Misia i Krzysio znów gościnnie na tym blogu. Oboje napisali dramaciki około-kulinarne. Poniżej Krzysztof wyjaśnia szczegóły. Z tych trzech szuczek można ułożyć "Teatrzyk Zielony Obiadek" równie sympatiko i mikro, jak ten z aluzji. Jeśli pewnego dnia Oboje zilustrują w internetach swój "teatrzyk" filmikami 4K, do czego mają dryg ponadprzeciętny, dam znać co, jak i gdzie.
B.K.
° ° °
Krzysztof Hariasz. Dwa obiady.
Nasze kółko czytania sztuk teatralnych (Play Reading Club) składa się z trzech międzynarodowych (Polska, Rumunia, Peru, USA), męsko-damskich par i istnieje już może ze cztery, pięć lat. Spotykamy się niezbyt systematycznie, ze cztery, pięć razy w roku, goszcząc się na przemian. Spotkania polegają najpierw na rozluźniających pogaduszkach przy winie i „przegryzałkach,” później na głośnym czytaniu wybranej sztuki (z podziałem na role), a kończą sie wspólnym obiadem. Zaczynaliśmy od jednoaktówek, ale zdarzało nam się czytać dłuższe rzeczy. Sztuki proponują gospodarze kolejnych spotkań. Na początku tego roku zaproponowaliśmy, aby na następne spotkanie u nas każda para sama napisała krótką sztukę na temat „What’s for dinner?” („Co na obiad?”) czyli niegdyś standardowe pytanie wracających z pracy mężów. Rezultaty były, powiedzmy sobie szczerze, różne. Swoich się nie wstydzę, więc na prośbę Bronka przetłumaczyłem z angielskiego i tu prezentuję.
Pierwsza ze sztuk (albo „sztuczek”) wymaga prawdopodobnie wprowadzenia, szczególnie dla ewentualnych czytelników spoza USA. Albo po prostu młodszych.
Otóż (fikcyjnym, sfabularyzowanym) bohaterem sztuki jest Jeffrey Dahmer, amerykański morderca i kanibal, który w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku zamordował 15 mężczyzn i chłopców. Niektóre części ciała zamordowanych zjadał, inne przechowywał w lodówkach. Sam zmarł po pobiciu w więzieniu. Być może taka postać nie powinna być przedmiotem dowcipów i zabaw. Media zrobiły jednak z niego pewien symbol. Postanowiłem więc zaryzykować i użyć go w kompletnie zmyślonej, groteskowej sytuacji, właśnie dla zabawy. Przepraszam, jeśli ktoś się poczuje urażony.
° ° °
Co na obiad?
Osoby: Jeffrey Dahmer
Waleriana, jego nowo poślubiona żona, przy kości
Akcja sztuki dzieje się w kuchni, w mieszkaniu Dahmer’a. Kuchni urządzona jest dość konwencjonalnie za wyjątkiem dużego stołu ze stali nierdzewnej oraz trzech ogromnych, restauracyjnych lodówek.
Wczesne popołudnie.
Pchnięte kopniakiem drzwi otwierają się na oścież i Dahmer, w czarnym smokingu, niosąc na rękach Walerianę próbuje wejść do pomieszczenia. Przeciska się uderzając jej głową o framugę, stękając. Ona śmieje się radośnie, nie zwracając uwagi na jego niezdarność. W końcu udaje mu się wejść i posadzić ją na brzegu stołu.
Dahmer: Ojojoj, ale jestem głodny!
Waleriana (z przesadną czułością): Oj, ty mój mały wilczku!
Dahmer: Wilczek?! Raczej wilk – mam przecież ogromny… apetyt.
Waleriana: Więc co na obiad?
Dahmer: Mam ochotę na mięso. Może być tłustawe.
Waleriana: Mięso?! W Wielki Piątek?
(Dahmer entuzjastycznie potakuje)
Waleriana: (z przesadną czułością) Oj ty mój mały mięsożerny grzeszniku! Daj mi buzi.
(Dają sobie buzi)
Dahmer: Nie mogę się zdecydować, czy jesteś słodka czy umami.
Waleriana: Wygląda na to, że będziesz mnie musiał wylizać.
Dahmer (wystraszony): Co masz na myśli?!
(Waleriana powoli rozchyla kolana i podciąga sukienkę. Przerażony Dahmer wydaje głośny jęk)
Dahmer: Aj!
Waleriana: Co ci się stało, placuszku?
Dahmer: Nic nic, pulpeciku. Właśnie mi się coś przypomniało.
Waleriana: A co takiego? Zapomniałeś wczoraj pozmywać naczyń?
Dahmer: Nie, ale mam tylko jeden komplet sztućców. To znaczy, tylko jeden widelec. Bo noży mam pełno. Nawet nie wiem ile. (Otwiera szuflady i zwraca się do ich zawartości jak do niemowlaków) O, wy moje kochane nożyki-szaszłyki! (Wyjmuje piłę ręczną). Popatrz, mam nawet jeden z zębami.
Waleriana: Super. A wiesz, że teraz robią takie na benzynę? Mechaniczne.
Dahmer: Tak słyszałem. Próbuję zaoszczędzić trochę grosza, żeby sobie takie cacko kupić. A w międzyczasie, mogę też użyć tradycyjnego tasaka. (Wyciąga sporych rozmiarów siekierę)
Waleriana: Ojej, śliczny jest. Duży. I dasz go rady podnieść nad głowę? Musi jesteś bardzo silnym mężczyzną. Tak właśnie jak lubię.
Dahmer: Pokazał bym ci, ale jestem trochę zmęczony wnoszeniem ciebie po schodach.
Waleriana: Oj, biedny chłopczyk. Chodź to zrobię ci wspaniały masaż
(Dahmer podchodzi do niej i dają sobie buziaka. Ona oblizuje wargi zastanawiając się nad smakiem)
Waleriana: A właśnie, gdzie trzymasz sól i pieprz?
Dahmer: Z ketchupem, (pokazuje w kąt kuchni) tam obok maszynki do mięsa.
(Dahmer odwraca się do niej plecami. Ona kładzie mu dłonie na ramionach i zaczyna masować)
Waleriana: Rozluźnij się, kochanie. Lubię, kiedy twoje mięso… to znaczy mięśnie… są miękkie i skruszone.
(Kontynuuje masaż lewą ręką, podczas gdy prawą powoli zadziera sukienkę. Pod spodem ukazuje się zatknięty za koronkową podwiązkę duży nóż. Wyciąga go i podnosi nad głowę, gotowa, aby zatopić go w plecach męża. Gasną światła)
Koniec
° ° °
CO NA OBIAD? #2
Osoby: Ona
On
(Ona siedzi w salonie na kanapie i gapi się w telefon. Słychać otwierane i zamykane drzwi)
On (zza kulisów): Już jestem, Skarbie!
(Ona nie reaguje, ponieważ w tym momencie parska śmiechem zobaczywszy coś fajnego w telefonie. On wchodzi, siada w fotelu obok, wyjmuje z kieszeni spodni telefon i zaczyna czegoś w nim szukać. Telefon wydaje dość głośny dźwięk alarmowy. On go natychmiast ucisza, ale Ona aż podskakuje zaskoczona i wreszcie go zauważa)
Ona: O, cześć Skarbie! Już wróciłeś?
On: (bezmyślnie) Aha.
(I oboje znów wracają do swoich telefonowych peregrynacji. I tak już będzie do końca tej sztuki – gapienie się w telefon, przeplatane rozmową. A więc pauzy, krótkie zdania, itd.)
On (po chwili): Co na obiad?
Ona: Miałam sushi na lunch.
On: A ja owsiankę na śniadanie.
Ona: Wczoraj na obiad jedliśmy chińskie.
On: Wczoraj? Na lunch miałem hamburgera.
Ona: Hm… Na śniadanie… wczoraj… chyba jadłam jajecznicę.
On: A co było na obiad przedwczoraj?
Ona: Wydaje mi się, że pizza.
On: Nie pamiętam dokładnie, ale przedwczoraj na lunch chyba miałem spaghetti.
Ona: A więc nie jesteś pewny.
On: Nie.
Ona: Super! Więc dzisiaj możemy mieć spaghetti na obiad.
On: Dobra, zamawiamy?
Ona: Zmęczyłam się już tym zamawianiem.
On: Więc masz zamiar sama gotować?
Ona: Nie, nie chcę nic gotować. Po prostu jestem zmęczona zamawianiem.
On: To chcesz żebym ja zamówił?
(Pauza)
Ona: Tak.
(Pauza)
On: Chcesz żebym ja zamówił?
Ona: Tak.
(Pauza)
On: Door Dash czy Uber Eats?
Ona: A przez których zamawialiśmy wczoraj?
On: Nie pamiętam.
Ona: A jak wyglądał ten człowiek co przywiózł?
On: Chyba ty mu otworzyłaś.
Ona: Och, rzeczywiście! Ja otwierałam.
On: Więc jak on wyglądał?
Ona: Wyglądał trochę jak Chińczyk.
On: Oczywiście, że wyglądał jak Chińczyk. Zamawialiśmy przecież od Chińczyka.
Ona: No tak.
(Pauza)
On: Dzisiaj nie mam ochoty na chińskie.
Ona: Ja też nie.
On: To co będziemy jedli?
(Pauza)
Ona: Która godzina?
(On szuka czegoś w telefonie)
On: Robi się późno.
Ona: Sugerujesz coś?
On: Nic.
Ona: Czy myślisz o tym samym co ja?
On: Masz na myśli tą polską restaurację na Głównej?
Ona: Nie. Myślałam raczej o tej rumuńskiej niedaleko centrum handlowego.
(Pauza)
Ona: No i?
On: Co?
Ona: Zgadzasz się?
On: Na co? Spaghetti czy chińskie?
Ona: Nie, na tą peruwiańską zaraz obok greckiej.
On: Okej.
Ona: To kto jedzie?
On: O ile pamiętam, ostatnim razem ja jechałem.
Ona: Na pewno? Kiedy to było?
On: Codziennie jeżdżę. Choćby do pracy.
(Wstaje i wychodzi do kuchni)
Ona: No tak. To którym autem?
(Wstaje i wychodzi w przeciwnym kierunku. Słychać otwierane i zamykane drzwi wejściowe. Po chwili On wraca z torbą czipsów w ręku)
On: Co mówiłaś?
(Pauza. Rozgląda się tu i ówdzie)
On: Skarbie!
(Pauza)
On: Skarbie! Znalazłem coś do jedzenia.
(Bez odpowiedzi. Więc zagląda tu i tam. Wreszcie wchodzi po schodach na piętro. Po chwili wraca Ona.)
Ona: Skarbie!
(Pauza)
Ona: Skarbie!
(Bez odpowiedzi. Więc siada na kanapie, wyjmuje telefon i zaczyna czegoś szukać. Po chwili światła się przyciemniają, oświetlając tylko jej skupioną twarz. Światła gasną)
Koniec