sobota, 10 października 2026

Pociągi, statki, samoloty. Część 2.

 



Krzysztof Hariasz

 

Pociągi, statki, samoloty

 

(Część 2)


Niedziela 13

Poranny samolot z Wenecji i już o 8:00 jesteśmy na Okęciu w Warszawie, skąd odbierają nas Misi brat z żoną i wszyscy czworo jedziemy do Torunia. Ani Misia ani ja nigdy w tym mieście nie byliśmy. Koperniki, pierniki… zobaczymy co z tego wyniknie.

Podobnie jak Wenecja, toruńska Starówka jest wpisana na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. A my tu właśnie mamy hotel, w samym centrum. Parkujemy więc auto i resztę wycieczki odbywamy pieszo. Jest niedziela, wczesne popołudnie, a na wybrukowanych kamieniem ulicach tłumy ludzi. Niekoniecznie jak w Wenecji – i architektura inna i ulice zdecydowanie szersze – ale jednak podobna atmosfera. Wydaje się, że to miejsce jest wyraźnie na turystów zorientowane. Restauracje ze stolikami na zewnątrz, sklepy z różnorodnymi atrakcjami pod co drugim adresem, główne ulice zamknięte dla ruchu pojazdów. I wszystko otwarte do późna w nocy – tak, tak, w niedzielę. 


       Toruń warto odwiedzić.  fot. MAH


Toruń jest jednym z najstarszych miast w Polsce. Przez wieki jego administracja przechodziła z rąk polskich w niemieckie (najpierw krzyżackie, później pruskie) i z powrotem. Ale nawet pod polską administracją niemieckojęzyczni mieszczanie i kupcy stanowili przez spory okres czasu ok. 40-50% mieszkańców i w dużym stopniu decydowali o kierunkach rozwoju miasta. Dzisiaj wpływy germańskie wyraźnie widać w architekturze miasta. Króluje czerwona cegła i co za tym idzie geometryczne ozdoby raczej niż rzeźby. No i gotyk. 

Na początek zwiedzamy muzeum Kopernika w jednej z kamienic, która należała do jego rodziny (ale czy on tam kiedykolwiek mieszkał, nie wiadomo). Nie mają chyba, nic co by z całą pewnością kiedyś do niego należało, więc składająca się z przedmiotów odnalezionych w toruńskich wykopaliskach ekspozycja jest w dużej mierze na temat ówczesnego życia codziennego, handlu, miasta. I trochę o samym Mikołaju – głównie multimedialne informacje biograficzne. Muszę poczytać na temat polskości Kopernika, bo ojciec Niemiec ze Śląska, a matka Niemka z Torunia. A my tu recytujemy: „Zatrzymał Słońce, poruszył Ziemię, polskie wydało go plemię”. Spodziewałem się chyba więcej i bardziej ciekawszych rzeczy. Być może trzeba po to pojechać do Fromborka.

 



       Tu mieszkał Kopernik.

 


Później muzeum toruńskich pierników. Bogate i ciekawe. Placki z mąki i miodu, a później z dodatkiem imbiru i innych przypraw, zaczęto tu wypiekać już w XIV wieku. Jedne były słodkie, deserowe a inne „wytrawne”, podawane jako zakąska do wódki. Bardzo szybko zaczęto wymyślać różne kształty, czasem bardzo wyszukane, ozdobne. Naturalnym biegiem rzeczy, po jakimś czasie te robione dla dekoracji nie były przeznaczone do jedzenia (chociaż ciągle były jadalne). Były niespulchniane, a więc twarde, raczej suche, zdobione lukrem a nawet złotem. Natomiast te do konsumpcji, zwykle w kształcie serc albo „katarzynek” były mięciutkie i pyszne. I takie właśnie leżą na tacy w jednym z pomieszczeń muzeum. Próbujemy po dwa. Są w czekoladowej polewie, więc do kieszeni nie da się na zaś schować.

Wieczorny spacer po mieście. Bardzo fajne, interesujące miejsce. 




     Pomnik Kopernika z ratuszem w tle.  fot. MAH

 


Poniedziałek 14

Rano śniadanie w hotelu. Podobnie jak rok temu w Lublinie, nie mogę się nadziwić, ile rzeczy oni wykładają do wyboru. Jajka pod różną postacią, zupy mleczne, jogurty, wędliny, parówki, dżemy i tak dalej. Na dokładkę micha toruńskich pierniczków. Wydaje mi się, że to musi być marnotrawstwo – taki mały hotel i nie ma w tej chwili dużo gości. Ale niech im będzie, może niektóre niezjedzone rzeczy da się przechować do dnia następnego, może inne zabierze do domu załoga. 

Po śniadaniu kontynuujemy zwiedzanie miasta. Najpierw ruiny zamku Krzyżaków. Zaczęto go budować w XIII wieku i z przerwami budowano do wieku XV. Nigdy nie został zdobyty przez najeźdźców, ale pod koniec XV wieku zdobyli go niezadowoleni mieszkańcy Torunia, którzy natychmiast przystąpili do jego rozbiórki. Najpierw poszły kamienie na inne budowle, a później na terenie zamku ulokowano miejskie wysypisko śmieci. Przez wieki urosła tych śmieci góra. Zlikwidowano ją dopiero w drugiej połowie XX wieku i okazało się, że sporo elementów zamku się jeszcze zachowało. I te pozostałości właśnie można zwiedzać. Jakaś jedna czy dwie wieże, trochę rekonstrukcji maszyn oblężniczych, sporo ogólnych informacji o życiu w zamku (więcej czytania, ale i parę rekwizytów jest), trochę o Krzyżakach, dobrze zachowane piwnice, itd. Nie twierdzę, że to było jakoś bardzo stymulujące, ale przecież nie nudziłem się i z ciekawością zaglądałem w różne kąty.




Strażnik ruin.  fot. MAH

 












 









            Zakuty Łeb (albo Ofiara Losu). fot. MAH

 

Po wyjściu z zamku mały spacer nad Wisłą.

Okazuje się, że i w Toruniu jest Krzywa Wieża. Ale nie wchodzimy na nią, stajemy tylko pod ścianą, jak Kariatydy. Podpierając plecami, aby się nie zawaliła. Jest też Dwór Artusa. Dotychczas myślałem, że Dwór Artusa jest tylko w Gdańsku a tu okazuje się, że nie tylko. Na dodatek Wikipedia twierdzi, że podobne instytucje znajdują się też w innych, chyba głównie hanzeatyckich miastach. Nazwa pochodzi od imienia króla Artura, czyli wzoru cnót rycerskich i idei równości (patrz „Okrągły Stół"), a więc budowano je i organizowano dla realizacji celów obywatelskich. Dzisiaj w toruńskim Domu Artusa znajduje się dom kultury.



Toruński Dwór Artusa. fot. MAH


Podczas wędrówki przez miasto napotykamy dwie interesujące rzeźby z brązu. Jedna z nich to czterokołowy mały wózek, wyładowany jakimś dobytkiem i przykryty plandeką. Nie mamy pojęcia co to może być. Na szczęście obok znajduje się tablica informująca, że w tej części miasta (Rynek Nowomiejski) filmowano film „Prawo i pięść” – historię na temat osadnictwa na tzw. ziemiach odzyskanych, czyli opuszczonych poniemieckich miastach. A taki właśnie wózek jest podobno jednym z głównych bohaterów filmu. Chyba trzeba będzie sobie ten obraz przypomnieć. 




Przesiedleńcy.  fot. MAH


Rzeźba druga przedstawia siedzącą na ławce gęsiarkę. Przysiadam się, aby uścisnąć dłoń i natychmiast przypomina mi się początek bajki Mickiewicza „Lis i kozioł”. Wers „Już był w ogródku, już witał się z gąską” bywa czasem używany, aby wyśmiać nadgorliwych polityków, którzy emanując pewnością siebie, nie osiągają jednak zamierzonego celu.





Witamy się z gęsiareczką. fot. Dżeneta Adamowicz

 


Musimy teraz wybrać i zakupić trochę pierników na prezenty. Co nie jest proste, ponieważ i sklepów co nie miara i w sklepach wybór duży. A nasze walizki i tak już wypchane. Ale udaje się. I udaje się też wycisnąć jeszcze jeden wieczorny spacer. Bo fajne miasto (czy może raczej jego stara część).




Kamienica kupiecka.


 

Wtorek 15

Wyjazd z Torunia. Kierunek Białystok, rodzinne miasto Misi. Po drodze zahaczamy o Ciechocinek. Jest to miejscowość znana z lecznictwa chorób oddechowych. A z tego powodu, że znajdują się tu tężnie soli, co powoduje, iż powietrze nasycone jest w pewnym stopniu jodem. Jak nad morzem. Chcemy właśnie zobaczyć te tężnie. Są ich trzy. Najstarszą wybudowano w 1827 roku według projektu Saksończyka Jakuba Graffa. Każda ma prawie 600 metrów długości i 16 metrów wysokości. A co robią? Przede wszystkim robią wrażenie – wielkością, przemyślnością konstrukcji, a nawet swego rodzaju urokiem estetycznym. Natomiast jeśli chodzi o cel praktyczny, to owe konstrukcje, poprzez proces odparowywania wody, zwiększają stężenie soli w miejscowych solankach. Od ok. 5% prosto ze źródła do ok. 30% po przejściu przez wszystkie trzy tężnie. Później ta solanka idzie do warzelni, gdzie resztę wody odparowuje się poprzez gotowanie. Tężnie wypchane są gałęziami tarniny, po których spływa woda solankowa. To znaczy, kiedy jest do tego dobra pogoda. Bo na przykład są wyłączane, kiedy pada deszcz albo kiedy temperatura powietrza spada poniżej pewnego poziomu, ponieważ wtedy cieknąca woda zamarza. Bardzo proste, ale równocześnie dość sprytne. I chyba ekonomiczne – inwestycja początkowa, owszem, spora, lecz mechanizm pracuje przez dziesiątki lat przy minimalnych nakładach dodatkowych. A przy tym ten jod w powietrzu, co pozwoliło miastu na zbudowanie interesu sanatoryjnego. 




Okazy tężyzny. fot. MAH

 


Pędzimy drogami szybkiego ruchu, chyba nawet spory kawałek autostradą. Jedzie się dobrze, nawet przez aglomerację warszawską, ale jest to jednak spora odległość więc czas zajmuje. Po przyjeździe do Białegostoku późny obiad w restauracji tatarskiej, a później pogaduszki rodzinne zakrapiane domowymi nalewkami.


Środa 16

Wymyśliliśmy sobie, że skoro mamy legitymacje ZUS to może byśmy pojechali gdzieś do sanatorium. Na przykład do Kołobrzegu. Albo innego Świeradowa Zdroju. Więc idziemy do lekarza po skierowanie. Okazuje się, że jednak nie jesteśmy ubezpieczeni, ponieważ ZUS nam z powodu zamieszkiwania za granicą nie potrąca składek zdrowotnych. Składamy podanie, aby to zmienić, ale prawdopodobieństwo, że nam się ta sprawa z wczasami uda w tym roku jest raczej małe. Przy okazji lekarka nas wysyła na różne badania, co postanawiamy zrobić nazajutrz. Ciekawskość odgrywa w tym wszystkim sporą rolę, ponieważ z polskiej służby zdrowia już dawno nie korzystaliśmy a może byłoby warto.




Rodzinne miasto.


Po południu sprawy rodzinne. Przede wszystkim wizyta na tatarskim cmentarzu (mizar) w Bohonikach aby odwiedzić rodzinne groby. W tym miejscu Tatarzy chowają swoich zmarłych już od kilkuset lat. Na górce w centrum cmentarza głównie kamienie bez inskrypcji. A tam, gdzie inskrypcje są, napisy w języku polskim, czasami – na starszych grobach – cyrylicą, oraz muzułmańskie sentencje i półksiężyc. Naturalnie, takie miejsca skłaniają do refleksji.




Stara część mizaru tatarskiego. fot. MAH


 

Czwartek 17

Oddajemy krew w laboratorium. Po paru godzinach okaże się, że generalnie jesteśmy zdrowi. Może tylko cholesterol u mnie trochę za wysoki. Zwalam winę na fakt, że podczas tej podróży moja dieta jest jednak mniej przemyślana niż normalnie. Ale trzeba będzie to jeszcze sprawdzić po powrocie.

Dzisiaj leje, więc do południa spędzamy w domu, nadrabiając czytanie poczty elektronicznej, uzupełnianie tych notatek, itd. Po południu spacer po Białymstoku. Jedziemy do Centrum autobusem miejskim. Ja jako siedemdziesięciolatek mam przejazdy za darmo. Misia musi kupić bilet. Ulgowy, ale jednak. W autobusach są automaty do kupowania biletów, w których można płacić kartą (czyli również tą zarejestrowaną w telefonie), Blikiem, i czymś tam jeszcze. Próbujemy cztery razy, płacimy, a biletu nie ma. Jest tylko napis, że bilet został zarejestrowany na karcie. Wyobrażamy sobie, że to jakaś karta wielokrotnego przejazdu albo inna miejska. Nauczeni doświadczeniem z ubiegłego roku, kiedy kupiliśmy bilet ważny 30 minut a autobus z powodu dużego ruchu jechał powoli i złapały nas kanary, rozglądamy się ze strachem. W końcu wsiadają jakieś młodsze osoby i jedna z nich kupuje prawdziwy bilet. Pytamy jak to zrobiła, ona nam pokazuje, ale biletu nam automat ciągle nie wydaje. Wreszcie jakiś facet tłumaczy, że to taka nowoczesność i bilety (wszystkie 5, jakie już teoretycznie kupiliśmy) mamy zarejestrowane na karcie kredytowej, którą płaciliśmy. Uff. Wracając do domu, kupujemy bilet Blikiem i udaje się; mamy papierowy kartonik, czyli bilet autobusowy komunikacji miejskiej. Później myślimy, że z tą rejestracją na karcie kredytowej to chyba jednak bzdura. Ale na razie nie będziemy tego sprawdzać.




Spacer na białostockim rynku.

 


Wieczorem oglądamy film „Prawo i pięść” zainspirowani pamiątkową tablicą i pomniczkiem w Toruniu, gdzie właśnie ten film kręcono. Holoubek, Gołas, jeszcze kilka innych znanych twarzy. Nie jest to arcydzieło, czasami nawet śmieszy naiwnością i sztucznością. Ale w sumie nie była to strata czasu. Z rozpędu oglądamy też pierwszy odcinek „Lalki” na Netfliksie. Nierówny ale Interesujący (na przykład, kurwami rzucają), będziemy chcieli zobaczyć więcej.


Piątek 18

Rano jeszcze wypad do Supraśla, gdzie spacer nad rzeką i oddychanie uzdrowiskowym powietrzem. Tu o jakości powietrza decydują lasy iglaste




Cerkiew i klasztor prawosławny w Supraślu.

 


Po lunchu wsiadamy w pociąg i jedziemy do Kolbuszowej. Z przesiadką w Warszawie. Kupiliśmy zawczasu miejscówki w 1-szej klasie, więc zupełnie przyzwoicie. I stosunkowo szybko. Ale nie ma już tego rytmicznego stukania jak za dawnych czasów: „ta-dum, ta-dum, ta-dum”. Na dokładkę żadna tam ciuchcia. Więc nie wiem, czy jakiś Tuwim mógłby dzisiaj napisać „Lokomotywę”, która przecież jest tak wspaniale rytmiczna.




Pierwsza klasa.


 

Sobota 19

Drugie podejście do muzeum Kantora w Wielopolu Skrzyńskim. Pierwsze – nieudane – miało miejsce kilka lat temu, co chyba opisałem w którymś z poprzednich dzienników podróży na tym blogu. Tym razem zaanonsowałem wizytę już na miesiąc wcześniej, i podejście udane, a nawet bardzo. Pani, która sprzedaje bilety, zgadza się nas oprowadzić po ekspozycji. Nie ma tego jakoś bardzo dużo, cztery sale na parterze plus piętro, ale wszystko jest dość sensownie urządzone. Może jednak zacznijmy od początku. 

Wielopole to mała mieścina w powiecie Ropczyckim, kiedyś podobno posiadająca prawa miejskie a nawet jakiś zameczek, dzisiaj to właściwie tylko rynek i dwie, trzy ulice na krzyż. O właśnie, bo jest też rzecz jasna kościół. I stara plebania. W okresie Pierwszej Wojny Światowej, proboszczem parafii był wuj matki Kantora, więc kiedy ojciec Marian został powołany do wojska, Helena Kantor (z domu Berger), która była wtedy w ciąży przeniosła się dla bezpieczeństwa na plebanię. Tu urodził się Tadeusz, tu mieszkał przez sześć lat i tu w byłej plebanii na tyłach kościoła znajduje się dzisiaj „Kantorówka” (oficjalna nazwa obiektu). 

Wspomniane na wstępie cztery sale zawierają oryginalne rekwizyty ze spektakli Cricot 2 oraz archiwum historyczne w postaci dokumentów i fotografii. Do tego dotykowe ekrany z filmami, zdjęciami, nagranymi głosami i innymi zmyślnie zorganizowanymi informacjami. Na przykład, interaktywne drzewo genealogiczne rodziny Kantorów. Część krewnych została przez Tadeusza sportretowana w przedstawieniach, więc po dotknięciu zdjęć tych osób ukazują się fotografie postaci scenicznych, które owe osoby grały. 




Pokój ojca (według syna).  fot. MAH


Broszura opisująca ekspozycję ma tytuł „Pamięć”. Na pewno w dużej części zainspirowany tekstem samego Kantora, w którym między innymi mówi, że zawsze czuł, iż teatr jest właściwym miejscem dla pamięci. I konstatuje:

Nie pomyliłem się!

SCENA

Stała się jej

OŁTARZEM

W pokojach na piętrze znajdują się ekspozycje dotyczące po części samego Kantora (np. obrazy z jego podobiznami albo film animowany o jego dzieciństwie w Wielopolu – notabene zrobiony przez młodą artystkę z Kolbuszowej) a po części na temat miejscowości, regionu oraz parafii.




Pamiątka z Kantorówki (z panią przewodniczką). fot. MAH


Spodziewałem się, że będziemy jedynymi zwiedzającymi, ale zostałem mile zaskoczony. Bowiem w pewnym momencie do muzeum weszła rodzina z dwojgiem dzieci i natychmiast dołączyła do naszej „wycieczki”. W rozmowie okazało się, że są z niedalekiej Dębicy i podobno mąż/ojciec jest miłośnikiem Kantora. Mimo iż nigdy nie widział żadnego z jego spektakli na żywo. Pluję sobie dzisiaj w brodę, że nie zapytałem skąd się u niego wzięło to zainteresowanie Kantorem, skoro jest już z innego pokolenia i na żywo nie widział żadnego spektaklu. Co tam, najważniejsze, że dzięki takim ludziom może jest jakaś nadzieja dla tego miejsca.

Po Wielopolu jeszcze wizyta w Krośnie. Głównie celem odwiedzin u rodziny. Ale w Krośnie odbywają się też właśnie Mistrzostwa Świata w baloniarstwie. Uczestniczy w nich dobrze ponad 100 załóg. Mamy więc nadzieję, że uda nam się nacieszyć oko fruwającymi kształtami i kolorami. Niestety nie bierzemy pod uwagę, że to są balony na podgrzane powietrze (hot air baloons) a w ciepły i słoneczny dzień jak dzisiaj nie jest łatwo rozrzedzić powietrze wewnątrz balonu na tyle, aby się bez problemu unosił w górę. W takie dni lata się tylko wczesnym rankiem albo dopiero pod wieczór, kiedy powietrze na zewnątrz jest trochę chłodniejsze i słońce nie praży. Więc z widoków nici, ale przynajmniej się czegoś nauczyliśmy.


Niedziela 20

Nie świętujemy, ale też nic specjalnie interesującego się nie dzieje. Odwiedzamy cmentarz i groby rodzinne, trochę spacerujemy, pijemy kawę na tarasie lokalnej restauracji, próbujemy rowerów elektrycznych, można powiedzieć, że odpoczywamy.


Poniedziałek 21

Podróże kształcą a cukier krzepi. Więc jedziemy na pączki do Rzeszowa. Właściwie to prawie wszystko już w tym mieście zwiedziliśmy podczas poprzednich wizyt i prawdę powiedziawszy jedziemy właśnie przede wszystkim na pączka. Więc kawa, herbata i pączek z różą. Spacerujemy, zaglądamy to i ówdzie. Wchodzimy do galerii fotografii, gdzie jest wystawa zdjęć z 19-go konkursu chopinowskiego. Kilka ciekawych ujęć, filmy. Później jeszcze Empik (owszem są tu też książki), gruzińska piekarnia i wracamy na dworzec. W pociągu młodzież rzeszowskich szkół średnich wracająca do domu. Niczym się nie różnią od młodzieży w krajach zachodnich. A przecież wielu z nich jest ze wsi. A nawet jeśli z Kolbuszowej, to przecież w żaden sposób nie można mówić o jakiejś metropolii. Pewnie oglądają rolki na TikToku.

Po powrocie do Kolbuszowej wstępujemy do miejskiej/powiatowej biblioteki publicznej. Obsługa nam opowiada i zachwala, no i dajemy się złapać. Mają „zdygitalizowane” księgi parafialne. Sprawdzamy. Mówią nam, że od początku istnienia parafii, czyli od 1630-go któregoś. Zaglądamy, wszystkie wpisy po łacinie. Data urodzin, data chrztu, imię, płeć, informacja czy z prawego łoża czy bękart, imiona i nazwiska rodziców, imiona i nazwiska rodziców chrzestnych, i coś tam jeszcze. Ale nie ma dat urodzin rodziców ani daty ślubu, więc nie będzie łatwo sięgać wstecz. Bibliotekarz nam mówi, że wiele genealogicznych informacji (włącznie z tymi księgami) jest teraz dostępne na Internecie. Bierzemy namiary, ale sprawdzać będziemy później – może podczas długich zimowych wieczorów.

Jest już pora winobrania. Misia z moim bratem Markiem zrywają michę słodkich owoców, ale będą z nich robić sok. Do herbaty na te długie zimowe wieczory, kiedy być może zajrzymy do ksiąg parafialnych. Ja się nie mieszam. Bo lubię wino. I raczej nie mszalne.




Winne grona.  fot. MAH

 


Po kolacji, na którą smażymy kanie jedziemy jeszcze do lasu/na pola, aby przez termowizor pooglądać dziką zwierzynę. Takie to życie w prowincjonalnym miasteczku.


Wtorek 22

Trochę łazimy. Lunch jemy „na mieście.” Właściwie to znakomita większość posiłków w czasie tej wycieczki spożywana była w restauracjach. Tu i ówdzie śniadanie jadaliśmy w domu – zwykle jakieś jogurty i inne płatki. Natomiast lunche (drugie śniadania? Rozkład posiłków bardzo jest trudny do ogarnięcia) i obiady już w publicznych jadłodajniach. A rzuciliśmy się (na pewno ja się rzuciłem) na potrawy lokalne. We Włoszech, frutti di mare i pizza. Natomiast w Polsce przede wszystkim żurek i pierogi (czasem zwane ruskimi, czasem, ukraińskimi, a w niektórych miejscach nawet polskimi). Oprócz tego rosół, pomidorowa, kapuśniak, pierogi z kapustą, gołąbki, placki ziemniaczane, śledzie, kanie smażone w panierce, Misia nawet zamówiła któregoś dnia kaczkę, na deser pączki, kremówki (Napoleonki), a na koniec słodki grzybek w hotelu.




Muchomorek na deser. fot. MAH


Główny punkt dzisiejszego programu to moje spotkanie z kolegami licealnymi. Robimy to już od wielu lat, właściwie kiedy tylko pojawiam się w Kolbuszowej. Zwykle nie ma tłumów, ale między 6 a 10 osób przecież się pojawia. Dzisiaj przyszły cztery dziewczyny i czterech chłopaków (włącznie ze mną). Siedzimy w jakiejś kawiarence, popijamy, gadamy, wspominamy, śmiejemy się, wypytujemy o to i owo. Jest miło, mimo iż każde spojrzenie na otaczające mnie twarze przypomina o nieubłaganym upływie czasu.

Kiedy ja się zabawiam z kolegami, Misia idzie do biblioteki i czyta „Lalkę”. Podobno dobra.




W bibliotece.

 


Środa 23

W znajdującym się w starej, odrestaurowanej (i odpowiednio zaadoptowanej) synagodze Oddziale Edukacji Kulturalnej i Regionalnej miejskiej biblioteki na wystawie malarstwa Marcina Krawczuka z Krakowa. Owszem, ciekawe. Pan często nawiązuje do (albo komentuje na temat) starszych dzieł sztuki bądź też kultury popularnej, jak na przykład okładki płyt. Oprowadzająca nas pani kustosz twierdzi, że ma pełno roboty, ponieważ wystawy w galerii zmieniają co miesiąc. Myślę sobie, że to może dlatego, iż po wernisażu i kilku następnych dniach niewiele jest już oglądających. Na piętrze budynku, w dawnym „babińcu”, wystawa poświęcona wieloletniemu dyrektorowi kolbuszowskiego liceum im. Janka Bytnara. Oglądam z dużym zainteresowaniem, ponieważ ten pan nie tylko, że dyrektorował w czasie, kiedy ja byłem uczniem, ale i przez trzy lata był moim nauczycielem historii. A na dokładkę w młodości był jakimś tam kolegą mojego ojca. Najciekawsze są oczywiście zdjęcia z gronem pedagogicznym – rozpoznaję sporo twarzy.




Czekając na otwarcie galerii 

(z kolbuszowskim krokodylem na warcie)  

fot. MAH

 


Odwiedzamy też miejscowy dom kultury, gdzie nie tylko że byłem kiedyś (będąc jeszcze młokosem) na koncercie zespołu Skaldowie, ale i sam później występowałem na scenie – i to również jako gitarzysta zespołu bigbitowego.

Po drodze przechodzimy obok przebudowanego już kompletnie budynku mojej szkoły podstawowej. A na miejscu dawnego kina „Grażyna”, jakaś zupełnie nowa budowla. W Kolbuszowej kina już nie ma.

W sumie dzień wspomnieniowo historyczny.


Czwartek 24

Rozpoczynamy podróż powrotną do domu. Zajmie nam to trzy dni (i siedem pojazdów: samochody, pociąg, samolot). Odcinek pierwszy, z Kolbuszowej do Warszawy, pokonujemy pociągiem. Bez przygód. OK, może niezupełnie – w przedziale w pewnym momencie włącza się klimatyzacja. Mimo iż na dworze raczej zimno. Musimy prosić konduktorkę, aby coś z tym zrobiła. Sukces. Ale w tunelu na dworcu Warszawa Zachodnia zimny przeciąg. Najpierw chronimy się do kawiarenki na gorące napoje a później uciekamy do hotelu.

To wszystko przypomina nam, że już koniec lata i przynajmniej na jakiś czas koniec podróżowania.


Piątek 25

Główny punkt dzisiejszego programu to lot z Warszawy do Nowego Jorku. LOTem. Ja się trochę wkurzam na lotnisku. Mają sporo punktów samodzielnego nadawania bagażu. Nawet stoi przy nich chłopak, aby pomagać zagubionym i niekumatym. Ale później trzeba te bagaże i tak zaciągnąć do urzędników, którzy jeszcze sprawdzają to i owo. Jest ich w sumie dwoje. Kolejka do nich nawet większa niż do tych którzy przyjmują bagaże normalnie. Paranoja. Czy to może jednak ja jestem paranoikiem? Ponieważ później siedzimy na poczekalni w okolicy ubikacji. Są bez przerwy używane przez tłumy podróżnych. Ludzie wchodzą i wychodzą. Więc drzwi do nich trzaskają co trzy sekundy. Można zwariować. A wystarczyłoby zainstalować drzwi wahadłowe.

Temat ubikacyjny kontynuujemy w samolocie, bowiem przydzielono nam miejsca w ostatnim rzędzie, tuż koło kibli. Więc często kolejka potrzebujących oraz co i rusz hałas zasysanej wody ze spłuczki. Czujemy się trochę ja ta „sraj-babka” od Dwurnika (patrz część pierwsza tego dziennika). OK, to idźmy jeszcze głębiej w ten… temat, z nadzieją, że nikt się nie zesmaczy. Publiczne kible. Są wszechobecne. Podczas tej podróży odwiedzałem ubikacje w USA we Włoszech, w Polsce, a także w samolotach i w pociągach. Może to nie jest wystarczająco duża próba statystyczna, aby wyciągać jakieś daleko idące wnioski, ale może chociaż jako przyczynek do większej teorii. Śmierdzi w zdecydowanej większości. Głównie przez zaniedbanie, że tak powiem, operatorów owych przybytków. Bo nie sprzątają wystarczająco często (rozumiem, rozumiem, mnie też by się nie chciało) i nie używają wystarczająco dobrych środków odkażających. Ale są też postępy. Na przykład, kible w polskich pociągach są o niebo czystsze i wyposażone (choćby w papier toaletowy i ręczniki) niż te, które pamiętam z czasów Komuny. Albo ten kibel w (polskim) samolocie, obok którego siedzieliśmy przez ponad osiem godzin. Był bardzo przyzwoity i na pewno ewentualne zapachy nie dochodziły do naszych nozdrzy. Jednak najbardziej mi się podobał bardzo prosty sposób zastosowany w toalecie jednej z toruńskich restauracji. Po prostu na półce stała zapalona świeczka a jej płomień karmił się wszystkimi gazami z zawartością siarki czy też innych niezbyt przyjemnych substancji. Nie to, że zaraz podmuch świeżego powietrza jak z górskich lasów, ale to naprawdę było wystarczające, aby nie kręcić nosem, kiedy trzeba się skupić na innych rzeczach. I tym optymistycznym akcentem… 




W poświacie świata.

 


Nie, nie! Nie wessało nas w tę dziurę. Jakoś dolatujemy do NYC i wieczór spędzamy u Emila rozmawiając o sprawach przyjemniejszych.


Sobota 26

Ostatni etap podróży, czyli jazda samochodem do Ohio. Na wschodnim wybrzeżu leje i szykują się jakieś powodzie, ale nam się udaje i gdzieś w połowie Pennsylvanii się rozpogadza a Ohio wita nas niebieskim niebem i blaskiem słońca. Wydaje się, że w domu wszystko w porządku. Tylko pajęczyny, ogród zarośnięty chwastami, no i zaległe rachunki w poczcie. Przy okazji przywieźliśmy – jak to już kilkakrotnie bywało – jakieś smarkania i przeziębienia. Ale przecież naprawdę warto było.

Teraz będziemy mogli, choćby przez kilka dni, spokojnie (i wygodnie) pospać.




                                                        Back in OH.