niedziela, 21 marca 2021

Izabella z Egiptu. Część 2.




 22.

Mandragorowy samochwała łyknął przynętę i na koniec audiencji oznajmił, że on i domownicy przyjmują gości w kamienicy, którą wynajęła pani Nitken. 

Arcyksiążę dotychczas uznawał towarzystwo dziewcząt za nudne, ale teraz poczuł pierwsze dotknięcie chłopięcej namiętności. Takiej dziewczyny, jaką opisywał karzełek, nie poznał jeszcze, toteż czuł, że pokochałby delikatność i niewinność Belli, nawet gdyby nie rozkwitały one z każdym dniem coraz bardziej, jak zapewniał śmieszny maluch. 

Poprosił Cenria (który często ryzykował swe stanowisko doradcy, ulegając kaprysom księcia) o poradę, jak mógłby w tej sprawie uniknąć nadzoru głównego nauczyciela, Adriana z Utrechtu. Cenrio wpadł na następujący pomysł: zdobędzie starą księgę; podrobi stronę tytułową, aby Adrian wziął ją za nieznany komentarz do maksym Piotra z Lombardu; powie mu, że tę książkę sprzedaje pani Nitken, a prałat wręcz nakaże im do niej pójść. Arcyksiążę był zachwycony, bo nic go tak nie cieszyło, jak wyprowadzanie w pole przemądrzałego Adriana.

Korzennego człowieczka próżność  doprowadzała do ekstazy; opowiedział Niedźwiedziej Skórze jak to zaanonsował się jako narzeczony Belli, jak to obiecał ją pokazać na targach, a Skóra był na tyle sprytny, że oczekując profitów, potakiwał mu. To utwierdziło alrauna, że nie tylko sam się zakochał, ale że macierzyńska czułość dziewczyny to również miłość i tak był dufny w tym przekonaniu, że nawet nie sprawdzał jej myśli swymi oczami z tyłu głowy. W niej zaś wszystko się zmieniało, chłonęła dookolną wiosnę nie tylko zmysłem wzroku, ale całym sercem, tęskniącym za miłością.

Bella, gdy tylko zostawała sama, wyglądała przez okno na ulicę w nadziei zobaczenia arcyksięcia. Stało się pewnego dnia, że gdy odsłoniła kotary, ujrzała go przechodzącego w otoczeniu dworzan; w serce jej uderzył cios tak silny, jak ten, co ją ogłuszył na wzgórzu pod szubienicą; nie czuła tym razem strachu, lecz wróciły wspomnienia czystych, gorących uczuć sprzed wyprawy i lśniły w jej czarujących oczach, jak złote ozdoby na piersi królewicza. Gdy zniknął z pola widzenia, objęła głowę dłońmi i zapłakała nad swym smętnym losem. 

Stara Cyganka pośpieszyła z pomocą, ale długi czas zamiast słów słyszała tylko szloch i w końcu sama zaczęła lamentować. Bella musiała komuś się zwierzyć i wyznała, że nie znosi miejskiego życia i wszystkich miejskich nauk, że z radością zamieszkałaby poza jego murami, w małej chatce, choćby na strychu, byleby móc obserwować wiosenne i letnie kwitnienia przyrody, a nie oglądać bukiety ciętych kwiatów w dzbanach ustawionych na meblach.

– Babciu, jakżebym chciała patrzeć na pola i łąki i modlić się spokojnie w samotne nocne godziny!

Słysząc to Braka klasnęła radośnie w dłonie. 

– Czy teraz rozumiesz, co ci mówiłam w ogrodzie, przed wyprawą do Bejk? Wyjawię ci sposób pomocny bardziej niż westchnienia i modlitwy. Książę będzie twój, obiecuję ci, droga moja, zdobędziesz go, w końcu to mój tajny od wielu lat plan, zatwierdzony przez przywódców naszego ludu. Od przyszłego spadkobiercy połowy świata powinnaś mieć dziecko, a ono korzystając z miłości i ze wsparcia swojego potężnego ojca zbierze resztki twojego ludu rozrzucone po całej Europie i zaprowadzi je do świętej egipskiej ojczyzny. Nie płacz, już prawie oczy wypłakałaś, przecież życzę ci szczęścia.

– Ale jak mogę mieć od niego dziecko? – zapytała Bella. – Czy wyciągnie je ze studni, jak opowiadał ojciec, w ten sposób, że ja będę trzymać drabinę, a on będzie schodzić w głąb?

– Droga moja, – odpowiedziała chytrze Braka, – jak zostaniesz z nim sam na sam, poprosisz go, a jeśli będzie w miłosiernym nastroju, spełni twą prośbę w jednej minucie. Z pewnością masz dość siły, by przytrzymać drabinę.

– Och, mój Karol jest na pewno miłosierny! – zawołała Bella. – Widziałam to w jego oczach, gdy uchylił kapelusza przed jednonogim inwalidą. Na pewno mi nie odmówi. Poprosimy go o to posyłając małego alrauna.

– Na święte, poranione stopy naszej Przeczystej Dziewicy, zaklinam cię, – powiedziała Braka, zasłaniając usta dłonią, – nie mów mu ani słowa. Zważ, że on by ci nigdy tego nie wybaczył, skoro stale przecierałaś z brudu ziarenka jego oczu, jakby był twoim ukochanym.

– Moim ukochanym? – zdziwiła się Bella. – Nigdy nim nie był. Owszem, kochałam go do tej chwili, ale teraz wolałabym, żebyśmy go zostawili przy chrzanie na wzgórzu; sama nie wiem, dlaczego dziś wydaje mi się zupełnie niepodobny do człowieka.

– No, cóż, dziecinko, – rzekła Braka, – nie mogę nie zgodzić się z tobą. Cały czas dziwiłam się, że tak łaskawie pozwalałaś prowadzać się na pasku temu wstrętnemu smardzowi, który przysporzył ci tyle smutków, który darł w strzępy twoje książki i rozlewał zupę na suknię. Ale bądź mądra, słuchaj mnie i nie okazuj mu, że coś się zmieniło. Jeśli mi się uda dopaść jego potylicznych oczu, wydłubię mu je, zanim się obejrzy. Musi zdobyć dla nas więcej pieniędzy i umówić nas na spotkanie z arcyksięciem; przytul go więc czasem niby z miłością.

– Ależ to byłoby nieuczciwe! – zaprotestowała Bella.

– Co za bzdury! – zawołała Braka. – Byłoby nieuczciwe wobec mężczyzny, ale to przecież tylko korzonek. Nikt inny niż ty i ja nie ceremoniłby się z nim, ale pokroiłby go na kawałki i ugotował; powinien być zaszczycony, że obchodzimy się z nim, jak z dzieckiem. Wiem, że nie będzie nam łatwo pozbyć się go, ale mamy własny plan z Niedźwiedzią Skórą w tej sprawie: Skóra ma dość służby i chce ponownie położyć się w grobie, więc zabierze go tam ze swoim skarbem. Nie potrzebujemy zbyt wiele, ponieważ arcyksiążę cię kocha i nie pozwoli nam umrzeć z głodu. 

Bella tak niecierpliwie czekała na arcyksięcia, że zgodziła się na wszystko; obiecała ​​okazywać karzełkowi jak najwięcej czułości; znalazła ku temu okazję parę dni później, gdy wrócił z pałacu i zaczął rozmowę o przyszłości, w której niebawem odbędzie się wesele w Gandawie, a potem zamieszkają w mieście na stałe . 

Braka  zapytała sarkastycznie, jak się ma jego kariera wojskowa i czy wkrótce zostanie awansowany na generała, czy na kaprala. Uśmiechnął się z zadowoleniem i zasugerował, że kieruje arcyksięciem tak, jak chce, i że jego nominacja jest zapewniona; potem opowiedział, jak umówił się z nim na targi w Bejk i oznajmił, że powinni zarezerwować lepsze pokoje niż w domu pani Nitken. Starą Brakę rozbawiły brednie alrauna, ale ukryła to udając zmartwienie podejrzeniem, że pani Nitken, która wie o nich wszystko, może zdradzić kim są, jeśli nie zostanie przekupiona większą sumką.


23.

Zaczęły się więc świąteczne przygotowania, krawcowe otrzymały zlecenia na nowe suknie, a tyle było różnych kłopotów, że pocił się nawet Niedźwiedzia Skóra, choć przecież był zagrobnym truchłem. Pracował za dwóch i za dwóch jadł, tak że zaczął nabierać ziemskiego ciała i w końcu nie wiedział, czy jest żywy, czy martwy. Nie był też pewien, kogo powinien uważać za swego pana; jako trup powinien słuchać Korneliusza, ale jako przybierający ludzką postać – służyć starej Cygance i pięknej Belli, wobec których korzenny ludzik nie był wart złamanego grosza. Raz jedna strona brała w nim górę, raz druga, a jak się przekonamy, służył to im, to tamtemu, ale nie oszukiwał nikogo.

Wreszcie wszystko było gotowe do wyjazdu. Za karetę przyszło zapłacić potrójnie, bo wszyscy w mieście postanowili wyjechać na jarmark. Ileż zasypanych naftaliną sukienek wyciągnięto ze skrzyń, co za hałas dzieci robiły od rana w domach! Tylko nieliczni mogli wynająć dorożki; większość mieszczan ciągnęła wzdłuż pól, aby nie krztusić się kurzem na szosie; wszyscy podążali w pośpiechu z obawy, że nie zdążą zobaczyć bogato ubranych kupców i szlachciców w rosnącym tłumie na targowych placach, a chciano oglądać każdy strój z osobna. 

Ogólną ciekawość wzbudziła plotka, że ​​jarmark w Bejk zaszczyci swą obecnością sam arcyksiążę w stroju całkowicie ze złotej wełny, a z nim przybędą wszyscy paziowie i cały rycerski orszak, co byłoby ze strony księcia niezrównaną łaskawością. Miejscowa starszyzna z animuszem szykowała przemówienia i ceremonie, łuki triumfalne i stosy kwiatów. Chłopów z flagami ustawiono na wszystkich zakrętach, aby sygnalizowali zbliżanie się arcyksięcia; wokół każdej flagi tłumili się gapie.

Ale książę, bardziej niż świętem zajęty był swoją miłością i zawiódł ogólne oczekiwania, wybrawszy się z Cenrio i Adrianem w zasłoniętej gondoli, aby podpłynąć kanałem bezpośrednio pod dom pani Nitken, gdzie Cenrio zamówił im pokoje. Po drodze udawał zainteresowanie lekcją dialektyki, co bardzo zadowoliło Adriana, gdyż książę ułożył następujący sylogizm: wszyscy młodzieńcy są zakochani, Kaj jest młodzieńcem, zatem Kaj jest zakochany. Tak zwany Kaj był oczywiście samym arcyksięciem, więc z udanego psikusa chichotali ukradkiem i Cenrio i on. 

Arcyksiążę w marzeniach i przeczuciach był tak zakochany w pięknej nieznajomej, którą miał tego dnia zobaczyć, że podróż wydawała mu się przejściem przez wody Styksu do nowego życia, bardziej wolnego, cudownego, słodkiego i strasznego zarazem. Adrian rozmyślał o księdze Piotra Lombardo, a Cenrio o beneficjach od władcy, gdy arcyksiążę odziedziczy tron. Zaabsorbowani takimi myślami wylądowali w domu pani Nitken, która, chociaż została poinformowana o wszystkim, udawała, że ​​nie wie, kim są jej znakomici goście, i niby ubolewała, że kilka rodzin z Gandawy już wynajęło komnaty w jej domu. 

Gdy Adrian zapytał, czy mogliby usiąść w bibliotece, gruba Nitken niemal udusiła się tłumiąc śmiech, bo przecież miała dwie lub trzy porwane książki, zjadane przez robaki na strychu, gdzie lepiej było nie zaglądać. Adrian jednak nalegał, by go tam zawiodła i dopiero w tym sekretnym miejscu zawierzył jej tajemnicę, że dziś w swym domu ma zapewnić schronienie samemu arcyksięciu, i że goście z pewnością zwolnią dla dostojnego gościa kilka pokoi z oknami wychodzącymi na ulicę. Gruba starucha omal nie upadła na kolana w swoim pełnym szacunku zdumieniu, ucałowała krańce szaty arcyksięcia i oznajmiła, że pospieszy do madame Braque, aby oznajmić jej, że przybył arcyksiążę i że będzie musiała oddać mu kilka komnat.


24.

W tym czasie korzenny karzełek wraz z Niedźwiedzią  Skórą doszli na główny plac jarmarku, aby spotkać się tam z arcyksięciem. Ku swemu rozczarowaniu o jego nieobecności dowiedział się z przemówień napuszonych radców, których wysłuchać musiał przed ratuszem, wspaniałym starym budynkiem z dużymi oknami i wieżami, jedynym pomnikiem chwalebnej przeszłości tej mieściny. 

Spieszył się już do domu, aby poinformować swoje panie o próżnych oczekiwaniach na księcia, ale dwaj znajomi Cenrio, poznawszy go, zawołali na bok i wyrazili zdziwienie, że jeszcze nie pozyskał od księcia dowództwa w jego nowym pułku. Karzełek o mało nie rozpukł się z dumy na tak pochlebną ofertę; a gdy obaj dworzanie zaprosili go na kieliszek wina do pobliskiej tawerny, wysłał do swoich pań Niedźwiedzią Skórę z zawiadomieniem, by nie czekały na próżno na księcia, zaś on zatrzymany przez ważne sprawy z dworzanami, wróci niebawem. 

Oprócz pochlebnych przyjaciół i dobrego wina odurzał Korneliusza tłum ludzi, szykujących się na trzydniową zabawę. Ileż tu nagromadzono mięsa, ciast, chleba, wina i piwa! Ludność miejska w tamtych czasach była tak bogata, handlując z całym światem, że lokalne produkty prawie nic nie kosztowały. Dla majętnego człowieka wyżywienie tysiąca ludzi było zwykłą drobnostką, a w miastach w zasadzie nie było biednych, żebractwem zajmowali się tylko próżniacy z powołania. 

Ci ostatni zdejmowali łachmany w dni świąt i we wspaniałych strojach grali i bawili publiczność teatrem. Beczki z ułożonymi na nich deskami były sceną. Jeden, uzbrojony w długą tykę z osadzoną na czubku wypchaną poduszką, odpędzał dzieci, które z ciekawości wdrapywały się na scenę; na głowie miał czapkę z dzwoneczkami i oślimi uszami, a jako błazen w przedstawieniu przekomarzał się z publicznością. Nasz karzełek był pełen podziwu dla teatru. Historia mężczyzny, który zamieniony przez żonę w psa, na próżno stara się udowodnić, że jest człowiekiem rozsądnym, jak inni, tak go zauroczyła, że sam wszedł na scenę, za co otrzymał cios w plecy od błazna. Korneliusz poczuł się okrutnie zhańbiony w oczach całego świata, dobył szpady i rzucił się na błazna, który zaczął się przed nim zabawnie bronić poduszką, wypchaną jak kiełbasa; wszyscy krzyczeli z zachwytu. Wielu widzów uznało tę ​​zabawę za wpisaną w program występów. Obaj szlachcice z rozbawieniem obserwowali przez jakiś czas rycerskie wyczyny swojego przyjaciela, ale kiedy udało mu się ugodzić błazna w łydkę, poważnie się zaniepokoili, bo publiczność gniewnie przyjęła pogwałcenie teatralności, a jeden wieśniak wrzeszczał, że odetnie karłowi nos i uszy. 



Dworzanie chwycili karzełka, schowali pod płaszcz i choć się opierał, przenieśli do pierwszego przyzwoitego locum z niezamkniętymi drzwiami. Był to inny dom wspaniałej pani Nitken, która wynajmując w nim pokoje kilku dziewczynom o lekkiej cnocie, zostawiała zawsze otwarte drzwi, aby goście mogli wchodzić możliwie dyskretnie. Dziewczyny były zachwycone zarówno przystojnymi szlachcicami, jak i malutkim krasnoludem, bo tak go nazywały, dopóki ze złością nie oświadczył, że mają do czynienia z młodym oficerem. Kpinom, których nie będziemy powtarzać, nie było końca; karzełek się wściekał i był już gotowy uciec od prześmiewców, ale krzyczano, jakoby błazen z chłopami stali przy drzwiach, chcąc odciąć mu uszy. 


25.

Co w międzyczasie robili kochankowie? Gdy tylko książę wszedł do swojego pokoju, przyłożył ucho do drzwi i stwierdził, że obie kobiety są w sąsiedniej sali; poprosił Cenrio, aby przyniósł mu wiertło, i ten natychmiast dostarczył mu ogromne narzędzie, którym osuszano beczkę z winem na podwórku. Książę mozolnie, lecz cicho wywiercił dziurkę w drzwiach, a następnie przycisnął oko do szerokiego otworu po swojej stronie; wyjaśnijmy, że ​​się wysilał na próżno, gdyż drzwi specjalnie dla niego zostawiono otwarte. 

Jakże biło jego serce, gdy spojrzał po raz pierwszy; cofnął się zdumiony, a w głowie mgła zakryła myśli; oto pojawił się przed nim jeszcze piękniejszy obraz ducha z  owej nocy w opuszczonym domu! 

– Cenrio, – powiedział, – jesteśmy w rękach cudownych duchów; myśleliśmy, że bawimy się z nimi, ale to one bawią się nami; chciałbym tam wbiec, a nie mogę; ona jest taka piękna. – To ten sam duch, – mówił książę, – co na początku zimy wypędził mnie z nawiedzonego domu, ale teraz przybrał cielesną postać i nie mogę mu się dłużej oprzeć. Poradź, jak z nią rozmawiać; teraz powiem jej wszystko. 

– Już to przemyślałem, – odpowiedział Cenrio. – Na szczęście mamy dużo czasu; Adrian jest całkowicie pochłonięty pracą, poza tym zamknąłem na klucz drzwi do jego pokoju, żeby nas nie zaskoczył. Mój drogi książę, proponuję ci co następuje: dziewczyna cierpi na ból głowy, odegrasz zatem rolę lekarza, zostaniesz z nią sam, a kiedy poczujesz jej puls, słowa znajdą się same. 

Rzeczywiście, Bella czuła się źle z powodu przygotowań do podróży, bezsennej nocy i upału, co było przewidziane przez panią Nitken, która wymyśliła plan randki obojga kochanków. Kilka minut później arcyksiążę założył czarną szatę lekarską, włożył do sakwy narzędzia do puszczania krwi, plastry i tłok do lewatywy, po czym nieśmiało wszedł do pokoju pani Nitken, która przedstawiła go jako hiszpańskiego lekarza. 

Bella rozpoznała go od pierwszego wejrzenia, a miłość i zawstydzenie pogrążyły ją w takim samym zakłopotaniu, jak Brakę bliskość dostojnego gościa; Bella zakryła twarz woalką, a Braka w głębokim ukłonie wyśliznęła się do sąsiedniego pokoju. Kochankowie zostali sami i mogliby szybko i bezpiecznie wyjaśnić sobie tajemnicę duchów i zgodzić się na wszystko, ale arcyksiążę, który nigdy nie był w bliskim związku z żadną dziewczyną, nie mógł znaleźć innego tematu rozmowy poza pulsem: 

– Pozwól mi poczuć twój puls, – powtórzył kilka razy. Bella wyciągnęła do niego swoją białą, krągłą dłoń, dotknął jej opuszkami palców, bawił się nią, chciał jeszcze raz coś powiedzieć, prawdopodobnie o jej pojawieniu się w nawiedzonym domu, ale tylko mamrotał niewyraźnie: "To duch, to duch, któregom widział!" Jednocześnie włożył jej na palec pierścionek, co możemy uznać za triumf i szczyt jego pomysłowości. 


26.

I w tym momencie ich szczęście dobiegło końca, ponieważ przeklęty alraun, który uwolnił  się był od płochych dziewcząt i uciekł spod opieki oficerów, wpadł z hałasem do pokoju, niewyraźnie bredząc o swoim przyszłym pułku i nie rozpoznając Belli, która leżała na kanapie. Arcyksiążę natychmiast odzyskał kontrolę nad sobą i nakazał, aby nie przeszkadzać pacjentce, zwłaszcza że wyglądała na umierającą. 

Karzełek stanął zdezorientowany, a oficerowie, którzy weszli z nim, orzekli zgodnie, że wygląda on na twarzy jakby zaraził się dżumą, przebywając dziś w tłumie. Po tej strasznej diagnozie Korneliusz ledwo ustał na nogach, a i wino zrobiło swoje; nadal nie rozpoznawał ani pokoju, ani swej ukochanej; książę zręcznie nalepił mu na twarz duży kawał plastra i malec stękał, że nic nie widzi. Oficerowie z udawanym współczuciem obiecali zabrać go do domu i wyciągnęli go z pokoju. 

W międzyczasie Braka siedziała jak na szpilkach: książę jeszcze nie wyjawił swej miłości; jego hojność nie była do końca pewna, wręcz przeciwnie – od pani Nitken usłyszała, że ​​miał opinię skąpiradła; z drugiej strony alraun mógł znaleźć mnóstwo ukrytych skarbów, i nie obchodziło go, na co wydawano pieniądze, o ile nie czuł ich braku. Jeśli kochankowie się nie dogadają, jej nadzieje na spokojne przyszłe życie rozwieją się jak dym, a wielkie plany dotyczące losu jej ludu również się nie spełnią. 

Książę znowu został sam na sam z Bellą i już odzyskiwał odwagę, lecz ona zmartwiona mówiła o karzełku, a książę słuchał jej nie bez pewnej zazdrości. Dość wyniosłym tonem zapytał ją, czy to prawda, że ​​ten mały jest jej narzeczonym, a gdy ona zwlekała z odpowiedzią, stracił panowanie nad sobą tak bardzo, że porzucając rolę lekarza przedstawił się jej jako arcyksiążę. Była zbyt szczera, by udawać zdumienie, i tak powstała między nimi pełna zaufania więź, zanim zdążyli prawdziwie sobie zaufać.

W końcu Bella powiedziała, że to jej matka chce, aby wyszła za mąż za kuzyna, a ona sama nie. Arcyksiążę zaś błagał ją, aby nie poddawała się całkowicie woli matki i nie poświęcała szczęścia i piękna życia dla smutku w nieszczęśliwym związku; milczał o swojej miłości. Bella nieśmiało odrzekła, jak jej nakazano, że jej majątek jest w całkowitej dyspozycji bogatego kuzyna, że musi ulec życzeniom swoich bliskich, zwłaszcza że nie zna nikogo na świecie, kto mógłby ją uratować przed wymuszonym zamążpójściem. 

Wtedy arcyksiążę zaczął ją zapewniać, że najmniejszy zadany jej smutek będzie bezlitośnie ukarany i pomszczony. Te słowa pociągały za sobą wyznania miłości, które nie tylko obojgu kochankom, ale też  podsłuchującej Brace zdjęło ciężar z duszy, lecz wtem wielki głaz spadł na jej serce, bo oto Bella, przeniknięta miłością do arcyksięcia, przeklęła swoje oszustwo, upadła do jego stóp i błagać poczęła z całą żarliwością swych uczuć, by nie wzgardził nią za oszustwo, gdy wyzna, że wcale nie jest, jak udawała, córką swej towarzyszki, lecz córką... Tu jej słowa zagłuszył szloch i strumień łez. W tym momencie jeden z towarzyszących karzełkowi szlachciców wszedł i poprosił arcyksięcia, aby pomógł im, bo nie mogą sobie poradzić z malcem; zabrali go na przechadzkę i wrócili okrężną drogą, ale on nadal uważa się za śmiertelnie chorego. Książę wybiegł z pokoju, wstrząśnięty do ​​głębi poczuciem, że został oszukany w swojej pierwszej miłości. Bella też odeszła do sąsiedniej sali, a w jej duszy starganej burzą, co jeszcze nie ścichła, spływały z liści zwątpień krople rozżalenia.   

 


27. 

Korzennego malca wniósł po schodach Niedźwiedzia Skóra, wzywając gospodynię w obawie, że nadszedł koniec jego służby. Alraun mdlejącym głosem skarżył się Brace, że zaraza zwala go z nóg, że świat kołysze mu się w oczach i drętwieje mu język. Stara Cyganka wyglądała na prawdziwie współczującą i zalęknioną. Bella patrzyła nań ze smutkiem.



– Och, czemu nie zatrzymałem tego doktora, – kwękał alraun. – On poznał, że to dżuma i pewnie zna lekarstwo na nią.

– Widziałam dżumę nie raz, – rzekła Braka, –  i mam na nią znakomite zioła, co cię rychło postawią na nogi.

– No, to szybciej, szybciej – mamrotał karzełek.

Braka serwowała mu co i rusz gorący napar z kopru i przyniosła miednicę, na wypadek nagłych mdłości.  Nadmiar wina wyraźnie złagodził napastliwy charakter karła, bo tylko wzdychał, jęczał i żalił się na nieobecność doktora.

– Gdzie może być ten dobry doktor? Przecież widziałem go tutaj. On zaraz się poznał na mojej chorobie, to medyk, któremu można zaufać. Och, otwórzcie drzwi, tak tu gorąco.

– Drzwi są zamknięte, – powiedziała Bella, – bo w tamtych pokojach przebywa arcyksiążę.

Na jej słowa korzonek próbował zerwać się z łoża, lecz zataczając się wpadł do miednicy. – Arcyksiążę tutaj, a ja nie mogę z nim rozmawiać o moim awansie! Jakież szczęście mnie ominie, jeśli umrę.

Skóra owinął kocem alrauna lamentującego i płaczącego za doktorem, aż w końcu Braka obiecała, że postara się go odnaleźć i poszła do pani Nitken, by za jej pośrednictwem książę zgodził się wrócić w przebraniu lekarza.

Misja grubej Nitken niezbyt się udała, gdyż książę grożąc jej sztyletem, zażądał szczegółowych wyjaśnień, kim są mieszkańcy domu i czy to wrogowie jego dynastii, czyhający nań. Pani Nitken nie mogła zrobić nic innego, jak wyjawić prawdę, że Braka, stara Cyganka, to jej znajoma od lat, że przyszła do niej pewnego wieczoru z piękną Bella i karzełkiem, prosząc  o locum w Gandawie i że mają dużo pieniędzy. Bella, oczywiście, nie jest córką Cyganki, za to ręczy, ale czy dziewczyna pochodzi z wysokiego rodu, tego nie wie na pewno, lecz tylko domniemuje. W każdym razie nie została porwana przez Cyganów, gdyż traktuje starą Brakę z wyższością, ale też z uczuciem, zaś rozmawiają w dziwnym języku, jak przypuszcza, po francusku.

Wyznanie pani Nitken sprawiło, że książę począł na sprawy patrzeć inaczej, gdyż zrazu sądził, że dziewczyna jest utajonym szpiegiem, ale nabrał zarazem podejrzeń, że jest ona francuską księżniczką, o małżeństwo z którą występował przecież sąd francuski, wbrew woli jego dziadka. Jak wiemy, jego późniejsze talenty polityczne, nie ujawniały się w młodzieńczych latach, spędzanych głównie na ćwiczeniu umiejętności rycerskich i zapewne wierzył wówczas, że możliwe są na świecie rzeczy, które rozważniejszym umysłom wydałyby się co najmniej wątpliwe. Cenrio zbyt był zajęty w ułatwianiu mu wyprowadzania w pole nauczyciela Adriana, by mieć czas na światłe doradztwo. Nic dziwnego zatem, że z młodzieńczą ochotą zgodził się, gdy pani Nitken wreszcie zdołała wykrztusić z siebie prośbę Braki, aby przybrał ponownie postać medyka, a panią Nitken nawet uderzyła widoczna u księcia ochota ku temu. Odmienił nieco swój poprzedni wygląd, dodawszy szybkim makijażem wieku swojej twarzy, po czym udał się za gospodynią do chorego. 

Korzenny malec był zachwycony powrotem doktora, a ten poważnie rozpytywał się o objawy, zaś alraun opowiadał o bólu głowy, nudnościach, o całkowitej prawie utracie wzroku (wstydził się wspomnieć o oczach z tyłu głowy i już od dawna ich nie używał, gdyż w dworskim towarzystwie nie wypadało odwracać się tyłem). Oznajmił słabym głosem, że nieszczęściem jego byłoby nie wyzdrowieć, skoro w sąsiednich komnatach rozlokował się arcyksiążę i zapewne będzie niebawem rozdzielał stanowiska w swoim nowym pułku.

– Ach, drogi doktorze, – powiedział, na ile mógł żwawiej, – jeślibym teraz umarł, świat nigdy by nie ujrzał mnie w całym mym blasku i zaszczytach, na które zasłużyłem zarówno z racji pochodzenia, jak i osobistego męstwa. Często wydaje mi się, że jacyś źli czarnoksiężnicy chcą odwrócić bieg mojego prawdziwego przeznaczenia.

 Arcyksiążę słuchał jego słów cierpliwie, lecz nie znajdował w nich związku z postacią zagranicznej księżniczki; chyba, że i ten dziwny ludzik był księciem zaklętym przez złą wróżkę; sam czytywał w hiszpańskich romansach wiele takich opowieści. Ta myśl i wspomnienie zjawy w starym domu skonfundowały go wielce; zakłopotanie księcia alraun odkryłby z łatwością, gdyby nie był pijany i gdyby użył oczu z tyłu głowy.

Wreszcie medyk zdobył się na uczoną opinię i oznajmił mu, że zioła szanownej madame Braque są bardzo skuteczne i zawinięty kocami zwalczy wkrótce chorobę. Karzełek westchnął ciężko, że sam siebie dotknąć nie może, tak jest gorący, jak piec rozpalony do czerwoności. Braka narzuciła nań dodatkowe koce, uspokajając pocieszającymi słowami, po czym ze służącym Skórą wyszli pod pretekstem szykowania leczniczego napoju.


28.

Książę i Bella zostali niemal sam na sam, gdyż ludzika zasłaniała zupełnie sterta nakryć, ale przecież był obecny i mówić głośno nie mogli. Ponadto Bella czuła się bardzo zawstydzona, kiedy książę ukląkł przed nią na jedno kolano i rzekł:

– Co powstrzymało twe piękne wyznanie, umiłowana? Domyślam się, że jesteś córką szlachetnego księcia i to mi chciałaś powiedzieć, ale chciałbym usłyszeć z twych ust zapewnienie miłości, każącej poświęcić blask twej pozycji i przeciwnej nienawistnym przymusom polityki. Nic nas nie rozdzieli. Znam swych Niderlandczyków, którzy potrafią stanąć w obronie wolności i naszą wolność ochronią, a jeśli przemoc nam zagrozi, bezkresne morze przeniesie nas do nowo odkrytego, piękniejszego świata!

Czyż można obwiniać Bellę, która o europejskiej polityce nic nie wiedziała, poza tym, że nie uznano i prześladowano tu jej ojca, iż po tych słowach nabrała pewności, że książę dowiedział się o jej pochodzeniu i wybrał ją za żonę? Stała przed nim wzruszona, podniosła oczy ku górze, potem spuściła wzrok i przemówiła łamiącym się głosem: raz tylko udawała, lecz więcej nie potrafi się maskować; pochodzeniu swemu nie zaprzecza, jak i uczuciom, które książę poznał przy tajemnym spotkaniu, które nie gasną i które on może odczytać w jej oczach.

Zniżyła ku niemu swą śliczną twarz, a książę już dotykał krawędzi jej ust, gdy nagle ludzik pod kocami wrzeszczeć zaczął, że duszą go bóle brzucha i skona, zanim zostanie wyleczony. 

Miłość szczęśliwa nie znosi niczyjego cierpienia, toteż książę zerwał się na równe nogi i odsłonił koce, spod których buchała para, jak z miski świeżo ugotowanego budyniu. Obadał pacjenta, ściągnął plaster ze spoconej twarzy i orzekł, że choroba minęła i trzeba posłać po wzmacniające medykamenty.

Doktor wyszedł pospiesznie, a ludzik wracając do przytomności począł widzieć świat nie krążący dokoła i ułożył się z błogim uczuciem kogoś, kto został ocalony od śmierci, a kto życie bardzo kocha. Ujął dłoń Belli i rzekł, że myśl o śmierci zgnębiła go dlatego, iżby mu przyszło ją zostawić samotną na świecie. Wydawał się tak delikatny i czuły, że przez prawie matczyne uczucia dziewczyna omal nie powierzyła mu tajemnic innej miłości i innego szczęścia. Ucałował ją, jak zwykle to czynił, co rozgniewało arcyksięcia, znów podglądającego ich przez wywierconą dziurę, a przekonanego, że drugi raz widzi siebie zdradzonego, albowiem tak niewybaczalnie był dziecinny i naiwny, choć Belli wydawał się zaledwie prostoduszny.

Alraun wstał z łóżka i stwierdziwszy, że może chodzić, poprawił odzienie, a Belli powiedział, żeby przygotowała się na spotkanie z księciem, którego poprosi o stanowisko kapitana, jeśli tylko będzie on w dobrym nastroju; od tego zależy jego życie i decyzja o poślubieniu jej.

Bella milczała zażenowana, malec zaś paradował po pokoju, jakby na wojskowej defiladzie, o chorobie tak już zapomniał, że wygonił Brakę, gdy przyszła z gorącą wodą. Niektórzy mali ludzie są tacy: tak blisko głowy mają serce, że gdy w nim wrze, opary zaćmiewają umysł. Korzonkowy ludzik rzucał się to w lewo, to w prawo, a w końcu zdecydował, że natychmiast złoży hołd arcyksięciu i wpadł do jego pokoju, akurat, gdy ten w przypływie gwałtownej zazdrości przeklinał dzień w którym poznał Bellę. Ledwie alraun zdołał zgłosić swą prośbę, książę zasypał go obelgami, nazwał śmiesznym pniaczkiem, wsiowym karczem, oszustem, wreszcie mandragorą, co tak zdumiało ludzika, że zapytał zawstydzony – Panie, jak się o tym dowiedziałeś?

Wróciwszy milczał, nie zdradzając, jakie go spotkało przyjęcie, mruknął tylko, że nie spotkał księcia, ale jego znękany wygląd zaniepokoił Brakę. Alraun odrzekł, że chce jak najszybciej opuścić to miejsce, gdzie co chwilę grozi mu zaraza i zapytał, czy medyk przysłał jakieś leki. Stara Cyganka, aby go uspokoić, szybko udała się do żydowskiego kramarza i kupiła najsilniejszy eliksir, który przywracał życie nawet umierającym i przyniosła malcowi, mówiąc, że taki lek zostawił doktor. Gdy ludzik skosztował jeden zaledwie łyk piekielnego narkotyku, wróciła mu cała dawna zadzierżystość.

Mamrotał z wściekłością, że tylko przez zaskoczenie nie odpowiedział księciu z należytą sobie godnością; przyszło mu do głowy tak wiele ostrych replik, że tylko po to, by wyładować swój gniew na księciu, lub na kimś z jego świty, postanowił pozostać w Bejk przez kolejny dzień.


29.

A nastała właśnie pora największych atrakcji na jarmarku. Odbywały się konne wyścigi na oklep, w których nagrodą była gęś zawieszona na linie; rżenie koni, śmiech tłumu, kurz wzniecany przez zawodników przyciągały rzesze gapiów; nasz malec zabrał swoje panie na to widowisko. Zaledwie tam dotarli, alraun rozochocony, zgubił się w tłumie i zapomniał o swych towarzyszkach. Braka mogła bez przeszkód podpytać swą podopieczną, jak stoją sprawy z księciem. Bella wyznała, że chce on ją poślubić. Żachnęła się Braka, że ma to złe strony i rzecz może skończyć się w więzieniu, więc Bella musi wprost dać księciu do zrozumienia, że chce mieć odeń dziecko, które przyniesie szczęście jej ludowi, a wtedy wszystko rozwiąże się samo, bez podejrzanych ceremonii. Bella obiecała zrobić wszystko zgodnie z jej instrukcjami, gdy tylko nadarzy się okazja.

Okazja nadarzyła się wcale szybko, a dziwnym trafem sprzyjała temu złość księcia. Opowiedział on swemu doradcy o mękach zazdrości, a Cenrio wpadł na świetny pomysł. Otóż spotkał na tymże jarmarku pewnego Żyda z Polski, który już przedtem zabawiał go sztuką robienia golemów. Były to figurki gliniane, przedstawiające konkretną osobę; wymawiało się nad nimi tajemne i magiczne zaklęcia, a na czole wypisywano słowo Emeth, co oznacza prawdę, wtedy golemy ożywały i mogły być używane do różnych rzeczy, póki nie urosły tak, że siłą swoją zagrażały twórcy. Dopóki jednak można było dosięgnąć ich czoła, zniszczenie ich nie nastręczało trudności, wystarczyło zmazać pierwsze "e" z czoła, wtedy pozostawało słowo Meth, które oznacza śmierć, a golem w jednej chwili rozsypywał się w suchą glinę.

Gdy stary Żyd stanął przed księciem, usłyszał żądanie wyczarowania golema Belli, za co obiecano mu sowitą nagrodę. Mag ostrzegł księcia, że z golemami trzeba uważać i że w jego ojczyźnie było wiele z nimi kłopotów; jego kuzyn, na przykład, miał golema do prac w gospodarstwie, ale wyrósł on tak duży, że nie dało się sięgnąć do jego czoła, kuzyna kazał więc zdjąć sobie buty i gdy golem się schylił, wymazał literę "e"  i wtedy glina runęła tak wielkim ciężarem, że zabiła nieszczęśnika.

Takiej porażki książę się nie obawiał, ale jak sądził trudność polega na tym, jak sprawić, by golem wyglądał równie pięknie, jak Bella. Żyd wyjawił, że wystarczy, by raz spojrzała w jego magiczne lustro, a jej wizerunek pozostanie w nim, jakby był odciśnięty w wosku; cała sztuczka w tym, by zwabić Bellę do niego. Sam książę miał się ukryć za lustrem w przebraniu. Cenrio, który znał alrauna, podjął się zadania sprowadzenia pięknej dziewczyny z jego pomocą; spotkał go na konnych wyścigach. Niby w wielkim sekrecie szepnął mu na ucho, żeby nie brał zbytnio do serca gniewu księcia, któremu naplotkowano o incydencie z błaznem, ale wystarczy, że powie w swej obronie, jakoby ugryzł go wściekły pies. 

Karzełek uszczęśliwiony przedstawił mu swą przyszłą żonę, a Cenrio różnymi uprzejmościami zaprosił ją do zobaczenia magicznego lustra–kalejdoskopu, które pokazuje w kolorowych obrazach różne miasta i ludy świata. 

Poszli do kramu starego Żyda, a tam Bella, jako pierwsza zerknęła do szkatuły z lustrem, choć zaciekawiony ludzik korzenny z nadąsaną miną oddał jej ten przywilej. Dziewczyna była zachwycona wspaniałością obrazów i oglądałaby cały cykl ponownie, gdyby niecierpliwy maluch nie odciągnął ją od szkła. Tym, co tam zobaczył, był tak zauroczony, że w każdym pokazywanym mieście widział siebie w królewskiej postaci lub jako generała cudzoziemskich żołnierzy.

Tymczasem książę rozpoczął cichą rozmowę z Bellą. Zarzucił jej haniebne oszustwo w miłości udawanej tylko po to, by uzyskać kapitańską nominację dla swego małego narzeczonego.

Bella rozpłakała się i przysięgła mu, że te podejrzenia nie są prawdą, że jej miłość jest nieudawana, a przy tym ma  ona ambitne i szlachetne pragnienie posiadania od niego dziecka, które przyniesie chwałę i wolność jej ludowi. Taka szczerość wprawiła arcyksięcia w zakłopotanie i zawstydzenie (był to młodzieniec niewinnej czystości serca, choć ta czystość wynikała z dumy); jąkając się, ślubował, że zrobi wszystko, aby spełnić jej pragnienie, które było całkiem zgodne z jego planami politycznymi. 


30.

Z takimi zapewnieniami chyłkiem wyszli oboje z kramu na znak dany przez Brakę. Malec trzeci raz już oglądał świat przedstawiany w zwierciadle i podobał mu się on znacznie bardziej niż prawdziwy. Tymczasem Żyd rozmawiając z Cenrio pracował nad golemowym wizerunkiem Belli, która wymknęła się z księciem. Cenrio poprosił maga o wyjaśnienie, jakim sposobem daje się kukłę ożywić.

– Jak wiesz, mój panie, – rzekł starzec, – Bóg stworzył ludzi, gdy już wszystko inne było stworzone. Toteż człowiek najbardziej jest Bogu podobny, na swój obraz stworzył nas Bóg, więc my też możemy stwarzać, pod warunkiem, że znamy słowa, które Bóg wypowiedział, dając nam życie. Jednak nasze dzieło zawsze pozostaje o wiele gorsze od boskiego, jak nasza glina, jest gorsza od rajskiej ziemi.

To mówiąc starzec zakończył pracę, dmuchnął na posąg, napisał na czole tajemne słowo, chowając je pod lokami i przed nimi pojawiła się druga Bella, która dzięki odbiciu w magicznym lustrze wiedziała wszystko, co prawdziwa Bella do tamtej chwili, ale nie miała żadnych uczuć od Stwórcy, lecz takie, jakie miał starzec, a więc wypaczone ludzkie skłonności, a między nimi starczą arogancję, zmysłowość i chciwość; to, że duszy nie miała, odróżniało ją od wszystkich ludzi, których potrafiła swym wizerunkiem oszukać, jak oszukują się ptaki lecące do owoców wiernie wymalowanych na płótnie.

Tak im się ten golem podobał, że i stary Żyd i Cenrio obcałowali go pożądliwie, nim zaprowadzili sztuczną Bellę do korzennego malucha, który wreszcie oderwał się od zwierciadła, i wszyscy ruszyli do domu przez tłum pijanych chłopów, którzy już tu i tam błyskali ostrzami swych noży.

Ani Braka, ani tym bardziej alraun nie odróżniali sztucznej Belli od prawdziwej; zmęczeni hałaśliwym jarmarkiem jedli w milczeniu kolację, gdy do pokoju wszedł Niedźwiedzia Skóra z podrapaną twarzą.

– To ta wredna Nitken tak mnie urządziła. Pijana diablica tak mnie polubiła, że puścić nie chciała. No, ale mam wieści do opowiedzenia. Wyjawiła mi, że arcyksiążę ma poważne zamiary wobec naszej panienki, bo natrętnie o nią wypytywał.

Golem Belli, który o prawdziwej wiedział tyle, co do momentu jej zerknięcia w lustro, zawołał głośno: – Ach, jakże jestem rada! Będę miała z nim dziecko, które wyzwoli nasz lud.

Braka przestraszyła się takie szczerości, a maluch podskoczył z wściekłym okrzykiem: – To znaczy, Bello, że ty go kochasz?

– Ależ oczywiście, – odpowiedział golem.

Karzełek zaczął wyrywać sobie włosy i prawie dusił się w zranionej dumie; na koniec wylał swój smutek w następującym przemówieniu, zbudowanym według wszystkich reguł retoryki, których nauczył go nauczyciel: 

– I czemuż to z bezpiecznego łona mego pierwszego świata wyrwałaś mnie swą piekielną sztuką do ludzkiego życia? Oświecały mnie słońce i księżyc, uspokajały wieczorne modlitwy. Nie widziałem zła, bo nie miałem oczu, nie słyszałem zła, bo brakło mi uszu, lecz byłem bezpieczny i bogaty tym, co w sobie czułem. Oczy swe wypłaczę i zatęsknię za nimi, życie swe utracę i wyruszę go szukać, a poszukiwania moje i nieobecność będą ci udręką. 

Golem głosem Belli odpowiedział, że ma wiele dla niego czułości, mimo całego uczucia do arcyksięcia. Karzeł patrzył na nią zdziwiony.

– Może znowu mnie okłamujesz, Bello. Kto wie, na co zgodziłaś się tamtej nocy z arcyksięciem? Daj mi dowód swojej szczerości. Księżyc świeci, a my w cudownym chłodzie świtu pójdziemy do wioski, gdzie po cichu się pobierzemy, a jako mąż i żona wrócimy do Gandawy, aby potem opuścić to miasto na zawsze i pozbyć się intryg natrętnego arcyksięcia. Pojedziemy do Paryża, a tam mój talent wojskowy oddam do dyspozycji francuskiego króla, który zna wartość ludzi odważnych, nawet jeśli są niscy. 

Kukła Belli milczała: nie miała ani ochoty odpowiadać, ani gotowej odpowiedzi. Maluch przyjął jej milczenie jako zgodę, a kiedy Braka chciała dodać od siebie kilka słów, dobył szpady i przysiągł unurzać ją we krwi, jeśli stara przeciwstawi się jego szczęściu. Braka trzęsła się ze strachu i nie mogła przełknąć już ani kawałka z kolacji. 

Maluch rozkazał Niedźwiedziej Skórze spakować rzeczy do wyjazdu i bez względu na cenę wynająć kolaskę do najbliższej wioski, ponieważ w Bejk z powodu późnej pory nie będzie ani jednego księdza, który odprawiłby ceremonię  ślubu. Skóra zabrał się do roboty z największą gorliwością, starając się nie czynić hałasu i rozglądając się dookoła,  wciąż jeszcze w strachu przed pijaną, natarczywą  kochanką. Odjechano powozem, zanim pani Nitken cokolwiek zauważyła, ale żeby nie robiła zbędnych wrzasków i kłopotów zostawiono jej w skrytce potrójną zapłatę. 

Dziwaczna kompania, złożona ze starej wiedźmy, służącego półtrupa, glinianej piękności i korzennego karzełka odjeżdżała w podniosłym nastroju i w skupieniu, pielęgnując wzniosłe marzenia o szczęściu, które ich czeka, o skarbach i o rycerskiej sławie, oraz o napiwkach, na które liczył Skóra.

Jakże niepotrzebnie męczymy się niekiedy w relacjach z pewnymi osobami!  Wyobraźmy sobie, że ktoś taki jest półtrupem, udającym żywego, ktoś innym sztucznym tworem z gliny, a jeszcze inny niby–ludzikiem z korzenia, a nasz smutek i złość znikną. Podobnie rozproszyłyby się wszelkie żale naszych czasów, gdybyśmy wreszcie zdali sobie sprawę, że tylko śnimy samych siebie i resztę świata.


31.

Zdarza się w burzliwą noc, że na klombie dwa odległe od siebie pączki kwiatów pochyli podmuch wiatru i złączą się w parę, nie rozpoznając wzajem, dopokąd zza chmur nie błyśnie  księżyc; cicha jest radość ich iluzji aż do drugiej w nocy, gdy muzykę świerszczy zastępują pierwsze trele ptaków i trzeba się rozłączyć.

Arcyksiążę pragnąc zadośćuczynienia za zdradę swej miłości pozostawał głuchy na zmartwienia Belli, która nie wiedziała, co się z nią dzieje, kiedy potajemnie przyprowadził ją do swego pokoju i zaniósł do łóżka. Spali, dopóki nie zbudził ich psalm: De profundis clamavi ad te, Domine, śpiewany w pobliskim kościele oraz głosy ludzi, którzy z braku noclegów w karczmach spali na ulicy i przyłączyli się do śpiewu księży. Była bezchmurna letnia noc; oboje młodzi pospieszyli do okna. Dopiero teraz Bella ocknęła się ze swego zapomnienia. 

– Dobry Boże, czy już tak jest późno w nocy? Gdzie ja jestem? Gdzie jest moja sypialnia? Co się ze mną działo? Kimże ja teraz będę? 

Arcyksiążę tak był w niej zakochany i tak nowa była dlań radość z miłości, że ani myślał dręczyć dziewczynę  wspomnieniem oszustwa.

– Teraz już zostaniesz ze mną na zawsze, będziemy nierozdzielni, jak dusza i ciało! – wykrzyknął.

– Czy to prawda? – zapytała Bella niewinnie. – Jeśli tak, jakże byłabym szczęśliwa.

Zdumiała księcia ta odpowiedź.

– A twoje małżeństwo z Korneliuszem? Chcesz z niego zrezygnować?

– Czyż nie jestem Twoja? – zapytała. – Czyż nie będę miała twego dziecka, które powiedzie mój lud z powrotem do ojczyzny?

– Do jakiego ludu należysz, droga moja? – zapytał książę. – Niczego przede mną nie ukrywaj, zawsze będę cię traktował jak księżniczkę, ale chciałbym wiedzieć, czy los był dla ciebie sprawiedliwy i czy dał ci godną ciebie rangę królewską.

– Moim ojcem był książę Michał z Egiptu. Jestem ostatnią gałęzią starej rasy, ostatnią ze starożytnej rodziny, która często była zwycięska i triumfująca; teraz przeszła wiele perypetii prześladowana, lecz niezmiennie zachowuje szlachetną niezależność. Ojciec mój zginął udręczony, co też i mój lud spotyka, ale stara przepowiednia mówi, że dziecko zrodzone ze mnie i z potężnego władcy, zbierze nasze plemiona i sprowadzi je z powrotem nad błogosławione brzegi Nilu.

– Ufam twym słowom, – odpowiedział Karol, – lecz wyjaśnij mi, jak ty, namaszczona świętą misją, mogłaś ze swym karzełkowym przyjacielem zjednoczyć się przeciwko mnie? Jak mogłaś ofiarować się mi, po to by jemu zyskać stanowisko?  Teraz, gdy widzę cię tak piękną i czystą w świetle księżyca, chciałbym nie wierzyć własnym uszom, ale przecież potajemnie podziwiając twą urodę, słyszałem go i chciałem się zemścić, a teraz wyznaję ci mój gniew

Bella nie rozumiała o czym on mówi; wciąż wydawał jej się uosobieniem dobroci. Rozbawiły ją podejrzenia księcia i z naturalną szczerością opowiedziała mu, jak Braka przekonała ją, że powinna ulec kaprysom malucha, o którego pochodzeniu także powiedziała Karolowi prawdę, prosząc o zachowanie tajemnicy.

Arcyksiążę, w ciągu jednej nocy ze zwykłych kolein losu przeniesiony w cudowny świat namiętności i niezwykłych tajemnic, popadł w głęboką zadumę. Jego dusza jak gwiazda wniosła się ponad świat, w którym dorastał do dziś i zrozumiał, że wszystkie jego przyszłe czyny i słowa nabrały od tej chwili specjalnego znaczenia. Posiadł sekret miłości tak wielki, że nawet Cenrio nie wydawał się godny  dzielenia go z nim. 

– Nie jesteś szczęśliwy, jak ja? – zapytała Bella. – Wszystko wydaje mi się tak niesamowite, że nie wiem, jak mogło się zdarzyć! Nie przypuszczałam, że już dziś będę z tobą. Popatrz, bliskie pajęczyny na drzewach lśnią wyraźnie w świetle księżyca, ale w ciemnej oddali nie widzę takielunku statków: podobnie czuję ścieżkę tuż przed sobą, lecz nie potrafię przewidzieć, co mnie czeka w następnych dniach. Korzenny malec będzie zły, gdy dowie się, że całkowicie oddałam się tobie, a całe nasze bogactwo mamy dzięki niemu, jeśli mi go odmówi, czy ty mnie nakarmisz? 

Z oczu arcyksięcia spłynęła łza. – Ach, droga moja, surowość rodziców sprawia, że mam bardzo ograniczone możliwości; szalona pasja do koni wpędziła mnie w długi; moim nauczycielom zabroniono dawania mi pieniędzy i to przez nich opłacane są moje wydatki, ale dla ciebie znajdę pieniądze, nawet jeślibym miał zastawić swą koronę.

Bella scałowała łzę z jego oczu, wyznając, że powtarza właściwie słowa swej ciotki, niepokojącej się o przyszłość, a jej samej o wiele bardziej doskwiera wielkomiejskie życie w Gandawie, puszenie się, które widzi dookoła, stroje, które musi ubierać i zajęcia, których nienawidzi.

– Dlaczego muszę mówić po hiszpańsku i po łacinie? Dlaczego mam zapamiętywać: amo – kocham, amas – kochasz? W końcu wiem tylko jedno, że cię kocham, a ty kochasz mnie. 





32.

Objęli się czule, lecz nagle na korytarzu za drzwiami usłyszeli tubalny głos Cenrio: krzyknął, że Adrian odjeżdża w pośpiechu, ponieważ odkrył wspaniały znak zodiaku na niebie. Po tym usłyszeli kaszel nauczyciela, więc książę wepchnął Bellę do sąsiedniego pokoju, tego, w którym wcześniej leżał chory maluch, a sam pospieszył okiełznać nagłe zapały Adriana. 

Mentor był zupełnie rozkojarzony: przysięgał, że tej nocy widział wśród gwiazd narodziny syna Wenus i Marsa i teraz potrzebuje swoich ksiąg, aby zweryfikować obserwacje; przekonany, że arcyksiążę był równie zainteresowany odkryciem, prawie nie słuchał jego wątpliwości. Jako prawdziwy mentor nie pozwalał uczniowi myśleć inaczej niż on sam. 

Księciu nie pozostało nic innego, jak ubrać się i wracać do Gandawy. Bardzo by chciał zajrzeć raz jeszcze do sąsiedniego pokoju i pożegnać się z ukochaną Bellą, ale obawiał się wygadać o wydarzeniach przy kramie, a przy tym Cenrio nie zdążył w pośpiechu powiedzieć mu, co stało się po wyczarowaniu golema. Na dodatek w duszy swej czuł, że pasje do koni i psów myśliwskich bledną, a serce jego oddaje się radościom miłości i dźwięczy w nim ta delikatna struna, jaka wiele lat później w obozie pod Regensbergiem zabrzmiała zbudzona grą pięknej harfistki, gdy choroba i tęsknota za niespełnionymi marzeniami oddzieliły go od świata.

Być może nie stałby się tym nienasyconym władcą, zagarniającym wszystko, gdyby go los nie oderwał od zdarzeń i doznań, które mogły mu w życiu przynieść szczęście.

Gdy odgłosy odjazdu świty arcyksięcia ucichły, a statek, oddalał się w ciemności, pędzony wiosłami, Bella, która ośmieliła się patrzeć przez okno spoza zasłon, pomyślała: – Tyle rzeczy, jak ten statek odpływający, oddala nas od siebie, ale może jest wśród nich siła, która ponownie nas połączy?


33.

Weszła do pokoju, w którym miały spać z Braką i zdumiały ją otwarte okna, nieposłane łóżka i brak kufrów podróżnych. Zawołała cicho, lecz nie było odpowiedzi, w świetle księżyca zobaczyła tylko miskę z brudną wodą i mokry ręcznik na poręczy krzesła. Zdziwiło ją to wszystko, ale niepokój przyszedł dopiero po wejściu do sypialni Korneliusza, którego także nie znalazła. W tym domu nie znała nikogo prócz nieprzyjaznej, starej Nitken, lecz wolała uciec stąd jak najszybciej, niż uciekać się do jej pomocy.

Traf chciał, że jednak ją spotkała. Dwóm starym szlachcicom zachciało się nocnej zabawy z dziewczętami przy winie i muzyce, a pani Nitken nie miała innych wolnych pokoi, z wyjątkiem tych, które wcześniej zajmowała rodzina Braque i arcyksiążę. Weszła ze świecą, żeby je posprzątać, a kiedy zobaczyła Bellę, przestraszona, wycofała się przed nią, jak przed duchem.

– Co się tu dzieje, pani Nitken? Gdzie jest moja matka? – zapytała Bella.

– O, Panie Jezu, a to się przestraszyłam. Zapomniałaś czegoś, panienko? No, to będziecie mocno spóźnieni. A daleko już odjechaliście?  Pewnie ci chodzi o coś cennego, ale przecież nie ma obaw, u mnie wszystko byłoby bezpieczne, nawet garniec złota.

Bella nic nie rozumiała z gadaniny starej, znów zapytała, gdzie matka, ale poczuła się mocno zdezorientowana, gdy Nitken odrzekła, że nie wie. Stara przypomniawszy sobie przesłuchanie u księcia, doszła do wniosku, że tu chodzi o jakieś tajne porozumienie przeciwko niej, a ponieważ niewiele od księcia otrzymała, a raczej od Adriana, który zarządzał wydatkami, zamyśliła wynagrodzić sobie szkody kosztem Belli.

– No, no, – powiedziała surowo, – nie spodziewałam się, że porządna młoda dama może być tak nieobyczajna. Psiakrew, nie pozwolę, żeby ucierpiała moja dobra reputacja, za takie zachowanie należą się baty na publicznym placu.

Bella trzęsła się ze strachu i wstydu; nie tak dawno była po prostu szczęśliwa, a teraz bezradna, niedoświadczona w życiu, została oczerniona, jak nikczemna istota. Zwątpiła, że jest tą samą Bellą, co poprzednio; jej szlachetna kiedyś dusza okryła się hańbą. Nie strach, ale wstyd niezmierny pozbawił ją wszelkiej pewności siebie; płacząc opadła na krzesło.

Stara Nitken chytrze czekała, aż desperacja głębiej wniknie w duszę dziewczyny, by łatwiej przymusić ją do pozostania i zabawiania dwóch czcigodnych seniorów. Bella nie podejrzewała niczego złego, więc by uniknąć dalszych obelg zgodziła się na podawanie do stołu, zamierzając nazajutrz odnaleźć Brakę. Starców zaskoczyła uroda dziewczyny, jęli więc przepraszać za wejście na prywatne pokoje, sądząc, że pani Nitken im nie zaoferowałaby tak kwitnącej piękności. Gdy Bella nieśmiało wyjaśniła, że została wyznaczona, by usługiwać, starcom poczerwieniały twarze od uderzeń miłosnych zapałów i jeden drugiego zaczął podejrzewać, że zechce sam schrupać ten smakołyk; poczęli więc, pijąc wino i grając w warcaby, knuć różne sztuczki, by konkurenta wyeliminować.

Bella, z natury inteligentna, szybko dostrzegła niebezpieczeństwo i zaczęła rozważać sposoby ucieczki. Starcy podpili już sobie nielicho i pani Nitken obawiała się, że w kłótni rozbiją jej naczynia i meble, toteż gdy usłyszała na ulicy wędrownych muzyków, zaprosiła ich co rychlej. Wesoły tłumek w maskach i szerokich płaszczach wypełnił pokój, a grajkowie widząc dwóch starców w zalotach ku dziewczynie, zaśpiewali im pioseneczkę niby żartobliwą, ale w aluzjach zjadliwą i wyśmiewającą. Bella udała, że też chce się do śpiewu przyłączyć dla rozrywki jej klientów i poprosiła o pożyczenie płaszcza i maski. 




Pani Nitken była zachwycona, że ​​Bella tak łatwo pogodziła się ze swoim losem. 

– Tańcz, kochanie, – powiedziała, – żeby spódnice powiewały ci nad głową, a ja przyniosę gościom kieliszek malagi. 

Za naszyjnik, który kiedyś Korneliusz znalazł w bucie, jedna z tancerek zgodziła się zamienić strojami z Bellą i zrobiły to niepostrzeżenie za kotarami. Starcy nieźle już rozochoceni podreptali w tany, lecz chcąc ściskać i obejmować Bellę w złotym naszyjniku, odsłonili maskę i odkryli, że to nie dziewczyna, która im usługiwała, lecz kpiąca z nich tancerka z zespołu. Podnieśli raban przerażeni, aż wpadła z krzykiem pani Nitken. 

– Gdzie jest Bella, oszuści! – wrzeszczała na grajków, ale jeden mocny cios powalił ją na ziemię; starcy ruszyli na pomoc i z nimi rozprawa była równie krótka, młodzi i silni grajkowie zakneblowali obu, zabrali im trzosy z dukatami i wszyscy uciekli, zostawiając lokal pani Nitken cokolwiek zdewastowany. 


34.

Tymczasem Bella biegła dobrze sobie znaną ścieżką do Gandawy, lecz po godzinie była tak zmęczona, że spoczęła w gęstych krzakach cierniowych na uboczu i zasnęła głębokim snem. Pijani ludzie wracający z jarmarku mijali ją, ale nikt jej nie zauważył, tylko psy węszyły i szczekały na nią, ale  rozrzucone kości odwracały ich uwagę. 

Bella obudziła się dopiero następnego wieczoru. Z początku nie mogła poruszyć ani ręką, ani nogą, nawet otworzyć oczu, ale słyszała rozmowy dochodzące do niej z drogi. Słyszała szczekanie psa, tak jak w ciemną, mglistą noc marynarz, który zgubił drogę, słyszy nagle z zaskoczeniem niewidoczny, lecz zbliżający się inny statek. Wtem doszły ją z pobliża głosy dwóch ludzi, i ze sposobu, w jaki mówili, rozpoznała, że to strażnicy polowi z sąsiednich wiosek. Jeden powiedział: – Patrzaj, Pietrek, jakaś ci martwa kubita leży na twojej stronie.

– Nic, ino trza jom zakopać i to na własny koszt. Ten kamień wielgi na nią postawie, a przy okazji zdziebko go przesunę, to troszke ziemi skubnę dla nas.

– Głupiś, młokosie, niech obie gminy płacą za to.

– Słuchaj, staruszku, były strażnik Benedykt nauczył mnie, co robić, mawiał tak: "Znajde trupa, to mu na gembe patrze, jak ponury, znaczy, nie chce być u nas pochowany; to się go weźmie i do Skaldy wrzuci, niech se płynie."

– Dobrze gadał. Rozejrzyj sie, jak nikogo nie ma, weźmiem jom i wrzucim do rzeki.

Bella chciała krzyczeć, ale nadal nie mogła znaku życia z siebie wykrzesać; obaj już ją podnieśli, ale młodszy strażnik nagle szepnął;

– Ej, stój, kładźmy jom na ziemie  i uciekajmy. Diabeł niesie tu z szubienicznej góry jakiegoś rozczochrańca; idźmy w pola, za dwie godzin sie wrócim, jak dobrze ciemno bedzie.



Bella ze stanu niewypowiedzianego przerażenia zapadła w dziwny sen, w którym marzył się jej ojciec, z cudowną koroną na głowie, siedzący na egipskiej piramidzie, o której tak często wspominał; ale zdawało się, że jego nogi zrosły się razem, a ramiona przylgnęły do ciała; dziewczyna cicho zapytała go: – Nie możesz ręki mi podać, jak kiedyś?

– Nie, – odpowiedział. – Gdybym mógł, powstrzymałbym cię, nim odkopałaś alrauna. Ale raduj się, uwolniłaś się od tego! Niebo pobłogosławiło cię dzieckiem, które sprowadzi naszych ludzi do domu. Wciąż masz przed sobą cierpienia, ale bądź nieustraszona, jak nocna rosa, która wychodzi ku słońcu i patrzy na nie, mając nadzieję, że zabierze ją z ziemi.

Senna wizja znikła, a ona się ocknęła. Słońce schowało się już horyzont; Bella mogła wstać, tylko że wciąż czuła zmęczenie w całym ciele. 


35.

Powoli szła w kierunku miasta; westchnęła, mijając na przedmieściu opuszczony wiejski dom, który służył jako wierne schronienie w młodości; wydawał się jej teraz mały i ciasny; niebawem dotarła do domu, z którego trzy dni wcześniej wyszła z najsłodszymi nadziejami.

Z ufnością zapukała kołatką, a znajomej służącej, która otworzyła drzwi, rzuciła się na szyję, lecz ona cofnęła się, jakby jej nie poznała. Kiedy się przedstawiła, dziewczyna krzyknęła, upuściła świecznik i wbiegła po schodach, krzycząc głośno: 

– Panie Jezu, Dziewico Maryjo! Tu jest inna Bella!

Braka, Korneliusz i jego młoda żona, czyli golem Belli, wybiegli z pokoju, aby spojrzeć na gościa. Jak mam opisać ich zdziwienie! Braka nie wiedziała, co robić; tylko golem Belli wyglądał na obojętnego, zbyt pewnego siebie, (lub zbyt pewną siebie), by zwątpić w swoją prawdziwość.

Bella płakała; całkiem wyczerpana zmęczeniem, głodem, ledwie widziała na oczy. Korneliusz, który nagle stał się mężem dwóch żon i absolutnie nie mógł zrozumieć, jak to się odbyło, skoro ożenił się z jedną, skakał jak żaba po rozgrzanych fajerkach od jednej do drugiej, przeklinając, bo naprawdę nie wiedział, co powiedzieć.

Pokojówka i Braka pierwsze powiedziały, że nasza Bella jest prawdziwą Bellą, ale Korneliusz żarliwie im się sprzeciwił, bo upodobał sobie golema Belli, wystrojoną piękniej niż prawdziwa, odziana w strój wędrownej śpiewaczki. Bella skromnie poprosiła o schronienie na noc i nakarmienie, a następnego ranka, oczywiście, pójdzie gdzie indziej, skoro wszystkich zawstydza. 



Nawet na tyle nie zamierzał się zgodzić golem Belli, który, jak wiemy, oprócz kilku myśli prawdziwej Belli, przekazanych przez lustro, odziedziczył pazerne kupieckie serce i teraz obawiając się, że nieznajoma odsunie ją na bok lub zażąda dodatkowych opłat, krzyczał: jeśli nie wyjdzie natychmiast dobrowolnie z ich domu, jeśli zamierza wykorzystać swoje wyimaginowane podobieństwo do niej, aby ją skrzywdzić, aby dzielić się miłością męża, rozedrze jej fałszywą, kłamliwą twarz własnymi paznokciami. 

– Dobry mężu! – zawołała, odwracając się groźnie do Korneliusza, – czemuś jeszcze nie złamał jej karku? To dla mnie dowód twojej podłości i potajemnego związku z nią. Jak łomotnę waszymi głowami o siebie, odechce się wam romansowania, rozpustnicy!

Korneliusz, poważnie przestraszony jej groźbami, postanowił udawać jeszcze większą wściekłość, niż czuł, złapał jakiś patyk i wrzasnął:

– Przeklęta, zapłacisz za to!

Braka z trudem powstrzymała się od śmiechu, patrząc na jego głupią twarz, ale Bella zdążyła już wymknąć się po schodach, a Korneliusz walił patykiem w poręcz. Golem pocałował go w nagrodę i nazwał go swoim słodkim mężusiem, a on nie domyślił się, że wyrzucił cudowną Bellę, a zamienił ją na glinianą lalkę, bo  – niestety! – w noc poślubną golem Belli nieświadomie zmiażdżył oba jego potyliczne oczy, nie podejrzewając, że ​​miał oczy z tyłu głowy.  Takie wypadki często się zdarzają, gdy mamy jakieś szczególne właściwości. Znam mówcę, który zawsze przemawiał z niesamowitym ożywieniem i który całkowicie stracił tę właściwość, gdy pewnego dnia, jego słuchacze, chcąc zrobić eksperyment, wylali nań wiadro zimnej wody, kiedy był u szczytu natchnionej oracji.


36.

Bella zdecydowała się szukać schronienia u arcyksięcia; z daleka rozpoznała jego zamek, który górował nad innymi domami i chociaż jej serce biło gwałtownie, kolana drżały, a język odmawiał posłuszeństwa, jakimś cudem udało jej się wytłumaczyć strażnikowi, że musi porozmawiać z arcyksięciem. 

Stary strażnik był całkowicie oddany równie staremu Adrianowi, który pilnie strzegł niewinności swojego księcia w trosce o jego zdrowie i długowieczność. Odprowadził Bellę do jednego z pokoi i bez słowa podszedł do prałata i poinformował go, że jakaś podejrzana dziewczyna pyta o arcyksięcia. Adrian właśnie usadowił się w swoim gabinecie, by na ulubioną samotną kolację zjeść tłustego, pieczonego  kapłona. Marszcząc brwi ze złością, kazał przyprowadzić dziewczynę. Bellę zaniepokoiła nieobecność księcia, ale widok krzepkiego, czcigodnego zakonnika uspokoił ją, on zaś na jej widok powiedział tylko: – Interesujące. Interesujące.

Zobaczywszy pieczeń, nie mogła przemóc głodu, przysunęła krzesło do stołu, usiadła naprzeciw Adriana i jadła z apetytem osoby, która od dwóch dni nic nie brała do ust. Adrian pokręcił głową, powtarzając: – Interesujące. Interesujące. Potem podał jej pieczone jabłko jako przystawkę i nalał kieliszek wina.

– Jesteś dziwną dziewczyną! – powiedział nauczyciel. – Powiedz mi, kiedy się urodziłaś? Chciałbym sprawdzić twój horoskop.

– Och, ojczulku, sama nie pamiętam dobrze, byłem wtedy za głupia.

– Interesujące. Interesujące, a jak miał na imię twój ojciec?

– Och, mój biedny ojciec, gdybyż on sam to wiedział!

– Interesujące. Interesujące, – powiedział Adrian. – Cóż, nie obchodzą mnie twoje sekrety.

– Czy arcyksiążę wkrótce się pojawi? – zapytała Bella.

– Interesujące. Interesujące, – powtórzył Adrian. – Prawdopodobnie chcesz, żebym cię do niego przyprowadził. To jest niemożliwe.

– Och, ojczulku, – Bella zaczęła go namawiać, – zrób to! Muszę z nim porozmawiać, zabierz mnie do niego, pewnie będzie zachwycony, tak bardzo go kocham.

Dziwna dziewczyna! – szepnął do siebie Adrian, – patrzy na mnie, jakbym był posłańcem miłości; kto wie, czy jeśli zabiorę ją do mojego niepoważnego księcia, nie przywiąże się on do niej; przez długi czas trudno będzie go trzymać z dala od kobiet, a ile z nich tylko czeka, by go uwieść, ale ta jest najwyraźniej bardzo młoda i niewinna. Czytanie starożytnych rzymskich poetów nauczyło Adriana mądrej religii natury.

– Co mówisz do siebie, ojczulku? – zapytała Bella.

– Niedługo zabiorę cię do arcyksięcia, – powiedział Adrian. – Poczekaj chwilę, a jeśli jesteś zmęczona, połóż się na moim łóżku i powiedz, skąd jesteś. Zaufaj mi, utrzymam to w tajemnicy.

 Bella poczuła do niego pełne zaufanie i szczerze opowiedziała o swoim losie, ukryła tylko jedną rzecz – jak spotkała się z księciem w Bejk, tłumacząc, że w tłumie zgubiła starą opiekunkę Brakę. Po wysłuchaniu jej historii Adrian pogrążył się w głębokich myślach i zaangażował się w różne obliczenia, podczas których Bella zasnęła.

Kiedy obliczenia wyraźnie wskazały mu cudowne przeznaczenie Belli, podszedł do łóżka, cicho pochylił się nad nią i patrzył ze zdumieniem; było dlań dziwne widzieć dziewczynę śpiącą na jego twardym ascetycznym łóżku. Wreszcie usłyszał odgłos powrotu arcyksięcia, który był na kolacji u hrabiego Egmont; po odczekaniu kilku chwil poszedł do sypialni księcia. Cenrio, zaskoczony jego przybyciem, dał znak, żeby był cicho, gdyż książę wrócił bardzo zmęczony i natychmiast zapadł w głęboki sen.

Adrian podszedł do łóżka, zobaczył jasnobrązowe włosy księcia, związane jak zwykle złotą siatką i odszedł, starając się to robić jak najciszej. Cenrio z trudem powstrzymał śmiech, ugryzł się w palec, złapał się za brzuch, a nawet z radością uniósł nogę; ryzykowne oszustwo się powiodło: Adrian pomylił stracha na wróble z prawdziwym arcyksięciem; on tymczasem, stęskniony za swoją żywą Bellą i miłosnymi słodyczami, jakimi hojnie go obdarzyła, na próżno ich szukał, u martwej, glinianej kukły.


37.

Faktem jest, że rano, wysłany z misją Cenrio, zmówił się golemem, który oprócz marzeń miłosnych prawdziwej dziewczyny, miał duszę starego magika i handlarza, że przyjmie księcia w nocy, uśpiwszy alrauna eliksirem nasennym. Braka też brała udział w konspiracji i musiała zająć miejsce golema w łóżku, ponieważ malec był tak zazdrosny, że nawet we śnie cały czas trzymał ją za palec; jego miłość wyrażała się wyłącznie w tym, że czasami ssał ten palec.

Arcyksiążę wszedł do domu, gdy druga Bella zaczęła usypiać korzennego ludzika i musiał czekać długo, nim przyszła do niego; płonął z ciekawości, aby się dowiedzieć, jak wyszła za Korneliusza i jak powstał golem Belli, który on sam kazał magikowi zrobić, aby oszukać jej męża.

Golem odpowiadał na pytania tak naturalnie, że nie wzbudziło to w nim najmniejszego podejrzenia, że rozmawia z kukłą, zwłaszcza, że nie dopuszczał możliwości, aby jakieś pozory mogły oszukać zwodniczym wyglądem jego przenikliwy wzrok.

Powiedziała mu, że Korneliusz, podejrzewając ją o komitywy z arcyksięciem, początkowo był na nią bardzo zły, a potem siłą zmusił do ślubu w najbliższej wiosce, ale miała nadzieję, że miłość arcyksięcia wynagrodzi jej ten przymus. Późna godzina spotkania nie sprzyjała szczegółowym wyjaśnieniom; arcyksiążę lekkomyślnie uciekł się do czarów, by zaspokoić swoje pragnienia i oto sam stał się ich ofiarą; w miłości wszystko powinno być szlachetne, a każde oszustwo, jak fałszywy kamień w drogocennym pierścieniu, może wywołać poczucie nieufności; ale czy sam arcyksiążę nie oszukał Belli, zniewalając ją za pomocą czarów? 

Kiedy nastał ranek, a wrony, jedyne ptaki w dużych miastach, zaczęły krakać i Cenrio go obudził, książę  nie mógł zrozumieć, czego mu tym razem brakowało w radości: jego serce smutne i ściśnięte, nie było tak szczęśliwe, jak w Bejk, gdy żegnał się z Bellą; miał nawet wrażenie, że obok niego śpi jakaś inna istota i gdyby wcześniej nie opuściła kanapy, prawdopodobnie zdjąłby z jej czoła ciemny lok i znalazłby na nim znak, który utrzymywał ją przy życiu. Przeklął minioną noc i ślubował nie wracać ścieżką, którą podążał z powrotem do swojego zamku. W domu Cenrio opowiedział mu o niebezpieczeństwie, od którego ledwie uszedł, czyli o tym, jak prawie został odkryty przez starego Adriana.


38.

Tymczasem stary Adrian miał jeszcze większe kłopoty; ogarnęły go wyrzuty sumienia, że ​​pozwolił sobie myśleć o romansach arcyksięcia. I gdyby wcześniej nie nakazał strażnikowi, aby zamknął wszystkie drzwi i bramy zamku, skoro już wprowadził podejrzaną dziewczynę tylnymi drzwiami, wyrzuciłby Bellę bez żadnego współczucia. Na wszystkich korytarzach byli nocni strażnicy, więc nie uniknąłby złych plotek, wypuszczając dziewczynę z pokoju o tak późnej porze; musiał ją przyjąć i zaoferować biednej, zmęczonej Belli własne łóżko na noc, sam postanowił uspokoić się na twardym łóżku, aby uchronić się od wszelkich pokus. 

Ale kłopoty powróciły, gdy nieodparcie zapragnął wziąć szklankę wody, którą Bella postawiła przy łóżku: była to jedyna szklanka wody w pokoju, a pragnienie zmusiło go do wstania i zobaczenia Belli, która rozgrzana głębokim snem, leżała w zniewalającej pozie, zarumieniona i szybko oddychająca. Nigdy wcześniej nie kontemplował takiego piękna, a sam nie mógł zrozumieć, dlaczego pił swoją wodę tak długo i nie mógł odpędzić samotnej muchy, która natrętnie lądowała na tym śpiącym aniołku; w końcu przepoiło go szczególne uczucie religijne, które do tej pory znajdował w  retoryce poetów rzymskich. 

Leżała przed nim ucieleśniona Wenus; cicho szeptał do niej Horacjańskie wersety i kto wie, dokąd zaprowadziłaby go finezyjna szkolarska mądrość, gdyby, porwany rolą Adonisa, nie ujrzał w lustrze swojej tonsury i siwych włosów. Zadrżał, wydawało mu się, że zobaczył świętego, który upił się przed śmiercią. Wzdychając, położył się na swoich twardych deskach, ale nie mógł zasnąć ponieważ obsesyjne myśli, raz skruszone, raz grzeszne, nie opuszczały go; dumał, jak wydostać się z kłopotów, jak pozbyć się Belli i jednocześnie zaopiekować się nią, bo wydało mu się, że nie może się z nią rozstać. Wędrując po pokoju, zobaczył ubranie chłopca, który służył mu przez długi czas, ale w końcu został przez niego przepędzony za zbytki; uznał, że w tym przebraniu należy niepostrzeżenie wyprowadzić dziewczynę z zamku. 

Kiedy Bella się obudziła, przetarła swoje wielkie oczy, ze strachem zapytała, gdzie jest i miała się rozpłakać, ale dobry stary człowiek ją uspokoił. Przeczytał nad nią Ave Maria, co pobożnie powtarzała za nim, po czym powiedział, że musi być cierpliwa i że jego sumienie nie pozwala mu zaprowadzić ją do arcyksięcia, ale zaopiekuje się nią, jeśli obieca dotrzymać tajemnicy. Jego były sługa przychodził rano i wieczorem, aby załatwić różne sprawy; gdyby zgodziła się przywdziać jego ubrania, mogłaby mu zapewnić te same usługi, bo aroganccy dworscy lokaje źle mu służą. 

Bella zgodziła się na wszystko, ponieważ w takim przebraniu miała okazję zobaczyć arcyksięcia i to było jej jedyne pragnienie. Powiedziała, że zamierza wrócić do wiejskiego domu i tam się schronić; wie, jak nadać swojej skórze tak ciemny odcień różnymi sokami z warzyw, że nikt nie pomyli jej z dziewczyną. Adrian potrafił docenić mądrość jej ludu w tym, co mówiła, ale nadal obawiał się jakiejś zdrady i odetchnął z ulgą dopiero wtedy, gdy zobaczył, jak wychodząc z zamku, szła przez plac, na którym bawili się chłopcy; zaczęli ją wołać, myśląc, że to ich kolega, były sługa Adriana. 

Pozbywszy się wszelkich obaw pośpieszył do arcyksięcia i stwierdziwszy, że nadal śpi, po nieprzespanej, jak wiemy, nocy, tarmosił go za ramię i wygłaszał kwiecistą reprymendę na temat lenistwa: w nim, jak w bezdennym morzu, cnota nie ma gdzie rzucić kotwicy i uciec od śmierci; wieczorem nie chciał mu przeszkadzać, bo do czas północy najlepszy jest na sen, kiedy jedna godzina jest cenniejsza dla ciała i duszy niż dwie po; teraz zaś, kiedy słońce świeci bezpośrednio w nozdrza młodzieńca, chrapanie jest wysoce nieprzyzwoite. 

Mógł takie przemówienie ciągnąć godzinami, a książę odwracał się z jednej strony na drugą, nie myśląc o przebudzeniu, tak że czcigodny starzec w końcu odszedł niezadowolony i zaczął przemawiać do Cenrio, że ma niezbite dowody świadczące przeciw rzekomemu dziełu Piotra Lombardo, znalezionemu przez niego w Bejk i jest ono albo fałszywe, albo odnosi się do tego okresu z życia filozofa, kiedy rozstał się ze swoimi ideami i stracił geniusz. 

Cenrio udawał, że jest niezmiernie zdziwiony; w duchu łotr śmiał się z faktu, że książka wyciągnięta ze śmietnika spowodowała tak wiele badań naukowych; potem zapytał Adriana o cudowną kombinację zodiaku, którą zaobserwował w Bejk, a Adrian wyjaśnił mu, że tej nocy na Wschodzie narodził się potężny władca, ale gdzie dokładnie, na razie nie dowiedział się. Cenrio pomyślał, że w tej materii jest znacznie lepiej poinformowany, ale inne wydarzenia były mu nieznane, lub tak mu się pomieszały, że nie mógł ich złożyć w sensowną całość, być może dlatego, że układały się tylko w asonanse; nie wiedział, co się stało z golemem Belli, nie wiedział również, czy prawdziwa Bella spotkała się ze starszą panią Braque, która zostawiła ją w ramionach arcyksięcia. To wszystko były sprawy, o których z powodu braku czasu i stałej obecności świadków nie miał jeszcze okazji porozmawiać z arcyksięciem. 

Po tym jak stary prałat wyszedł z pokoju ze słowami: – "Interesujące. Interesujące! Dużo bym dał, żeby się dowiedzieć, kim jest to cudowne dziecko." – Cenrio wyjawił księciu czym się martwił, a ten był niemniej zmartwiony wrażeniem, że nawet w ogniach rozkoszy nie przestał tęsknić za inną, jakby zagubioną Bellą. 

– Oczywiście, zgubiła się ta, którą kochałem, która u progu mego życia zniknęła, jak rozprasza się delikatny promień świtu w pełnym świetle słońca; zamiast jej boskiego obrazu obejmowałem ziemską istotę, która budzi we mnie namiętność, ale serce jej nienawidzi. Och, dlaczego oczy milionów są skierowane na mnie! Gdybym był biednym pielgrzymem, błąkałbym się po świecie, wiatry słuchałyby moich żałobnych pieśni i wyruszyłbym na poszukiwanie tej, do której należę na zawsze, ale gdybym jej nie znalazł, skryłbym się samotny z moim smutkiem w cichych kaplicach klasztoru Montserrat! O tym marzę, Cenrio, a skoro nie mogę tego osiągnąć, odmawiam spełnienia nadziei, których oczekuje ode mnie świat! 

Cenrio należał do tych błędnie myślących doradców dworskich, którzy chcieliby uchronić powierzone im młode życie przed każdą poważną myślą, jak przed przeciągiem; uważają, że należy kształcić młodzież w przyjemnościach, ale jak mało przyjemności jest dostępnych księciu, a ile musi się wyrzec! Żart pozostaje za drzwiami, podczas gdy w zamku panuje powaga, tak samo smaczna, jak stare ciastko. Cenrio obiecał arcyksięciu zebrać w Bejk wszystkie informacje niezbędne do rozwiązania zagadki i pośpiesznie tam wyruszył.

  


39.

O tej porze przybył do zamku zawezwany Korneliusz, któremu arcyksiążę kazał się zgłosić, gdyż, aby uczynić swoje wizyty u rzekomej Belli (u golema, jak wiemy) mniej niebezpiecznymi, obiecał dać jej mężowi pracę, pod warunkiem, że uzyska on od wielu wysokich rangą lordów świadectwo, że jest naprawdę mężczyzną.

Mały biegał przez cały ranek po mieście i otrzymał na piśmie opinie różnych panów na temat jego natury; zobaczył ze zdziwieniem, że we wszystkich wyrażano się warunkowo, niezbyt skrywając wątpliwości. Oto, co powiedział baron de Vanderloo: 

„Gdyby tylko siedział przy stole, można by go przedstawiać jako człowieka; ale nigdy nie powinien wstawać ze względu na nieproporcjonalnie małe rozmiary nóg, które sprawiają, że wygląda jak ubrany pies. "

Pan Meulen oświadczył, że:

„Byłby bez winy pod każdym względem, gdyby jego matka najwyraźniej nie rozgrzała swojego ciała czymś, co przypominało rozgotowany chleb, popękany i pomarszczony."

Hrabia Egmont ułożył rodzaj wojskowego okólnika:

„W niektórych przypadkach bardzo dobrze jest móc ukryć swoje siły przed wrogiem; Korneliusz mógł być z pożytkiem zatrudniony, gdyby został włożony do kieszeni żołnierza; oparłby muszkiet o jeden z guzików kurtki, a wróg byłby przerażony, gdyby zobaczył kule lecące z kieszeni przeciwników."

Takie i podobne recenzje z życzliwymi życzeniami sukcesu, składane mu przez każdego, do którego się zwracał, zostały teraz przedstawione młodemu arcyksięciu, który je przeczytał, ledwo powstrzymując się od śmiechu, a następnie obiecał, że wyznaczy mu stosowne stanowisko w nowym pułku, dla którego wymyślił specjalny rodzaj dźwięczących hełmów z przyczepionymi do nich dzwoneczkami i dobrze widocznych dzięki dwóm długim uszom po bokach. Dzieciak był zachwycony, że jego życzenia się spełniły; błazna widział tylko raz, w Bejk, a i to wziął go za żołnierza i rzucił się na niego ze szpadą. Dlatego, gdy arcyksiążę zapytał go o młodą żonę i chciał się z nią spotkać, alraun z szacunkiem zaprosił go do siebie. 

Na ten sam dzień zaplanowano uroczyste przyjęcie w domu Korneliusza. Pomimo rozczarowania minionej nocy, pomimo podejrzeń, że jakiś szyderczy duch wyśmiewa się z jego miłości, arcyksiążę czuł nieodparty pociąg do golema. To uczucie, któremu ledwie mógł się oprzeć, było sprzeczne z tym, co miał głęboko w sercu; było dlań oczywiste, że wymagało ono czegoś realnego, możliwego do spełnienia, podczas gdy pragnienie serca, jak sen rozpłynęło się w nieskończoności; w tej duchowej niezgodzie pragnienie owo, eteryczne, nieuchwytne, karmiące się wzniosłymi  doznaniami, wydawało mu się puste i mdłe przy tryumfalnej, zwycięskiej zmysłowości. Jedno z tych uczuć wymagało czegoś możliwego i konkretnego, podczas gdy drugie zagubiło się w nierealnych marzeniach na jawie.


40.

Tego ranka Bella ze smutkiem powędrowała do wiejskiego domu, mając nadzieję, że przedostanie się tam niezauważona znajomymi sobie ścieżkami. Ale niedaleko cmentarza spotkała nieszczęsnego Niedźwiedzią Skórę, który siedział na grobie i powoli przeliczał zarobione pieniądze; kiedy zobaczył Bellę, nie mógł powstrzymać łez, ujął jej dłoń i zapytał, jak się miewa jego ukochana panienka; od razu zauważył, że została zepchnięta na bok przez fałszywą lalkę, jej nędzną kopię, ale z obawy przed utratą służby nie odważył się nic powiedzieć. Bella poprosiła go, aby milczał, o tym co wie o drugiej Belli; po przyjęciu, jakiego doznała po powrocie do domu, poczuła przytłaczające obrzydzenie do Braki, do Korneliusza, do wszystkiego; odtąd nigdy nie zrezygnuje ze swej książęcej niezależności dla życia w mieście ze wszystkimi jego przymusami; chce znowu mieszkać w swoim starym domu, dopóki jej lud nie odzyska wolności.

Potem zapytała go, jak się sprawy potoczyły i dlaczego po przybyciu do Gandawy wieczorem go nie widziała; Skóra wyjaśnił, że został wysłany przez fałszywą Bellę, aby wprowadzić przez tylne drzwi arcyksięcia, który się z nią umówił. Na te słowa Bella zasłoniła usta Niedźwiedziej Skórze; nie chciała dalej słuchać, jak ta ohydna oszustka odebrała jej ostatnią na ziemi pociechę – miłość arcyksięcia. Smutek ścisnął jej serce i dopiero gdy łzy popłynęły z oczu, poczuła, jakby kamień spadł z jej serca; przytuliła Niedźwiedzią Skórę i nie puściła go przez dłużej niż godzinę; szczęście, że nikt nie przechodził tamtędy, bo ta scena przyciągnęłaby uwagę. 

Skóra, obliczając sobie, ile dni ma jeszcze do odbycia, zaczął z kolei opłakiwać swoją pozycję, ignorując nieszczęście Belli, ale jego łzy podobne były do wody na młyńskim kole, nie mającej nic z piękna wodospadu, tylko służącej do obracania maszyny. W końcu bojąc się przybyć zbyt późno do Gandawy i wreszcie chcąc pożegnać Bellę, na zakończenie spotkania zmiażdżył palcami robaczywą śliwkę, która spadła z pobliskiego drzewa i powiedział: – O ile szczęśliwszy jest ten robak niż my, ludzie! Im dłużej żyje, tym słodszy staje się owoc; jednego tylko nie rozumiem: po co siedzi zamknięty w swoim pokoju i unika przyjemności życia? 

Ten prosty żołnierz nie widział, że w swoim ciułactwie nie daleki jest od robaka, który żeruje w szlachetnych owocach. Bella była zbyt zasmucona, żeby mu to wyjaśniać, ale uwolniła go z uścisku, a on pospiesznie ją opuścił, święcie obiecując na pożegnanie, że za niewielką opłatą przyjdzie każdego wieczoru i przyniesie jej, co będzie potrzebować. 

Nie zastanawiała się, czego może potrzebować, bo brakowało jej wszystkiego. Zobojętniała na świat cały i nie dbając o żadne środki ostrożności, udała się do starego domu z duchami i otworzyła drzwi znanym jej od lat sposobem.  Nie przeszkadzały jej żadne myśli o zmienności losu; odkąd arcyksiążę przestał ją kochać, czuła się całkowicie zhańbiona, pozbawiona wszelkiej pewności siebie i godności; była gotowa o nim zapomnieć, ale jednocześnie martwiła się, gdzie on jest teraz. 


41.

Myśl o nim, nawet bardziej niż głód, zaprowadziła ją wieczorem ponownie do zamku, gdzie jednak zastała pokój Adriana zamknięty,  gdyż odbywała się w nim pełna sporów debata prałatów. Kiedy stała niezdecydowanie w ciemnym korytarzu zamku, nadszedł arcyksiążę i w przyćmionym świetle wziął ją za byłego sługę Adriana; od dawna przywiązywał  chłopca do siebie różnymi drobnymi prezentami, toteż wezwał ją, żeby wzięła pochodnię i zapaliła ją, by oświetlać drogę do domu Korneliusza. Bella pospiesznie wykonała polecenie, zapaliła pochodnię i poszła przodem. Arcyksiążę był bardzo podekscytowany: jego tajemniczy przyjaciel wrócił z Hiszpanii z wiarygodną wiadomością, że dni jego dziadka są policzone; na próżno próbował on uniknąć śmierci, przenosząc się z jednego miasta do drugiego. Medycy Carvajal, Zapara i Vargas ostatecznie ogłosili mu zbliżającą się ostatnią godzinę, a on i chcąc naprawić swoją niesprawiedliwość w stosunku do Karola, uznał prawowite jego dziedzictwo za niepodważalne. W magnetycznym kręgu bliskiego panowania, władczy duch Karola nie mógł się uspokoić, jak igła kompasu podczas zorzy polarnej; był tak pochłonięty myślami, że nie rzucił ani jednego spojrzenia na Bellę; nie zwracając na nią uwagi, podążał za światłem pochodni i przy wejściu do domu kazał Belli czekać na jego powrót. 



Biedna Bella! Zgasiła pochodnię jak dobry, lecz bezradny anioł, który nie może ustrzec podopiecznego. Wyniosła postawa i ton arcyksięcia odebrały jej całą odwagę i nie odważyła się powiedzieć doń ani słowa; rozpaczając w duchu, że nie wie, jak odzyskać jego miłość, pogrążyła się w cichej zadumie; stała pod bramą, pogrążona w rozpaczy za utraconą miłością, gdy z bolesnej zadumy wyrwały ją dźwięki muzyki.

Słowa piosenki, w której grajkowie prosili o jałmużnę, zatrzymując się pod oświetlonymi oknami domu nie docierały do niej; wspomniała, jak wybawili ją z rąk starej Nitken i ze wspomnieniem wracał w jej sercu lęk, jakiego wtedy doświadczyła; drżała o swoją przyszłość, a jednocześnie nie wiedziała, co jeszcze ma do stracenia. 

W ludziach przeznaczonych przez najwyższą Prawicę Niebios do wielkiej sprawy, a którzy jeszcze nie są tego świadomi, żyje wewnętrzna siła, która ich tłumi, a która może sprawiać na innych wrażenie nieśmiałości; przewidując swe przeznaczenie, boją się wpaść w opresyjną siłę występku i tylko mocna, świadoma wiara może, pośród zgiełku życia, dać im odwagę i pewność, które nigdy nie opuszczą ich w wielkich wydarzeniach życia.


42. 

Bella, pomimo całego upokorzenia, wciąż czuła w sobie silną wolę. Bała się jednakże swojej bezradności, bała się tego, co może się jej przydarzyć w tłumie ludzi błąkających się nocą po wielkim mieście; schroniła się między kolumnami zaniedbanej i nieoświetlonej  kapliczki Matki Bożej, która stała obok jej dawnego domu,. 

Trupa muzyków, która śpiewała pod bramą, bardzo się różniła od niegrzecznych włóczęgów na jarmarku. Nie byli żebrakami, ani złodziejami, ale młodymi ludźmi z różnych klas, którzy wieczorami zbierali się ze swoimi lutniami i śpiewali wszelkiego rodzaju pieśni. To, co dostali, albo tracili na hulanki przed powrotem do domów, albo dawali dziewczynom, które można było namówić na spacer z nimi. Śpiewacy cieszyli się taką sławą w miastach, że rodzice nie mogli wieczorem położyć dzieci do łóżek, zanim ich orszak nie przeszedł obok domu; niektórzy chłopcy lubili biegać za bębnistą, który wieczorami obwieszczał zamknięcie bram miasta, ale wszystkie dziewczynki wolały słuchać śpiewaków. 

Wiele piosenek, wesołych i smutnych, prześpiewano niedaleko od ukrytej Belli, a jeden z wędrownych muzyków zatrzymał się przed obrazem w kapliczce, tak że światło z okien domu rozświetliło jego smutną twarz; zaczął śpiewać piosenkę znaną wszędzie w tamtych czasach, być może zdradzając wzruszającą intonacją swój własny los: 


Czarna noc - na nieboskłonie,

Gwiazdy toną w ciemnym łonie,

Łzy me płyną niewidocznie,

Miłej mej nie widzę w oknie.

Słychać dzwonu uderzenia,

Smutne w duszy urojenia.

Nie została moją żoną,

Przy jej trumnie świece płoną.


Zamilkł, zarzucił płaszcz na ramię, z przenośnej lampy wyjął płonącą świecę i postawił przed obrazem Matki Bożej, po czym zanucił inną piosenkę:


Zabłąkałem się w szerokim świecie,

Matko, ojcze, gdzie jestem, nie wiecie,

Matce Bożej zapalam światełko,

Na niebiosach Bóg Ojciec daleko.


Kiedy światło padło na młodego mężczyznę, Bella przypomniała sobie, że widziała go więcej niż raz przed swoim domem, przypadkowo wyglądając oknem na ulicę. Nie bez powodu uważała siebie za przyczynę jego smutku, ale ta wierna miłość pozostała jej nieznana, podczas gdy ukochany jej serca, któremu tak bezinteresownie się oddała, oszukał ją i opuścił beztrosko. Czy nie powinnna podarować swej miłości temu śpiewakowi, choćby jako jałmużnę? Była już gotowa wyjść ku modlącemu się młodzianowi, wyjawić, kim jest i wyrzec się obowiązku i swego ludu, gdy wtem księżyc, jak światło latarni morskiej, wyłonił się zza piramidalnej wieży dzwonnicy, której kształt przypomniał Belli piramidy w Egipcie i pomyślała o swoim wędrownym narodzie, a te myśli przyćmiły jej własny nieszczęsny  los. 

W tym czasie zbliżył się inny chłopiec, który podchodził do wszystkich z talerzem oświetlonym przymocowaną świecą, a na nim, jako prezenty dla dzieci, leżało kilka gruszek i jabłek zaoszczędzonych z obiadu. Bella poczuła, jak bardzo dokucza jej pragnienie i myśląc, że chłopiec proponuje poczęstunek, wzięła kilka gruszek. Chłopiec spojrzał na nią zdziwiony, po czym poprosił o zapłatę. Zawstydzona, sięgnęła kieszeni, chcąc znaleźć w nich pieniądze, ale wyciągnęła tylko guzik, zapomniany przez byłego służącego. Kiedy położyła go na talerzu, chłopiec zaśmiał się i zawołał do siebie całe wesołe towarzystwo. Od razu zdecydowali, że jeśli nie ma czym zapłacić, to powinna z nimi zaśpiewać na ulicy. Bella prawie umarła ze strachu; wszystkie piosenki wyleciały jej z głowy, ale już została pociągnięta gwałtownie ku towarzystwu, aż uderzyła stopą w kamień i ból przypomniał jej piosenkę: 


Kto uderzy się o kamień,

Skacze z bólu i płacze,

I och i och,

Nazywasz to tańcem?

Kogo spalił płomień miłości,

Wypełnia niebo wzdychaniem

I och i och:

Nazwiesz to śpiewaniem?

Jak mam cię, bólu, wyśpiewać,

Kiedy spala mnie moja krew?

Próżno swoje serce otwierasz,

Gdy stracona i miłość i cześć.


Bella śpiewała te słowa ze ściśniętym gardłem, z taką tęsknotą, że smutny chłopiec wstał z klęczek pod kapliczką ze łzami w oczach i wszystko z talerza, owoce i pieniądze, wsypał jej w kieszeń, a gdyby rozpoznał ją pod chłopięcym przebraniem, oddałby jej siebie samego. Biedny student poczuł, nie wiedząc dlaczego, duchową ulgę po swoim dobrym uczynku. Skromność nie pozwoliła mu spojrzeć w oczy osobie, która przyniosła mu ukojenie, a potem sam zaśpiewał, odciągając wesoły tłum od ubogiego służącego, za którego wziął Bellę. 


43.

Bella znów została sama; kwiaty pachniały tak delikatnie, a Matka Boża patrzyła na nią z taką miłością, że w jej spojrzeniu czytała przebaczenie jej ludowi.

– O Matko Boża, – jęknęła, – czy przebaczyłaś nam nasz grzech? Czy przyjmiesz nas na swoje łono, nas, którzy cię wygnali? – Wtedy wydało jej się, że Matka Boża z czułością kiwa ku niej głową, a jej serce utonęło w pobożnej kontemplacji, tak że prawie nie słyszała, kiedy około północy zaczął się po przyjęciu u Korneliusza rozpraszać hałaśliwy tłum. Dwaj podpici paziowie arcyksięcia wyszli z domu papląc między sobą, o tym, jak paskudnego karzełka, gdy zasnął, uśpiony sokiem makowym, położyli pod piecem, i za ręce i nogi przywiązali do czterech nóg pieca. Przeszli obok Belli, nie zauważając jej; kiedy w końcu świeca studenta zgasła, zdało się jej, że odpłynęła do innego świata, chociaż jej oczy były nadal szeroko otwarte. Ujrzała na swoich kolanach dziecko, które wyglądało jak arcyksiążę, a tłumy narodów kłaniały się przed nim; zatraciła się zupełnie, zaślepiona tą wizją. 

Wybudził ją z ekstazy słodki dla niej głos arcyksięcia:

– Cóż to, obudź się, chłopcze, zapal pochodnię i oświeć mi drogę!

Chwiejnie podniosła się i zobaczyła golema Bellę, która owinięta czarnym płaszczem, stała w drzwiach ze świecą w dłoniach, patrząc, jak arcyksiążę odchodzi. Dla niego zmysłowe doznania znaczyły teraz więcej niż wyższe  obowiązki i miłość. Książę odwrócił się do golema i powiedział: – Jutro wieczorem znów będę z tobą, pojutrze też, i przez wszystkie noce, a nawet dni, gdy zostanę wolnym władcą potężnego ludu, który tak jak my zapomni w radosnych przyjemnościach o bezsensie życia.

– Nie zapomnij o perłach, które mi obiecałeś - powiedział golem. 

Bella zapaliła pochodnię. Nie zdążyła nałożyć beretu na włosy,  tylko zakryła płaszczem chłopięcy strój i nagle książę rozpoznał ją, przypominając sobie, że tak okrytą płaszczem widział ją o świcie w Bejk; zadrżał ze strachu, zakrył twarz dłonią i zawołał.

– Wielki Boże, ależ one są dwie!

– Ty znowu tu jesteś, maszkaro boża? Więc znowu muszę drżeć o swoje życie? – krzyknął golem i rzucił się do Belli, chcąc przebić ją złotą spinką do włosów, ostrą jak sztylet, ale arcyksiążę, przed którym straszna prawda, do tej pory niewiarygodna, w jednej chwili została ujawniona, powstrzymał golema, chwytając za rozwiane włosy i wtedy zobaczył napis „emet” na czole, szybko zmazał pierwszą sylabę i w tej samej chwili gliniana kukła rozpadła się w pył. 

Zdarza się, że pracownica, wykopująca  z dołu piasek, zostanie gdzieś wezwana i rzuci swój płaszcz na usypany stos, aby urobku jej nie zabrano, tak teraz czarny płaszcz golema leżał jak szmata na bezkształtnej stercie ziemi. Ale ani książę, ani Bella nawet nie spojrzeli na to.




Arcyksiążę szybko chwycił Bellę, aż pochodnia wypadła jej z rąk; pobiegł z dziewczyną do pobliskiego źródła, gdzie zanurzył twarz i dłonie w czystej strudze, aby zmyć wszelkie ślady kontaktu z ohydną glinianą kukłą.  

Oczyszczony kąpielą, pocałował ukochane usta swojej prawdziwej Belli, wyznał jej wszystkie swoje straszne urojenia i poprosił ją, aby opowiedziała mu, co się z nią stało i dlaczego  nosi chłopięcy strój. Bella odzyskała swój zgubiony skarb, ale czuła niepokój i starała się wyglądać na wesołą i radosną. Karol też był wesoły, ale i on starał się, aby ten nastrój przeważył nad złością z powodu popełnionych błędów.

Łączyły ich te same, co przedtem uczucia i więzy, ale nie miały już tej pierwszej świeżości kwietnego pyłu, który kontakt ze światem usuwa z niewinnych dusz; tak bywa ze szlachetnym winem, gdy do wypełnienia beczki dolejemy nieco gorszego; nie traci ono klarowności i smaku, ale nie jest już czyste.


ZAKOŃCZENIE

W opowieściach Belli najbardziej zaciekawiła Karola przygoda ze starym Adrianem; zadumał się i właściwie nie słuchał niczego innego;  zwierzenia o niewymownym smutku, o pokorze wobec losu i tęsknocie za Egiptem pozostały ukryte w jej duszy. Młody książę, zaabsorbowany radosnymi przeczuciami bliskiej władzy, ostygł na chwilę w miłosnych zapałach i przemyśliwał, jak zakpić z Adriana; najlepiej czułby się, gdyby zdołał zakończyć uciążliwą kuratelę kardynała. 

Tego samego wieczoru planowano zebranie Rady Stanu; Karol namówił Bellę, aby pod koniec spotkania weszła do sali i wniosła skargę przeciwko Adrianowi o to, że ją zostawił bez opieki, i żeby zażądała procesu. Widząc arcyksięcia rozbawionego pomysłem, chociaż jej serce było zbyt ciężkie na takie żarty, czuła obowiązek zapomnienia o wszystkich żalach, zwłaszcza że arcyksiążę obiecał zaopiekować się nią i jej ludem rozsianym po świecie. 

Uzgodniwszy plan, po cichu wkradli się do zamku tylnymi drzwiami. Książę zaprosił Bellę na kolację, potem na odpoczynek w jego łożu i przez długi czas nie mógł się z nią rozstać, choć po raz pierwszy miał wziąć udział w konferencji o losach świata. W naradzie uczestniczyli Adrian oraz panowie Chevre, Wilhelm de Croix, jego siostrzeniec i Sauvage. Kiedy arcyksiążę wszedł do sali obrad, zauważył z pewną próżnością różnicę w sposobie, w jaki został powitany, gdyż każdy z dworzan zdawał sobie sprawę, jakie korzyści przyniesie mu rychła zmiana rządu. Dla nich Ferdynand, jego dziadek, był nie tylko chory, ale już martwy, pogrzebany i zapomniany.

Kiedy skończyły się debaty nad działaniami wobec Hiszpanii i wszyscy mieli się rozejść, Karol powiedział władczym tonem, że będąc od teraz samodzielny, jest zmuszony otworzyć proces wobec swojego byłego mentora Adriana, aby zbadać, czy sumiennie wypełniał śluby czystości. Wszyscy spoglądali po sobie ze zdumieniem, a Adrian, który nigdy nie słyszał księcia przemawiającego takim tonem i był pewien swojej niewinności, stracił spokój na tyle, że w gniewie  zaproponował poddanie się najsurowszemu trybunałowi. 

– Nie będziemy osądzać,  powiedział Karol,  wysłuchamy tylko świadków. 

To mówiąc, dał sygnał i Bella w stroju służącego kardynała nieśmiało weszła na salę. Zauważono, że kardynał w tej samej chwili mocno się zarumienił; nikt nie rozumiał, dlaczego pojawił się ten chłopiec, dopóki arcyksiążę nie zażądał od purpurata rzetelnej odpowiedzi na pytania: czy to był jego sługa? czy to chłopiec? czy wiedział, że to dziewczyna? czy ta dziewczyna spała w jego łóżku? 

Zdezorientowany Adrian nie mógł wypowiedzieć ani słowa; cała sofistyka, dotąd arcyskuteczna we wszelkich sporach, wyleciała mu z głowy. Bezradnie oświadczył, że nie ma zamiaru odpowiadać, ponieważ padł ofiarą jakiegoś spisku i jak widać drogo ma zapłacić za swoją dobrą naturę. Ani arcyksiążę, ani Bella nie mogli dłużej utrzymać powagi, widząc efekt żartu. Arcyksiążę, śmiejąc się, przytulił Bellę i zrehabilitował Adriana przed dworzanami, oznajmiając, że on sam wymyślił przyjęcie swej ukochanej do służby, aby mieć ją bliżej siebie. 

Kardynał westchnął z ulgą. Panowie gratulowali arcyksięciu pomysłowości w miłosnych kłopotach, ujawnionej w tak młodym wieku, a Chevre, który chętnie uczyniłby Karla kochankiem swojej żony, aby jeszcze bardziej nim manipulować, głośno zapewniał, że w przyszłości nigdy nie zostawi swej żony sam na sam z arcyksięciem. Karol poprosił Bellę, aby udała się do Madame de Chevre, która mieszkała w zamku, i nakazawszy ubranie jej w szykowne stroje, wróciła z nią do sali obrad; on sam musi podpisać kilka dokumentów w związku z wyjazdem Adriana. 

Te papiery były tylko pretekstem, żeby zyskać trochę czasu do namysłu; przeciwstawne pragnienia walczyły w jego duszy. Martwił się pytaniami: do czego zobowiązuje go miłość, a do czego pozycja władcy; czy poślubienie księżnej Egiptu nie zachwieje jego tronem? Nie podjął jeszcze żadnej decyzji, gdy w sali pojawiła się Bella w towarzystwie Madame de Chevre. 



Ubrana była w lśniącą srebrną suknię, której wzory sprawiały wrażenie, że dziewczynę obsypano szkarłatnymi kwiatami, miała też małą złotą koronę na głowie; ogólny podziw wywołała pewną siebie postawą damy z najwyższych sfer, więc Sauvage i Croix zaczęli głośno szeptać, że jest księżniczką, którą Karol potajemnie zdecydował się poślubić. Karol skłonił się przed nią, poprowadził ją na honorowe krzesło, ale nie mógł wypowiedzieć słowa z podniecenia. 

Chevre zauważył wahanie księcia i chcąc sprawić mu przyjemność oraz dać czas na ochłonięcie, podszedł doń i powiedział, że Adrian pośpiesznie wyszedł, ponieważ strach o dobre imię wpłynął na stan jego żołądka i kiszek. Ten zabawny sukces jego żartu rozwiał niepokoje Karola. Walka uczuć wydawała mu się nieistotna i niepotrzebna. Możliwe, że wyczerpanie kłopotami ubiegłej nocy także go dotknęło, gdyż zwrócił się do otaczających go osób ze słowami: 

– Oświadczam uroczyście, że Izabellę, córkę Michała, księcia Egiptu, czynię dziedziczką tego kraju, a jako władczynię wszystkich Cyganów na wszystkich ziemiach po tej i po drugiej stronie morza, upoważniam ją do wysłania ich do ojczyzny w Egipcie, pod warunkiem, że ona sama pozostanie tutaj jako nasza ukochana.

Bella, która prawie nie słyszała słów jego przemówienia, patrzyła na niego z miłością, starając się jednocześnie zachować postawę i godność, ale na ostatnie słowa rzuciła mu się na szyję; teraz Karol już nie musiał się martwić, że Bella zażąda małżeństwa i pocałował ją z wielką czułością. 

Obecni poprosili o pozwolenie ucałowania jej ręki, zaś Chevre, próbując uprzedzić życzenia swojego pana, wstawił się za udzieleniem jego żonie łaski goszczenia księżniczki Egiptu, dopóki nie będzie miała własnego pałacu. 

Karol łaskawie wyraził zgodę i wszyscy rozeszli się późnym rankiem. Ptaki śpiewały, a mężowie Rady Stanu poszli do łóżek. Karol wyciągnął się na ławce w zamkowym ogrodzie, gdzie Bella widziała go z okna swojego pokoju i długo nie mogła zasnąć. 

Tego samego rana w domu pana Korneliusza zapanowało wielkie zamieszanie; budząc się z ciężkiego podchmielenia, korzenny ludzik zaczął tak głośno bredzić pod piecem, że domownicy uciekali w nocnych koszulach. Wszyscy wciąż byli mniej lub bardziej pijani, dlatego nikt nie opiekował się panem domu; nawet Niedźwiedzia Skóra nie był w stanie tej nocy pójść do swego grobu, aby przeliczyć skarby. 

Karzełek, wciąż przywiązany za ręce i nogi do pieca, kołysał się w powietrzu i widział pod sobą mozaikę, przedstawiającą morze ze statkami, więc wyobraził sobie w pijackim zamroczeniu, że ​​leci nad falami i głośno się przechwalał umiejętnością latania. Kiedy sznurki odwiązano i nosem walnął  w twarde morze, był przekonany, że utonął. Po wydobyciu się z głębiny  i oczyszczeniu długo nie mógł otrząsnąć się ze śmiertelnych lęków.

Potem powstało nowe zamieszanie, gdy okazało się, że nie ma jego żony, a jedynym po niej śladem było niezasłane łóżko. Jej zniknięcie stanowiło zagadkę dla wszystkich, nawet dla starej Braki i pokojówki, która znała zaledwie niektóre okoliczności sprawy. 

– Na Boga, została zabrana do nieba ze względu na jej cnotę! Okno jest otwarte! – zawołała Braka, a mały korzeń, wytrzeszczając oczy, zaczął się rozglądać po niebie w nadziei, że ujrzy w chmurach parę nóg. 

Kiedy zobaczył przed domem płaszcz swojej ukochanej, zakrywający stertę zwykłej gliny, poczuł, nie wiedząc dlaczego, taki przypływ miłości do tej ziemi, jakby to była ta utracona w której wzrastał; starannie zebrał wszystko co do grudki, zaniósł do swojego pokoju i próbował ulepić postać, która wyglądałaby jak jego umiłowana. To zajęcie nieco go uspokoiło.

Braka pocieszała się myślą, że arcyksiążę gdzieś schronił kochankę. Rozesłano niebawem niezliczonych posłańców, aby przeszukali cały kraj i pytali o miejsce pobytu lub przynajmniej o drogę, po której uciekła zaginiona. Jednak nikt nie dostarczał żadnych informacji, aż w końcu Braka, zdecydowawszy, że nie ma już co oczekiwać korzyści z miłości arcyksięcia do golema Belli, poinformowała Korneliusza, że jego zaginioną żoną z pewnością jest Izabella, księżniczka Egiptu, przebywająca na zamku, dzięki której wszyscy Cyganie otrzymali prawo do wolnego wędrowania i zarabiania na własny chleb. 

Mały człowieczek najpierw oniemiał ze zdumienia, po czym przypasał szpadę i rzucił się do zamku, aby zażądać wyjaśnień od arcyksięcia.  

Karol przyjął go łaskawie, wysłuchał, powiedział, że wezwie księżniczkę do odpowiedzi i polecił zwołać naradę. Maluch był niezwykle dumny, że wywołano z jego powodu tyle zamieszania; przemawiał na rozprawie z tak rycerskim animuszem, zachowywał się tak arogancko i był tak zaślepiony, że ledwie rozpoznał Isabellę, gdy w czerwonej, aksamitnej sukni, pokrytej gronostajem i w towarzystwie Madame de Chevre w adamaszkowej sukni, na której wizerunki Adama i Ewy pod jabłonią utkano z przodu, weszła do sali i zajęła miejsce obok księcia. 

Arcyksiążę poprosił pana Korneliusza Nepota o złożenie skargi. Nasz powód nie na próżno pobierał lekcje retoryki i zamierzał wszystkim to pokazać i udowodnić; żałosnym tonem odwołał się do współczucia małżonków wśród obecnych, mówił o szczęściu nowożeńców i błogosławionym, beztroskim spokoju, w którym wszystkie aspiracje znajdują swój owoc, i który przerywają jeno wysiłki dziewiczej siły, by zrodzić w eksplozji niezakłóconej namiętności potomstwo pierworodne tak piękne, jak to możliwe;

Maluch kontynuował: – A jak opiszę cały mój smutek tamtej nocy, gdy skradziono mi szczęście życia, gdy pływałem w niespokojnym, szerokim oceanie na mym łożu, rozbijanym falami; oczywiście to był omen losu mojego łoża małżeńskiego; dlaczego się wtedy obudziłem? Jak orzeł rozpościerający skrzydła, szybujący nad morzem kontemplowałem niebo, co niewątpliwie oznacza przywrócenie mi szczęścia. (...)

Następnie i on i Braka przesłuchiwani wnikliwie i formalnie przez Cenrio, przyznali w końcu, że mieszkają w mieście pod przybranymi nazwiskami. Jednak żadne z nich nie chciało zrezygnować z roszczeń do Belli, zażądali więc wezwania księdza, by potwierdził ceremonię zaślubin. 

Bella nie mogła dłużej się powstrzymywać; z oburzeniem spytała ich, czy zapomnieli, jak wyrzucili ją z domu i czy zasłużyła na to od malucha, którego własnym wysiłkiem przekształciła z bezkształtnego korzenia w małego mężczyznę. 

Maluch i Braka znaleźli się w trudnej sytuacji; Braka zatem bez wahania stanęła po stronie Belli i oświadczyła, że wszystko mówiła ze strachu przed małym człowieczkiem, ale teraz przyznaje, że pod fikcyjnym imieniem Belli, jakaś inna osoba została żoną alrauna; prawdziwa Bella, obecna tutaj, to księżniczka, której służyła od dzieciństwa.

W zeznaniach Braka powiedziała też, że alraun ma zdolność wykrywania ukrytych skarbów i znalazł je więcej niż raz. Gdy usłyszał to pan Chevre, ze zwykłą sobie czujnością zwrócił się do arcyksięcia: 

– Sam Bóg posyła Waszej Wysokości ministra finansów w osobie tego małego alrauna, który może wzmocnić waszą przyszłą władzę. Niezależnie od kaprysów Stanów Generalnych, da on Waszej Wysokości środki do wykorzystania wszelkich sił dla waszej korzyści. Będzie duszą państwa; jego geniusz będzie w stanie pogodzić odwiecznie walczące boskie prawa i ludzkie pragnienia. Niech żyje arcyksiążę i jego minister Alraun! 

W tym momencie objawiła się w arcyksięciu owa przyszła mądrość, która potem kierowała wszystkimi jego działaniami; głową skinął łaskawie Chevre'owi i zastanawiał się, jak może przyciągnąć do siebie tę pożyteczną istotkę. Jego przychylność i zaufanie do Chevre'a zdecydowanie wzrosły. 



Arcyksiążę bardzo ciepło spoglądał na malucha, gdy wszedł  Niedźwiedzia Skóra, który przyniósł porzucone ubrania i rozpoczęty posążek golema Belli. Alraun obiecał biednemu pół-człowiekowi, że odda mu wszystkie pozostałe skarby, jeśli złoży przysięgę, że jest tylko jedna Bella i że ona tajemniczo zniknęła po ślubie, pozostawiając kupę gliny owiniętą w jej sukienkę i płaszcz; ponadto musiał przysiąc, że znał rodziców, Alraunów, których poważano w gminie Hadeln jako dobrych chrześcijan ze szlachetnej, starożytnej rodziny. 

Od czasu do czasu alraun spoglądał na Bellę tak gorąco, że arcyksiążę bał się, że wyrwie żar z jej oczu, aby rozognić nim swój twór. Obawiał się również, że alraun znów wrośnie w glinę i powróci do pierwotnego stanu rośliny, zabierając ze sobą w głąb ziemi talent do wydobywania skarbów. I on i Bella dawno zgadli, że glina to śmiertelne szczątki golema i patrzyli na nie z przerażeniem.

Wysiłki malucha, aby stworzyć jej podobiznę z gliny, nie rozśmieszyły Belli. Dobre jej serce współczuło mu; poprosiła o jak najszybsze zakończenie przesłuchania, bo przecież musi winić sama siebie za jego nieszczęśliwy los, gdyż to jej nieroztropna ciekawość sprawiła, że ​​wyszedł na świat z ciemnego łona ziemi. 

– Powinienem był tam zostać, – zawołał niezręcznie mały człowieczek, zapominając o swoich zaprzeczeniach. –  Krety, robaki i mrówki nie skrzywdziłyby mnie tak bardzo, jak wy.

De Chevres oświadczył, że to wyznanie jest wystarczające i opuścił salę wraz z innymi dworzanami. 

Arcyksiążę uspokajająco poklepał alrauna po ramieniu i powiedział mu, że musi poważnie przemyśleć różnicę między jego pochodzeniem z korzenia, a pochodzeniem Belli z książęcej rodziny; że oczywiście, nie mógłby być mężem Belli, ponieważ, jak mówi Biblia: niech żona boi się swojego męża, a ludzie, którzy są jej posłuszni, nigdy nie tolerowaliby mandragory u jej boku; że byłoby możliwe, i o wiele lepiej dla niego związać się z nią morganatycznym małżeństwem, mieszkać w tym samym domu, ale bez dzielenia z nią stołu lub łoża. Jednak aby zasłużyć na tak wysokie wyróżnienie, musi z niestrudzoną gorliwością odszukać wszystkie ukryte skarby i przekazać je jemu, arcyksięciu, jako patronowi przyszłego państwa cygańskiego. 

Maluch wykrzyknął: – Cudownie! Wskoczyłbym na szyję waszej wysokości, gdyby ta wysokość była niższa. Kiedy będę miał własną sypialnię, w końcu będę dobrze spał; do tej pory nie wiedziałem jeszcze, czym jest sen. Moja zmarła żona, nie dała mi chwili wytchnienia i kosztowała mnie dwoje zupełnie nowych oczu, które były z tyłu głowy i którymi bym wszystko przewidział, gdybym mógł je odzyskać. Wspólny stół z byłą żoną również nigdy nie był dla mnie szczególnie przyjemny; bez względu na to, jak bardzo protestowałem, zawsze brała dla siebie najlepsze kawałki, a jak nie siedziałem w bezruchu biła mnie gorącymi kośćmi, a także łyżką do zupy w twarz. 

Bella nie sprzeciwiła się propozycji fikcyjnego małżeństwa, więc arcyksiążę posłał po tego samego księdza, który już raz zaślubiał alrauna. Wieczorem, w obecności kilku bliskich arcyksięciu osób, odbył się ślub. Bella wybuchła płaczem podczas ceremonii; Karol czule zapytał ją o powód łez, a ona nie mogła podać nic innego niż fakt, że przypomniała sobie małego kotka, którego kiedyś utopiła z powodu alrauna i zapomniała odpokutować tego grzechu. Ponieważ okoliczność owa nie stanowiła przeszkody w ceremonii zaślubin, postanowiono uznać małżeństwo za zawarte, a maluch już tego samego wieczoru złożył arcyksięciu dowód wdzięczności, znajdując skarb monet i złotych łańcuchów w zapomnianej niszy zamku, ukryty tam od ponad dwustu lat. 

Gdy arcyksiążę został wieczorem sam na sam z Bellą, nieoczekiwanie dla siebie denerwował się wspomnieniem rozpadającego się w pył golema, a Bella ze swojej strony nie znalazła w sobie w pełni ufnego uczucia do Karola, więc oboje byli nawet zadowoleni, że ich łóżka nie stały tak blisko, jak w Bejk. 

Arcyksiążę pogrążył się w cudownym śnie: śniło mu się, że hiszpańscy magnaci, którzy nawet w obliczu króla ośmielają się nie zdejmować nakrycia głów, padali na twarz związani złotymi łańcuchami, które znalazł dla niego Alraun; marzył, że z tymi łańcuchami może prowadzić ze sobą wiele tysięcy żołnierzy, a gdziekolwiek się z nimi pojawił, wszędzie się przed nim kłaniano. 

W międzyczasie jego rywal do ręki Belli nie mógł zasnąć z podniecenia i znów pociągnęła go glina, jedyny skarb, jaki mu pozostał; natchniony szczęściem zabrał się do pracy z dużo większym sukcesem; temu, co uformował własnymi rękami z zachwytem dawał pierwszeństwo przed jakąkolwiek kobietą stworzoną przez Boga. 

Ale Bella doświadczyła największego szczęścia z ich trojga, kiedy o północy cudowne dźwięki przyciągnęły ją do okna. Usłyszała mowę swojego ludu, którego przywódcy rozproszeni po całym świecie przywędrowali teraz, gdy arcyksiążę przyznał im prawo swobodnego życia w Niderlandach, do ich księżniczki, aby przywitać ją nocną serenadą i przysiąc wierność i miłość aż do grobu. 

Spróbujemy przetłumaczyć serdeczne pozdrowienie cygańskiego ludu, ale najpierw powiedzmy jeszcze kilka słów o ich tańcu. Moczyli ręce i ubranie w roztworze fosforu, który w tamtych czasach był tylko im znany; świeciły one w chmurach mgły, kiedy dotykały się lub ocierały o siebie. W takim blasku brzmiała ich pieśń:  


Odkupienie dokonane,

Płomienie nas ożywiły,

Nasza królowa jest z nami,

A powrót jest bliski.

Obudź się kochanie,

Słuchaj naszych pieśni

Wdziej dźwięczącą koronę,

Podnieś berło,

Zabierz nas do Egiptu

Zgodnie z prawem królewskim,

Zgodnie z wolą Bożą!



Przyjdź do nas Bello,

Bądź z wiernym ludem,

Prowadź nas na wolność,

Odważnie opuść ten zamek!

Jego ściany są czarne,

Pokoje pełne zdrady.

A my tańczmy wesoło,

Bo dzisiejszego ranka

Wyruszymy w drogę,

Jak wędrowne ptaki.


Bella też należała do rasy ptaków wędrownych, których nic nie może powstrzymać, gdy słyszą w powietrzu głosy swoich braci, bez względu na to, jak czuła troska i miłość mogą ich otaczać. Przecież w krajach polarnych są takie nieszczęsne narody, które nie dają się uwieść żadnym radościom i wynalazkom naszej strefy i które widząc lotnego łabędzia wypływają na wody, wyobrażając sobie, że dojdą za nim do ojczyzny; a o ile silniejszy jest ten impuls u osoby wyższego stanu, kiedy, podobnie jak Bellę, ożywia ją dumne królewskie uczucie. 

Wyrosła w Europie, jak egzotyczny kwiat, który otwiera się tylko w nocy, bo o tej porze w jego ojczyźnie jest poranek. Pasja i tęsknota ogarnęły jej serce i nie mogła zmusić się do pozostania tutaj; kochała arcyksięcia, jak za dawnych czasów, ale odkąd pożądał innej, czuła, że ​​zabierze ze sobą jego pierwszą miłość w dal; dopiero teraz zdawała sobie sprawę, że wyimaginowane zaręczyny, choć nie naruszyły jej moralnej czystości, to jednak głęboko ją obraziły, bo jasno wynikało, że zamiary Karla, by ją poślubić, nie były tak święte i niezmienne, jak deklarował wcześniej, gdy mówił o jej królewskiej dumie. Co ją obchodziło jego pragnienie bogactwa? 

Ona znała tylko bogactwo ubóstwa, które posiada wszystko, ponieważ niczego nie potrzebuje; znała tylko swój lud, który gardził jakąkolwiek nagrodą od obcych władców i którzy traktowali akt jej oddania jako spłacony dług. 

Pomieszane uczucia walczyły w jej duszy, gdy podeszła do łóżka arcyksięcia i go pocałowała; jeśliby się obudził, nie mogłaby go opuścić, ale we śnie odepchnął ją od siebie: śnił, że złoty łańcuch, na którym prowadził ludy, coraz mocniej oplatał jego własne nogi, tak że zaczął się potykać się i, bojąc się we śnie upadku, odepchnął Bellę od siebie. 


Ale ona zrozumiała to inaczej, będąc w stanie wzburzenia; podbiegła do okna, wyskoczyła przez nie do swoich ludzi, nie zastanawiając się, jak jest wysoko nad ziemią; jej pokoje znajdowały się na pierwszym piętrze. Wędrowny muzyk, który tęsknił za jej miłością, gdy dowiedział się, że ona jest w zamku, też tam przyszedł i to on ją, spadającą, chwycił w ramiona, tak że szczęśliwie nic się jej nie stało.   

Cyganie pokłonili się królowej, włożyli jej koronę na głowę, wręczyli berło i niezauważeni przez strażników pomaszerowali w zupełnym milczeniu z nią i z wędrownym muzykiem poza miejskie bramy, gdzie dosiedli szybkich koni i ustronnymi ścieżkami, unikając wszelkich pogoni, wyjechali z Gandawy. 

Upiorne sny arcyksięcia o władzy, pochłaniającej jego złoto, rozwiały się w słonecznym blasku; szczęśliwie swój skarb zobaczył nietknięty obok łóżka,   dotknął go po cichu, aby nie obudzić Belli. Za oknami hałas z ulicy stawał się coraz głośniejszy, a Bella nadal się nie budziła; zawołał ją, spojrzał na jej łóżko  – było puste. Przestraszony przeszukał cały zamek, ale nie mógł jej znaleźć. 

– Czy zbiera kwiaty na poranny bukiet? Czy poszła na wczesną mszę, aby podziękować za swoje szczęście? 

Minęła cała godzina, a Bella nie wróciła; arcyksiążę bez skutku wypytywał strażników; wezwał Brakę, lecz na wieść o zniknięciu pięknej Belli stara Cyganka zaczęła tak rozpaczać  (wszystkie jej perspektywy na przyszłość legły w gruzach),  że nie zastraszona gniewną niecierpliwością księcia, zasypała go wyrzutami za okrucieństwo, jakie okazał wobec dziewczyny, poślubiając ją z alraunem, bo na pewno to, szlochała, doprowadziło ją do ucieczki. 

Zawstydzony książę milczał; czuł, że miała rację, że jego głupia rozwaga wyrwała mu najcenniejszą rzecz w życiu; czuł, że stara kobieta ma prawo patrzeć na niego z pogardą. Wprawdzie w gniewie rozkazał starej odejść, ale jeszcze tego samego dnia wyznaczył jej stałe utrzymanie, prosząc o pozostanie na dworze, aby miał z kim porozmawiać o Belli. 

Niezliczeni posłańcy rozesłani po całych Niderlandach wrócili z niczym. Znacznie później, gdy Izabela była już daleko ze swoimi Cyganami, dowiedział się książę, że w Czechach, w leśnych ostępach, urodziła małego księcia, który na chrzcie otrzymał imię Lorak (czyli jego imię mówione wspak) i że wędrowny muzyk, który zniknął wraz z Cyganami, dzięki łasce Belli, został jednym z ich przywódców, przybrawszy pseudonim Sleipner. 


A co się stało z rywalem księcia w miłości? Alraun dołożył wszelkich starań, aby odnaleźć ślad żony, która zaginęła po raz drugi, ale na próżno. Jednak spokój odzyskał wcześniej niż Karol, pracując niestrudzenie nad ukończeniem posągu pięknej Belli. Pewnego ranka Karol wszedł do jego pokoju i wydawszy z zdumiony okrzyk na widok niezwykle podobnego posągu, zaniósł go, ignorując błagania i groźby karzełka, do swojej komnaty. 

Kiedy dekorował posąg kwiatami, podziwiając go, mieszkańcy zamku usłyszeli okropny hałas w pokoju korzennego ludzika; zaczęło się od przekleństw malucha, ale wkrótce dało się słyszeć więcej głosów. Kiedy strażnicy wyłamali drzwi, rozległ się huk piorunu, a w pokoju rozniósł się smród siarki. Zamiast mandragorowego ludzika, znaleziono na podłodze rozerwany na kawałki korzeń. Kiedy go potajemnie chowano, Karol sądził, że się go pozbył, a wszyscy dworzanie myśleli, że został ostatecznie zniszczony; w rzeczywistości wściekłość zamieniła go w demona i wkrótce cesarz doświadczył, że nie łatwo się pozbyć jego obecności. 

Na próżno zmieniał rezydencje i stroje, na próżno przedsiębrał wyprawy aż do Afryki; kiedy już myślał, że się go pozbył to, gdy tylko jakaś zła żądza zawładnęła jego myślami, alraun natychmiast się pojawiał: w postaci świerszcza piszczącego za piecem, wskazującego, gdzie znaleźć pieniądze i okazję do realizacji kolejnego zamiaru; to znów w postaci pająka schodzącego z sufitu na biurko; w postaci ropuchy, która wyłaziła na ścieżkę, gdy przechadzał się po ogrodzie; brzęczał, latając pod postacią chrabąszcza; wieczorami i w nocy krzyczał głosem nocnego ptaka. Karol zbyt często słuchał jego głosu; demon zapewniał mu pieniądze, ułatwiał wiele przedsięwzięć, ale zarazem skracał czas jego życia i panowania; później świętym życiem, modlitwą i skruchą miał cesarz odpokutować za każde ze złych pragnień i działań. (...)

Przytłoczony wspomnieniami nieszczęśliwej, pierwszej miłości, postanowił ostatni zachód słońca w swoim życiu uczcić powrotem do Gandawy. Był tam przygotowany sarkofag; cesarz Karol V ułożył się żywcem do trumny pośród dzwonów, pieśni pogrzebowych i otoczony płomieniami świec; potem został przeniesiony do grobowca i tam, przez dach kościoła, zobaczył Bellę, która przyszła mu na spotkanie na polach wiecznych dumań, gdzie błędy ludzi opuszczają ich i rozpadają się w proch wraz z ich ziemską powłoką. Podszedł do niej, podając jej dłoń i wkrótce znalazł się w środku świetlistej jasności, w której  Isabella wskazywała mu drogę do nieba; kilka chwil później powierzył swoją duszę Bogu i umarł. (...)


Informacje o losach Izabeli zawdzięczamy słynnemu podróżnikowi Tauriniusowi, którego prawdziwe słowa cytujemy tutaj.

Był 20 sierpnia 1558 r., gdy wspaniała królowa Izabela wezwała swojego syna Loraka, dowódcę Sleipnera, oraz wszystkich dostojników i starszych wśród ludu do wejścia do wielkiej piramidy u źródeł Nilu, którą wzniosła dla siebie jako grobowiec.  Tego samego dnia jej ukochany Karol odbył swój uroczysty pogrzeb. Mówię, ponieważ wielokrotnie słyszałem tę historię, że ogłosiła, że ​​czuje się zbyt chora i zgrzybiała, aby rządzić krajem, więc gdy opuszcza świat, jest jej żarliwym pragnieniem i ostatnią prośbą, aby starożytny zwyczaj sądu nad zmarłym nie był odroczony aż do jej faktycznej śmierci cielesnej, ale aby wszyscy teraz, kiedy ona leży w trumnie, przeszli obok niej i wyrazili swoją opinię.(...)

Ksiądz, który opowiedział mi wszystkie szczegóły, przeczytał ze starego zwoju pergaminu, co się z nią stało i jak błogosławiona umarła podczas tego procesu. Odważyłem się przetłumaczyć tę historię na nasz ojczysty niemiecki, a jednak czasami brakowało mi copia verborum, czyli odpowiednich słów; oddałem więc moje tłumaczenie Mistrzowi Uzenowi, który znacznie je poprawił:

„Podczas procesu pogrążyła się w radosnym stanie kontemplacji. We mgle spowijającej piękny kraj, który stworzyła, najpierw pojawiły się przed nią pobliskie ogrody, w których bawiły się cicho szczęśliwe dzieci jej prześladowanego ongiś ludu; tryskały fontanny w miejscach, gdzie niegdyś na suchym piasku wygrzewały się krokodyle; czerwononiebieskie ptaki śpiewały tam, gdzie wcześniej syczały węże.

Nieco dalej zobaczyła zieloną łąkę usianą kwiatami; kołysząc dzwoneczkami jagnięta szły powoli przez trawy na pastwiskach, gdzie kiedyś śmierć chwytała każdą żywą istotę, która zapuściła się na bezdenne tu przedtem moczary. Widziała płynącą RZEKĘ, rzekę rzek, która sama jest jak błyszczący miecz, jak wypolerowany metal świata podniosłego; słychać było rytmiczny szum wioseł tam, gdzie dawniej na mieliznach ryby ledwie odważyły ​​się pływać.(...)

Miłująca Izabello! Widzieliśmy cię niewinną w małym kręgu twojej młodzieńczej miłości, dlaczego zatem mielibyśmy wątpić, słuchając opowieści podróżników, że obserwując cały świat z wysokości swojego tronu, pozostałaś tą samą dziewczyną?

Czyste, młodzieńcze życie! zwracamy nasze oczy na Ciebie i modlimy się: oczyść nas z urojonych cierpień miłości i z urojonych grzechów naszych czasów. Ludzki sąd pośmiertny nie powinien nas przerażać, bo kto nie boi się sędziego w sobie i nieubłaganej surowości myśli, ten nie ulega żadnym oszustwom, którymi możemy pokonać innych, ale nie siłę własnej duszy. Pociesz się, duszo, pociesz się też, świecie,  wiele zostało ci obiecane od Pana!

Pobożny świadek jej śmierci próbował przekazać tym obrazem błogosławieństwo, które oświetlało jej ostatnie chwile."



KONIEC

* * *