana w Bostonie w 1897 roku. Dziś w internetach ceny tej samej książki idą od 10 dolarów do 250. Ta za $10 na pewno śmierdzi stęchlizną, że nie do odsmrodzenia.



"Quo Vadis" przetłumaczył Amerykanin Jeremiah Curtin i to się da czytać, ale powiadają, że w "Krzyżakach" i w "Trylogii" starą polszczyznę, jej dziwności i idiomy tłumaczył Jeremiah dosłownie i tego się czytać spokojnie nie da. Nie wiem, nie próbowałem. On jest również autorem książki z mitami i baśniami Rosjan, Czechów i Węgrów. Pewnie uznał, że polskie mity i bajdy z "Trylogii" same z siebie osobno, kładą na łopatki ruskie, czeskie i węgierskie i mieszać nie trzeba. W tytule wystąpili Rosjanie i Węgrzy, a Czesi to byli Zachodni Słowianie:  «MYTHS AND FOLK-TALES OF THE RUSSIANS, WESTERN SLAVS, AND MAGYARS» 

Przez sześć lat, do roku 1896, nie istniała konkurencja, znaczy obcojęzyczna przeciwwaga polskich bajek dla Jeremiaszowego słowiańsko-niepolskiego zbioru. Ściślej – nie istniała po angielsku, ale po francusku owszem tak, i to od trzydziestu dwu lat – od roku 1864. Miała tytuł  "Contes des paysans et des patres Slaves". W środku znajdowało się 20 opowieści – pół na pół z Czech i z Polski. Tę francuską książkę przetłumaczyła na angielski (i sama zilustrowała) Emily Jane Harding (plus Andrews po zamęściu), dając tytuł  "Fairy Tales of the Slav Peasants and Herdsmen", czyli "Bajki słowiańskich chłopów i pasterzy". Zrobiła to w roku 1896.

 


from AbeBooks


W połowie lipca roku 2025 w promieniu stu mil od Nowego Jorku nie stała na półkach w żadnej księgarni sieci Barnes and Noble  papierowa książka Emilii. Mieli (resztki?) w magazynach i na wysyłkę oferowali trzy różne wydania, w okładkach twardych od 40 do 60 dolarów, w miękkich o połowę taniej.  Wszystkie trzy całkiem świeżej daty, tegowiecznej, ostatnie z marca bieżącego roku. Wersja ebook na czytnik kosztowała 3 dolary. Gdzie indziej, w taniej księgarni książek z drugiej ręki, czyli w thriftbook, wyświetlano wszystkie 29 znane im przez lata edycje tej książki, kiedyś oferowane, a na bieżąco sprzedawali pięć – uwaga! – razem z ofertą przedpłaty na przyszłe wydanie przez Alpha Edison, które zapowiedziano na 29 lipca 2025. Tak samo jak w B&N.  Krótko nazywa się tę książkę "Slav Tales". 




No, a teraz fanfary, bo jakże nie, gdyż autorem francuskiego oryginału był Polak, Aleksander Chodźko. Angielskiego tłumaczenia też – i pod jego nazwiskiem (bez naszego ź, oczywiście) "Slav Tales", czyli "Bajki Słowian" przez ponad sto lat  publikowano co i raz i nadal się zamierza. Dwa lata temu angielscy entuzjaści starodruków wydali w Wlk. Brytanii kopię oryginału Chodźki, rzecz jasna po francusku.

Oryginał prawdziwy wycenia się różnie – od 170 do 300 euro, a całkiem niedawny (2018) reprint na 22 euro (w miękkiej okładce - 14). Pierwsze angielskie wydanie "Slav Tales" z 1896 osiąga teraz cenę 600 dolarów.

Poza drukami osobnymi Chodźkowych "Tales" znaleźć można po angielsku kilka wydań przegrubaśnych kolekcji bajek różnych narodów, albo opowieści z różnych mitologii, a w nich zbiór Chodźki często stoi na czele. Ten zbiór to dwadzieścia utworów. Od jakich autorów są wzięte? jakie są oryginalnie polskie? na ile francuskie wersje są bliskie oryginałom? 

 



° ° °


Przypisuję sławę literacką Aleksandrowi Chodźce z powodu jego bajek, ale ktokolwiek zechce sprawdzić z powodu jakiego tekstu jego imię jest cokolwiek sławne, ten się wplącze w pisaninę nie chłopów i pasterzy, ale orłów polskiego słowa. Mam na myśli kogoś, kto po polsku szukać będzie. Poszukiwacz anglojęzyczny pozostanie przy bajkach, może jeszcze przy tekstach o teatrze perskim, i tyle. Polacy doszukają się wierszy, a wśród nich balladki pt. "Maliny", ponoć kiedyś sławnej, ponoć jeszcze niedawno przez babcie śpiewanej, co wnukowie niestarzy ponoć nadal pamiętają. 


MALINY.


Przez litewski łan,


Jedzie, jedzie pan,


Przed nim, za nim jego cugi,

W złocie w srebrze jego sługi; 

Jedzie w gościnę


Przyjechał na dwór,


Do matki dwóch cór.

Matko, matko, masz dwie róże,


Obie krasne, obie hoże,


Daj mi jednę z nich.”



 

Matka prosi wnijść,


Każe córkom przyjść;

Lecz pan obie równie kocha,


I tę trochę i tę trochę,


Którąż tu wybrać?



 

Dwa im dzbanki daj,


Niechaj idą w gaj,


Która więcej malin zbierze,


Tę za żonę pan wybierze,


Ta będzie panią.


(posłuchaj sobie) 





Słońce się zza drzew


Rumieni jak krew,


Krwawą łuną gaj ozłaca,


Z gaju starsza córka wraca,


A młodszej nie ma.



 

Na jej czarnej brwi,

Niby kropla krwi;


Któż wie z jakiej to przyczyny


Od maliny lub kaliny,


Może to nie krew.

 



„Oto malin dzban,


Gdzie mój mąż? gdzie pan?


Siostra już nie wróci z gaju,


Może wpadła do ruczaju,


Może pożarł wilk.”



 

Pan rozesłał sługi


Do gaju, nad strugi,


Całą noc w gaju wołali,


Cały dzień w strugach szukali,


Nie ma i nie ma.



 

Pan miał złota wór,


Murowany dwór.

Szczęśliwy z żona szczęśliwą,


Z krasawicą urodziwą


Z tą córką starszą.



 

A gdy przyszedł maj,


Pobiegł panicz w gaj,


Kręcił dudki, zrywał kwiatki,


Z klaskiem, wrzaskiem, biegł do matki.


„Ach, mamo, mamo!



 

Otóż dudkę mam,


Otóż pięknie gram;


Dudka moja osobliwa


Jak siostrzyczka moja śpiewa,


Słuchaj piosenki:

— 

 

„Graj Michasiu, graj;


Jak dziś kwitnie maj,

Tak nad róże, nad bławatki


Dwie nas kwitło w domu matki,


O moja wiosno!

 

„Ach! lecz siostry nóż


Skosił różę róż,


Pod kurhanem me mieszkanie,


Dzika wierzba na kurhanie,


O moja wiosno!” —

 



„Dziko synu grasz,


„Skąd tę dudkę masz?”

— „Dudkę tą skręciłem w gaju,


Z dzikiej wierzby przy ruczaju,


Przy krzaku malin.

 

”

Pani pobladła,


Jak stała, padła;


Ileż straty ile szkody,


Wieś tak wielka, mąż tak młody,


Dziatki nieletnie!



 

Przez litewski łan,


Jedzie, jedzie pan,


Lecz w całunach jego cugi,


Lecz w żałobie jego sługi


Przy trumnie pani.


Tę balladkę wysłał Aleksander Juliuszowi Słowackiemu w 1829 roku, a on  natchniony nią napisał "Balladynę". 


 


 Muzeum Mickiewicza w Paryżu.

wzięte z: https://ibpp.eu/muzea/muzeum-adama-mickiewicza/

 

 2

Jeszcze w Polsce, sam Mickiewicz za młodu, wychwalał twórczość Olesia, jak go czule nazywał, ale potem z pisaniny Chodźki nie poezje najbardziej bulwersowały rodaków.

Oleś, Aleksander, to jeden ze stowarzyszenia Filaretów/Filomatów wileńskich; po kłopotach z władzami, które zdelegalizowały stowarzyszenie, studiował języki wschodnie w Petersburgu, a później pracował w konsulacie rosyjskim w Persji od 1830 do 1841 roku. Porzucił służbę konsularną i przyjechał do Paryża. Niektórzy przypuszczają, że niebawem ambasada rosyjska w Paryżu domagała się?/nakazała? mu wyjaśnić dlaczego samowolnie odszedł ze służby dyplomatycznej. 


Po kolei... 

Zapewne zjawił się w Paryżu w połowie 1841 roku, oficjalnie podróżując po Europie jako konsul na urlopie. W Persji urzędował częściej na prowincji niż w Teheranie i zajmował się studiowaniem języka, literatury i kultury Persji, Kurdów, trochę Turcji. Miał do załatwienia we Francji, w Anglii, albo tak bajerował, jakieś projekty literackie, wydawnictwa, słowniki związane z pracą na placówce. Rzecz jasna spotkał w Paryżu Mickiewicza, a ten był już wtedy związany z Towiańskim. Z jakiegoś powodu (mylenie tropów?) w grudniu 1841 wyjechał do Londynu, bodaj pod oficjalnym pretekstem operacji oczu. O jakie mylenie chodziło? Absolutnie pewne domniemanie, że zwierzył się Mickiewiczowi, że ma zamiar porzucić służbę w carskiej dyplomacji. Adam doradził mu (zażądał? rozkazał?)  chytrusi polityczny myk, to znaczy pójść w Londynie do posła rosyjskiego (Filipa Iwanowicza Brunnowa) z życzeniami Nowego Roku. 13 stycznia Aleksander napisał o tym Mickiewiczowi:

«13 stycznia, 

London, 1842 

(5. Little Ryder Street St. James’s)

List Twój, mój jedyny Adamie, odebrałem dziś rano i posłuszny rozkazowi natychmiast, naczepiwszy na siebie wszystkie ordery, ruszyłem do Posła powinszować mu Nowego Roku. Przyjął mię wyraźnie zimno, na powinszowanie odpowiedział życzeniem, abym rok nowy przepędził lepiej od starego, i przez całe pół godziny raz tylko zapytał o moich oczach. Odpowiedziałem, że zdaniem pierwszego okulisty muszę czekać wiosny dla zrobienia operacji. Słowem, hycle tatarsko-psim nosem poczynają mnie już wietrzyć. Dowodów jeszcze żadnych nie mają, ale już zwąchali. Mniejsza o to, prędzej czy później zerwę bez żalu; tyle lat służyłem diabłu, czas posłużyć Bogu i sumieniu. Jeżeli z Petersburga raczą mi od [po] wiedzieć prędko, odbiorę odpowiedź między 25 a 30 bieżącego miesiąca.»


Ta "posłuszność rozkazowi" jakaś jest dziwna. Londyńskie listy Aleksandra wskazują, że całkiem rozważnie, rozsądnie, zimno, ironicznie kalkulował i myślał tamtej zimy o sobie, o emigracji paryskiej i londyńskiej, o interesach na giełdzie, nawet o Mickiewiczu i jego "KołoBoskim" nawiedzeniu towiańszczyzną («usłyszałem od Semenenki i innych o Twoim nawróceniu się. Słyszałem o nim dawniej i sądziłem, że to tylko ślachetna obłuda.» – list 13 lutego 1842, z Londynu). Wygląda tak, jakby Aleksander przerobił na rzekomy rozkaz napomknienie Mickiewicza o ostrożnym (chytrym?) pogrywaniu z ambasadą rosyjską, i deklarował konfidencjonalną lojalność wobec poety niby politycznie czujnego i sprytnego. A przecież w liście z 2 stycznia pisał o wcześniejszych odwiedzinach u posła Brunnowa, fakt, że przed Nowym Rokiem. 

Gość, który spędził jedenaście lat w carskiej dyplomacji, jeśli nie był kompletnym durniem, szybko się mógł zorientować, co w czyimś gadaniu i działaniu jest czujne i sprytne politycznie, a co naiwnym pustosłowiem i pseudoaktywnością. Co jest poezją (delikatnie mówiąc), a co polityką. Mickiewicz nawiedzony, albo "ślachetnie obłudny", politycznie obrotny albo frajerski jak tabaka w rogu, ironiczny geniusz od "Pana Tadeusza" czy grafomański maniak od "Ksiąg narodu", z Towiańskim albo bez niego – był Aleksandrowi potrzebny, żeby nie spanikować, żeby nie zwariować, żeby nie scześć pod byle mostem na Sekwanie, żeby go nie zeżarli Ruscy, Francuzi i ziomkowie-emigranci.

W Londynie myśli miał jeszcze jasne i trzeźwe, ale to nie znaczy, że w tej jasności i trzeźwości wiedział, co ze sobą począć; jak nazwać swoje emocje, okiełznać wyrzuty sumienia, zmienić życie i samego siebie. 

Po dwóch miesiącach pobytu w Londynie wcale mu z tym wszystkim nie było łatwiej. Już wiedział, że ani Londyn lepszy od Paryża, ani tutejsi emigranci sensowniejsi od paryskich. List z 13 lutego to dramatyczna spowiedź człowieka zagubionego, na dodatek z pustą kieszenią («nie będę miał za co wyjechać z Londynu»)


«Biedna dusza moja schyla się pod dęciem każdego wiatru. Ani środka postawić ją na twardym podłożu, osłonie od obcych wra­żeń. Jak śród tylu nowych i wielkich rzeczy, przy tylu roztargnieniach wyrobić czystą, jedyną wolę? Wszakże jedno, co mię cieszy, jest to to, że po Anglii nie żądam dalszych podróży. Widziałem, dotknąłem wszystkiego, o czym marzyłem. Arcydzieła rozumu i wyobraźni ludzi nie dały mi, czego szukałem. Byt tych oświeconych ludzi Francji i Anglii nie zachęcił mię do szukania podobnegoż bytu dla siebie. W tym wszystkim jest coś cierpiącego, coś ostrego, co przykro trąca o duszę. Czegóż szukam? Jeszcze sam nie wiem. Ale że został jedyny przedmiot, którego nie dotknąłem, więc, da Bóg, przy Tobie na koniec rzucę moją kotwicę. Nie odpychaj mię, drogi Adamie. »


Adam był wobec niego przyjacielski sekciarsko, życzliwy doktrynersko, przestrzegający schizmatycznie, wskazujący słuszną drogę dogmatycznie. Swój dramatyczny list z 13 lutego Aleksander Chodźko pierwszy raz podpisuje "Brat Aleksander". Potem się nie będzie mógł tygodniami doprosić o pieniądze na wyjazd z Anglii, choć dopiero co ostatki "całej swojej zamożności" przekazał Mickiewiczowi.

Powiedzmy bez ogródek – z pajęczyny carskiej wpakował się Chodźko w pajęczynę sekty.

Mickiewicza, przypuszczam,  przerastała albo nawet przerażała odwaga działań, wyborów i decyzji Aleksandra. Przyznać się do tego ani zamierzał, ani może nawet był zdolny tę odwagę zauważyć. To co było wyrozumowaną, wcale nie szaleńczą, ale przecież ryzykowną odwagą patrioty, Mickiewicz skwitował mu w liście: «jeśli służbę przeszłą rzucisz tylko z nudy, tylko dla odmiany, to stracisz przed Bogiem zasługę z ofiary.»

Minął rok. Chodźko miał przed sobą wizytę u Towiańskiego w Brukseli. Był już wtedy nieźle urobiony i wmanewrowany w towiańszczyznę. Zamieszkał w bliskim sąsiedztwie Mistrza. Pewnego dnia rozmawiał z generałem Skrzyneckim. Niezbyt to był udany wódz naczelny Powstania Listopadowego; na emigracji służył w armii belgijskiej aż do roku 1848.

Chodźko rozmowę z nim przeprowadzoną w Brukseli relacjonował Mickiewiczowi w liście z 12 maja 1843 roku.


(...) «Po długiej bar­dzo rozmowie o wschodniej i europejskiej polityce przeszło do emi­gracji. Ubolewał, że Polacy nie łączą się. Że wszystkie emigracyjne partie to tylko mają wspólnego, iż walą porządki dawne, a chcą budo­wać nowe... Że nawet najzbawienniejszy dla nas środek, to jest religia katolicka znalazła swoich przeciwników, że „nawet tak znakomity mąż jak Mickiewicz podziela herezją”. 

— „Co Jenerał rozumie przez he­rezją?” 

— „Dziękuję, żeś zapytał. Mówmy jak Polak z Polakiem, bez ogródek. Czy znasz Towiańskiego?” 

— „Przyjechałem tu jedynie po to, aby dostąpić tego błogosławieństwa. I dziękuję niebu, że mi natchnę­ło myśl wyrzec się korzyści światowych dla idei objawionej przez Mi­strza Bożego”. 

— „Nie wiedziałem o tym. On i mnie był złowił swo­imi ideami o chłopach.(...) I gdy się powstanie  nie powiodło, z człowieka religijnego, jakim byłem zawsze, zrobiłem się ateistą. Boga nie ma, mówiłem, kiedy Bóg nie zbawił takich ludzi, jak nasi chłopi. Towiański, przyznaję, wrócił mię zrazu na drogę wiary i przekonał, żem niesłusznie na Boga narzekał. Ale potem odkryłem cały fałsz...” 

— „Jenerale, nie pozwalam ci kończyć tego bluźnierstwa...” 

— „Ten heretyk...” 

— „Nie kończ. Odpowiem tobie słowami św. Jana, którego imię przyjąłeś przy chrzcie: »Nie jestem światłością, ale świadczę o światłości...«” 

—„ Ale...” 

— „Nie przerywaj mi (wstałem z krzesła). Powiem ci tylko, że dziwno mi, jak dotąd nie pojąłeś, co może w naszych czasach siła idei. W Mistrzu naszym złożona idea i ona tylko, a nie co innego, zbawi Polskę.»


Takich to Brat Aleksander nabrał umiejętności dyplomatycznych pod bokiem Brata Adama. Spotkanie ze Skrzyneckim po to było zlecone Chodźce by uzyskał od generała rękopis tekstu Towiańskiego pt. "Biesiada". Po wszystkim Chodźko biadolił:   «...trzeba było (...) upomnieć się o Biesiadę, o której nie było ani  wzmianki, dlatego że on nie zaczął, a ja zacząć nie chciałem i już nie mogłem.»

Mistrz Towiański pochwalił go za przebieg rozmowy.

° ° °

Znów minął rok. Być może w pierwszej połowie roku 1844 ambasada rosyjska w Paryżu napomniała Chodźkę o wyjaśnienie, czemu nie wraca do Persji i dlaczego porzucił służbę. Może wyznaczono mu jakiś termin w którym musi się z wyjaśnieniem zmieścić. Nie znalazłem objaśnień, co się dokładnie działo, ale jedno pewne – Brat Adam i Mistrz Andrzej wiedzieli, że Brat Aleksander zamierza niebawem dostarczyć pismo Rosjanom.

Obaj geniusze polityczni postanowili sprawę wykorzystać do wielkich działań. Towiański pisał do Mickiewicza 1 czerwca:

 «Co do ambasady, plan obszerniejszy osnowałem. Czuję obowiązek silniej na Rossyą uderzyć. (...) Gotuj bracie! brata*** do tonu należnego. Ważne będzie spełnienie tego punktu służby, 

Uściśnienie moje posyłam tobie. 

Andrzej Towiański.»


Jest (w Sieci) taki egzemplarz zbioru listów między Bratem Adamem i Mistrzem Andrzejem w którym ktoś kiedyś dopisał ręcznie, że te trzy gwiazdki to Aleksander Chodźko. (Współudział Adama Mickiewicza w sprawie Andrzeja Towiańskiego, Listy i przemówienia, Paryż 1877, Tom 1, str.170, kopia cyfrowa z bibl. radomskiej)


Dziesięć dni później Mistrz Andrzej wykrył siłą ducha (no, bo jakże inaczej), że w tym momencie koniunktura na dworze cara Mikołaja nie sprzyja relacjom politycznym na linii Paryż-Petersburg.

 

«Do Adama Mickiewicza.
 Solura, 10 Czerwca 1844. 

Bracie Adamie
. Potrzebą się stało, aby pismo do cesarza opóźnionym było. Nie  jest wolą wyższą, aby wcześnie przed wypadkami ziarno prawdy doszło do niego. Brat *** znajdzie pozór stosowny tego opóźnienia.»

Trywialnie mówiąc, zdanie ostatnie oznacza: Niech Chodźko nie mędzi, że go opóźniamy.


Relacja Mickiewicza o tym jak Chodźko się męczył przy pisaniu deklaracyi: 


«Do Andrzeja Towiańskiego. 

17 Junii 1844. 

Przesyłam Mistrzowi deklaracyę ***, jakem ją wytłumaczył na francuzkie. Gdzie trzeba dodać co, proszę zanotować, gdzie zaś wyrażenie jakie zmienić, dość jest podkreśleniem okazać jego nie­dostateczność. Może być, że później słowa niektóre inaczej posta­wimy, ale rzecz taka, jaką Mistrz zatwierdzi zostanie wiernie. Czuję tak dalece wagę tej deklaracyi, że bez poradzenia się jeszcze raz Mistrza nie śmiałbym jej złożyć ambasadorowi. 

Długo i różnie ją przerabiałem, na końcu przekonałem się, że należy, jak najbliżej trzymać się textu polskiego. Lepiej niech coś zostanie nie dość wyjaśnione, ale niech zachowa charakter sakra­mentalny tekstu polskiego. 

Adam.»


Z rozpędu Brat Adam chlapnął:  «nie śmiałbym jej złożyć ambasadorowi.» Oj, tam, przejęzyczenie. No, pewnie, że wciąż chodzi o list Chodźki, który  Chodźko ma "złożyć" ambasadorowi. Przecież nie swoje pismo czy Mistrza Andrzeja ma Brat Adam na myśli. Drobiazg doprawdy. 

Ale nie ma co kpić, że Chodźko zapomniany/pominięty?/ – ważniejsze, czy "deklaracya" wyszła spod jego ręki. A jeśli, to ile sam napisał – kartkę, dwie? Nie wiadomo, ale chyba nie za dużo, gdyż plan Towiańskiego "obszerniejszy" żeby "silniej na Rossyą uderzyć" oznacza, że oryginalne pismo nielojalnego konsula było nieobszerne i w Rossyę nie uderzało. Przypuszczam, że Chodźko chciał Rosjanom pomachać własną dłonią na pożegnanie, a Mistrz i Brat Adam bohatersko zza pleców kolegi zamierzyli pokazać swoje pięści. Jeśli pięści, bo wyszły im paluszki nie nadto rozkiwane w przestrodze. W tej lichej przenośni realne jest wyłącznie: "zza pleców".

Po kilku dniach nota stała się "nasza", wizjonersko oznajmi Towiański, i "da ton Sprawy pełniejszy", "przemówi do ducha jego" (to znaczy: cara). Chwila nadeszła! "Nie przewlekajcie" – rozkazał wielki taktyk.


«Do Adama Mickiewicza.
Solura, 18 Lipca 1844. 

Przyszła już pora na przesłanie noty naszej. Jak tylko idzie do rąk Mikołaja, korzystam z pozycyi, daję ton Sprawy pełniejszy. 

Dotąd izraelski duch jego nieporuszony. Nikt właściwie do ducha jego nie przemówił. On jak nikt z rządzących bije pełnym tonem — i tylko pełnemu naszemu ulegnie, a podobniej w rachunek da się zaciągnąć. 

Wielkiej wagi intencya koła w tym czynie — aby bracia udział ducha mieli w tonie, który ma rozpocząć przebijanie złego w Rossyi. Zastęp ten Pański ma duchem swym przeprzeć na ziemi pierw­sze zapory i tem otworzyć drogę Zastępom wyższym, popie­rającym tylko sprawy zaczęte przez człowieka. 

W tym tonie choć pod rozmaitemi kształtami stykać się z Rossyą będziemy, w tym tonie wybawienie Polski.  

Znasz Bracie! ducha Rossyjskiego, stykałeś się z nim wiele; jeżelibyś miał czucie odmiany w wydaniu, dla ułatwienia pojęcia, proszę ciebie o to. Na wydaniu tak wiele w Rossyi zależy. O ile można nie przewlekajcie oddania. Twój brat, 

Andrzej Towiański.»


Wyjaśnienie: "Sprawa" to zamiar znacznie większy niż epizod z carem, to pełnia misji Towiańskiego (z pomocą Mickiewicza). Na duchowej szachownicy całego świata królem był Towiański, car dostąpiłby pozycji laufra najwyżej.



2a

Jeśli Chodźko miał złudzenia, że własną sprawę sam załatwić powinien, to się przeliczył. Gdyby Brat Aleksander grymasił, że czas upływa..., gdyby marudził, że jeśli będą kłopoty z rosyjskiej strony to wobec niego osobiście..., że termin..., że jego dobre imię... – zresztą jakkolwiek by zafikał, Mistrz Andrzej doradzał:

«Brat *** niech wyrabia w sobie ton podający się i wytrzymuje ilekroć podoba się Bogu stykać go z Rossyą. Ton ten jest w duchu jego, a w skutek pracy wewnętrznej będzie i w człowieku, a tak będzie siła na pełnienie ważnych punktów Służby świętej, w nowej otwierającej się dyplomacyi.» 

Oto co zamierzył Towiański – otworzyć między sobą a carem dyplomację, a właściwie wymóc ją na monarsze rosyjskim, dając przykład, że on mu potrafi nawet konsulów przerobić. 

Jeszcze trzy listy Adamowo-Andrzejowe poszły w tę i w tę stronę, w nich propozycje sformułowań, albo na której stronie jakie poprawki, albo te czy tamte zdania zmienić. Wszystko przemyślane starannie, politycznie, dyplomatycznie, wzniośle, bezapelacyjnie, gdyż szło o wielki CZYN "w nowej dyplomacji":


«Do Adama Mickiewicza.
 Solura, 30 Lipca 1844. 

Mikołaj rządzący despotycznie znaczną częścią Słowiańszczy­zny, dla której Sprawa najwięcej czyni się, jest jeden z ludzi, co dla Sprawy najwięcej uczynić może, największy jego interes w ob­jawiającej się woli Bożej — wyrażenie to przekładam nad inne.»


W druku książkowym (Współudział, itd) wyjaśnienie Aleksandra Chodźki ciągnie się przez siedem stron. Najpewniej on sam zaniósł/dostarczył grube liścisko do ambasady 20 sierpnia, przez siebie podpisane. W tomie "Wpółudział..." zamiast końcowego podpisu redaktorzy wstawili trzy gwiazdki, jak przedtem, nie wiadomo dlaczego, ale w zasadzie słusznie, bo można się domyślać, że początek był jego autorstwa, czyli tyle:


/Oczywiście, rzecz poszła po francusku (Współudział..., T 2, str 228)./ 

«PISMO DO C. MIKOŁAJA 

15 Sierpnia 1841. 

Najaśniejszy Panie! 

Złożywszy odstawkę służby Jaśnie Wielmożnemu Wice-Kanclerzowi przez pośrednictwo ambasady Waszej Cesarsko-Królewskiej Mości w Paryżu, składam tą samą drogą u stop W. C. M. to pismo wyjaśniające pobudki postępowania mego. 

Bóg dał mi urodzić się pod berłem W. C. M. i w służbie jemu stra­wić większą część życia mego. — Pełniąc wiernie obowiązki miej­sca mego, czysty byłem przed Bogiem. — Teraz, kiedy miłosierdzie Boże raczyło mnie wprost wezwać do Służby sobie, — posłuszny  jestem Woli Najwyższej, bo inaczej przestałbym być czystym przed Bogiem. 

Niech mi będzie wolno, Najaśniejszy Panie, otworzyć tu duszę moję; winien to jestem Bogu, winien W. C. M.  

Najjaśniejszy Panie! Ja usłyszałem słowo Boże. — W tych dniach rozwija się Ono, urzeczywistnia; widziałem człowieka naznaczo­nego być organem Słowa. — Promień prawdy uderzył mnie swą po­tęgą. — Najjaśniejszy Panie! Jam zrozumiał to zawołanie Boże, po­święciłem się Służbie Najwyższej, i złożyłem mą przysięgę Bogu w ręce człowieka który jest organem Jego. 

Mając odtąd nowy cel życia i działalności, zmuszony jestem opu­ścić drogę, jakąbym dotąd iść musiał na ziemi: ale mam to uczu­cie, żem uchybił przysiędze którą złożyłem W. C. M. — Zachowowałem pamięć dobrodziejstw któremi obdarzony byłem, i tylko przez posłuszeństwo rozkazowi Bożemu, przestałem być pod­dany W. C. M.»


Przypuszczam, że w krótkim oryginale Aleksandra było jeszcze takie zdanie (dwaj mistrzowie dyplomacji przesunęli je w środek listu): "Najjaśniejszy Panie. Znam dobrze i nie zapominam względów należnych W.C.M. i czuję, że głąb duszy waszej, krok mój usprawiedliwi."

Może też całkiem ostatnie zdania z "noty naszej": «Mam honor być z najgłębszem poszanowaniem, Najjaśniejszy Panie! Waszéj Cesarsko-królewskiéj Mości najniższy, najposłuszniejszy sługa i poddany.» pochodzą od byłego dyplomaty i od człowieka ostrożnego, który by nie chciał być przebity ruskim sztyletem w jakimś ciemnym zaułku Paryża, Londynu lub Brukseli.

Tyle wyjaśnień zupełnie by wystarczyło, sens ich taki, że cesarska mość przepotężny, owszem, ale Bóg i jego nakazy potężniejsze, nawet w czysto ziemskich wymiarach. Zatem służba Bogu ważniejszym jest obowiązkiem i koniecznością. Czy car władający także nad Cerkwią by się z tym zgodził – inna sprawa. Argumenty Chodźki są jak argumenty zakonnika i to solidnie nawiedzonego. Polski patriota nie wychyla się z ani jednej sylaby i pewnie Aleksander sam w tym czasie wierzył, że powody mistyczne jego zdekonsulowania się przeważały nad boleściami politycznymi, historycznymi i polskimi. Da się przypuścić, że jakiś dobry, patriotyczny duch go natchnął w Persji jeszcze, ale wtedy rozumował przytomnie, że trzeba się kierować "ślachetną obłudą", podając duchowe przyczyny nielojalności wobec cara.

Nawet jeśli latem 1844 roku był mocno na "kołoboskiego" ducha sekty przerobiony, to tego co dalej w liście następuje nie mógł wymyśleć i własnoręcznie nabazgrać. Zaczynało się to tak:

«Składam przed W. C. M. wszystko com poznał, com przyjął ty­czącego się przeznaczenia Słowian. Składam Ci tę prawdę Słowa której się poświęciłem. 

Śmiem to utrzymać że nie ma nikogo na ziemi, kto by miał  większy interes poznania Woli Bożej, nad Ciebie! O wielki Mo­narcho!»


Następne sześć stron to najpierw majak zwykły, a potem tak włazidu..ski, że zęby bolą czytać. Majak jest o specjalnej roli Słowian, Towiański zrobiony w nim na drugiego (właściwego) Chrystusa. Jeśliby Mikołaj I, czy jakikolwiek carski urzędnik nie popukał się w głowę już w połowie części istotnej (tej króciutkiej, Chodźkowej) i nie odetchnął z ulgą (a idi w cziorty), że nawiedzeniec sam się zwolnił ze służby, tylko by czytał do końca, to wystukałby sobie dziurkę w czaszce, albo by się wytchnął do ostatka.

Chyba, że nadgorliwość urzędasów i grzęzawisko carskiej biurokracji uchroniły monarchę  od dziurki w czaszce i on nigdy pisma nie otrzymał, przez co stracił okazję przemienić się duchowo, zajść pokornie przed oblicze Mistrza Andrzeja, walnąć się w carską despotycką pierś i zmienić w połowie XIX wieku historię Polski i Rosji. Pod światłem Sprawy, oczywiście. Jako sługa Mistrza. 

Kiedy dwadzieścia lat później Aleksander Chodźko wybierał, tłumaczył, układał Bajki słowiańskich chłopów i pasterzy może zauważył, że fantazyjne pomysły w bajkach z biedą dorastają do fantasmagorii w "deklaracyi", czyli w tym, co zostało w atmosferze skandalu nazwane Akt Chodźki. 

Cały ciężar skandalu do dziś spada na głowę Chodźki – znalazłem dwie noty odejmujące mu część winy. «Mistrz  postanowił „nawró­cić" cara Mikołaja, wywołać w nim wstrząs (...), zjednać go dla „sprawy bożej w imię przy­szłości szczepu słowiańskiego". Chcąc uczynić cara wodzem sprawy słowiańskiej nakazał w r. 1844 bratu A. Chodźce wysto­sować do cara list.» – napisał H. Szyper w książce "A.M.Poeta i człowiek czynu", trochę przesadzając z pomysłem listu. I druga – «Towiańczycy nie wiedzieli o istnieniu pisma Chodźki, datowanego na 15 VIII 1844 i złożonego około 20 VIII w ambasadzie rosyjskiej w Paryżu. Nb. Chodźko nie był jego autorem. Przepisał jedynie i podpisał list ułożony przez Towiańskiego i przetłumaczony na francuski przez Mickiewicza, a pomyślany jako „rozbudowana motywacja jego prośby o definitywną dymisję z funkcji dyplomaty rosyjskiego w Persji”. Ponieważ adresat nie odpowiedział na pismo, gotowość doręczenia mu go zadeklarował Seweryn Pilchowski. Otrzymał na to zgodę Towiańskiego, a w przeddzień zebrania, 28 XI, poinformował o swoim za­miarze Mickiewicza.» Napisał tak Jacek Brzozowski z Uniwersytetu Łódzkiego w tekście pt.  "Dwa zapomniane rysunki Juliusza Słowackiego", idąc za stwierdzeniami redaktorek "Dzieł" Mickiewicza, pań Z. Makowieckiej i Z. Trojanowiczowej.

° ° °

Chodźko urodził się cztery lata po rozpoczęciu XIX wieku i zmarł na dziewięć lat przed jego końcem. Kawał życia, ale nie znalazłem biografii Aleksandra. W wikipedii ochłapy informacji i chyba klątwa na faceta, bo się sroży osobny artykulas pt. Akt Chodźki, mało, że nierzetelny – co zdanie to z innego palca wyssane. Dałoby się napisać solidniej i na ten temat i o innych jego sprawach, przemyśleniach, koneksjach, rozjazdach, kombinacjach, nawiedzeniach, o wydarzeniach przynajmniej na satelitarnej orbicie wokół Mickiewicza – czerpiąc tylko z  listów od i do Wieszcza, ale chyba nie dalej niż do roku 1848. Jak na razie ślady dokumentalne o Aleksandrze Chodźko do tej daty są mizerne, a po niej mniej niż mikre. 

Od roku -48 do -91 to druga połowa życia. Jest jedno zdanie w polskiej wiki o prywatnościach: "Z żoną, Heleną Dunin-Jundziłł, miał czworo dzieci, synów: Wiktora, Adama i Aleksandra oraz córkę Marię." (skąd to wzięte – nie podane). Jest gdzie indziej w Sieci wspominek beznadziejnie mglisty, że ta pani wyszła za Aleksandra około roku 1840. Jest trzecia uwaga internetowa, solidniejsza, mówiąca o przełomie w jego życiu:  "Helena z Jundziłłów (zm. 1886) — córka Wiktora, wyszła za Chodźkę w 1847 roku." I w końcu rzecz czwarta, jak powyższa dzięki miłosiernej wnikliwości Janusza Odrowąża-Pieniążka – zdanie ostatnie ostatniego znanego listu A.Ch. do A.M.:  «Moja żona przypomina się Tobie, za kilka dni spodziewa się połogu. Czego bym takoż bardzo życzył, byłbym swobodniejszy.» – 15 czerwca 1848.

Jaką biografię można ułożyć z tego jednego zdania? Żadną, albo krótką. Żadną, albo wydumaną. Pominę żadność, wezmę krótkość i wydumki. Najpierw o naiwności 44-letniego kawalera (starego – pełna jego nazwa) co do przypuszczeń, że po narodzinach dziecka, kończących żoniną ciążę, będzie swobodniejszy. Akurat! Ale z drugiej strony nieswoboda jego w tym czasie świadczy, że był żoną zajęty, możliwe, że pożytecznie, możliwe, że troskliwie. J. O-P, historyk znakomity, listów Aleksandra do Adama po roku legionowym (1848) nie znalazł; najpewniej dlatego, że obaj do września 1855 nie za bardzo się z Paryża ruszali.     

W ostatnich listach z maja i czerwca 1848, kiedy jego brat Mikołaj z Mickiewiczem organizowali we Włoszech LEGION polski wspierający m.in. Garibaldiego, Aleksander z elokwencją nadmierną opisuje rzekomą swoją aktywność w Paryżu. Niby-próby zorientowania się jaką i gdzie broń by im kupił, gdyby wiedział, czego chcą; jakieś rozmowy bezpłciowe z Czartoryskim, jakieś smętne spotkania z Towiańskim, dla którego nie ma w tym czasie serca, ducha i czasu. Dużo słów, konkretów nic. Najwyraźniej tuszuje, że czym innym zupełnie zmuszony jest w praktyce się zająć. 

Bardziej dlaczego, niż czym niech odsłoni anegdota o żonie generała Skrzyneckiego, pani Amelii:

«Amelia Skrzynecka darzyła „proroka” (Towiańskiego) nieukrywaną niechęcią. Najprawdopodob­niej ona, tknięta przeczuciem, zainspirowała męża do przyjrzenia się krytycznie nowej nauce. Czyżby w domu państwa Skrzyneckich zaszła scena jak z kome­dii Moliera? W życiu generała - Orgona pojawia się Towiański - Tartufe, pan domu wydaje się zahipnotyzowany. Intruz nie waha się nawet uderzyć w święte więzy rodzinne, próbując rozbić jego małżeństwo. Żona generała jednak, zachowuje trzeźwość umysłu, niczym Elmira demaskuje Świętoszka i otwiera mężo­wi oczy na herezję. Istotnie - wkrótce Skrzyneckiego zaniepokoiły odstępstwa w systemie Towiańskiego (...)

Generał, dzięki interwen­cji swej żony, uznał Towiańskiego za oszusta i zdołał otrząsnąć się chwilowo z je­go wpływów. Wielokrotnie dziękował potem pani Skrzyneckiej za jej rozsądek (...)

Podobno generałowa zatrzasnęła drzwi przed nosem Towiańskiemu w brukselskim mieszkaniu Skrzyneckich, za co mąż pochwalił ją głośno w obecności gości (...)» 

(Wzięte z tekstu Małgorzaty Stochmal: "Brat Jan, czyli współudział generała Jana Skrzyneckiego w sprawie Andrzeja Towiańskiego." Wrocław, 2007)  


Czy wielkim jest odstępstwem od prawdopodobieństwa założenie, że pani Helena, jak Amelia, z tą samą energią mężowskie "bardzo życzył" przemieniła wiosną 1848 roku na "bardzo musiał"?

A co konkretnie zrobiła? Jak tamta stanęła w drzwiach, ale przed mężem. Dziecię przysnęło. Ten z kuferkiem do wyjścia. A ona na progu po polsku i wyraźnie: Ani kroku do mickiewiczowskiego legionu! 

Ostał się karteluszek od A.Ch. do A.M. wysłany posłańcem: "Będę jutro rano u Ciebie." – 5 sierpnia 1848 roku (zbiór J.O-P.) U ciebie w  Italii? Nie. W Paryżu. Wódz LEGIONU już w czerwcu był z powrotem, zostawiwszy 160 bojowników, którzy trochę powalczyli, a potem tułali się po Morzu Jońskim i Grecji, sądząc, że się przedrą na Węgry do generała Bema. Rewolucja węgierska padła, a oni na bardzo długo utknęli beznadziejnie w Grecji, kilku zmarło z głodu i chorób. Z Legionu – gromada włóczęgów i żebraków; nie chciano ich ani tam, ani w reszcie Europy. Wódz nie miał pojęcia, jak ich z poniewierki wyciągnąć. 


° ° °

 




 Księżniczka porwana przez wicher
"Bajarz polski"

3.


U Chodźków była potem druga ciąża Heleny i trzecia, czyli mężowska nieswoboda za nieswobodą. A poza tym ojcostwo – nie ma żadnych świadectw, że starszawy tatuś działał w polityce szumnie i czasochłonnie, iżby nie miał wyjścia, jak wychowanie dzieci na żonę scedować. Niekoniecznie mu w ojcowaniu przeszkadzały prace zarobkowe, a to w ministerstwie francuskim, a to w Collège de France na tym samym profesorskim stanowisku (1857-1883) co kiedyś Mickiewicz.


Taka jeszcze wydumka, że trzej synowie zjawiali się na świecie według reguły: co rok prorok, do roku -50 albo -51. Potem pani Helena troszkę odsapnęła, jakieś może 5-6 lat i nagle bum! – rok 1858 (załóżmy), Chodźkom rodzi się córeczka. Pan Aleksander ma wówczas 54 lata, właściwie pora na wnuki, a nie na dzieci. Dlaczego tak kombinuję? Bo przypuszczam, że to dla niej, dla Marysi, kiedy już sama zaczynała czytać, rozczulony ojciec przetłumaczył na francuski bajki polskie i czeskie w roku 1864. Przesada? Przypomnę opowieści o Królu Arturze, pisane przez Johna Steinbecka dla 12-letniego syna, gdy sam już miał lat 54. 


Musiałby tłumaczyć, gdyby Marysia po polsku nie umiała czytać. Ale skąd to wiedzieć? Może właśnie przepadała za czytaniem czterech tomów "Bajarza polskiego" w oryginale, a od jej zapału ojca natchnęło, aby na francuski co nieco przetłumaczyć. A przy okazji pokazać niekoniecznie tylko błahe bajdurki, bo przecież marzył Mickiewicz:  «Gdyby Słowianie zebrali swoje podania ludowe, moglibyśmy stworzyć system mitologiczny równie rozległy jak hinduski.» 


Takie motto do całości, potem wstęp, przypisy i uczenie zawikłany epilog wskazują na poważny zamiar Chodźki, przerastający przyswajalność córki sześciolatki i dla małej niepojęty, więc nudny. Poza tym zgodził się na wydanie książki bez ilustracji. Albo inaczej... dzieci państwa Chodźków na poważniejsze dorastały, niż mi się zmyśla i czytały z wypiekami na buziach popisy erudycyjne taty, gdy przytaczał cytaty z Rigwedy porównywalne do wątków w tej czy tamtej bajce. 


 


Uczona praca nad "Bajkami" zajęła Chodźce dwa lata. Początek Epilogu:  «Przeczytane właśnie wiejskie opowieści posłużyły mi za materiał do zajęć dwa lata temu, których program obejmował relacje między mitami świętych ksiąg Indii a ustną tradycją krajów słowiańskich, w tym Litwy. Po bliższym zbadaniu tej kwestii doszedłem do przekonania, że bohaterowie słowiańskich opowieści to w większości nic więcej niż mniej lub bardziej okaleczone szczątki, disjecta membra mitycznych postaci wedyzmu i braminizmu.»


Tak czy owak, zamiar poważny, a bajek 20. Dajmy coś na plus – dziesięć było polskich, tyleż czeskich, ruskiej żadnej.


° ° °



Co z owym natchnieniem mickiewiczowskim, z oszałamiającą erudycją zrobiła Emily Jane Harding w swoich "Slav Tales"? Nic nie zrobiła. Motto mickiewiczowskie, wstęp, przypisy i epilog nie przetłumaczyła. W zamian narysowała czterdzieści dwie ilustracje. Z przemądrzałej książki francuskiej zrobiła z samych bajek angielski bestseller na 129 lat. 

 


 


Ktoś ciekawski zapyta – A jest polska edycja? I co odpowiedzieć? – po co polskie teksty z obcego na polski przekładać? Jak zajrzeć do "Bajarza", z pozoru wygląda napisany zwykłą prozą, a naprawdę to są wierszowanki w ogromnych partiach. Jakiej wartości poetyckiej? Żadnej. Nibyproza idzie gładko w rymach prostych, niewymyślnych, przez które gwałtownie infantylnieje i śmieszy. Paskudnik Fredro podebrał Glińskiemu powtarzany często wers "Prędko się dobra baśń baje, nie tak prędko rzecz się staje" i nieobyczajnie ukonkretnił stającą "rzecz". A przy okazji podebrał metodę na wierszowanie.



Tak rymował Fredro:


A tymczasem heroldowie

Wieści dziwne rozgłaszali

Coraz dalej, dalej, dalej...

Aż dotarły hen daleko,

Gdzie za siódmą górą, rzeką,

Stała sobie mała chatka,

W niej mieszkała stara matka

Wraz z synami swymi trzema,

Którym równych w świecie nie ma.

Każdy dzielny, tęgi, zwinny,

ale każdy z nich był inny

I w tym nie ma nic dziwnego:

Każdy z ojca był innego...

(jedyna zwrotka z ballady o Królewnie Piz... bez "wyrazów")

 

Tak Gliński:


Gdy trzech młodzianów zoczyla, 

najprzód się była strwożyła, 

lecz gdy staruszka postrzegła, 

ręką w zanadrze sięgnęła, 

ostatni groszak wyjęła.

i ubogiemu podała.

Ubogi jej podziękował, 

groszak do sakwy wnet schował, 

wzniósł dłoń nad biedną dziewczyną, 

i do młodzianów rzecze:

- Oto dziewczyna sierota, 

bogobojnego żywota, 

w znoszeniu nieszczęść cierpliwa, 

ku biednym tak litościwa...

 

A tak obu mistrz i wzór :


Przysiąż jej miłość, szacunek

I posłuszeństwo bez granic;

Złamiesz choć jeden warunek.

Już cała ugoda za nic. 

Diabeł do niego pół ucha,

Pół oka zwrócił do samki,

Niby patrzy, niby słucha,

Tymczasem już blisko klamki.

Gdy mu Twardowski dokucza,

Od drzwi, od okien odpycha,

Czmychnąwszy dziurką od klucza,

Dotąd jak czmycha, tak czmycha.



Aleksander wszystko przerobił na rzetelną prozę i w tym stylu rzecz dostała Emilia. Można by sprawdzić prozę Chodźki w porównaniu do rymowanek Glińskiego. A także do czeskich tłumaczeń wprost. Kilka osób taka edycja by zaciekawiła, ale sądzę – grupkę małą, tak że postulatu za tym wybrykiem nie postawię.


"Bajarza polskiego" wybrane rymowanki: "Spojrzał najprzód w świat szeroki:  wszędzie ziemia i obłoki", "...i jak zwykle dzika kaczka, popłynęła gdzieś biedaczka", "jak wyciął go laską w ciemię, sierota upadł na ziemię",  "i tak wszyscy jak tam stali, do pałacu się udali". Cytaty są akurat z tej bajki, co się "prędko baje" –   O DZIEWICY Z PERŁOWEMI ŁEZKAMI, Z NIEWIĘDNĄCEMI RÓŻAMI I ZE ZŁOTEMI RYBKAMI – a ona kończy się tak: "...ani oko widziało, ani ucho słyszało, jak tam się piło, jadło i hulało". Na weselu, rzecz jasna. Co kpiącemu myśl podsuwa, że Gliński specjalnie tak rymował  – na uciechę sobie i czytającym.


Tę bajkę Chodźko włączył do swej antologii. Zakończył książkę inną z "Bajarza", o tytule też długim: HISTOIRE  DE LA  NAPPE NOURRICIÈRE  DE LA VERGE FOUETTEUSE  DE LA CEINTURE QUI DEVIENT EAU  ET DU CHAPEAU FULMINANT – czyli: "O obrusie samokarmie, rózdze samochłostce, pasie samopływie, i o kapeluszu samopale."


Rymowanki są i w tej historyjce:


«Raz bracia przyszli z pola, głupca z pieca ściągnęli, w kapotę go odzieli, czapkę nań nasunęli, na dziedziniec wywiedli, wytargali, wybili, wprost za bramę wywlekli, i pchnąwszy go w kark rzekli: – Nie  marnuj głupcze czasu, bez noclegu, popasu, ruszaj prosto do lasu i grzybów nazbieraj.

Głupiec stanął, podumał, bo nie całkiem zrozumiał, co mu bracia mówili. Jednak po krótkiej chwili, poskrobał się po głowie, i ruszył ku dąbrowie.

Kędy tylko rzuci wzrokiem, każdym dziwi się widokiem, wszystko nowość dla niego.

Idzie, idzie, wtem pień zoczył: stanął, podumał, przyskoczył, ciepłą swą czapkę nań wtoczył i rzecze:

– Każde drzewo w tym lesie, gdzieś  tam w obłoki pnie się, i ma czapkę zieloną, a tyś  bez niej nieboże! chłód zaszkodzić ci może;»


Jeśli mnie wzrok i słuch nie mylą w wersji francuskiej nic się nie rymuje.


Un jour les deux frères, en revenant des champs, tirèrent le pauvre sot de dessus le poêle, lui firent mettre son surtout et son bonnet, le traînèrent dans la cour et, l'ayant impitoyablement battu, le jetèrent dehors en lui disant : 

« Allons, fou, ne perds pas de temps, car tu n'auras ni gîte ni souper, à moins que tu n'ailles tout de suite au bois pour nous en rapporter un panier de champignons. » 

Le pauvre garçon, tout ébahi, n'avait pas même bien compris ce que ses frères voulaient de lui. Pourtant, après un moment de réflexion, s'étant 

bien gratté la tête, il s'achemina vers une petite forêt de chênes, qui était proche. Arrivé là, tout était merveilleux, tout était nouveau pour lui; tout en cheminant, il rencontra un tronc d'arbre sec,  s'en approcha et le coiffa

de son bonnet en lui disant :

« Je vois que chaque arbre de ce bois s'élève vers les nuages et a un bonnet de feuilles vertes; et toi seul, pauvre ami, tu es nu: le froid pourrait te  faire mourir. 



Zaryzykuję polską wersję francuskiego fragmentu:


Pewnego dnia dwaj bracia, wracając z pola, ściągnęli biednego głupca z pieca, kazali mu włożyć płaszcz i czapkę, zawlekli na dziedziniec i bezlitośnie pobiwszy, wyrzucili go, mówiąc:

„Ruszaj się, głupcze, nie trać czasu, bo nie będziesz miał ani schronienia, ani kolacji, jeśli nie pójdziesz prosto do lasu i nie przyniesiesz nam kosza grzybów”.

Biedny chłopiec, kompletnie zaskoczony, nie do końca rozumiał, czego bracia od niego chcą. Jednak po chwili namysłu, podrapawszy się po głowie, ruszył w stronę pobliskiego dębowego lasku.

A tam wszystko było dla niego cudowne, wszystko było nowe; idąc, natknął się na suchy pień drzewa, podszedł do niego i nałożył mu czapkę, mówiąc:

„Widzę, że każde drzewo w tym lesie wznosi się ku chmurom i ma czapkę z zielonych liści; a ty samotny, biedny przyjacielu, jesteś nagi: zimno mogłoby cię zabić”.




W wersji angielskiej również nie ma rymów, ani widocznych, ani słyszalnych.


One day, on their return from the fields, the fool’s two brothers dragged him off the stove, and taking  him into the yard, where they gave him a sound thrashing, they turned him out of the house, saying, “Go, fool, and lose no time, for you shall have neither food nor lodging until you bring us a basket of mushrooms from the wood.” 

The poor lad was so taken by surprise he hardly understood what his brothers wanted him to do. After pondering for a while he made his way towards a small oak forest, where everything seemed to have a strange and marvellous appearance, so strange that he did not recognise the place. As he walked he came to a small dead tree-stump, on the top of which he placed his cap, saying, “Every tree here raises its head to the skies and wears a good cap of leaves, but you, my poor friend, are bare-headed; you will die of cold. 

 

Na marginesie bagatelka uboczna: wydaje mi się na współczesne wyczucie, że źle odczytał Chodźko (a Emilia Harding za nim) słowa wrednych braci "bez noclegu, popasu". To by znaczyło: "won! już! koniec spania i podjadania", a nie, że go potem, bez grzybów, do domu nie wpuszczą i jeść nie dadzą. Widzi mi się, że Gliński rymował, sens upychając kolanem. Ale może Chodźko wiedział lepiej, co w polszczyźnie z tamtych czasów jego ziomek chciał zakomunikować. Nie da się wykluczyć, że co bracia mówią, nie rozumiem tak samo jak głupek.


 ° ° °

 



 

3a.


Nie polskie bajki rozpoczynają książkę francuską, wcześniej jest osiem czeskich. To ładny gest wobec sąsiedzkiej fantazyi i literatury. Pierwsza polska  jest o zbóju Madeju. Chodźko znalazł w mitologii hinduskiej paskudnego ducha – Madhou, co się wymawia "madu" – i zgodnie ze swą manią walnął spory przypis. To są dwie bajki, sznurkiem związane. Pierwsza o tym,  jak zbójcy od Madeja spotkali w karczmie chłopka tak pobożnego, że «go Pan miłował, w świętej łasce Swojej chował, wlał weń w uczynkach miłości czucie szczęścia i błogości, i chociaż był kmieć w paczesiach, miał dlań po śmierci w Niebiesiach wieczne z Sobą królowanie.»  Czyli sruti-tuti, że bozia już mu za życia niebo przeznaczyła. 


Myk fabularny taki, że chłopek i czytelnik nie wiedzą, że to Madej, bo to się okaże w drugiej części (tzn. w drugiej bajce) o synu tego chłopka. Synka owego chłopek przehandlowuje diabłu, kiedy w podróży grzęzną mu koń i wóz w błocie. Ten wątek żywcem przypomina opowieść Kraszewskiego (20 lat późniejszą) o synu szlachciury Twardowskiego, czyli o słynnym naszym czarowniku. 


Obaj jegomoście, ten z "Bajarza", który się nazywa Niespodzianek i ten Kraszewskiego, Mistrz Twardowski, jako podrośli młodzieńcy, wyruszają do piekła, żeby odzyskać cyrografy na własne dusze, które ich ojczulkowie diabłu zaprzedali. Chłopek z "Bajarza" spotyka strasznego zbója Madeja – mordercę, złodzieja, chciwca skarbami innych obłowionego.  Gadu-gadu i zbóisko nabiera do niego respektu, gdy się dowiaduje, że młodzian wali do piekła na ustawkę z diabłami, a potem się wyuczy na księdza. Umawiają się, że zły zbój rozda skarby ubogim oraz będzie wodą czerpaną łupiną orzecha podlewał latami maczugę Niespodzianka, wystruganą z gałęzi jabłoni, a on potem, kiedyś, jak się wyświęci, wróci i zbója ze strasznych grzechów wyspowiada. 


Po parunastu latach Niespodzianek wraca jako biskup i spowiada Madeja pod jabłonką, która przez ten czas wyrosła z maczugi. Co Madej grzech wyzna, jedno jabłko spada..., ale weźmy oryginał:


«Jak tylko Madej grzech wymieni, za każdą razą jabłko upadnie, i oto spadłemi jabłkami była już ziemia usłana, na jabłoni dwa jeszcze jabłka wiszą, a Madej więcej grzechów przypomnieć nie może.

— Przypominaj, staruszku... jeszcze dwa grzechy być muszą — rzecze biskup.

— Nie przypominam, ojcze! zdaje się żem wszystkie wyznał.

— Może to więc są dwa dobre uczynki twoje... czy w czasie twojego zbłąkania nie wyświadczyłeś komu co dobrego?

– Raz tylko, będzie już temu przeszło lat trzydzieści, nie dopuściłem zabić podróżnego w karczmie i ucieczkę mu ułatwiłem; był to jakiś kmiotek szczęśliwy u Boga, bo gdy znalazłszy na piecu uderzyłem go moją buławą, nie tylko nic mu to nie uszkodziło, ale nawet ze snu się nie obudził, a była na nim jakaś zbroja cudowna, która go pokrywała, jak się pokazało później, za każdem nabożnem odmówieniem psalmu: Kto się w opiekę... Od owej to chwili, zaczęło mię złe moje życie przerażać, i poczułem straszne zgryzoty sumienia!...

– Ów kmiotek, któremuś życie darował, był to mój ojciec – zawołał biskup - bo o tej przygodzie swojéj, która mu się przytrafiła, kiedy jeszcze był nieżonaty, nieraz sam opowiadał.

— Twój ojciec! A syn jego później narodzony, naprowadził mię na drogę zbawienia — o wielkie zrządzenie Boga! Ależ i ja miałem ojca... ach, kapłanie! najpierwszą i najokropniejszą zbrodnię przypominam — ojca zabiłem!..

W tej chwili jedno z wiszących jabłek spadło, a biskup rzecze:

— A twoja matka?

— I matkę także.

Ostatnie jabłuszko spadło, i gdy biskup korzącego się starca rozgrzeszył, nagle zwiędłe starca ciało w marny się proch rozsypało, a dusza skruchą zbawiona, z więzów ciała uwolniona, jako gołębica biała, wprost do Nieba poleciała.»


Przyznam szczerze, że nie trawię tego numeru z duszą mordercy rodziców, ulatującą do Nieba. Z wielką satysfakcją znajduję u Emilii Harding brak tej bajki.  Tę jedną pominęła. I niech jej będzie chwała. Przynajmniej w tym przypadku się nie ujawnia, jakie herezje u nas bajano. 



 

Po przeczytaniu polskich oryginałów tego, co z "Bajarza" wybrał Chodźko, nabrałem sympatii do czterotomowego dzieła pana J.A. Glińskiego. Nie czytałem reszty, na później odkładając, ale już przebierałem oczami, żeby się jak najszybciej za pozostałe trzy tuziny zabrać. Aż trafiłem w sezonie tej niecierpliwości na ofertę antykwariatu pewnego, sprzedającego wydanie "Bajarza" wileńskie z roku 1924. Na zachętę dano kilka ilustracji. Na jednej jakiś żołnierz, na ulicy dawnego miasta, całkiem jak z szeregów napoleońskich wzięty, głupio tyłkiem do oglądającego wypięty na pierwszym planie, rozchyla coś jakby worek. W głębi ulicy stoi tłumek czarno odzianych, przestraszonych postaci. Ten żołnierz nachyla się ku nim ze swoim worem. Pod malunkiem podpis: " Ano, żydzi, marsz do wora".   Podobne wydanie, również wileńskie, z roku 1928, jest w zbiorach "Polona.pl", tyle że w nim pod obrazkami nie ma podpisów. Obrazek jest. Można więc dojść jaką bajkę ilustruje. Ma ona tytuł "O żołnierzu wędrowcu, kiesce złotodajce, lulce niewykurce i o worze samochwycie." 


Z niehistorycznych wersji cyfrowych "Bajarza" znajduję w Sieci tylko audiobook od "Prószyńskiego i Spółki", czytany prześwietnie przez Adama Struga. Czyta się tam bajkę o wojaku bidaczynie, ale dobrego serca. Jak stoi w oryginale. I słusznie, że jeśli już, to dokładnie. 


«Wchodzi żołnierz do stolicy, idzie ulicą przez Żydów zamieszkaną, wzdłuż której ciagną się kramy żydowskie.

Żydówki i Żydzi z hałasem i wrzaskiem żołnierza opadli, i wyliczając swe towary, tak go natrętnie do kramów zapraszali, tak go za poły w różne strony ciągnęli, że chcąc pozbyć się natrętów, zawołał:

Samochwycie, cudny worze! 

Gdy cię ręką mą otworzę. 

Kogo wymienią me słowa,

Niechaj się wnet w tobie chowa:

A nu, Żydzi, marsz do wora


Wór rozwiązany otworzył się, cała zgraja Żydów, Żydówek i żydziąt hurmem, jakby woda ze spustu, wpadła, do wora, i wór się zawiązał

Żołnierz potrząsnął worem nad głową, zarzucił na ramię i nucąc poszedł dalej.

Żydzi w worze jednym głosem zaszwargotali, zaruszyli się, jak mrówki w mrowisku, i zaczęli z płaczem błagać, żeby ich Żołnierz wypuścił.

– A czy będziecie przechodzących zatrzymywać i potrącać?

– Nie będziemy - wrzasnęli Żydzi.

Wór więc odwiązał, wytrząsnął wszystkich i dalej poszedł.»


"Wytrząsnął" – no, dobre i tyle serca mjęntkiego. Potem dla diabłów w wór złapanych nie był taki litościwy. Gliński zapisywał, co bajano; mógł pominąć wrednie prześmiewczą opowieść, ale może mu to nawet do głowy nie przyszło, bo w owym czasie na luzie wymyślano bajdy o Żydach okropne. I żeby tylko po naszemu! a co pisali Niemcy, co Francuzi... Oni też w bajkach polskich dostawali swoje – diabeł to niemczyk i nie ma rady. A przy okazji wspomnieć wypada z satysfakcją, że Chodźko po francusku przerobił "niemczyków" Glińskiego na "skrzaty" lub "diabełki" (diablotins), tak że Emilia żadnych kłopotów nie miała, żeby u niej byli  "little demons".



 

No, dobra, bajka w audiobooku przeczytana, nieocenzurowana, jak w księgach stoi, więc sprawa w tym, jak się słucha. Całość "Bajarza" to 47 bajek. Ale w czytaniu tylko 46. Przedostatnią pominięto. Jak tu nie sprawdzić, jaką... W książce to jest "O Icku Popycku i o jego przygodach." Nie wiem, kogo przy nagraniu znieświeżyło totalnie – redaktora, reżysera, lektora? Może wszystkich razem. I niech im będzie na zdrowie. Bajka owa ma być prześmiewcza, ale jest obrzydliwie nieśmieszna, a poza tym tak marnie napisana, nieporadnie i głupio, jakby to nie ten sam autor zrobił. Nie mówię, że "Bajarz" służyć może za wzór niedościgłych narracji i mistrzowskiego pisarstwa. Ogólnie jest barwny, fajny i ciekawy, literacko akceptowalny.  Ale przedostatnia bajka to jest wzór jak durno i bez pojęcia bajkę napisać. O czymkolwiek i kimkolwiek by traktowała. Gdyby resztę "Bajarza"  tym samym sposobem i stylem napisano, rzecz by się nadawała do wstydliwego zapomnienia i wyrzucenia na śmietnik. Satyryk z Glińskiego żaden, a jeszcze mu przy tym tekście rozum odjęło. Jestem za tym, żeby iść śladami nagrania "Prószyńskiego" i ze wszelkich edycji "Bajarza" tę jedną wywalać bez litości. Nawet jakby ją w ofertach elektronicznych książek zdecydowano na czarno zamazać, albo w tym miejscu digital uszkadzać (brr, co ja piszę) – też byłbym za tym. Cenzura, nie-cenzura, ale głupotę odgłupić to dobry uczynek; słusznie się audiobook "Bajarza" kończy przysłowiem przez rozumniejszego Glińskiego lansowanym: "Jest to cnota nad cnotami, trzymać język za zębami."


 


 ° ° °

 



 

4.



W języku angielskim istnieje słowo "retold". Po naszemu "opowiedziane na nowo". Przydałoby się tę długaśność skrócić równie sprytnie. Czesi mówią  převyprávěno, Serbowie  препричано,  Słowacy prerozprávané. Francuzi i Hiszpanie brną, jak my: raconté à nouveau; vuelto a contar.  


Bajki Glińskiego są "retold" podwójnie – raz u Chodźki, dwa u E.Harding. Czy to, co podała Emilia ma jeszcze jakiś ślad oryginału? Królewna w bajce "O uśpionej królewnie, karle siłobrodzie i o głowie wielkoluda." (po francusku – LE NAIN; po angielsku:  THE DWARF WITH THE LONG BEARD) nazywa się Pięknotka; u Chodźki – Toutebelle (Pieknotka); u Emilii –  Pietnotka. Co Anglikom za różnica, Pieknotka czy Pietnotka. Ale co sam Chodźko zrobił z polskim tytułem; dał Francuzom "Krasnoluda". Emilia jakby wiedziała, że skrót poszedł za daleko, wstawiła "Krasnala z długą brodą".



Ilustracja Emilii Harding 


Gliński w "Bajarzu":


«W dalekich krajach, za górami, za morzami, był sobie król i miał córkę, a ta córka była piękna, że ani oko widziało, ani ucho słyszało! Zwano ją królewna Pięknotka.

Mnóstwo królewiczów jej się zalecało, ale królewna Pięknotka, jednego tylko królewicza Dobrotka sobie upodobała; oboje więc do nóg królowi padli, miłość swą wyznali, a król na ich związek zezwolił, ojcowskie błogosławieńtwo udzielił, i młoda para z weselną drużbą, gośćmi i służbą do kościoła idzie. Nie jeden zalotnik młodzieniec, grochowy otrzymawszy wieniec, z żalem do domu odjechał, a jeden z nich w postaci młodego królewicza do królewny się udawał, który rzeczywiście był wielkim czarownikiem, karłem siedmiocalowym z siedmiopiędziową brodą i siedmiopudowym garbem, i odmową królewny tak się obraził, że gwałtem porwać ją postanowił, w wicher się więc przemienił i czeka.»



Z francuszczyzny Chodźki:


W dalekiej krainie żył król, który miał córkę tak piękną, że nic nie mogło się z nią równać. Nazywała się księżniczka Toutebelle (Pięknotka). Wielu książąt ubiegało się o jej rękę, ale ona ponad wszystkich ceniła księcia Toutbon (Dobrotka). Błagała ojca o zgodę na małżeństwo, a po uzyskaniu pozwolenia księżniczka i jej narzeczony, wraz z licznym orszakiem, udali się do kościoła, a prosząc o błogosławieństwo ojca, otrzymali je.

Kilku książąt, którym Toutebelle odmówiła, zawstydzonych wycofało się do swoich królestw. Jeden z nich, potężny książę i mag, który w rzeczywistości był niczym więcej niż odrażającym karłem, o siedmiu calach wzrostu, z ogromnym garbem na grzbiecie i siedmiostopową brodą, tak był rozgniewany odmową księżniczki, że postanowił się zemścić. W tym celu przemienił się w burzę, czekając na odpowiedni moment, by ją porwać.



Z angielskiej wersji Emilii:


W dalekiej krainie panował król, a miał on jedyną córkę, która była tak piękna, że nikt w całym królestwie nie mógł się z nią równać. Była znana jako księżniczka Pietnotka, a sława jej urody rozeszła się daleko i szeroko. Wśród jej zalotników było wielu książąt, ale jej wybór padł na księcia Dobrotka. Otrzymała zgodę ojca na małżeństwo, a następnie, w towarzystwie licznego orszaku, wyruszyła ze swoim umiłowanym do kościoła, otrzymawszy najpierw, jak to było w zwyczaju, błogosławieństwo królewskich rodziców. Większość książąt, którym nie udały się zaloty do Pietnotki, powróciło zawiedzionych do swoich królestw: ale jeden z nich, karzeł o zaledwie siedmiu calach wzrostu, z ogromnym garbem na grzbiecie i brodą długą na siedem stóp, który był potężnym księciem i czarodziejem, był tak rozwścieczony, że postanowił się zemścić. Więc zamienił się w trąbę powietrzną i czyhał, zamierzając porwać księżniczkę.


° ° °



Oczami duszy widzę, że Chodźką przy układaniu francuskich tłumaczeń kierowały: lokalny patriotyzm, sentyment do kraju młodości, oraz nostalgia za (nowocześnie mówiąc) małą ojczyzną. Chodźko pochodził z północnych kresów, Gliński też. Ten drugi, tworząc "Bajarza" pisał, że drukowano przed jego księgą Klechdy Wójcickie­go, Baśnie i Podania Zamarskiego, Podania i Legendy Siemieńskiego – z różnych polskich stron.  A "Bajarz" miał własny adres pocztowy, własną metrykę parafialną. «...baśnie, pochodzą, po większej części, z powiatu nowogródzkiego, mianowicie ze Szczors i Nichniewicz, z dóbr  Adama hrabiego Chreptowicza.» Baśnie, «ku którym szczególniejsze zamiłowanie lud tameczny czuje.» Tameczny lud to razem było może około tysiąca osób. Pisał Gliński, że szkoła włościańska (przez filantropa hrabiego założona), która miała przeszło stu uczniów «jest zapewne przyczyną, że nigdzie takich i tyle co tam baśni nie napotykaliśmy.» Na pewno Oleś, Adaś i wszyscy kształceni Filomaci takie baśnie wcześniej słyszeli/czytali niż uczniowie włościańscy. Może dzieciakom wileńscy absolwenci na pierwszych nauczycielskich posadkach, nim poszli w konsule i wieszcze, baśnie opowiadali, a starszy Chodźko tłumacząc "Bajarza" własne fantazje rozpoznawał...?


Któryś z nauczycieli wymyślił słowo "samolot", konkretnie "dywan samolot" – obiekt wzięty z "Tysiąca i jednej nocy", ale nazwa samorodna. Albo jakiś bajarz, absolwent hrabiowskiej szkoły, repetycjami z lekcji «podczas długich wieczorów jesieni i zimy, gościnnych i pracowitych kmiotków mile bawiąc»  perskiemu dywanowi samo-lotność dorobił. Opowiada się, że "samolot" po raz pierwszy napisał w 1909 roku Wł. Umiński, a to jest nieprawda, mała Marysia Chodździanka pół wieku wcześniej mogła je paplać, przeczytawszy "O dywanie samolocie, czapce niewidce, pierścieniu złotodajnym i kiju samobiju."


Wstawił tę bajkę papa Aleksander jako trzecią w części polskiej, wcześniej dając "O dobrym kmiotku, jego synu Niespodzianku i o Madeju" oraz "O uśpionej królewnie, karle siłobrodzie i o głowie wielkoluda."


Dalej następowały: 


– O królewiczu Sługobylu i o rycerzu Niewidku.  

– O królewnie Cud-dziewicy, królewiczu Junaku i o maczudze niewidce samobijce. 

– O królewiczu złotowąsym ze złotą pięścią, królewnie złotowłosej, czapce samogrzejce i o flaszy samochłodce.

– O rycerzu Niezginku, mieczu samosieczu i o gęślach samograjach.

– O dziewicy z perłowemi łezkami, z niewiędnącemi różami i ze zlotemi rybkami.

– O głupcu Piecuchu i o królewnie Gapiomile.

– O obrusie samokarmie, rózdze samochłostce, pasie samopływie i o kapeluszu samopale.


Po samych tytułach biorąc, wbrew wcześniejszym grymasom, aż korci, żeby z tych opowiastek zrobić nowocześniejszy retold. Ale są rymowanki, a to przecież postmickiewiczowski hip-hop z Ballad i romansów, który ułatwiał bajarzom pamiętanie pokręconych fabuł. Łyknął Gliński metodę, podkoloryzował i teraz weź odbarwiaj rap bajkowy w prozę.


Wcześniej w książce są bajki czeskie, a wśród nich jedna z tytułem mówiącym o trzech złotych włosach Starca Vsevede. To fajne imię zostawił Chodźko Francuzom, jak stało u Czechów, a Emilia z wyraźną lubością przekazała je Anglikom. Jak je powtórzyć ze trzy razy, zrobi się zrozumiałe – vse to wszystko, a vede to wiedzieć, razem – wszechwiedzący. Jak się powie:  

Tři zlaté vlasy děda Vševěda (co brzmi mniej więcej: tżi zlate wlasiii dieda fszewieda) – to dzieciak będzie słuchał; a jak się powie: Trzy złote włosy Wszechwiedzącego Starca – to nim się skończy ostatnie słowo, dzieciak grzecznie zaśnie.


Dede Vsevede spływa po języku płynnością miodu; po naszemu nie wymyśliłem nic lepszego ponad Dziadunio Mądrunio albo Dziadula Mądrula. Angielscy  czytelnicy cały czas mają do przeczytania czeskie słowo "vsevede". 

Kilka lat temu zrobiono na YT angielskie audiobooki czytane automatycznie. Programowane na angielski czytniki mamrotały to słowo, wypruwając z siebie elektroniczne flaki:



 

 






Dwa lata temu przeczytał książkę Emilii zawodowiec, żywy człowiek, Jim D. Johnston, Amerykanin z Cleveland (w Ohio). Jest on aktorem teatralnym i filmowym i potrafi naśladować akcentowanie brytyjskie, niemieckie, francuskie i hiszpańskie. Słowo "vsevede" napotkał w około 45tej minucie czytania "Slav Tales". Kiedy je zobaczył w tekście, zamurowało go na trzy sekundy. Edytorzy nagrania zostawili zaskoczenie Jima. Potem wydukał "sfasfidi" i tak powtarzał, ale jeszcze dwa razy pauzował, jakby nie wierząc, że takie słowo może istnieć.


 


Dede Vsevede to jest Słońce pod wieczór, które na noc wraca do swego pałacu jako staruszek, a rano wylatuje w niebo jako malutkie dziecko. Przez dzień nabiera wszechwiedzy o świecie i o ludziach i staje się Mądrunim Dziaduniem.

 





 

 W jednej z czeskich bajek Chodźko zgubił czerwone jabłuszko. Jak? Dlaczego? Skąd to wiedzieć. Wszystkie triumfalne wydania "Slav Tales", drukowane i czytane, są przez to felerne – nie wobec francuskiej wersji, ale wobec czeskiego oryginału. Jego autorką była Bożena Nemcova  (drugi czeski bajarz, od którego Polak brał opowieści to Karel Jaromir Erben). Źródłowy tytuł "O Širokém, Dlouhém a Žarookém", wypada rozjaśnić na  "Trzej pomocnicy – Szeroki, Wysoki i Bystrooki o płomiennym wzroku".

Rys. E.Harding

 

Ci trzej, z namowy królewicza Matjasa, pomagają mu upilnować, czyli usidlić królewnę, która ustanowiła taki kontrakt, że za tego tylko wyjdzie za mąż, kto przez trzy noce zdoła ją powstrzymać w ucieczce z pałacu; zbłaźniony zalotnik-ryzykant w niepomyślny poranek traci głowę. Spadło już sporo głów, a ciągle pchali się nowi, bo królewna była przepiękna, a poza tym absztyfikant spędzał noc z królewną i nie jest do końca jasne, jak intensywne było jej pilnowanie.


Szeroki miał wielki brzuch i mógł łyknąć oddział wojska. Wysoki mógł się cały wydłużyć do chmur, albo tylko swoje ręce lub nogi. Bystrooki widział na odległość bez limitu i na dodatek potrafił wzrokiem wzniecić ogień. Matjas zgłosił się incognito i nikt nie wiedział, kim są ci czterej.


U Chodźki i Emilii następuje pierwsza noc – królewna zamienia się w gołębicę. Potem "nadeszła trzecia noc" – królewna zamienia się podczas niej w muchę i w rybę. Gołym okiem widać, że jednej nocy brakuje, tej, która u Nemcovej jest pierwsza, (tutaj podkolorowana), bo ta z gołębicą jest druga. Tę pierwszą, z jabłuszkiem, Chodźko zgubił, a było tak:



«Matjas zdumiał się urodą królewny i ona również z radością powitała urodziwego śmiałka. A gdy król wyszedł, Szeroki zamknął drzwi, Wysoki i Bystrooki usiedli przy oknie, a Matjas usiadł obok pięknej dziewicy i zaczął z nią rozmawiać, obserwując każdy jej ruch.


Ona milczała, a po chwili rzekła: „Sypie mi się mak na oczy” – i siadając na łóżku, zasnęła. Widząc, że królewna drzemie, Matjas oparł łokieć na stole, głowę na dłoni, a po chwili i jego powieki opadły.  Bystrooki i Wysoki również spali, a Szeroki chrapał przy drzwiach, jakby łupał orzechy. Księżniczka, która właśnie się zbudziła, zobaczyła, że pilnujący śpią, zamieniła siebie w małe czerwone jabłko, poturlała się obok Szerokiego i potoczyła się z zamku na dziedziniec, a z dziedzińca na łąkę.


W tej chwili Matjas się ocknął i nie widząc księżniczki, krzyknąl do towarzyszy, że dziewczyna zniknęła. Bystrooki natychmiast wystawił głowę przez okno i mając nie tylko płomienny, ale i bystry wzrok, ujrzał czerwone jabłko toczące się po zielonej łące daleko od zamku. Pokazał je Wysokiemu, który wydłużył swoją rękę przez okno, podniósł jabłko i, cofnąwszy rękę do komnaty, podał je Matjasowi. Nim ten zdążył je chwycić, przemieniło się w księżniczkę.


Król był bardzo zaskoczony, gdy rano wszedł do komnaty i zobaczył księżniczkę siedzącą z Matjasem. Nie spodobało mu się to, ale co miał powiedzieć? Musiał milczeć i ugościć śmiałków śniadaniem. A nie była to błahostka, bo Szeroki zjadł dwa woły na raz, wypił cztery dzbany wina, a mimo to był głodny i spragniony i musiał połknąć kilka kamieni, żeby się najeść. Za drugim razem...»


 


 

Księżniczka uciekająca zalotnikom. Rys. Emilii Harding. 

 

«...księżniczka późno w nocy ziewnęła i powiedziała: „Czuję się, jakby sypki mak spadał mi na powieki”. I położyła się na kanapie, udając, że śpi.


Matjas widząc ją śpiącą, usiadł przy stole i podparł brodę dłońmi. Senność ogarniała go coraz bardziej i wkrótce zamknął oczy, podobnie jak jego towarzysze.


Na tę chwilę czekała księżniczka. Szybko przemieniwszy się w gołębicę, poleciała do okna. Ale jedno z jej skrzydeł dotknęło włosów Wysokiego i to go zbudziło. Z pewnością nigdy nie zdołałby złapać gołębicy, gdyby nie Bystrooki o płomiennych oczach, który w porę obudzony, rzucił za odlatującą uciekinierką tak ogniste spojrzenie, że płomień osmalił jej skrzydła i zmuszona była usiąść na drzewie. Stamtąd Wysoki z łatwością ją ściągnął wydłużając jedną rękę i oddał Matjasowi, w którego dłoniach znów stała się księżniczką. Wszystko to nastąpiło, nim Matjas porządnie otrząsnąl się ze snu.


Następnego ranka król był niezmiernie zdumiony, widząc córkę siedzącą u boku księcia, lecz zmuszony był milczeć i zabawiać gości po królewsku. Gdy nadszedł trzeci wieczór król napomniał córkę, by użyła wszelkich czarów, do jakich była zdolna, i uwolniła go od obecności intruzów, o których nie wiedział jakiej są rangi i jakie mają majątki.

Matjas przed wejściem do apartamentów księżniczki wziął towarzyszy na stronę i powiedział: „Jeszcze tylko jedna szczęśliwa noc, drodzy przyjaciele, i odniesiemy sukces. Jeśli nam się nie uda, nie zapominajcie, nasze cztery głowy stoczą się z szafotu”.


„Nie martw się” – odpowiedzieli we trzej – „będziemy dobrze czuwać”. Gdy weszli do komnaty księżniczki, zajęli swoje miejsca, a Matjas usiadł naprzeciwko damy. Wolałby zostać z nią, nie będąc zmuszonym do ciągłego czuwania w obawie przed utratą jej na zawsze. Postanawiając tym razem nie spać, powiedział sobie: „Teraz będę cię obserwował, ale kiedy zostaniesz moją żoną, odpocznę”.

O północy, gdy sen zaczął obezwładniać jej strażników, księżniczka wyciągając się na kanapie, zamknęła piękne oczy, jakby naprawdę spała.

Matjas, z łokciami na stole, brodą wspartą na dłoniach, z oczami utkwionymi w niej, podziwiał ją w milczeniu. Lecz sen zamyka nawet oczy orła, więc zamknął oczy księcia i jego towarzyszy.

Księżniczka, która przez cały czas bacznie ich obserwowała i czekała tylko na tę chwilę, zerwała się z miejsca i przemieniwszy się w małą muchę, wyleciała przez okno. Uwolniona, przemieniła się w rybę i wpadając do pałacowej studni, zanurzyła się i ukryła w głębinach.

Z pewnością uciekłaby niepostrzeżenie, gdyby jako mucha nie dotknęła czubka nosa Bystrookiego. Kichnął i otworzył oczy w samą porę, by zauważyć dokąd odleciała. Wszczął alarm i cała czwórka pobiegła na dziedziniec. Studnia była bardzo głęboka, ale to nie miało znaczenia. Wysoki wkrótce sięgnął na wymaganą głębokość i przeszukał wszystkie kąty, nie mógł jednak znaleźć małej rybki i wydawało się, że jej tam nie ma.

„Daj mi działać” – powiedział Szeroki.  Wszedł do studni, wypełnił całe wnętrze, zatykając ją tak mocno swoim ogromnym ciałem, że woda podniosła się pod krawędź cembrowiny, ale rybki nie było widać.

„Teraz moja kolej” – rzekł Bystrooki o płomiennym wzroku – „gwarantuję, że wyrzucę z wody tę sprytną czarodziejkę”.

Gdy Szeroki wyszedł ze studni, woda opadła na dno, ale wkrótce zaczęła wrzeć od żaru płomiennych oczu. Gotowała się i gotowała, aż wykipiała ponad krawędź, a wtedy rybka wyskoczyła na trawę na wpół ugotowana. Dotknąwszy ziemi, ponownie przybrała postać księżniczki.

Matjas podszedł do niej i czule ją pocałował.


„Zwyciężyłeś, mój panie i mężu” – powiedziała – „udało ci się złapać mnie w ostatniej ucieczce. Odtąd jestem twoja, zarówno prawem podboju, jak i z własnej woli”.»

° ° °


Jeśliby na polski tłumaczyć "Slav Tales", wypadałoby wstawić pierwszą ucieczkę księżniczki we właściwe miejsce. Nie sądzę, aby Emilia miała okazję do polskiego "Bajarza" zaglądać, nawet jeśli coś jej zgrzytało we francuskiej fabule. Dziesięć lat temu pani Helen Robertson pochwaliła się w krótkiej notce, że Emilia była jej cioteczną babką i że według jej wiedzy znała wcale dobrze kilka języków. Francuski – wiemy, niemiecki też, skoro przemieszkiwała w Szwajcarii i Austrii, ale czy cokolwiek przyswajała z czeskiego lub z polskiego? Najpewniej mogła tylko uwierzyć we francuską słowiańskość Chodźkowych opowiastek. Widziała w jego tłumaczeniach, że wyodrębnia on w formie wierszyków zaklęcia (szedł za Glińskim) i domyślała się, że bajarze słowiańscy wspomagali pamięć rymowankami, toteż nawet tam, gdzie Chodźko nie trudził się rymowaniem, ona próbowała. 


Jak jej to wychodziło, tak wychodziło, ale może dzieciaki angielskie lubiły takie coś paplać do rymu:


“O guzla, play, and let thy sweetest harmonies resound 

Through hall and cot, o’er hill and dale, and all the country round; 

That by the power and beauty of thy heavenly tones and song 

Awakened may these sleepers be who sleep too well, too long.” 


Chodźko nie zrymował: 

 

Guzla, joue, résonne, ô Guzla harmonieuse. 

Que, grâce au charme de tes accords,

La contrée se réveille de sa léthargie!



A u Glińskiego było tak:


Gęśle, gęśle samograje!
Niech przez cudne wasze granie. 

Kraj z uśpienia wnet powstanie. 





Czyli jednak tłumaczyć? Pomysł da się obronić, bo porównanie wersji w "Bajarzu" z ich kształtem u Emilii pokazuje, że choć fabuły pozostają takie same, to wobec książki Emilii wybór wprost z Glińskiego układa się w całkiem inny utwór. Pewnie nie docieknę, nie dodrążę, jak pośrednictwo Chodzki odmieniło pierwowzory czeskie, ale co do polskich mam pewność, że Chodźko napisał je bardzo inaczej, a właściwie od nowa. Z tłumaczenia Emilii nie ułoży się sobowtórowa odmiana "Bajarza" tylko odmiennie opowiedziane bajdy, a jako trzecia proza wyjdzie głęboki retold wobec oryginałów – i Glińskiego, i Nemcovej, i Erdena. Z chłopięcej ciekawości popróbuję, zwłaszcza, że już skończyłem "Ziemię i obłoki".


° ° °


PS. Tylko, czy w ewentualnym tłumaczeniu Emilii (po Chodźce) przekładać dokładnie jej:

«‚Now a beautiful story is soon told, but the events of which it consists do not in real life take place so rapidly.»

(Une belle histoire est bientôt racontée, mais les faits ne marchent pas si vite.)


...czy raczej wstawiać oryginalne:


«Prędko się dobra baśń baje, nie tak prędko rzecz się staje!»  

??????????????

° ° °


KONIEC