piątek, 26 marca 2021

Współczesną prozą o królewnie Banialuce.


Streszczenie prozą poematu

Hieronima Morsztyna

o tytule oryginalnym:

Historiey ucieszney
o zacnej królewnie BANIALUCE, 
ze Wschodniej Krainy.





ROZDZIAŁ I.

Wydarzenia tu opisane działy się w naszej erze, choć dawno, dawno temu. W zimnej krainie, gdzie wiał północny Akwilon, panował król Libejn;  miał on syna, który oddawał cześć Słocu, i córkę o imieniu Adwerpina. Król Libejn panował długo i szczęśliwie. Kiedy śliczna księżniczka skończyła szesnaście lat, przybyli do Libejna wysłannicy króla z południowych stron z prośbą, by wydał córkę za mąż za królewicza z tej krainy. Libejn z zadowoleniem owiadczyny przyjął i obiecał Adwerpinę za królewicza wyda.

Zbliał się termin wesela, więc król Libejn z synem wyruszyli do wielkiej puszczy na łowy ze sforą psów. Ustawiono sieci i inne pułapki i wkrótce psy nagoniły wiele zwierzyny. Poród łowczych psów najbardziej wyróniały się Sóweczka, Kornet, Puzan, Sztort, Trafink i Pomort.

Król i Królewicz stali "nad smugiem", czyli na trawiastej polanie przy strumieniu, ku której psy naganiały zwierzyn, tutaj zaś szczwacze rozcigali sieci, i choć co poniektóre zwierzta wymykały się z niej, łowy były udane.

Sporód psów najlepsze były Mężna i Sokół, które sam król trzymał ze sobą na smyczy, wietna też była Rana, choć nie tak szybka, jak tamte. Obok stało czterech lokajów, kady z jednym brytanem. Przy nich zaś Królewicz trzymał na smyczy dwa swoje charty. Nie poszczęściło mu się ze złowieniem łani, którą schwytano bez jego udziału, toteż szykował się niecierpliwie wyruszyć na grubszego zwierza ze swoimi psami. Gotów był w zapalczywoci upolować nawet lwa.

Wtem zobaczył renifera, rzadko w puszczach spotykanego, szybkiego jak ptak, ale niezbyt gronego, bo nie potraficego zabić psa rogami. Król wypucił Ran, ale ta, choć zdołała zranić renifera, nie nadążała za nim, toteż Królewicz skoczył ku dziwnemu zwierzciu ze swoimi chartami. Pdził na koniu, jego brytany obok, inne gocze psy i lokaje zostali daleko w tyle, jeden tylko giermek, którego dziwnie nazywano Daskraj, zdołał dotrzymać kroku Królewiczowi; zostały im tylko cztery psy. Chart Melamp znakomicie trzymał trop i prowadził myliwych w coraz wikszą gstw. Drzewa rosły tu cianiej, czsto gałęzie smagały jedców po twarzach. Koń Królewicza potknął się już trzy razy i po trzecim upadku młodzieniec zaczął myleć o sobie z nagan: "Po cóż pdzę w głuchą puszcz, trzeba mi było zostać nad smugiem."

Wpadli w ciemną dolinę i nagle spomidzy dbów wyskoczył ku nim niedwied. Melamp dopadł go pierwszy, potem Spartaczyk, Pamfag i Trus zatrzymały zwierza i Królewicz dojechawszy, przebił mu dzidą łeb na wylot. Dojechał giermek i obaj uznali, e renifera nie znajd, bo Melamp zgubił ślad, a słoce tak zeszło ku zachodowi, e wokół mało co już widzieli w ciemnociach. Książę uznałe konie same znajdą drogę powrotn, lecz i one błądziły. Rozszalała się burza z piorunami i Królewicz postanowił odpocząć i koniom dać wytchnienie. Bardzo był senny, i choć już niedaleko było do witu, usnął szybko, a Daskraj odganiał komary znad jego czoła.


ROZDZIAŁ II.

Po godzinie od witu przebudziły Królewicza pierwsze promienie słoca, ale prawie zaraz niebo zakryły ciemne chmury, wic niemal po omacku podążali na południe. Mocno im głód zaczął doskwiera. Wtem na odległej skale Królewicz dostrzegł kunsztownie zbudowany zamek. Dobyli z siebie i z koni ostatnich sił i wkrótce stanli pod bram. Kiedy chcieli przejecha, zobaczyli wartę strasznego rodzaju: na długich łacuchach z jednej strony lew, z drugiej niedwied, które nie wpuszczaładnych mężczyzn do zamku, a jeli który siłą próbował, natychmiast go rozszarpywały. Ale tym razem straujce drapieniki rzuciły się na psy przybyszy, a oni sami przemknli się pomidzy walczcymi zwierztami. Lew zagryzł Melampa i Trusa, potem dopomógł niedwiedziowi rozszarpać pozostałe dwa ogary.

Zmartwił się Królewicz stratą psów, ale jeszcze bardziej dziwił się zamkowi, do którego wszedł. Była to budowla szumna, obicia kosztowne, stropy złote, posadzki w mozaik, mnóstwo marmuru. Pomylał młodzieniec, e skoro tu ludzi nie ma, jest to zamek bogów. Głono zastanawiał si, jak się std wydosta"Bdę się bronić rohatyną i mowierza dwa ode mnie zgin." Mówic to schronił się z boku schodów przy wejciu, bo ujrzał nadjedajcy oddział kobiet; pierwsze czym prdzej poszły do kuchni, a za nimi przyjechała na koniach nastpna grupa. Jedna z dam, wchodzc do zamku, ujrzała Królewicza. "Jakeś się tu dostałe cię nie rozszarpały moje zwierzta? Ze mną nie pójdzie ci tak łatwo. Przyfrunąłeś jak orzeł, albo na skrzydłach Dedala? A moe czarodziejską sztuk? A moe cię tu przyprowadził ten muzyk, co potwory obłaskawia i przez Styks przeszedł?" – pytała (majc chyba na myli Orfeusza). Przy tym kierowała wchodzcymi pannami, dajc poznae jest panią tego zamku.

Królewicz uznałe naley przyjąć postawę pokorn, ukłonił się i rzekł: "Nie wiem, jak się nazywasz, panno urodziwa, wydajesz mi się nie tylko królewn, ale jakąś bogini. Takiej urodzie nie przystoi srogość, toteż nie obawiam się o swój los. A nawet jelibyś srogą była wobec mnie, nawet gdybyś mnie zabić chciała, to miło mi bdzie zginąć z rk tak piknej dziewczyny." Przemawiał dłuej, ale tu skracamy jego wielomówność.

Przemowa młodzieca sprawiła, e grona panna zaczęła patrzeć na niego łaskawiej, tym bardziej iż dostrzegła, e musi on być z niepospolitego rodu. "Cofam wyrok mierci, ale mów kim jeste."

"Jestem synem króla Libejna i dziedzicem królestwa."

"A ja jestem księżniczką wschodniej krainy, a boginią mnie nie nazywaj, bo nie wiem, czy arty sobie stroisz."

"Moe nie jesteś z rodu bogi, – rzekł Królewicz, – ale z postaci niejedną byś zawstydziła. Podobna jesteś do kwiatu róy zroszonej o wicie. Pikniejsza jesteś od Wenus, a złote jabłko dałbym nie jej, lecz tobie."

"Piknie mi, eś w mych rkach. Umiesz pochlebowa," – rzekła panna, – lecz ju, królewicu, czas przestać żartowa. Równyś mi jest we wszystkim: w sławie, w dobrym mieniu, tym podlejszy, eś teraz u mnie jest w wizieniu."

"Miła mi niewola u ciebie i ciężko mi bdzie std odejść," – tak w skrócie ująć mona, co odrzekł.

Gdy rozmawiajc, wchodzili do zamku, Królewicz wziął ją pod rkę i opowiadał, jak tutaj trafił, na polowaniu zabłądziwszy. W pierwszej komnacie siedli obok siebie i z kolei ona opowiedziała mu swoje losy. Została dziedziczką wschodniej krainy, gdyż rodzice jej, król i królowa, zmarli w jednym czasie, najpewniej od zarazy. Przeraona nieszczęściem, zostawiła kraj w rkach senatorów, a sama wywdrowała daleko na zachód, zabrawszy tylko słuki swoje i przysigajc nie spotykać się z nikim z obcych i znajomych ludzi. Zrobiła to w tajemnicy przed innymi władcami. Ten zamek, stojcy pusty i jakby jej przez bogów zesłany, odkryła przypadkiem. Postanowiła pozostać tu przez trzy lata i już mieszka w nim od roku.

W trakcie tej opowieci podano do stołu. Była to przedziwnie bogata uczta. Na znak łaskawoci Królewna pozwoliła młodziecowi usiąść obok siebie. Na stół postawiono dziczyzn, misę cielciny, jarzbka w rosole, indyka w sosie, pasztet z baanta, udziec jeleni z pozłoconym kopytem, tak"salsesony", włoskie warzywa duszone z serem i wtróbki wieprzowe, do tego cytryny.

Muzyki nie było, tylko cztery służące piewały treny ałosne. Panna popatrywała na młodzieca i wydał jej się "nad ludzką myl urodziwy". Tajemnicza Królewna podczas tej uczty "gryzła się sama w sobie i taiła zapały." Rozgadała si, winem czstowała, niepokój serca czujc i to, e sama staje się z pani niewolnic. Twierdzi autor poematu, "ją nielitociwe żądło zraniło, e jakoby siedziała we mdłoci", to bladła, to kraniała. Królewicz to wszystko widział i pojąłe się tak zakochałe sam już nie wiedział, czy yje. Siedzieli przy stole i oboje wzdychali.

W nocy ona poszła do swoich komnat. Tu autor nagle zwraca się do swego bohatera "ty" i powiada, być moe sam wzruszony scen, którą opisał: "Ty, smaczną całowawszy rk, królewice, pokropiwszy mokremi twarz swoją perłami, poszedłeś do pokoju, który atłasami rónej farby obito." Spali z Daskrajem na wybornych łoach. Oczywicie przyniła mu się Królewna i gdy już mieli się we nie całowa, Królewicz się obudził. Wstrząśnity snem rzekł"By mię tak to potkać miało, czsto by się zaprawdę przez noc całowało."

Królewna z przejęcia nie spała aż do witu, spdziła noc na rozmowie ze swymi przybocznymi pannami i zwierzyła im się wreszcie, yczyłaby sobie, aby po czasie żałobnej pokuty ją z nim "małżeskie złączyły statuty". Przy pierwszych promieniach słoca, miast spa, oddała się modlitwom aż do białego dnia.


ROZDZIAŁ III.

Gdy tytan Helios swój złoty wóz słoca dobrze już rozpdził na niebie i zapiewały słowiki w leszczynach, Królewna rozkazała siodłać konie. Ze słocem wstał też Królewicz i szykował się na powitanie z ni, a gdy ją spotkał, nie miał dłoni ucałowa, lecz sama mu ją podała, a ten gest wyzwolił mu z duszy wyznanie długie i namitne, e od bywania u niej nie odstraszą go lew i niedwied, ani mury wysokie. Ona zaś na to, e przez całą noc rzecz przemylała i wcale on nie musi bić się z gronym zwierzem, ani nawet poza mury wyjeda, by dopełni, co sobie umyliła. "Na razie zaś jedziemy, powiedziała, do mojej doliny modlitewnej, wic ty i Daskraj nałcie panieskie płaszcze, a oba zwierza was nie rozpoznaj."

Dolinę tę przecinał strumie, który gdzieś dalej wpadał do Morza Bałtyckiego. Miejsce było niewielkie, poronite ziołami i otoczone pachncymi lipami. "Ja tu się modl, powiedziała Królewna, a ty jedź do domu, pokażą ci drog, a w ogóle to nie jest std do twojego pałacu daleko. Zapamitaj trasę i jutro przyjedź w krótką gocin." To mówic, zdjęła z palca piercie, złamała go na pół, jedną część sobie zostawiajc, drugą jemu dajc. Zarumieniła się przy tym, jakby wstydliwie i powiedziała: "Niech serca nie bdą dzielone". On zaś ze łzami w oczach wygłosił długą tyrade dotd nie kochałe rozstać się z nią nie potrafi i e przysiga – "męża ze mnie bdziesz miała!", i e chce od niej obietnicę wiecznej dla niego łaski.

Królewna popłakała się rzewnie, a deszcz łez na ziemię spadał, zaś panny służące jedwabiem jej twarz wycierały, potem smuciły si, widzc smutek Królewicza, gdy przeprowadzały go przez gstwę len. Nakazały mu w jej imieniu, zachować u siebie w pałacu całe zdarzenie w tajemnicy, co i Daskraj przysic musiał. Królewicz oznajmiłe go przebije sztyletem, jeli słówko pinie. I tę obietnicę mu co i raz przypominał w drodze, sam zaś rozmylał, czy ona mu równym odpłaca kochaniem, a gdy wspominał jej słowa o sercach, nabierał pewnoci, e tak.

Byli już prawie u brzegu puszczy, gdy spotkali na drodze jedców poszukujcych go i w głos biadolcych, jakie to nieszczęścia spadną teraz na ich krain, gdy przepadł dziedzic korony. Przez dłuszy czas nie przyznał im się Królewicz, kim jest, aż w kocu powiedział prawd, co wyzwoliło w uszczęśliwionych podziki Bogu, nie krótsze niż poprzednie lamenty; pozeskakiwali z koni i rce jego i nogi całowali.

Króla zaś sdziwego zaginicie syna o mało do grobu nie wpdziło, a gdy ten wszedł do komnaty, gdzie ojciec leał bez sił i bezustannie szlochał, i gdy ucałował ojcowską dło, król nic nie mówił długo, a potem kazał po kociołach Boga chwalić i jałmuny rozdawa. Bito też w bbny i w kotły miedziane, dto w trby i grano w surmy, w kocu i z armat strzelano, krzyczano wokół "Vivat!", a małe dzieci klaskały w rczki i wołał"O!"

Byłyby te triumfy trwały nie wiadomo ile, lecz wieci przyniesiono, e od południowego królestwa strony jedzie delegacja lubna. Ruszyła wielka druyna na powitanie z Królewiczem na czele. Były chorgwie, były wszelkie bronie prezentowane, zawody, winszowanie wzajemne, strzelanie na wiwat. Stary król Libejn, alem osłabiony, wstał jednak z łoa goci wita. Wystrzelono wic fajerwerki, e aż rozmowy królów nie słyszano. Kredensowi poczli wieczerzę szykowa. Królewicz wszystkich zaciekawił opowiecią swoją o błąkaniu się po lasach, w których pioruny drzewa rozdzierały i mamiły go straszne zjawy. Ani słowem nie wspomniał o zamku i o Królewnie. Południowy królewicz, oblubieniec, z emocji przed lubem spać nie mógł, ale nasz Królewicz jeszcze bardziej tsknic, "ani okiem zmruył".


ROZDZIAŁ IV.

Zaledwie Febus złotowłosy, czyli Apollo, osuszył rosę porann, Królewicz wyruszył do doliny na spotkanie piknej Królewny. Sługom nakazał, by do drzwi nie kołatano, bo spać bdzie długo przygodami zmczony.

Wstali też obaj królowie, dworzanie, senatorowie. Modą ówczesną było, aby się na ceremonię ślubu przystroić nie tylko w aksamity, diamenty i w złotogłów, ale też w skóry i futra rozmaite. Libejnowi powiedziano, e Królewicz po "pielgrzymstwie wczasuje".

Królewnę Adwerpinę strojono do lubu. Włos puszczony po plecach ozdobiono łacuszkami, na głowę korona z diamentów, szata na niej biała, teletowa, czyli cienka i kosztowna, rkawy z boku na modę francusk, pasamon, to znaczy obszycie, złoty był, naszyjnik, pas, diamenty na skroniach, a wszystko mistrzowskiej roboty.

Potem połoono kobierzec na ziemi, młodzi sobie poprzysigali, przeegnano ich i piercienie wzajemnie na palce włoono. Troszkę Libejn się frasowałe nie brat siostrę do lubu prowadził, ale wciąż mu mówiono, e zakazał się budzić do wieczora.

Tymczasem Królewicz był już u swojej Królewny. Ona jednak poznała, e młodzieniec jakiś ma frasunek: "Bałeś sie mnie nie zastaniesz?" Ten wyznałe porzucił dworskie ceremonie, aby do niej przyjecha, a gdy wypytywała jakie, opowiedział o przyjedzie goci i o lubie siostry, ale jemu wobec miłoci do niej za nic jest, co wiat wymyla i co odprawują królowie i senatorowie. Królewna usłyszawszy o weselu, nakazała mu głupstw nie opowiadać i natychmiast wracać do ojca i do siostry i jej powinszować  i goci wita, a póki się ceremonie lubne nie skocz, ma tu nie przyjeda, całodziennego spania nie udawa, bo wszystko się wyda i "nasze kochanie bdzie rozerwane", powiedziała. Niech też uwaa na Daskraja, bo jej się jego wzrok nie podobał. Tymczasem  towarzyszki Królewny nie mogły się nazachwycać podarunkami, jakie im Królewicz przywiózł i dziwiły sie tak szybko odjeda, ale im pani ich wytłumaczyła w czym rzecz i wróciła do zamku.

Musiał się Królewicz tłumaczyć "niewczasowaniem" wród weselnych goci, a był już prawie wieczór i tace trwały w najlepsze. Królewicz południowy wyranie był weselszy od Królewicza północnego. Jeden taczył, rozmawiał i napoje rozlewał, a drugi coraz smtniał, głowę zwieszał, na adną pannę uwagi nie zwracał, choć ta i owa nadzieję miała, a najbardziej jedna, co ponad inne wyniolejsza była i nawet ją sobie Libejn na synową upatrywał.

Ta, za którą Królewicz tęsknił, była daleko.

Król ojciec zauważył markotność syna, której nigdy wcześniej nie widział i począł się troskliwie dopytywać, dla jakiej przyczyny w takim jest żałosnym nastroju, że ani z pannami rozmawia, ani żartuje. Królewicz odrzekł, że jest "bardzo schorzały po swoim błądzeniu" i że nie leczy go ani muzyka, ani tańcowanie. Stary król dał się oszukać i zaproponował pomoc medyka, bo sam już od dawna nie doświadczał miłosnych utrapień. A jak wiadomo, choroba miłości psuje i zdrowie i ciało i zmysły.

Schorzałość Królewicza, który zapytany nie odpowiadał, ożywiał się na chwilę, potem znów zasępiał, to bladł, to czerwieniał, tak się podejrzaną wydała pannie owej, co już się na synową króla szykowała, że szepnęła swojej ochmistrzyni: "Na inne uciechy tu jechałam, widzę że próżna myśl o małżeństwie królewskim. Albo on o tym w ogóle nie myślał, albo go coś niedawno odmieniło. On wcale nie choruje, to najwyraźniej oznaki miłości, że taki odmienny w humorach. Wypatrzyły panny dziś o świcie, jak wyjeżdżał w przebraniu i twarz zasłaniał. Gdy mi o tym powiedziano, poczułam, jakby mi nóż w piersi wbito. Mnie nie wypada pytać, ale ty zbadaj wśród jego najwierniejszych sług, o co chodzi. Widzisz tego młodzieńca, który go pilnuje cały czas? Przekup go chytrze jakimś klejnotem i zręcznie wybadaj."
 
Ochmistrzyni wyznała jej swoje wcześniejsze podejrzenia, że Królewicz zakochany i że "nie w tobie, bo jego myślenie twoja by pewnie bytność szybko odmieniła. Rzecz wyjawię, powiedziała, koniecznie, a jeśli mnie zawiodą proste fortele, "ufam czartowskiej zwykłych czarów mojej sile".

I tu szepnęła swojej pani, że nie było dotąd tak twardego serca męskiego, które by ona zmiękczyć nie potrafiła. Podsłuchajmy, co dokładnie opowiadała ochmistrzyni:

Niejeden biegać musiał i wpół nieubrany
– jakoby go deszcz zmoczył, tak potem oblany –
do mnie niedawnych czasów; tuż jeden po drugiem
przychodzili i często liczyłam ich cugiem.
I teraz, chociaż mi sześć krzyżyków minęło,
co żywo by się do mnie w zaloty garnęło.
Takie są moje dzieła i tak mocne czary,
że i najmłodszy do mnie przymknąłby się, starej;
ale to już trzeci dzień, jak o to nie stoję –
jeśli wytrwam do jutra, zaprawdę się boję.
Przeto ja w to potrafię: jeśli nie klejnoty,
tedy takiej dokażę czarami roboty, 
że nam wszystkie sekreta ten sługa wyjawi
i tobie się królewic wnet chętniejszym stawi.

"Zrób tak, a kiedy zostanę królową, będę zawsze pamiętać o twoich zasługach", obiecała jej zazdrosna panna, a potem do świtu nie spała z emocji.


ROZDZIAŁ V.

Rano wszyscy zeszli się do izby stołowej – obaj królowie, młodożeńcy rzecz jasna, senatorowie, panny, młodzieńcy, księżna zazdrosna również i jej ochmistrzyni. Skończono posiłek, zaczęły się tańce, a czarownica posłała swego karła do Daskraja z namową, żeby przyszedł, bo ma dla niego nowinę. Przyszedł, owszem, ale ona udała, że łaje karzełka, bo się się pomylił, a kogoś innego miał przywołać. Skoro jednak taki wspaniały młodzian już tu jest, to ona ma dla niego klejnot od księżnej. Ten się wzdragał z początku, bo coś złego podejrzewał, ale z chciwości do złota, a przy tym gorąco namawiany, wziął podarunek. 

"Dlaczego akurat mnie tak uszczęśliwiasz? – zapytał. – Z chęcią odpłacę równą życzliwością."
"Posiedź ze mną chwilkę, jeśli ci  w czym nie przeszkadzam."
"U siebie jestem, – odrzekł, – to w czym masz mi przeszkadzać? Ale żeby na grubianina nie wyjść, proponuję wspólny toast."

Ona się niby ociągała, że może nazbyt wielka uprzejmość, ale przystała na zaproszenie, więc przyniesiono puchary i wino znakomite. Przy napitku czarownica podpytała o Królewicza – co zamyśla, czy jakąś już sobie pannę upatrzył na żonę, i czemu nie taki wesół, jak zwykle bywał i że podobno wcale go wczoraj w sypialni nie było.

Sługa nie wiedział, jak odpowiedzieć, bo sekretu nie chciał zdradzić, a skoro złoto wziął, kłamać otwarcie było mu wstyd. Wino już mu szumiało w głowie, język mu się rozwiązał i zaczął pleść, że jest wolą samego króla Libejna i całego ludu właściwie, aby księżna, jej pani, wstąpiła w łożnicę Królewicza, ale się zjawiła przeszkoda ku temu i dlatego wczoraj w drogę wyruszył. 
Zaczął mówić więcej, niż czarownica oczekiwała, więc ona słuchała uważnie.
A ten się rozgadał w jakie to tarapaty wpadli, zabłądziwszy, jakie znaleźli ocalenie i że Królewna się zakochała  i stąd ciężar w sercu Królewicza; na koniec wyznał, że po weselu pojadą obaj do doliny w puszczy.
Zadowolona ochmistrzyni na to, że jeśli Daskraj dopomoże, aby inna królewna nie zabrała tronu jej pani, to nie ominą go zaszczyty i najwyższe urzędy, bo białogłowy potrafią mężami swoimi kierować.
Sługa na to, że nie wie zupełnie, jak by miał odmienić zakochanie Królewicza.
"W tym już moja głowa", odpowiedziała ochmistrzyni.
Przesiedzieli przy winie, rozmawiając do wieczora, a sługa wrócił do Królewicza dobrze podchmielony.

Wszyscy się już rozeszli po pokojach, ale księżna mimo wszystko szeptem wypytywała, jak poszło ochmistrzyni i czy czary już działają. Ta odpowiedziała: "Nie frasuj się, idź spać, bo lepiej, żebyś nie widziała, co jeszcze muszę zdziałać."

Gdy została sama, zwołała czarownica kilka czartów do pomocy.

Pierwszy zjawił się olbrzym ze stoma zębami w ryju niczym u dzikiej świni, zionący ogniem, z jaszczurkami zamiast włosów, przepasany wężem plującym jadowitą pianę, pazury mający większe niż lew. Ona mu kazała lecieć do trzygłowego Cerbera i przynieść z jego głów znoju, utrapienia i udręki, a ponadto piany z potrójnego pyska piekielnego psa.

Drugi czart zjawił się pod postacią smoka ciągle odmiennego w wyglądzie – raz miał sto łbów i ogonów, a raz po jednym. W każdym łbie kły zgrzytające i świszczące. Z jakby rozdartej piersi śmierdział siarką, żywicą i smołą, płomienie tryskały mu z jednego oka, a z drugiego kapały krwawe, trujące łzy. Temu czarownica kazała przynieść otumanienie i piekielne zamroczenie umysłu.

Trzeci przybył jako kozioł, ale z przednimi nogami w kształcie rozpalonych szczypców, z tylnymi zaś podkutymi podkowami, brodę miał z wężów żądlących, a zamiast ogona żmiję wypuszczającą roje pszczół, zaś z innych węży brodę, a na rogach krwawe resztki ciała ludzkiego. Temu kazała przynieść z rzeki Styks wodę zapomnienia, niszczącą pamięć.

Czwarty diabeł tak był okropny, że nawet czarownica się przestraszyła. Na figurę jego składały się roje skorpionów, żółwi, żab, padalców i robaków wielogłowych, z ciała wyrastały mu żmije, wijące się nieustannie i wzajem zżerające; wielki był jak niedźwiedź, a z paszczęki ział smrodliwym dymem. Temu żadnej posługi nie zadała, poza tym, żeby pozostałej trójce nakazał szybko wracać do niej i kazała mu uciekać do piekła, więc wściekły na gościńcach zionął ogniem.
Wkrótce diabły wróciły, a ona pomieszała wszystko, co przyniosły  i zamknęła do skrzyneczki.

Wesele trwało jeszcze kilka dni. Nie zmieniał się smętny nastrój Królewicza, a obie panie niecierpliwie czekały na jego wyjazd, każdego dnia czym innym przekupując Daskraja.


ROZDZIAŁ VI.

Szóstego poranka goście rozjechali się do domów. Posmutniał król Libejn, gdy młodzi małżonkowie opuścili jego dwór. Księżna natomiast, aby nie wyjeżdżać, wymyśliła sobie jakąś chorobę, mając nadzieję być przy Królewiczu, odmienionym czarami i skłonnym ku niej. 

Następnego dnia jeszcze słońce nie wzeszło, gdy młodzieniec wyruszył z Daskrajem, który zabrał ze sobą jabłko, nasycone przez czarownicę okropną trucizną.

Zajechali do doliny, nim jeszcze Królewna ze swymi pannami przyszła, a Daskraj wyjął garść jabłek, sam jedząc i Królewicza częstując najpiękniejszym, które było zatrute.
Zaledwie zjadł je, poczuł morzący go sen, tak że stracił wszystkie siły, doznając mdłości, pocąc się okropnie i łzawiąc, po czym padł jak martwy. 

Gdy to się stało, zajechała Królewna, a widząc ukochanego w strasznym stanie, zaczęła płakać i całować go, próbując obudzić. Chuchała nań delikatnie, podnosiła, szeptała miłe słowa do uszu, wołała głośno, ale on tylko takie oznaki życia dawał, że dyszał ciężko.
Królewna rozpięła mu kaftan na piersi, bicia serca nasłuchiwała, szukała pulsu, dłoń swoją wstydliwie na serce jego kładła, ale nic to nie dało. Kazała pannom nazbierać ziół i nimi oraz wodą z pobliskiego strumyka nacierała młodzieńca, zwracając się wreszcie w długiej i bolesnej modlitwie do Boga o pomoc w przywróceniu zdrowia Królewiczowi i w odpędzeniu strasznych czarów.

Nie widząc żadnego skutku, najwyraźniej domyśliła się, co jest przyczyną choroby ukochanego, bo zaczęła obwiniać czarownicę, która go jej odebrała, niszcząc ich krótką miłość, a najwyraźniej tak zazdrosną, że i tej drugiej właściwie odebrała możliwość złączenia się z Królewiczem. Przeklęła zdradliwą, okrutną sukę o zajadłym sercu, życząc jej rozszarpania przez wściekłe psy, albo ścięcia przez kata.

Po tym wybuchu żałosnym i wściekłym padła zemdlona z tak zaciśniętymi szczękami, że panny sądziły, że i ona straciła życie, a przeląkłszy się co teraz poczną, opuszczone na obczyźnie, zaczęły lamentować w boleści i w strachu. 
"Jak mamy wrócić, – pytała jedna, – zostawiając cię w puszczy, nieżywą? Umrzesz dla tego kochania marnego? Nie wiem, w kim-eś sie ty tak bardzo zakochała. Sroka ze krza, a dwie w kierz," – powiedziała, co miało znaczyć, że  młodzieńców godnych miłości mnóstwo wokół. "Bez ciebie zaś wybuchnie wojna okropna w kraju. Jeślibyś umrzeć miała, zginie twoje plemię." 
Błagać ją zaczęła dwórka zapłakana, by nie zostawiała swą gwardię w takim utrapieniu, by się wzruszyła łzami osieroconych poddanych, by w końcu i o własnym zbawieniu pomyślała.

Przypuszczalnie, domniemywa autor, od Królewicza dostała ta dwórka podarunek mniej cenny niż inne. 

Wiele panien padło na trawę albo w równym omdleniu, albo ciężko wzdychając, albo szamocąc się jakby bez rozumu, inne zaś pospieszyły ratować i cucić Królewnę, która w końcu się ocknęła i nie chcąc patrzeć na nieszczęsnego kochanka na koń wskoczyła, ale ujechawszy "malusieńką chwilę" wróciła, bo jej się zdawało, że usłyszała jego krzyk. Dworki potwierdziły, że słyszały głos, więc znów przypadła do nieprzytomnego i żegnając go, rzekła: "Takie to było twe ze mną kochanie! Podobno niebacznica gdzieś w chróście stojała i na mą większą żałość twym głosem wołała." (W tych czasach jeszcze wiedziano, kim są niebacznice w zaroślach ukrywające się.) 

Ucałowała ręce, czoło nieprzytomnego, uściskała go i szykując się do odjazdu na zamek, zwróciła się do Daskraja: "Jeśli twój pan przeżyje, powiedz mu, że zapomniał o moich przestrogach."

Królewicz leżał nieprzytomny do zachodu słońca. Ocknął się, gdy znikły ostatnie promienie i zapytał zmartwiony, gdzie Królewna. Daskaj wyjaśnił, że dawno odjechała, nie mogąc go ocucić. Postanowili wracać do swojego królestwa, a po drodze dopytującego się pana okłamał wierny niby sługa, że Królewna nie frasowała się zbytnio jego zemdleniem i właściwie bez żalu go zostawiła, odjeżdżając. "Tyle powiedziała, dodał, jakobyś zapomniał, panie, o jej przestrogach." Królewicz nie mógł sobie przypomnieć, kiedy rzekomo zapomniał, ale Daskaja o nic złego nie podejrzewał. W nocy paskudne czary, choć już minione, spać mu nie pozwoliły.

Tymczasem Daskraj poszedł do maszkarnej czarownicy i opowiedział wszystko, co się stało. 'To chyba mu obrzydną zaloty", ucieszyła się wiedźma, ale sługa wyjaśnił, że pan jego chce z rana znów do doliny jechać. "Na szczęście mam drugie jabłko przyprawione odpowiednio, weź sobie ten łańcuch złoty, a jemu daj zjeść następne."

Prawie dokładnie to samo, co poprzednio zdarzyło się i tego dnia, z tym, że niemoc Królewicza była jakby intensywniejsza, boleści większe, pianę toczył z ust i straszliwie wywracał oczyma.

Zrozpaczona Królewna nie widziała już innego wyjścia, jak tylko powrót do wschodniego królestwa. Nim słońce zaszło, nakazała dwórkom szykować się do wyjazdu, co jedne przyjęły z radością, widocznie najbliższych zostawiwszy w domu, a inne mniej ochotnie to robiły, widocznie najmilszych tutaj spodziewając się znaleźć.

Pośrodku dziedzińca zamkowego rosło olbrzymie, wyższe od murów drzewo, pod które chadzała Królewna, kryjąc się w cieniu przed upałem. Gdy dworki szykowały się do wyjazdu, ona poszła pod owo drzewo i nożem na jego pniu taki wyryła napis: "W tym zamku BANIALUKA rok cały mieszkała, a stąd do swego państwa prosto odjechała."
Potem wsiadła na koń i zapłakana wyjechała z zamku, w którym poznała i straciła swojego miłego, a gdy już odjechały kawałek, przystanęła i wygłosiła pożegnalną mowę.



ROZDZIAŁ VII.



Wspomniała na początek miasto Ardea, którego mieszkańcy pod wodzą Turnusa wystąpili przeciw Eneaszowi, a który zrównał je z ziemią; potem przywołała miasto Helike, ongiś niedaleko Troi, zatopione przez tsunami. 


"Tak to się dzieje z woli niebios, że giną miasta i pałace, – powiedziała. – A w tym zamku trzykroć Boga obraziłam, łamiąc przysięgę o żałobie po rodzicach dla marnego kochania. Jak to się stało, że mnie Bóg oszczędził, nie karając, choć innych – Mirre, Anaksa, Anijusza wspomniawszy – za mniejsze przewiny srodze doświadczał?  Jak to różne wyroki, różne Boskie dary. Chyba On oczekuje ode mnie poprawy, za krzywoprzysięstwo, za uleganie pieszczonym słowom mężczyzny, choć miałam od nich wszystkich stronić przez trzy lata."


"A na dodatek rozłamałam pierścień, pragnąc zostać żoną Królewicza, choć przecież Bogu byłam winna modły. Jeśli mam pokutować, czemu ten zamek jeszcze cały stoi? Czemu w te mury nie biją pioruny? Niech zginie miejsce mojego grzechu! – zawołała. – Niech się rozstąpi ziemia i pochłonie go!"


Ledwie to powiedziała, zawiał zimny, północny Akwilon, zasnuł niebo i piorun uderzył w zamek, a potem jeden za drugim gromy straszne trzaskały, zatrzęsła się ziemia i w mgnieniu oka gmach się zawalił i w przepaść zapadł.


Przestraszyła się Królewna własnych słów, widząc co się stało, lecz po chwili burza minęła i znikły czarne chmury. "To za złamanie mojej przysięgi, – zwróciła się do swoich panien. –  Teraz mnie czeka pokuta za szaloną miłość, ale niech idzie w zapomnienie przysięga dana Królewiczowi, a wy, jeśli mi  dobrze życzycie, nie wspominajcie go przy mnie." 


Wsiadły na konie po jej przemowie i odjechały.


Straszliwe grzmoty rozbudziły Królewicza i porwał się na równe nogi. O Królewnę zapytał, a Daskraj odrzekł, że była, ale z konia nie zsiadając, odjechała. Stał Królewicz oniemiały, nie wiedząc, czemu, do trupa podobny, nie ocknął się wcześniej; w milczeniu smutno patrzył na Daskraja, potem wsiadł na konia i pojechali do domu.


Na drugi dzień wyruszył do wytęsknionego zamku i w drodze rozmyślał, jaka była przyczyna twardego snu. Nasunęło mu się podejrzenie, że Daskraj był winien wszystkiemu. Przypomniał sobie zjedzone jabłka. "Te były właśnie napuszczone czarami."  Gdy tak pomyślał, zawrócił, ale w pałacu nic po sobie nie pokazał. Przed snem powiedział słudze:" Wybieram się tam jutro, a ty mi kilka jabłek przygotuj na drogę."


Sługa jak zwykle pobiegł do baby pełnej zdrady, zażywając ostatecznej z nią wspólnej biesiady. Wszystko jej opowiedział i to także, że Królewna odjechała, nawet z konia nie zsiadając przy nieprzytomnym Królewiczu. Zabawiali się do rana, a o świcie sługa odszedł, biorąc kilka zaczarowanych jabłek. Jak powiada Autor, zdrady nie zaniechałprzez którą sobie śmierci okazyjkę stroi.


Wyjechali obaj do puszczy, a Królewicz zabrał ze sobą wiele kosztowności na podarunki dla dwórek Królewny. W dolinie jej nie zastał i niby mając zamiar na nią czekać, poprosił o jabłka, ale – powiada do sługi – ty też ich skosztuj. Daskraj myślał, że zje, jako dowód własnej niewinności i nic mu nie będzie, lecz po chwili padł na ziemię jak martwy. Próbował go Królewicz ocucić, ale nie zdołał. I żałość i gniew poczuł, skoro się prawda objawiła. "Z  tego snu nie wstaniesz już nigdy", powiedział i trzy razy pchnął sztyletem zdradliwego sługę w serce, zostawiając nie pogrzebanego trupa w pokarm zwierzęciu leśnemu.


Jakże złudne potrafią być nadzieje; zamiast wesołego wjazdu na zamek doznał strasznej żałości, gdy zobaczył resztki nie zapadłych gruzów na miejscu budowli. Wstrząsnęła nim myśl, że w zawalonych ruinach zginęła Królewna. No i cóż mu z królewskiego pochodzenia, kiedy taki nędzny koniec przychodzi? O zdradliwa fortuno, o szczęście bezecne – jęknął i bolejąc w bardzo długiej, bolesnej przemowie nad utratą ukochanej i jedynego szczęścia w życiu, postanowił tym razem sobie życie odebrać.


Długie lamenty i wyrzekania tak go zmęczyły, że nie usiadł na kamieniach, lecz upadł, niemalże zemdlony. Zasnął szczęśliwie, mówi Autor, bo rzeczywiście miał już w dłoni sztylet. Często w nadzieję zdrowia niespodzianie mrzemy, często w pewnym dekrecie śmierci uchodziemy. We śnie zobaczył pannę swoją i napis, jaki wyryła na pniu drzewa. Ocknął się i ujrzał, że drzewo faktycznie stało wciąż na swoim miejscu, a kiedy podszedł, zobaczył napis wycięty nożem. Zdumiał się, ucieszył, że jest żywa i zaraz posmętniał, myśląc że oto dowód, jak odmieniła swe przysięgi, że będzie z nim na zawsze. O rodzaju białej płci, który w stateczności za jeden dzień i tysiąc chcesz mieć odmienności! – wykrzyknął. "Tak cię Bóg ukarze,  – pomyślał, – że będziesz w niewoli u jakiegoś chłopa obrzydłego, albo w ręce zbójców wpadniesz. A ze mną byłabyś królową."


Wiele jeszcze jej wymyślił korzyści, gdyby go nie opuściła, nie odjechała, wzgardziwszy nim, ale na koniec wyznał przed sobą, że wciąż ją kocha i do śmierci kochać będzie. Toteż taką decyzję podjął, że porzuci swoje królestwo  i nie spocznie w poszukiwaniach, aż ją znajdzie i gotów jest na wszelkie niebezpieczeństwa i poniewierki. W żalu wyruszę – myślał, – ale szczęśliwy, bo mnie miłość poprowadzi. Królewna najpewniej pojechała tam, skąd słońce wschodzi. Kiedy jej pokaże przełamany pierścień, to przynajmniej się dziewczyna zawstydzi, jeśli być z nim nie zechce. Tyle on będzie miał pociechy, że ślubów złożonych dotrzymał.


I wyruszył.


Po paru tygodniach wjechał w okropne bagna, w czarne błota, sam bardziej już do zwierza dzikiego podobny, niż do człowieka. W tej strasznej okolicy koń utopił się w bagnie. Sam został w puszczy; najbezpieczniej było spać na drzewie, ale w końcu strach go dopadł przed śmiercią w tych ostępach, pełnych tylko ptactwa i żmij. W końcu tak osłabł, że nawet nie miał sił wdrapywać się na drzewa. Z nadziei została mu tylko modlitwa i ten szczęśliwy traf, że bestie dzikie żrąc się między sobą, jego omijały.



ROZDZIAŁ VIII.


Przez pół roku błąkał się w trwodze po puszczy, aż dostrzegł skałę wysoką i wdrapał się nią, mając nadzieję miasto jakieś zobaczyć na horyzoncie. Na szczycie góry zamiast widoków rozległych ujrzał nagiego człowieka, okrytego niestrzyżonymi nigdy włosami, z brodą pokręconą i z długimi paznokciami. Stali obaj na przeciw siebie, zdumieni spotkaniem. Królewicz sięgnął po sztylet, gdyby bronić się musiał, ale przy tym poprosił nieznajomego, żeby dał jakiś znak, że jest istotą ludzką.


"Jestem rozumną istotą, – odrzekł mąż świątobliwy, – i z wyroku Boskiego tu mieszkam samotnie. Karmię się tym, co mi dzikie zwierzęta przyniosą, a one wszystkie są na moje posługi i rozumiem ich mowę. Wiem z natchnienia bożego, że jesteś Królewiczem z zachodu, który szuka zaginionej małżonki."


*

Muszę w tym miejscu przerwać streszczanie poematu, gdyż próbuję rozwikłać zagadkę od jak długiego czasu pustelnik ów mieszkał na tej skale. Powiedział dokładnie tak: "Dwakroć dziesięć bez ośmi dziesiątków już minie". Przypuszczam, że to oznacza sto dziewięćdziesiąt dwa lata, ale nie wiem, czy dobrze zgaduję arytmetykę pana Hieronima Morsztyna.


*


Młodzieniec upadł mu do nóg i prosił o pomoc. "Nie trać nadziei, zwołam zaraz zwierzęta, – powiedział pustelnik. – A jeśli one nie będą wiedziały, gdzie pojechała Królewna, to idź do pobożnego starca, który zna mowę ptaków, on mieszka o trzy dni drogi stąd."


Zadął w róg i zaczęły schodzić się zwierzęta. Przyszedł lew, łosie, dzikie konie, żubry, niedźwiedzie, jelenie, wilki, łanie i sarny, tury, odyńce, słonie i jednorożec, kilka tygrysów z nosorożcem, lampart i wielbłąd, rysie, przydreptały leniwie osły i muły, zające razem z lisami, wiewiórki i łasice, sobole, popielice, gronostaje, żbiki z królikami, a na końcu renifer. Wszystkie w swoich językach powiedziały, że nic o królewnie nie wiedzą. Pustelnik nakazał jeleniowi pokazać tajne ścieżki, którymi Królewicz za trzy dni miał dojść do następnego starca.


Drugi pustelnik również znał jego rozterki i powód wędrówki, więc świsnął w piszczałkę, aby zleciały się ptaki i przyfrunęło ich dziewięćdziesiąt ...trzy, a może ...cztery różne rodzaje, (bo żołny i gżegżółki "zameldowały" się dwa razy), za to ptactwa wodnego nie wołano, "powietrzne tylko było z sprawy wysłuchane".  A każde chciało coś po swojemu oznajmić, więc usłyszał Królewicz nie tylko, że piały, bączały, kwiliły, ciurkały, świergoliły, a zięba nawet dwa razy się odezwała, cin, cin, czyli wietała, ale i parędziesiąt innych odgłosów. I wszystkie miały tyle do powiedzenia, że o Królewnie Banialuce żadne nic nie wiedziało.


"Pewnie nocą ujeżdżała", orzekł pustelnik i doradził spotkać się ze starcem, "któremu wiatry świata szerokiego hołdują". Tym razem drogę pokazała mu sroczka. Szedł Królewicz  "w niezupełnej nadziejej" spotkania Królewny. Wędrował dwa dni, a na końcu wejść musiał na górę znacznie wyższą niż ta pierwsza. Ale mu się opłaciło, bo z niej świat zobaczył cały, a w nim Ocean, Morze Sarmackie, morza Scytyjskie i Umarzłe oraz Czerwone, a także Chińskie, Indyjskie i Murzyńskie. Zobaczył też ląd ludzi najmądrzejszych i najbardziej wojowniczych, czyli Ewropę. Wśród wielu ziem Polskę także zobaczył. Przypatrywał się światu i przypatrywał, a pustelnik, żądny widza i słuchacza wykładał mu długą, bardzo długą lekcję geografii.

 

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                        

ROZDZIAŁ IX


Wreszcie starzec dał hasło wiatrom, aby się zleciały – najpierw najzimniejsze Akwilony, po nim, również z północy, burzowy Boreasz, następnie septemtryjońskie wiatry, a żaden Królewny nie spotkał. Z zachodu przywiały się dwa ożywcze: Zefir i Fawonijusz, ale i one jej nie widziały. To samo rzekli mglisty Notus i wilgotny Auster. Nadleciał Subsolanus i także ze wschodu Wulturnus, a z nimi suchy Eurus, i znów królewicz usłyszał, że o Banialuce nic nie wiedzą. Na końcu zawiał z najdalszego wschodu Apelijotes i powiedział, że spóźnił się, gdyż  owiewał dla zdrowia omdlałą królewnę we wschodnich krainach i mieszka ona na wyspie wielkiego jeziora i że od urodzenia nazywa się Banialuka.


Na tę wieść Królewicz dziękczynnie upadł do nóg świętego pustelnika. "Małżonka ma być moja!" - rzekł, a starzec nakazał Apelijotesowi drogę pokazywać, na co ten świszcząc odlatywał, a Królewicz za nim pośpieszył.


Przez lasy szedł jeszcze trzy dni, a potem ćwierć roku stepami, aż w końcu "pożądaną obaczył krainę państwa królewninego" i szczęśliwy "padł krzyżem, przez całą nie wstając godzinę".


Resztki królewskiej odzieży zamienił z jakimś wieśniakiem na prostą odzież i postanowił po tak długiej tułaczce zarabiać pracą na swój chleb. W pobliżu jeziora zakopał przezornie złoto i klejnoty. Z tego miejsca widział na wyspie zamek Królewny. Tylko łodzią można było się tam dostać. Akurat jedna przypłynęła do brzegu i wysiadł z niej ogrodnik z zamku na wyspie, co się okazało w rozmowie z Królewiczem, który nabajdurzył, że uciekł zbójcom zachodnim i teraz skryć się chce w chrześcijańskim kraju, a sam kiedyś u króla Libejna pracował w ogrodach. Pomógł tamtemu drew narąbać w lesie i razem już popłynęli na wyspę. Niewiele prawdziwy ogrodnik wiedział o losach Królewny, tyle że po roku wróciła skądś z daleka, a teraz ślubów dopełnia i żaden mężczyzna do jej zamku nie ma prawa wejść. 


Prawie cały rok Królewicz pracował jako pomocnik ogrodnika, a trzeba powiedzieć, że na roślinach się znał, drzewa umiał szczepić, zioła i kwiaty hodować, a czego nie umiał, szybko się nauczył. Wymyślił też kunsztowny labirynt z cyprysów, lip i buków, a także z pomarańczowych drzew i cytrynowych i z figowych, poprzetykany wszelkimi ziołami i kwiatami, aby Królewna chodząc po ogrodzie, miała szczególną przyjemność, nawet gdyby o nim całkiem zapomniała. Odżywił się przez ten czas, do sił wrócił i do dawnej urody, przez co zjednał sobie życzliwość panien z fraucymeru Królewny. Szczególnie zaś u szafarki, która często do ogrodu przychodziła po kwiaty, a którą zaraz poznał, bo była z królewną w tajemniczym zamku i której wtedy więcej  niż innym cennych podarunków ofiarował.


Ona również miała pewne podejrzenia co do nowego ogrodnika, choć nie dociekała zbytnio, tylko innym pannom z dworu zaczęła przypominać  Królewicza, dla którego ich pani śluby żałoby złamała. "Pamiętacie, jak lwa z niedźwiedziem oszukał i wdarł się do zamku? I jaki był dzielny i mądry i ślubował, że nic go nie przestraszy, jeśliby miał Królewnę bronić? Nie zdziwiłoby mnie, gdyby się odważył w nasze strony jechać." Niektóre bały się słuchać jej wspomnień, bo wiedziały, że śmierć im grozi za wspomnienie o Królewiczu przy księżniczce Banialuce. Inne zaś domniemywały, że może ich pani nie byłaby aż tak surowa, ale postanowiły być ostrożne i szafarkę tonowały w opowieściach. "Aleś się rozgadała, jak na służącą to trochę ponad miarę," – mówiła jedna. A druga – "Ale prawdę powiada, a pani nasza ani zła, ani sroga." 


Najpoważniejsza z nich z tyradą wystąpiła wtedy, że owszem, prawdę mówią, ale królowa z prawa przyrodzonego, a nie ze złości może surowo karać. "Za bardzo byśmy się rozpuściły, jakby tak nie było. Kobiety kierują się uczuciami, ale bywają i mężczyźni, którym bardziej pasuje kądziel niż koń i kopia, a z nas niejedna potrafi spojrzeć wrogowi prosto w oczy, a jak trzeba to i zabić. Pamiętacie Amazonki, albo Judytę, która głowę ucięła Holofernesowi, albo Adonę, co sama wolała rządzić, niż być żoną króla? Gdy kobieta zasiada na tronie, bywa równa mężczyznom. Nie wiem, co nasza pani ma w sercu, ale wspomnijcie na jej straszne zaklęcia, gdy zamek się zapadł, więc byłoby lepiej, abyśmy o czym innym rozmawiały."


Nie rozmawiały zatem, ale częściej niż przedtem wyglądały z okien na ogród.


Zbliżała się do końca żałobna pokuta. Zaczęto miasto przygotowywać do tryumfalnych obchodów dopełnienia ślubu. Tron dla Królewny zrobiono cyprysowy, plac naszykowano dla muzyki i teatru, przy murach wieże zbudowano, a na mury wtoczono działa, ćwiczyli trębacze, bębniści i surmacze. Z różnych stron zjeżdżali się książęta i posłowie od królów.


Rzekomy ogrodnik odkopał swoje skarby, strojów nakupował, konia lepszego wybrał, niż ktokolwiek inny dosiadał, u ogrodnika prawdziwego wyprosił tydzień na wyprawę do miasta, rzekomo w celu zbierania jałmużny.



ROZDZIAŁ X.


Na dzień tryumfu pogoda dopisała wyjątkowo, nawet nimfy wodne śpiewały ludzkimi głosami, a zwierzęta dzikie zbiegły się na skały wokół miasta oglądać ceremonię. Słońce ruch swój na niebie zwolniło i z dnia tak ważnego zrobiło dwa, nie zachodząc. Najpierw były powitania, potem Królewna poszła na modlitwę do kościoła, a potem wystrzeliły armaty i zagrali muzycy. Najważniejszy senator mowę wygłosił i zaczął: "Że się nasza ojczyzna pod twój rząd dostała...", a potem gadał i gadał i gadał w tym tonie, aż skończył z przekonaniem, że Królewna "złe zdepta nogami".


Szybko odbyły się pokazowe turnieje i gdy plac opustoszał, wjechał nań nasz Królewicz z Akwilonu. Nie tylko stroje miał bogate, ale okazało się, że i brodę podhodował i wąsy zapuścił, a także skądś wziął ludzi na orszak książęcy. Nikt go nie znał, ale przypuszczali, że to król jakiś. Przypadło mu na kopię nadziać pierścień, co było zapewne nie lada wyczynem, ale on giermkowi kazał i drugi trzymać i za jednym razem dwa pierścienie zgarnął ostrzem. To wywołało entuzjam również u Królewny, bo obdarowała go drogocennym klejnotem i pozwoliła dłoń ucałować. Ale go nie poznała. Zasmucony odszedł innym ukłony składać i dopiero, gdy znów się zbliżył, Wenus sprawiła, że wydał się Królewnie bardzo podobny do jej Królewicza, ale nie wierzyła sama sobie. A panny z jej dworu, może nawet wszystkie, od razu go  rozpoznały.


Odjechał na bok, więc zaczęto wypytywać kto zaś i skąd, ale lokaje z jego orszaku powiedzieli, że nie wiedzą, że niedawno ich na giermków najął.


A to był dopiero początek prawdziwego turnieju. Najwyraźniej chodziło w nim o  zaimponowanie Królewnie i o jej rękę, bo z wież do każdego występu śpiewano osobną pieśń, a prawie każda opowiadała o miłości.



PIEŚNI.


Było ich osiem. Ktoś zaczął od śpiewów o wyczynach Herkulesa, ale szybko mu przerwano, zagłuszając już drugą pieśnią, wychwalającą gładkość i urodę pań. W trzeciej było o kochanku, który chciałby być szatą kochanki, aby nosiła go zawsze na sobie, albo jej perfumami, żeby nim zraszała swe pachnące piersi, a w ostateczności choćby jej bucikiem, żeby go deptała. Z czwartej wieży zaśpiewano prośbę do Wenus, żeby kochanka ulubieńca swego nie odtrącała.


Wtedy rozpoczęto ponowne nadziewanie pierścieni na dzidy. Większości z harcowników fortuna nie sprzyjała i łamali groty bez efektu. Tylko niejaki Wierzbazur trzy razy nadział celnie. Zaśpiewano mu pieśń piątą niby tryumfalną, ale z aluzjami, żeby wrona nie próbowała wzlatywać wyżej niż orzeł. Królewicz również trzy razy nadział pierścienie, lecz kopją przy tym pracował wymyślnie i z pozoru niebezpiecznie, jakby coś ostrzem pisał na piasku, tak że podniosły się krzyki przestrachu. Wygrał i zaśpiewano mu pieśń szóstą o tym, że może człowiek ukryć różne nastroje i uczucia, ale miłości nie ukryje. Siódma pieśń też zawierała dziwną aluzję w opowieści o pszczole, która użądliła Kupidyna, gdy kradł jej miód i o dziewczynie która w czyjeś serce okrutniejsze wbiła żądło. Ósmą pieśń znano na dwóch wieżach i na dwa głosy wykonano, a opowiadała o pani, która piękniejsza jest niż Wenus i dlatego ona dostaje złote jabłko, a nie bogini.


Królewicz wygrywał, ale smucił się tym, że go panna nie poznała, i tym, że dwórki nie dają znaku, że wiedzą, kim jest. Tymczasem Królewna nie przestawała myśleć, czy to ten, którego kochała, ale dwórek nie pytała o ich  przypuszczenia i w żaden sposób nie zdradziła, jakie myśli ją nurtują.


Przemyśliwał Królewicz, jaki znak jej dać i wreszcie przypomniał sobie połówkę pierścienia, którą nosił na piersi zawieszoną na złotym łańcuszku. Uczynił więc z papieru kopertę listowną, ale turniej skończono i młodzieniec nie miał okazji zbliżyć się do tronu. Szczęśliwie jeden z senatorów podszedł do niego z pytaniem kim jest, z jakiego królestwa, bo władczyni kraju chce wiedzieć.


"Nic mówić nie będę, – rzekł Królewicz, – zanieś ten list swojej pani, w nim jest wyjaśnienie."


Królewna nie rozwinęła listu przy ludziach, żeby się nie wydać ciekawską nad miarę i dopiero na osobności zajrzała do środka. Zaraz zbladła i natychmiast poczerwieniała. Królewską powagę miłość rozniosła w pył. Serce jej skamieniało. Oczami szukała, czy on tu stoi w pobliżu, czy już na konia wskoczył.


Trzeba było ceremonialnie wracać na zamek. Nawet w swojej komnacie nie uspokoiła myśli; szybko zajrzała do szkatułki i przekonała się, że obie połówki idealnie do siebie pasują. "Już zna, że on jest właśnie." Przypomniała  sobie, jak go przeklęła na odjezdnym i nagle o mało nie zemdlała z miłości, uświadamiając sobie z jaką odwagą przyszedł tu do niej przez dalekie kraje. 


Pobiegła do swoich dwórek i powiedziała im, że teraz będzie jej najmilsze, jeśli one z nią o nim będą rozmawiać. A na drugi dzień rano wezwała senatorów i opowiedziała im o wszystkim, co się podczas jej wyjazdu zdarzyło i kim jest tajemniczy młodzieniec – że królewicz, że mężny rycerz, że odważny i desperacki, jak nikt inny, że lwa się nie bał, że go zdradzono, choć on przysięgi nie złamał, że rozumny, urodziwy i cnotliwy i że w "małżeństwie chcę już z nim żyć wiecznie". Potem wysłano posłów do Królewicza, ale nie wiadomo dokąd – czy do ogrodu, czy gdzie indziej? W każdym razie obdarował posłów sowicie i sam poszedł na zamek. Tam się odbyło powitanie i stosowne mowy, a potem nastąpiły...



ŚLUB  I WESELE.


Związano młodym ręce stułą i koronowano króla północnego na południowe państwo.


Potem zaśpiewano Te Deum laudamus; na przemian grała muzyka i z dział strzelano i odbył się...



BANKIET.


Czyli skutek wzięły te małżeńskie gody królewny z królewicem przez wielkie przygody.


* * *

Koniec



Skąd się wzięły banialuki?

 

Nie wiadomo, kto komu pierwszy raz powiedział, że oplata bujdy, czyli banialuki, jak w staropolskim poemacie o pannie Banialuce. Napisał hrabia Stanisław Tarnowski, że "Biedna królewna Banialuka doczekała się tego upokorzenia, że jej imię stało się synonimem bredni."

Może by nie ona doczekała, gdyby ukochany Królewny, czyli Królewicz, nie był bezimienny. Gdyby ów kochanek miał imię, to mówiono by na brednie, na bujdy, na farmazony, wyrazem utworzonym od jego imienia, a nie od panny Banialuki. W tej opowieści plecie on więcej i durniej, niż panna Królewna i jest od niej po prostu głupszy. Byłby wzorcem na duby smalone, jak znalazł, ale pan autor przezornie, z męskiego  wyrachowania nie dał mu imienia.

Kiedy słowo "banialuki" powstało, nie wiadomo, być może rozpowszechniło się po wydrukowaniu poematu w książce, a być może dlatego książkę wydrukowano, że słowo było już popularne i drukarz wyczuwał zysk niezły ze śmiesznej publikacji. Twierdzą historycy literatury, że pierwszy raz drukowano Historyję ucieszną o królewnie Banialuce w roku 1650, już po śmierci autora, Hieronima Morsztyna, który odszedł ze świata chyba pięć lat wcześniej, przeżywszy niewiele ponad  sześćdziesiątkę. Poemat napisał, przypuszcza się, między 30-tym a 40-tym rokiem życia. Najpewniej utwór krążył w rękopisach i nabierał sławy przez prawie ćwierć wieku. 

Może  mieszkańcy Banja Luki w Bośni orientują się, co nazwa ich miasta oznacza w języku polskim. Byłoby sympatyczniej, rzecz jasna, gdyby wiedzieli tyle tylko, że jedna z najpiękniejszych królewien literackich nazywa się w naszych książkach, jak ich miasto. Może pan Hieronim wpadł na myśl, że ją w ten sposób nazywając, zrobi z niej postać egzotyczną, intrygującą pochodzeniem zza siedmiu gór.

Jakie to są bujdy, brednie, androny i trele-morele, które niosą według hrabiego upokorzenie pannie Banialuce, a prawdę mówiąc – przeuroczą sławę? Poemat opowiada bajkę, romans fantastyczny, więc cokolwiek się tam zdarza dziwacznego – od pustego, ale luksusowo wyposażonego zamku w środku puszczy, przez zapadnięcie się budowli w ziemię po jednym wezwaniu do niebios; przez wędrówkę oddziału dam dworskich po wielu krainach, bez żadnej męskiej straży; przez zjawienie się diabłów na pierwsze wezwanie czarownicy, aż po pustelników rozumiejących mowę ptaków i zwierząt oraz wiatrów – cokolwiek tam jest zmyślone, nie może być nazwane banialukami, bo każda bajka jest taka.

Coś jednakże spowodowało, że utworzono osobne słowo po lekturze Banialuki.

Może dla wyobraźni czytelników ponad zwykłą miarę bajkowych pleple były opowiastki o spotkaniach bezimiennego Królewicza z trzema pustelnikami. Królewicz wędrował w poszukiwaniu królewny z pewnej krainy na zachodzie. Kraina ta znajduje się chyba w Inflantach, bo niedaleko od niej jest Morze Bałtyckie, tak pisze pan Hieronim. 

Co do geografii to wspomnieć tu można nawiasem, że choć imię Królewny wzięte jest z nazwy dalekiego południowego miasta i bez wątpienia pan Hieronim wiedział, że takie istnieje na Bałkanach, to sama Królewna pochodziła ze wschodu, a nie z południa. 

Jeśli iść z Inflant na wschód, to żeby trafić, jak Królewicz na górę tak wysoką, że sięga aż ponad obłoki, trzeba dojść do Uralu. Na tej drodze strasznych bagien jest mnóstwo, w nich utonął koń Królewicza. Najwyższą górą na Uralu jest Góra Narodnaja, prawie dwa kilometry ponad poziom morza, w całkiem północnym skraju uralskiego pasma. Tam mieszkał trzeci pustelnik. Dwaj poprzedni zjawiali się wcześniej. Jeden na bagnach, drugi w nieco dostępniejszej krainie, ale obaj na trasie Inflanty-Ural. Tak jak domostwo samego Królewicza i niedaleki odeń zamek, gdzie spotkał Królewnę, wszystkie te miejsca leżą (a akcje się dzieją) w północnych stronach globu. 

Przypuszczalnie niewielu Polaków żyjących w okresie Baroku, także czytelników Banialuki, wiedziało, gdzie jest Góra Narodnaja (pewnie ją wtedy inaczej nazywano), a jeszcze mniejsza ich ilość wdrapała się na nią, więc taka bajkowa wydumka, że z jej szczytu widać morza Chińskie i Murzyńskie, była dziwna, ale akceptowalna. Jesteśmy już blisko banialuki, ale to jeszcze chyba nie sedno sprawy. Co to też za banialuka, że z tej Góry wiatr zaprowadził (czy zaniósł) Królewicza nad jezioro, gdzie na wyspie mieszkała Królewna. Było to z pewnością jezioro godne Królewny, więc nie jakieś pomniejsze, zauralskie w zachodniej Syberii czy na granicach Kazachstanu, ale solidne, piękne jezioro, a poza tym wody nad którymi mogły rosnąć pomarańcze i cytryny. A zatem Morze Czarne w okolicach Baku, gdyż perfekcyjna była zapewne znajomość geografii tych stron, którą posiadał  wiatr Apelijotes, przewodnik Królewicza.

Wróćmy do pustelników. Pierwszy zwołał zwierzęta, żeby powiedziały, którędy wędrowała Królewna uciekająca z zamku w Inflantach, który przeklęła. Przyszły jelenie, niedźwiedzie, wilki, sarny, renifer i inne inflandzko-uralskie zwierzaki. Przyszedł tygrys –  to już wygląda troszkę podejrzanie, ale może są tygrysy lubiące północne bagna, kto wie. Potem przyszły słonie, nosorożce i wielbłądy. Pal licho, że miały daleko, ale przecież na tych bagnach koń Królewiczowi utonął – a słonie i nosorożce przeszły? Takie wieści to już są niezłe banialuki. 

Do drugiego pustelnika przyleciały ptaki, zwyczajne na inflandzko-uralskich terenach, na przykład orzeł, cietrzew, wróbel, wrony, przyleciał też, jak to w bajce, feniks, nic nadzwyczajnego, ale potem przyfrunęły... pelikany i papugi. Po nosorożcu może by czytelnicy i te papugi wytrzymali, ale po nich przyleciał struś i to już jest oczywista banialuka, jako że strusie nie latają. 

Te wymysły banialuczne zajmują prawie cały ósmy rozdział, a kończą go wyjaśnienia, co się widzi z Góry Narodnaja (czy jak tam się nazywała). Jest to właściwie geograficzno-historyczny wykład trzeciego pustelnika, który wskazuje Królewiczowi jedną stronę świata i mówi – To są Chiny; wskazuje inną i mówi – To jest Persja; w innych kierunkach – To Afryka, a to Europa. Ale i takie opowiastki wytrzyma każdy czytelnik bajek, natomiast latające strusie i słonie przebywające w parę chwil niezmierzone bagna to już naprawdę odważna i śmieszna jazda po bandzie. Każdy może bez trudu pleść dyrdymały, ale żeby opowiadać banialuki, trzeba popracować. Jak widać z powszechności starego słowa i jego użyteczności w polszczyźnie do dziś, dajemy radę. Inna rzecz, że gdyby z całego poematu wyjąć ten jeden rozdział, może nie byłoby okazji do  wzbogacania niedorzeczności i bzdur synonimem "banialuki". Być może słówko wymyślono w czasach tzw. Oświecenia, żeby zupełnie zdyskredytować Barokowe wymysły pana Hieronima. To się raczej nie udało. Hrabia Tarnowski uznał, że na początku XX wieku może w swej historii literatury polskiej utwór cały streścić, śmiejąc się pod wąsem.

 

Hieronim Jarosz Morsztyn, 

 ur. ok. 1580, zm. przed 1626, w rodzinie arian poskich. Jego ojciec, Florian, był dozorcą robót w kopalni soli w Wieliczce, czyli bachmistrzem wielickim; matka, Zuzanna, była siostrą stryjeczną Olbrachta Łaskiego. Do ważniejszych utworów HJM należy Światowa rozkoszAntypasty małżeńskie i Sumariusz wierszów.


Najciekawiej spośród historyków literatury opowiedział o Hieronimie Morsztynie hr. Stanisław Tarnowski w drugim tomie Historyi literatury polskiej, wydanej w 1906 w Warszawie:


Morsztynowi zawdzięcza literatura polska śmieszną historyę o księżniczce Banialuce, która była ulubionym i bardzo czytywanym romansem w swoim czasie (wiek XVII).(...)

Oprócz małych powiastek, napisał Morsztyn jedną większą, i zdaje się, bardzo sławną, historyę o Królewnie Banialuce.


Biedna królewna Banialuka doczekała się tego upokorzenia, że jej imię stało się synonimem bredni; a w swoim czasie musiała mieć wielbicieli bardzo wielu,  skoro jej ucieszna historya wychodziła w nowych wydaniach jeszcze w połowie XVIII wieku. Smutny dowód, że heroiny pisane starzeją się także, tak jak żywe.

Jakiś król Południowy oświadcza swego syna o rękę córki króla Północnego. Król Północny zezwala, nawet z wielką chęcią, i uradowany wyprawia się na polowanie, ze swoim synem królewiczem, nie nazwanym po imieniu. Królewicz w pogoni za reniferem zabłądził ze swoimi psami, i z jednym giermkiem. Po długiem błądzeniu znalazł się przed bardzo pięknym zamkiem. Zamek był pusty, wstępu do niego bronił lew i niedźwiedź. Te zagryzły psy królewicza, ale on z giermkiem dostał się jakoś do środka. Po chwili zajechała przed zamek armia amazonek, liczne panny na koniach, na czele jedna, najpiękniejsza ze wszystkich – Banialuka.

Ta przyjmuje przybysza z wielkim gniewem, ale w miarę jak na niego patrzy, staje się jakoś łaskawsza, i opowiada mu swoją historyę. 


Po śmierci rodziców obchodziła żałobę w ten sposób, że opuściła swoje królestwo i na trzy lata osiadła w tym zamku, przysiągłszy, że żaden mężczyzna nie będzie miał do niego wstępu. Nie jej wina, że królewicz wszedł; a skoro już wszedł, musi go przyjąć gościnnie, daje mu jeść i pić, a prócz tego oddaje mu swoje serce, i połowę swego pierścienia, na znak, że nie wyjdzie za żadnego innego, tylko za niego. Drugą połowę zachowała sobie. 

Królewicz, uważany za straconego i opłakany, wraca za jej namową do ojca, ale udaje chorego, zamyka się w swoim pokoju, a tymczasem codzień wynosi się z giermkiem do tajemniczego zamku. Jedna księżna, która ma ochotę wydać się za królewicza, miarkuje, że dzieje się z nim coś dziwnego, ale nie może dojść co. Ma jednak za ochmistrzynię czarownicę, która umie radzić w najtrudniejszych sprawach. Ta wdała się w rozmowę z giermkiem, ujęła go podchlebstwem, przekupiła darami i dowiedziała się, że królewicz zakochany w pani tajemniczego zamku. Daje tedy giermkowi zaczarowane jabłko, z poleceniem, żeby je dał zjeść swemu panu, gdy będą w zamku. Jako tak się stało. Królewicz zjadł, w tej chwili wpadł w letarg i w konwulsye, i w tym stanie zobaczyła go królewna Banialuka. Na drugi dzień to samo; na trzeci dzień to samo. Wtedy Banialuka w rozpaczy wraca do swego królestwa, a w jej zamek strzela piorun i burzy go tak, że nie został kamień na kamieniu. 


Odgłos pioruna obudził królewicza. Nie ma królewny i nie ma zamku? W rozpaczy idzie szukać utraconej, choćby po całym świecie. Ale przed wyjazdem przezornie naładował trzos pieniędzmi i klejnotami. Po długiej wędrówce trafia przypadkiem do świątobliwego pustelnika. Pustelnik nic nie wie o królewnie; ale ma władzę nad wszystkiemi zwierzętami: może które z nich widziało, dokąd pojechała królewna. Schodzą się wszystkie, ale żadne nie widziało nic. Wtedy pustelnik daje królewiczowi za przewodnika jelenia i wyprawia go do drugiego pustelnika, jeszcze świątobliwszego, który ma władzę nad ptakami. Zlatują się wszystkie ptaki, ale znowu nic nie wiedzą. Musiała królewna jechać w nocy, gdy ptaki spały. 


*

Zostawmy opowieść hr. Tarnowskiego na chwilę i zajrzyjmy do romansu HJM.

Oto jak według pana Hieronima "ptastwo" opowiedziało pustelnikowi, że nic nie wiedzą o królewnie:


Tam orzeł najstraszliwszym szczekał krzywonosem,

a sęp pazurowaty miąższym kłapał głosem.


Struś krzyczał, żuraw strukał, a pawy wrzeszczały.

feniks się śmiał, bociani nosem klekotały.

Bażant piał, a bąk bączał, kraczą ślepowrony,

miłosiernie śpiewały ciche pelikàny.


Sokół, raróg, białozór z jastrząbami kwili,

krogulce, drzymlikowie toż ciszej czynili.

Plegotały kaweczki, sroki szczegotały,

krucy, gawroni, wrony nieróżnie krakały.


Sowy huczały, puszczyki z puchaczem wołały,

drop ksykał, głuszec puchał, dudkowie dudały.

Grały cietrzewie, a ich cieciurki kokały,

prześwistują kuligi, a kraski wrzeszczały.


Ciurkał dzięcioł, wróbel świerkał, strykały chruściele,

słowiczek lamentował, a pardwa kokciele.

Skowronkowie wesoło pod niebem śpiewali,

przepióreczki zwabiały, a trznadle strykali.


Ciegocą kuropatwy, a potresty świerczą,

gile i szpaki świszczą, jemiołuchy skwierczą,

świergolą syrokosy, szczygieł przekrzykuje,

makolągwa gwizdała, krzywonos wkrzykuje,


psykali czyżykowie, kwiczoły piskały,

drozdy skrzypią, a żołny niemiło skrzeczały.

Zięba: "cin, cin", sikora "tarara" – przydaje,

strzyżyk: "ci,ci", a więcej głosu mu nie zstaje.


Trukały trukaweczki, śnieguły piszczały,

huczą grzywacze, a zaś gołębie gruchały.

Gwizdał szpak zgodnie z kosem, jaskółka piskoce,

gorli synogarlica, gżegżułka gżegoce.


Jerowie skrzypiotali, papuga rozprawia,

kanarek w głupich uszach drogi pisk zostawia.

Brzmi dzwonek, lelek jęczy, dzierlatka durczała,

gorczy rzepniczek, słonka po cichu krzeczała,


a kulka świegotała, piekut rżał latając,

zięba wietała, głosy wszystkie zamykając.

Skoro naturalnemi głosami wyznało

ptastwo, że o królewnie nigdzie nie wiedziało,


Rzecze pustelnik: "Pewnie nocą ujeżdżała,

ponieważ się i ptastwu obaczyć nie dała."


*



I dalej streszczenie hr. Tarnowskiego:


Ale jeszcze jest rada. Sroka prowadzi królewicza do trzeciego pustelnika, którego słuchają wiatry. Tym razem się udało. Jeden wiatr widział, jak jechała do swego królestwa, i królewicza usłużnie tam zaniósł. 

Przebrany za parobka królewicz, przystaje do pałacowego ogrodnika i pracuje w nadziei, że królewnę zobaczy, a przynajmniej czegoś się o niej dowie. Dowiedział się, że do końca swojej trzechletniej żałoby siedzi zamknięta i nikt jej widzieć nie może. Ale żałoba się kończy, z całego świata zjeżdżają się kawalerowie; mają być wielkie turnieje, a kto z nich będzie zwycięzcą, ten otrzyma rękę królewny. 

Królewicz dobywa ze swego trzosa dużo pieniędzy, kupuje sobie konia, piękne suknie, zbroję, i naturalnie zwycięża wszystkich. Ale nikt go nie zna. Pytają, co jest za jeden, on nie chce mówić. Tylko zawija coś w papierek, i każe to zanieść królewnie. Gdy zobaczyła, o mało nie oszalała z radości; to połowa jej pierścionka! Na poczekaniu zaraz ślub i koronacya nowego króla. 

Taka jest Ucieszna historya o zacnej królewnie Banialuce. Jest pisana wierszem nie szczególnym, trzeba powiedzieć. Co w niej najciekawsze, to różne nazwiska psów królewicza; tak musiały się nazywać psy myśliwskie w ówczesnej Polsce. Dyabły, które pomagają czarownicy do zatrucia jabłek, opisane są z pewną fantazyą, a pieśni miłosne, śpiewane podczas turnieju, nie są bardzo ładne, ale też nie ostatnie. 


(Przepyszne to streszcznie, choć pobieżne niemiłosiernie, więc dla pełniejszej uciechy daję swoje –  obszerne, ale nie przesadnie szczegółowe, w postach poprzednich na tym blogu.) 


Hr. Tarnowski o kilku innych utworach Hieronima:


Za tą długą historyą idą dwie krotkie, prozą pisane. Jedna historya Galezyusza, syna Demokryta, który jest taki głupi, że ojciec nie mógł z niego nic zrobić i kazał mu pasać bydło. Ale raz na tem pastwisku zobaczył Galezyusz Filidę, córke Aristidesa, zakochał się na śmierć, i z wielkiej miłości nauczył się nie tylko czytać i pisać, ale wszystkiego, co potrzebne wykształconemu człowiekowi, i ożenił się z Filidą.


Druga historya – o Przemysławie, książęciu oświęcimskim i o jego małżonce Cecylii – błąka się dawno po świecie pod różnymi tytułami, a jeszcze w XIX wieku miała powodzenie w teatrach niemieckich jako Griseldis Halmana. Morsztyn przeniósł ją na grunt polski. Książę Przemysław ożenił się z miłości z biedną dziewczyną; ale po ślubie umyślił doświadczyć je posłuszeństwa i cierpliwości.Urodziła córkę; kazał jej to dziecko zabrać i niby zgładzić.Urodziła synka; to samo. Później kazał jej wrócić do ojca, bo ją sobie niby uprzykrzył; wróciła bez skargo. Na ostatek oświadczył jej, że ożeni się z inną, a ona ma złożyć hołd nowej księżnej. Przyszła i życzyła szczęścia.Wtedy już Przemysław miał dosyć prób i wyznał Cecylii, że ją tylko doświadczał, a że mniemana narzeczona jest ich córką. Z tego wszystkiego odnosi się tylko to wrażenie, że Cecylia była zanadto dobra, a Przemysław był i zły i głupi.



o JH Morsztynie w sieci;


http://edusens.blogspot.com/2015/03/utracona-czesc-krolewny-banialuki.html


warta przeczytania, barwnie napisana recenzyjka ;

= = =


https://www.youtube.com/watch?v=v7dHayOH7yE


fajnie opowiedziana przez Emilię historia księżniczki Banialuki na YT;


= = =

https://www.wikiwand.com/pl/Hieronim_Morsztyn


opis encyklopedyczny;

= = =


http://www.staropolska.pl/barok/opracowania/banialuka.html


ciekawe, profesjonalne opracowanie;

 

https://bajka.umk.pl/slownik/lista-hasel/haslo/?id=29 

 Słownik Polskiej Bajki Ludowej

= = =




"Fraszkorytmy" najprawdopodobniej autorstwa HJ Morsztyna

° ° °

Śmago-dywago marginalne o pięknej Królewnie Banialuce.

Nie żeby się naśmiewać ten post jest dany, a jeśli to przecież nie z Chrisa tylko, bo ze mnie samego głównie, a poza nami to z Morsztyna. Jemu naśmiewanki nie zaszkodzą, zresztą stąd właśnie słowo banialuki – od serioznych Oświeceniowców, choć wolę przypuszczać, że tak zwany masowy czytelnik (to były ponoć panny dworskie i urzędnicy powiatowi niższej rangi) sam sobie wymyślił owe słowo.

Nasze śmago-dywago są na marginesie pisane, powagi w tym promilek, pewną ilość świadomych jaj, jakie sobie robiłem, Chris wyłapał, nie znając (?) oryginału. Takie tam pisanki wielkanocne.


Chrisa Hariasza uwagi:

OK, rzeczywiście, jak obiecałeś, miałem zabawę. Nie do końca wprawdzie ale jednak. A nie do końca, bo po pierwsze, te bajki kończą się często durnym i zupełnie nie interesującym ślubem, a po drugie, bo i tobie pod koniec jakby się już odechciało i po łebkach poleciałeś. Ale, powtarzam, miałem zabawę. I trochę wątpliwości. Więc je tu wymieszam.

Absolutnie nie jestem językoznawcą, ale zawsze mi się wydawało, że słowo “banialuki” pochodzi od miasta w Bośni Banja Luka. Przez długi okres czasu było pod panowaniem tureckim, więc myślałem iż prawdopodobne jest, że kombinacja niezrozumiałego języka, może na dodatek z jakimiś “dziwnymi” ciuchami, zaszczepiła drobnych szlachetków do adaptacji tego słowa na określenie rzeczy niezrozumiałych, dziwnych, bajkowych. Nie kłóci się to nawet za bardzo ze słownikiem etymologicznym online, który pisze, że nie wie skąd Morsztyn wziął to słowo. Ty jesteś w tym temacie na tyle otwarty, że może nie obruszysz się, kiedy napiszę, że moim zdaniem słowo “banialuki” funkcjonowało już w jakimś stopniu w polszczyźnie za czasów Morsztyna. Może nie na tyle szeroko, żeby się wyświechtało (to też jest fajne słowo), ale jednak.

Z geografią jesteś dość ambitny, ale nie będę się sprzeczał. Muszę jednak wyznać, że ja się pogubiłem w kierunkach. Czasem królewicz z Zachodu a czasem z Południa. W pewnym momencie myślałem wprawdzie, że Banialuka to księżniczka Tatarska (czyli o korzeniach zza Uralu, ale może osiadła na Krymie, czyli prawie wyspie), ale nie wiem czy Tatarzy przyszli też z Turkami do Banja Luki.

Opowieści ptaków wszelakich oraz imiona nadawane psom prześmieszne.

Uczta w zamku u księżniczki. Podano między innymi “udziec jeleni z pozłoconym kopytem” i “cytryny”. A drużki śpiewały “treny żałosne”. Sorry, ale pękałem ze śmiechu.

Albo była Banialuka jak… która to? Danuśka z “Krzyżaków” (chyba jednak nie ona)? która między udami orzechy łupała, skoro pierścień w delikatnych paluszkach potrafiła na pół przełamać, albo pierścień był z niewypalonej gliny.

Ten fragment, kiedy od południowej strony przybywa delegacja ślubna niezbyt jasno streściłeś. Dopiero w następnym rozdziale dowiadujemy się, że chodziło o zaślubiny siostry królewicza. (Czy coś za szybko przeczytałem i przeoczyłem?)

Zabrakło rzeczy, jakie mógłby przynieść czwarty diabeł.  Muszę przyznać, że byłem raczej rozczarowany.

Ciekawe jak na początku rozdziału VII, Banialuka miesza bogów starożytnych ze swoim bogiem (w domyśle chrześcijańskim, ale to od autora chyba, który zdaje się zakłada iż wszyscy królewicze, królewnę i księżniczki wyznają tę samą wiarę).

Podobał mi się "ten szczęśliwy traf, że bestie dzikie żrąc się między sobą, jego omijały.” 

Dwakroć dziesięć dzięsiątków? To by było 2000. Od tego odjąć “osiem dzięsiątków” - 1920? Czy może “dwakroć dziesięć" to 200, odjąć “osiem dzięsiątków” to wychodzi 120. Ale może i 192.

To grzebanie w ogródku królewny to mogła by być ładna metafora. Ale czy o to autorowi chodziło. Wątpię.

Czyli wygrał turniej, oda obdarowała go pierścieniem, ale to był dopiero początek “prawdziwego turnieju”?

Czy te osiem pieśni też Morsztyn streszcza, czy ty nam postanowiłeś oszczędzić?


Mój jemu odpis:

Sprawa może nawet główna, ale którą olałem świadomie, to ustalenie, gdzie kończy się streszczenie, a gdzie zaczyna adaptacja. W rezultacie robiłem obie rzeczy na raz. Streścił bajkę istotnie hr. Tarnowski, a ja raczej opowiadałem, adaptowałem. Kusiło mnie, żeby tam, gdzie Morsztyn pulta, przegaduje, przynudza, albo wręcz odpuszcza (jak pod koniec właśnie) ze stratami dla akcji, obrazu sytuacji, przeżyć, wyglądu rzeczy i osób, żeby tam od siebie bardziej ubogacać. Ale raczej starałem się pozostawać z Morsztynem niż z własnymi wizjami. A można przecież do woli przeinaczać i po swojemu pleść, bo on właśnie tak zrobił. Najwyraźniej znał zagraniczne bajdy i wręcz je naśladował.

Fakt, że z geografią włóczęgi Królewicza pojechałem na przełaj i bez trzymanki, od Inflantów do Uralu.

Z przełamaniem pierścienia miałem rozczarowanie, bo myślałem, że będzie dramat, a Królewna Banialuka w oryginale pyk! wzięła w palce i złamała. Aż mi żal, bo nie uchodzi w streszczeniu  jaja sobie robić i dramatyzować. 

Pieśni końcowe  nadmiernie nawet opowiedziałem w porównaniu do ich wątłości w oryginale.  

Z banialukami badacze niewiele wymyślili, jak wiesz, mam o tym swoje krótkie  śmago-dywago na blogu. Jedni mówią nawet, że dopiero pod koniec 18 wieku zaczęto słowo używać.  

Też miałem wrażenie, że pod koniec opędzam byle szybciej, ale po jaką cholerę streszczać nudne i monotonne (i repetowane bez pomysłu a zbędnie) pierdoły o niby turnieju. To Morsztyn “zdechł”, nie ja. 

Wróciłem się raz, czy dwa, “dotreścić” krótkości własne, na pewno rozbudowałem opisy diabłów, że już są prawie jak w oryginale.  Morsztyn nie był mistrzem w splataniu wartkiej fabuły, nieraz gada, gada, a nic się nie dzieje, bywa, że u mnie jest dramatyczniej niż w oryginale.

Królewiczów było dwóch, jeden od Banialuki, a drugi ożenił się z jego siostrą, ten drugi był z południa.