poniedziałek, 22 marca 2021

Izabella z Egiptu. Część 1.

  


WYJAŚNIENIE


Oto romantyczna ballada prozą o miłości egipskiej księżniczki, pięknej Izabelli, i cesarza Karola, arcyksięcia z Niderlandów. W ich szaloną miłość, w życiu obojga pierwszą, -nastoletnią (akcja rozgrywa się około roku 1515), ingeruje z przyczyn magicznych stworek z mandragory, ludzik nie bardzo ludzki, który także kocha się w przecudnej Cygance. 


Powiastka powstała w roku 1812, w tym samym czasie, co bajki braci Grimm (jej autor był ich przyjacielem), ale sztuką literacką dziełko je zdecydowanie przewyższa, mam wrażenie, że osiąga poziom grimmowej bajki opowiedzianej przez Mniszkówną, która zdobyła się na ironię. Kojarzy mi się "Izabella" z podobnie niedługą i równie fantasmagoryczną  "Trąbką do słuchania" surrealistki Leonory Carrington, bo to z jej powodu natrafiłem na "Izabellę z Egiptu", idąc tropem konceptów von Arnima, znalezionym w rozważaniach o surrealizmie. Ten najciekawszy, jak sądzę, zamysł w nowoczesnych odmianach sztuki bliski jest romantyzmowi, bo tyleż pozostaje artystyczny, co ideowy, zwłaszcza w dociekaniu źrodeł twórczości, czyli tajemniczej Muzy.

  

 Z przeświadczeniem, że kobieta jest muzą artystów, surrealiści wystąpili w swych manifestach i proklamacjach na początku XX wieku nie pierwsi w dziejach i niczego nowego nie odkrywali. W monografii sprzed wielu lat Krystyna Janicka wspominała, że powoływali się oni na długą tradycję tej szczytnej idei, m.in. na pisarstwo Goethego i Achima von Arnim. Takie zestawienie nazwisk powoduje, że o ile czujesz się krzepko wiedząc, kim był Johan Wolfgang, to czujesz się marnie nie wiedząc, któż to ów równorzędny mu Achim. Przy jego nazwisku pani KJ pomieszcza dwa cytaty, nie wspominając skromnie, że pewnie sama je przetłumaczyła i podejrzewam, że w ślad za Andre Bretonem, bo polskich przekładów dzieł pana Achima doszukać się nie mogę i przypuszczam, że żadnych nie ma. 


        A są to cytaty istotne dla artystycznych kultów kobiety, gdyż tajemniczy konkurent Mistrza z Weimaru pisał tak: 


"jeżeli rozumie się kobietę, wszystko inne 

staje się zrozumiałe samo przez się"


        Albo:

"ziemia w pewien sposób sprawuje władzę przez kobietę"



(Nawiasem mówiąc, przypuszczam, że w drugim cytacie powinno być właściwie "Ziemia", w rozumieniu Planety, Gai boskiej, a nie, załóżmy, ugoru, choćby najbardziej żyznego i płodnego.) 


Dawno temu, gdy wiedzę czerpało się z ksiąg, o pisarzu von Arnim można było przeczytać ledwie dwa zdania w dwutomowej historii literatury niemieckiej. Dziś zagląda się prędziutko do Wikipedii i wszystko (prawie) staje się wiadome, w kilku językach na dodatek. Toteż proszę sobie tam zajrzeć i oświecić się we własnym zakresie, kim on był, kiedy żył i co napisał


Jak już wspomniałem, ksiąg jego przetłumaczonych na polski nie ma lub są tak ukryte, że znaleźć ich nie potrafię. W sieci najszybciej dostępna w niemieckim oryginale jest powieść pod tytułem "Izabella z Egiptu", również w tłumaczeniu francuskim, a nieco bardziej ukryte jest tłumaczenie rosyjskie, zaś przekład angielski, zrobiony na uniwersyteckie potrzeby, istnieje w książkowej tylko wersji, oferowany w zwariowanych cenach od 100 do 250 dolarów. Na internetowej aukcji jeden egzemplarz poszedł w tym roku taniutko za 35 dolarów, ale tak błyskawicznie, że nawet nie zdążyłem wklikać się w licytację.  

         


Francuska okładka zachęca portretem Cyganki Izabelli o słodkiej urodzie. Na jednej z niemieckich okładek panna owa również wygląda pięknie i zmysłowo. Jakże nie czytać więc opowieści o tak pięknej Izabelli? Potwierdza się w treści uroda owej Cyganki, a nawet rzec można, że portrety malarskie nie dorównują literackim.


Opowieść swą napisał Anim von Arnim w 1812 roku, była to w Europie era natchnień romantycznych. Powstawały powieści i wiersze (Mickiewiczowskie "Ballady i Romanse", przypomnijmy chociażby) niezbyt różne od bajek, od legend.

Tematem ich głównym była miłość, której przeszkadzały lub pomagały przeróżne stwory niesamowite, jako to duchy, boginki, zjawy, a nawet diabły. Kobiety kochane, uwielbiane, ale i porzucane, zdradzane, uśmiercane niekiedy, były zwykle przecudnej urody. Jeśli to wszystko jest w balladzie "Izabella z Egiptu", jakże jej nie czytać? 


Nie znalazłem tej powieści w polskiej wersji, więc postanowiłem rzecz  w naszym języku opowiedzieć. Czysty przekład to nie jest,  ale trzymam się fabuły dokładnie, nawet w drobiazgach. Nie sądzę, bym potrafił romantyczny język oryginału oddać wiernie, jak nie wiem też, czy byłby on, w tamtej manierze utrzymany, do czytania dziś bez ziewania i irytacji. Opowiadam więc historię Izabelli tak, by samego siebie nie zanudzić, by urody opowieści zachować tak dużo, jak potrafię. Opowieść, jest istotnie bardzo miłosna i bardzo powikłana, ale przy tym wartka i zabawna, a czy tragiczna, czy szczęśliwa, to się okaże, oczywiście, na samym końcu.

Co do kontrowersji w sprawie Achimowego antysemityzmu nie jestem w stanie dyskutować z braku dostatecznej znajomości jego działań, poglądów i twórczości. Opinie znawców tematu są bezwzględne i z ich punktu widzenia uzasadnione.  W przedstawianej tu opowieści świadomie skorygowałem wszelkie paskudnie brzmiące sformułowania Achima w opisach postaci żydowskiego maga z Polski. Uważam tę cenzurę za właściwą, a niczego nie redukującą w akcji i atmosferze utworu. Sformułowania Achima są po prostu głupie i brzydkie. Z drugiej strony można by się przyczepić do jego opisu papieża. Tu Achim przedstawia bajkowe fakty (nieślubne córki papieża), które zdarzały się nie tylko w bajkach, ale też w realności; i nie pisze, że wszyscy papieże mieli córki i zachowywali się paskudnie, a tak właśnie opiniuje przy postaci maga. Więc w jednym przypadku mógł obśmiać, ale nie wrednie, a w drugim już nie? Pewnie tą swoją cenzurą odjąłem Achimowi głupoty, która przecież jest nieusuwalna; trudno, niech już sobie będzie niesprawiedliwie mądrzejszy w mojej wersji, która wiernym tłumaczeniem nie jest. A kto chce czytać Achima z powodu jego antysemityzmu, ten niech mnie cmoknie w “coniebądź” i niech sam sobie przetłumaczy inaczej.

B.K.
luty 2021

 







Ludwig Achim von Arnim


Izabella z Egiptu


czyli

Pierwsza miłość cesarza Karola V


opowieść romantyczna 

napisana w roku 1812





1.

Braka, stara Cyganka stojąca pod oknem w podartym, czerwonym płaszczu, nie zdążyła zmówić trzeci raz Ojcze Nasz, co było umówionym znakiem, gdy zza otwieranych okiennic ukazała się twarz Belli, spoglądającej błyszczącymi oczami na światło księżycowej pełni żarzące się w oparach znad rzeki Skaldy, niczym rozgrzewany metal, i unoszące się nad wodą w coraz jaśniejszym blasku.

– Popatrz, jak anioł uśmiecha się do mnie! – powiedziała Bella.

– Dziecko, co widzisz? – zapytała stara kobieta, wzdrygając się ze strachu.

– Księżyc – odpowiedziała Bella. – Znowu do mnie przyszedł, a mój ojciec wciąż nie wraca do domu. Babciu, nie ma go już od tak dawna, ale śnił mi się ostatniej nocy. Wdziałam go w Egipcie, jak siedział na wysokim tronie, ponad latającymi ptakami. Ten sen przyniósł mi pociechę.

– Moje biedne dziecko – powiedziała Braka. – Och, gdybyż to była prawda. Czy jadłaś coś dzisiaj, czy wystarczyło ci wody?

– O, tak – odpowiedziała Bella. – Sąsiad otrząsał jabłonie i wiele jabłek wpadło do strumienia. Powyławiałam te, co utknęły w wodorostach na zakręcie, mam też resztkę chleba, który ojciec zostawił mi przed wyjazdem.

– Dobrze, że pomyślał o tym! – zawołała staruszka. – On już chleba nie potrzebuje. Zresztą zabrali mu nie tylko chleb.

– Babciu, droga, powiedz mi, proszę, czy mój ojciec zrobił sobie krzywdę podczas pokazywania sztuczek? Powiedz mi, gdzie jest. Będę się nim opiekować. Gdzie on jest? Gdzie mój książę?

Bella drżała, zadając pytania i szlochała, a łzy z jej oczu kapały na kamienie pod oknem, lśniące w świetle Księżyca.


Gdybym był przelotnym ptakiem, sfrunąłbym na ziemię, zanurzyłbym dziób w te łzy i zaniósł je do Nieba: tak były smutne i posłuszne Jego woli.


– Popatrz tam – szepnęła stara kobieta. – Na tej górze stoi potrójna szubienica i choć Bóg nic o tym nie wie, nazywa się to Trybunałem Bożym, a kto przed tym trybunałem zostanie postawiony, ten długo nie pożyje. Mięso, które tam suszy się w słońcu, nikt w garnku nie ugotuje; będzie wisieć, póki nie pójdziemy je zdjąć. Darmo płaczesz, biedne dziecko, tam powieszono twego ojca. Uspokój się, uspokój, pójdziemy po niego dziś w nocy i ze wszystkimi honorami, jakie mu przystoją, spławimy w rzece, aby popłynął do swych braci w Egipcie, bo umarł w pobożnej pielgrzymce. Weź tę butlę z winem i garnuszek z gulaszem, posil się, świętując jego pogrzeb.

Bella była tak przerażona, że nieomal upuściła to, co jej dawała staruszka.

– Trzymaj mocno, nie upuszczaj i oczu sobie nie wypłakuj, bo teraz jesteś, pamiętaj, jedyną naszą nadzieją, jedyną, której dane jest poprowadzić nasz lud do ojczyzny i dopełnić naszych przysiąg. Pamiętaj, że jesteś teraz panią wszystkiego, co posiadał i czym władał twój ojciec. Idź do jego pokoju i otwórz tym oto kluczem szafę, znajdziesz w niej wiele rzeczy. Ach, omal bym zapomniała: kiedy dawał mi klucze, powiedział, żebyś nie bała się jego czarnego psa, Samsona, pies będzie wiedział, że ma ci służyć i nie ugryzie cię. Twój ojciec kazał mi powtórzyć, żebyś się nie smuciła, bo on od dawna tęsknił za ojczyzną w cierpieniu, a teraz zostanie uzdrowiony i powróci do niej. Weź jeszcze ten dzbanek mleka, które udoiłam ukradkiem na pastwisku. To część pogrzebowej ofiary. Dobranoc, moje dziecko, dobranoc.



2.

Stara Cyganka odeszła, a Bella patrzyła za nią takim wzrokiem, jakim ogląda się list ze złowieszczą nowiną, zapowiadającą nieszczęście; odrzuca się go od siebie, ale zarazem chce się widzieć, co w nim napisano. Pragnęła pobiec za starą Braką, ale powstrzymywał ją zarówno smutek, jak i strach przed groźnymi ludźmi z jej plemienia, których na równi bała się i kochała.

W tych czasach prześladowano Cyganów, myląc ich z wypędzanymi ze wszystkich krajów Żydami, którzy przebierali się za nich. Narzekał na to ojciec Belli, Michał, książę cygański, który wszelkimi środkami i całą swą mądrością starał się zjednoczyć swą rodzinę i sprowadzić do ojczyzny. Wypełniła się już ich przysięga, że będą wędrować po obcym świecie, póki nie spotkają chrześcijan. Cyganie w Hiszpanii, którzy doszli do brzegów Oceanu, popłynęliby ku Nowemu Światu, ale ze Starego zabierano tam tylko żołnierzy, a nie pielgrzymów. Powrót zaś do Egiptu zamykała im rosnąca potęga Turków, prześladowania i brak pieniędzy na okup.

Książę próbował zmienić w źródło utrzymania ich narodową rozrywkę – igrzyska siły i zręczności, gdy podnosili w zębach ciężkie stoły, chodzili na rękach, robili salta i inne cygańskie sztuczki; lecz przepędzani z kraju do kraju, tracili siły nawet najlepsi z nich, a z siłami źródło dochodów; gdy zaś i wróżenie dawało coraz mniejszy zarobek, bieda zmusiła ich do żywienia się mięsem kretów i jeży, jedynych zwierząt na które każdy miał prawo polować.

Wtedy po raz pierwszy w sercach swych poczuli karę, za to, że świętą Matkę z Dziecięciem Jezus i Józefem, szukających schronienia w Egipcie, wypędzili, nie chcąc spojrzeć w swej obojętności w oczy Boga i nie widząc w nich Świętej Rodziny.

Kiedy później, po śmierci na krzyżu rozpoznali Zbawiciela, którego odrzucili za życia, połowa narodu ślubowała odkupić swą zatwardziałość pielgrzymką do najdalszych krańców świata, by spotkać chrześcijan. Udali się przez Azję Mniejszą do Europy, zabierając ze sobą posiadane majątki, ale gdy wyczerpały się ich skarby, wyschła gościnność, bowiem biada ubogim w obcym kraju!


Po tym koniecznym wyjaśnieniu wróćmy do naszej opowieści.


Nowa gromada Cyganów przybyła tu tydzień temu, przywędrowawszy z Francji; książę postanowił wówczas urządzić igrzyska cygańskie, by zarobili na swe utrzymanie; byli wśród nich Happy i Emler, jak wszyscy inni bez grosza przy duszy; kiedy Książę pod gospodą zadziwiał publiczność, podnosząc i dźwigając na swych ramionach tuzin osób, rozległy się krzyki, że Happy został schwytany na posesji przy kradzieży dwóch kur, które zdradziły go gdakaniem i że książę Michał sztuczkami pod gospodą chciał odwrócić uwagę gapiów. Bogaci mieszczanie z Gandawy nie wybaczali najmniejszej kradzieży i na nic zdały się przysięgi Księcia, że sam jest gotów w jednej minucie zastrzelić Happego – i on i Elmer zostali z Happym uwięzieni jak złodzieje i skazani na powieszenie; w tamtych czasach surowe prawo pozwalało wykonać wyrok natychmiast na miejscu przestępstwa. Na próżno Książę Michał próbował przed sądem udowodnić niewinność swoją i Elmera.

– Postępujecie z nami, jak z myszami – mówił. – Gdy jedna mysz ugryzie ser, to mówi się "tu były myszy" i rozrzuca się truciznę i zastawia pułapki, żeby zabić wszystkie. Podobnie teraz my, wszyscy Cyganie, mamy nie zaznać spokoju i nie ma dla nas schronienia przed szubienicą.



3.

I takie mu dano schronienie. Ronił w więzieniu gorzkie łzy, że oto on, ostatni męski spadkobierca szlachetnego rodu ginie niewinnie i tak haniebną śmiercią. Wkrótce zamknięto mu usta aż do dnia Sądu Ostatecznego, w którym poskarży się na bezlitosnych bogaczy, dla których życie ludzkie mniej jest warte niż ich próżne dobra; tak, jak liny nie przetkasz przez ucho igielne, tak wielbłądy i bogacze nie wejdą do królestwa niebieskiego, gdzie Bella odnajdzie swego ojca.

Kiedy Bella odzyskała przytomność umysłu, wykrzyknęła:

– Ach, więc to oznaczał mój sen, w którym widziałam ojca wznoszącego się wysoko! Teraz wstąpił w niebiosa i wie o nas wszystko lub nic.

Czarny pies wbrew swoim nawykom odszedł spod szafy, ułożył się u stóp Belli i zawył.

– Więc i ty wiesz wszystko? – zapytała dziewczyna, a pies skinął głową. – Czy będziesz mi służyć? – pies znowu skinął głową, podbiegł do okna i zaczął drapać. Bella wyjrzała przez wciąż odchyloną okiennicę: zobaczyła w oddali kołyszące się w blasku księżyca ciało jej ojca, które nagle osunęło się na ziemię.

– Zdjęli go teraz, zabrali i urządzają uroczysty pogrzeb. Muszę i ja złożyć ofiarę pod otwartym niebem.

Wziąwszy kubki z winem weszła do zaniedbanego ogrodu, pies szedł obok niej. Dom i cała posesja były od dziesięciu lat opuszczone i omijano je z daleka ze strachu przed duchami; zamożny kupiec miejski zamierzał urządzić tutaj swój letni dom, ale przez cały ten czas mieszkali w nim Cyganie, którzy odstraszali opowieściami o duchach właściciela, aż w końcu w wyniku bankructwa został on uwięziony, a jego majątkiem zadysponowali wierzyciele, powoławszy zarząd, który zajmował się zwykłymi w takich przypadkach zaniedbaniami. Pod mieczem sprawiedliwości Cyganie żyli tam w całkowitym spokoju, tyle tylko, że nie odważali się wychodzić na zewnątrz w ciągu dnia, zaś w nocy wszyscy inni omijali posesję.

Gdy blada piękność, jak białe widmo, wyszła na zewnątrz, stróż w sąsiednich ogrodach na jej widok rzucił się biegiem do niedalekiej kaplicy, aby modlitwą chronić się przed złymi duchami. Bella nie miała pojęcia, że może kogoś przestraszyć; w rozpaczy po utracie ojca, jedynej jej nadziei, zapomniała o wszystkim innym, pogrążyła się w oszołomieniu i pamiętała tylko, żeby dokładnie przestrzegać instrukcji starej Braki; jedyną jej pociechą było to, że mogła uhonorować śmierć ojca.

Zgodnie ze starodawnym zwyczajem swojego ludu, rozłożyła obrus na kamieniu, położyła na nim dwa kubki i dwa talerze, przełamała chleb na dwie części, nalała wina do obu kielichów i stuknęła jeden o drugi, aż zadźwięczały, po czym swoje wino wypiła, a to z kielicha dla zmarłego wlała do strumienia, który niedaleko od domu wpływał do Skaldy.

Kiedy spełniła tę ofiarę, w rozfalowanej wodzie coś plusnęło, jak wielka ryba, której ciasno było w kanale i wypłynęło na powierzchnię; w świetle księżyca, jaśniejącego za domem, Bella zobaczyła trupio bladą twarz swego ojca; na głowie miał koronę, którą nałożyli mu Cyganie, zanim wrzucili go w strumień.

Po chwili ujrzała, że ciało ukochanego człowieka zaplątało się w wodorosty, i wtedy biedna dziewczyna oszalała, wyobraziwszy sobie, że on jeszcze żyje, że próbuje wydostać się z rzeki, skoczyła więc do wody i objęła topielca ramionami, lecz w tej samej chwili czarny pies uczepił się jej sukni i zaparł się łapami na brzegu, zatrzymując dziewczynę, która nie mogła ani wyciągnąć trupa z wody, ani razem z nim odpłynąć ku morzu.

Wtedy właśnie wróciła Braka, a nie zastawszy nikogo w domu, poszła do ogrodu i tam nieomal skamieniała na widok dziwnej sceny: potężne ciało Michała w całunie z błyszczącą, srebrną koroną na głowie, nad nim bladolica dziewczyna z rozwianym czarnym włosem, za nią czarny pies o ognistych oczach, trzymający ją za sukienkę. Starej kobiecie wydało się to wszystko tak dziwaczne, że choć przejęta była do głębi duszy, bezgłośny śmiech wstrząsnął jej ciałem, jak drży ciało głodującego biedaka. W jednej chwili skoczyła do wody, z niemałym trudem wyciągnęła dziewczynę na brzeg i powiedziała:

– Pozwól mu odpłynąć, on zna swoją drogę lepiej niż ty.

Na jej słowa zwłoki cicho spłynęły w dół rzeki, srebrny księżyc zaszedł za chmury, a Bella wtuliła się w ramiona staruszki.


4.

Minęły cztery smutne tygodnie; Braka nie przychodziła każdego dnia, bo było to zbyt niebezpieczne, więc Bella spędzała czas ze swoim psem, który przestał rozbawiać ją swoimi sztuczkami i przeważnie spał, lub co najwyżej merdał ogonem nakarmiony, oblizując się i drapiąc. Wreszcie dziewczyna zdecydowała się zrobić to, od czego zwykle zaczynali inni spadkobiercy – postanowiła zobaczyć, co zostawił jej zmarły. Otworzyła sekretną szafę z respektem i nie bez strachu, ale rozczarowała się w swoich oczekiwaniach – nie było drogocennych ubiorów ani biżuterii, tylko wiązki ziół, torebki z korzeniami, jakieś kamyki, rzeczy których przeznaczenia nie znała, gdyż ojciec nie powierzał swych sekretów jej dziecięcemu umysłowi. W jednej z szuflad znalazła stare rękopisy i przeglądnęła je; wiele z nich, ozdobionych cennymi pieczęciami, napisano na dziwnym papierze i w nieznanym języku, a inne w języku niderlandzko–niemieckim, w którym umiała pisać i czytać, ponieważ jej matka, pochodząca ze starożytnej rodziny hrabiów Hoogstraten, która z Michałem uciekła z domu w świat, przekazała swą miłość do tego starego języka mężowi i dziecku. Bella wyciągnęła rękopisy i książki i zaczęła czytać jeszcze tej samej nocy, bo sypiała w dzień, aby nie robić żadnego hałasu.

W tę noc Braka przez oswojoną sowę, którą nosiła ze sobą od jakiegoś czasu, dała potrójny znak, by ją wpuścić. Bella niechętnie podniosła wzrok znad książki, która zawierała dziwaczne bajki, a kiedy Braka weszła, usiadła ponownie w ciszy, by czytać, podczas gdy stara kobieta oparła ręce na biodrach i powiedziała ze złością:

– A więc tak, już nie witają starej Braki, nie całują! Tak, tak, dopóki dzieci są małe, umieją dziękować za jakąkolwiek przyjemność, ale gdy dorosną, stają się głuche na całe dobro, które się im czyni; cóż, nie dostaniesz dziś ciasta, dopóki nie poprosisz mnie o to grzecznie! Pół godziny czekałam na nie u piekarza, który dziś gotował obiad na książęcy stół; sługa się zdziwi, kiedy przyjdzie do piekarza po ciasto, a po nim ani śladu.

– Nawet jeśli cię nie poproszę, – odpowiedziała Bella, – nie uspokoisz się, dopóki nie zjem kawałek; daj to tutaj i nie gniewaj się. Dzisiaj przejrzałam książki ojca i znalazłam w nich tak wspaniałe historie, że sama chciałabym zostać duchem.

Stara kobieta spojrzała na książkę i powiedziała:

– Świetnie, zestarzałam się, a nie umiem czytać, ale ty, pisklaczku, potrafisz. Posłuchaj, co ci powiem: przyszło mi do głowy, że jeśli naprawdę chcesz być duchem, możesz się nim stać i możemy z tego skorzystać...

– O czym mówisz? Co to ma znaczyć

– Wiesz, Bello – ciągnęła stara kobieta – w twoim przyszłym losie nie liczą się błahostki: rozważ taką rzecz, otóż książę Karol wczoraj przejeżdżał tędy konno ze swoim nauczycielem Cenrią, zatrzymał się obok tego domu i zapytał, dlaczego stoi tak zabity deskami i zaniedbany. Cenrio opowiedział mu o tym, że duchy odstraszają wszystkich kupujących i najemców; wiesz już, że twój ojciec zbił rózgami jednego, który chciał się tu osiedlić, a do drugiego wysłał stado sów, które trzymał w swojej szafie; dobrze, wiesz to wszystko! A książę, wcale nie przestraszony, przysiągł, że prześpi całą noc w tym domu samotnie i wypędzi wszystkie duchy. Co powinnyśmy teraz zrobić? Może tu przyjść każdej nocy, a jego ludzie będą stać na straży przy wszystkich drzwiach, aby nikt z nas nie mógł wejść ani wyjść.

– Och, Braka – powiedziała Bella, – bardzo bym chciała zobaczyć księcia. Tyle o nim słyszałem, o jego urodzie, szlachetności, umiejętnościach w szermierce i w jeździe konnej.

– Cóż to, myślisz o księciu, a nie o naszych potrzebach? – napominała ją Braka. – Czy chcesz wcielić się w ducha? To mogłoby cię uratować.

– Dlaczego nie? – powiedziała Bella – ale jak to zrobić?

Nie znajdując odpowiedzi, zaczęła czytać dalej.

– Widzisz, dziecko – powiedziała stara kobieta, – on może zostać tu na noc tylko w jednym pokoju – tym czarnym ze złotymi wykładzinami, obok sekretnej szafy twojego ojca, ponieważ we wszystkich innych pokojach jest kilkoro drzwi i nie będzie w nich spokojny, a poza tym łóżko jest tylko tam. Więc kiedy usłyszysz, że ucichł i zasnął, wyślizgnij się z szafy, podejdź do łóżka, a przysięgam ci, że ucieknie ze strachu i nigdy nie wróci; jeśli się nie przestraszy i cię złapie, to wywiń się małym kłamstwem, że weszłaś do niego z miłości, a wtedy, być może, znajdziesz swoje szczęście.

– Tak, babciu – powiedziała Bella, kontynuując czytanie – to prawda, wiem, co mówisz, ale mnie to nie obchodzi.

– Powiedz mi, skąd masz tę przeklętą książkę – stara kobieta znowu zaczęła rozmowę. – Nie opowiadam ci głupstw, ale ty nie widzisz nic poza swoją książką.

– Znalazłam ją w szafie mojego ojca – odpowiedziała Bella. – Zostało jeszcze kilka, możesz sobie jedną wziąć.

– Skoro pozwalasz, – powiedziała staruszka, – chętnie tam zajrzę. Zawsze się bałam zapytać, bo może twój ojciec tego zabronił.

– Proszę bardzo – powiedziała Bella, – ale niewiele ciekawego tam znajdziesz.



5.

Stara kobieta z nieśmiałą ciekawością podeszła do szafy; przy drzwiach poprosiła dziewczynę, aby zabrała czarnego psa, który cały czas leżał na progu, nie pozwalając nikomu wejść poza nią,  jak mu rozkazano. Pies powarkując cicho odsunął się, a stara kobieta bez przeszkód weszła do szafy. Gdy tylko zniknęła we wnętrzu, Bella zaśmiała się, zwabiła psa, by znów warował u drzwi i schowała się, aby z ukrycia widzieć, jak przelęknie się staruszka.

Bella uwielbiała takie zabawy, ale wybaczano księżniczce dziecięce psoty, bo była również sympatyczna jako księżniczka i wszyscy traktowali ją jak księżniczkę.




Chwilę później stara kobieta, biorąc duży bukiet ziół i worek, uchyliła nieco drzwi, chcąc wyjść, ale czarny pies błysnął na nią ognistymi oczami i wyszczerzył zęby. Przestraszona cofnęła się z przerażeniem i zawołała Bellę.


W tym samym czasie na zewnątrz, przed wejściowymi drzwiami rozległ się stukot końskich podków i kroki ludzi idących przez podwórko. Przestraszona Bella, chwytając świecę, rzuciła się z psem ku szafie i ze starą kobietą zamknęły się w niej odgadując, że zbliża się książę, by walczyć z duchami.

Nie pomyliły się: to był książę Karol, przyszły władca świata, w którym słońce nigdy nie zachodziło, w całym blasku kwitnącej młodości wchodzący do opuszczonego pokoju. Bella widziała go dobrze przez sekretną dziurkę od klucza – tak przystojnego mężczyzny nigdy nie spotkała; do tej pory widywała tylko śniadych Cyganów, wesołych i hałaśliwych, a ten wszedł dostojnie, cicho, świadom swojej mocy.  Że jest to przyszły pan dusz, dziewczyna zdała sobie sprawę pierwsza na świecie, wcześniej nawet nim jego towarzysze powitali go jako cesarza.

Podziwiała dumę i hardość, z jaką odprawił Cenria, który upierał się, że nie ma już nic więcej do zrobienia, ponieważ książę swoją obecnością tutaj udowodnił, że jest naprawdę gotowy dokonać tego, na co się zdecydował. Ale książę szybko rzucił swój czarny aksamitny beret na stół, rozłożył płaszcz przeciwdeszczowy na łóżku, kazał Cenrio czuwać w pobliżu domu i zostawić w pokoju tylko dwie płonące świece – był zmęczony. Cenrio przypomniał mu o sygnale z pistoletu, gdyby kogoś potrzebował, ale na wypadek, gdyby pistolet nie wypalił – mówiąc to, sprawdził zamek – wystarczyłoby tylko kliknięcie, bo choć ulokował jednego żołnierza pod oknem, to sam będzie na straży w pobliżu. Książę odrzekł, że chciałby obejść się bez strażników i żołnierzy, ponieważ ma na sobie zbroję, a pod ręką turecką szablę i nikt nie jest dla niego niebezpieczny, a dziecięce bajki o duchach już go nie przerażają. Cenrio wyszedł z pokoju. Książę oparł się o stół i zaczął nucić piosenkę, aby powstrzymać sen; potem wyciągnął się na łóżku i znów zaczął śpiewać. Ponieważ łóżko było zwrócone w stronę szafy, Bella wyraźnie go widziała i słyszała słowa:


Przyjdź, droga czarna nocy,

I zaświeć gwiazdę za gwiazdą,

Aby pieczęcie twej siły

Znaczyły moją wielkość

W odważnym moim sercu,

A wszystkie iskrzące promienie 

Płynące z mej przyszłej korony 

Dajcie siłę, bo dość mam służenia.

Leży na ciemnym tronie, 

Spoczywa na chmurach

Moja promienna korona.

Łączę się z nią w pocałunku. 

Stworzyła mnie gwiazda Wenus, 

I mogę być władcą tej nocy, 

Władcą całego świata,

Z koroną ponad korony.


– Nie mogę się doczekać dnia, gdy on będzie królował – szepnęła stara kobieta.


Powieki mu ciążyły, a głowa opadła, aż wreszcie zasnął. Bella nie odrywała od niego oczu i nie mogła się jego widokiem nacieszyć, ale stara kobieta już zdecydowała, co zrobić: broń – szabla i pistolet – leżały przy łóżku księcia; Bella musiała najpierw powoli je usunąć, a następnie udając ducha położyć się obok niego. Nie przyszło jej łatwo przekonać dziewczynę, żeby zdjęła buty i pończochy, aby nie hałasowała wchodząc, i żeby zdjęła sukienkę, aby o nic nie zahaczyć. Potem prawie ją wypchnęła za drzwi, które tylko przymknęła, niby zapewniając jej ucieczkę. Stara kobieta ukrywała w tym planie chytry zamiar: stręczycielstwo było od dawna jej głównym zajęciem i tym razem miała nadzieję, że wiele dla siebie zyska. Bella nie podejrzewała nic złego: przyjemnie jej było widzieć księcia z bliska, więc nie zastanawiała się, czy plan starej kobiety jest naprawdę rozsądny.

Z największą ostrożnością podeszła do łóżka księcia, który spał tak mocno, że mogła bezpiecznie odłożyć broń. Stara kobieta z radością patrzyła na nich oboje. Bella, owinięta zgodnie z cygańskim zwyczajem w niebieskie płótno zamiast koszuli, opięta złotym pasem, nieśmiało wyciągnęła ku księciu olśniewająco białe ręce i wdzięcznie podeszła do niego, stawiając cicho stopy lśniące pod welonem, obiecując mu tysiącem słodkich spojrzeń spod niezliczonych loków nieskończone szczęście, aż jej usta nie mogły się już powstrzymać i przylgnęły do ust księcia.





6.

Do tej pory wszystko szło jej dobrze, ale obudzony pocałunkiem, z oczami pełnymi lęku przed sennymi wizjami, jakby pod gradem płonących kul armatnich, książę zerwał się tracąc dech w piersi  i rzucił się z krzykiem do następnego pokoju, zapomniał o nawet pistolecie i szabli – wielka jest groza, czająca się w głębi serca nawet najodważniejszych ludzi, gdy nieznany świat nie poddaje się naszym doświadczeniom i próbom, ale nas testuje i igra z nami. Bella była tak przestraszona paniką księcia, że omdlała i padła bezwolnie w ramiona starej kobiety, która szybko przeniosła ją przez sekretne drzwi do szafy. Książę wrócił wkrótce w towarzystwie Cenrio i kilku żołnierzy, którzy woleli pozostać na zewnątrz, niż wejść do domu. Ktokolwiek nie doświadczył czegoś takiego, raczej nie uwierzy, że duch może zmusić do ucieczki całą armię, ponieważ to, co przeraża jednego odważnego nieodpartym horrorem, przeraża wszystkich dookoła. Sam książę, który był odważniejszy niż pozostali, zawołał głośno:

– Bez względu na to, jak straszne były czarne węże zwisające z jej głowy, nigdy w życiu nie widziałem piękniejszej twarzy; mimo całego jej potwornego wzrostu była niezwykle szczupła, a na jej piersi lśniła błyszcząca klamra, ale przysięgam Matce Bożej, teraz nikogo tu nie widzę. Zaświećcie pod łóżko, a jeśli nikt się nie odważy, sam tam zajrzę. Nikogo tu nie ma, więc to był duch, Cenrio, który zabrał moją szablę. Och, jakże chciałbym wiedzieć, czego chciał ode mnie ten słodki duch! Zaklinam się na Boga, że tu zostanę; czekaj, teraz wszystko pamiętam. Spójrz, moje usta nie są spalone, ale zapewniam, pocałował mnie w taki sposób, że moje serce zadrżało z błogości. Cenrio, zostaję tu, zapytam ducha, czego ode mnie chce.

Ale Cenrio przysiągł, że nie pozwoli księciu, po przerażeniu, którego doświadczył, ponownie ryzykować zdrowiem, a także sam książę nie dał się długo błagać o porzucenie nowej próby swojej odwagi. Nie miał się czego wstydzić, bo wszyscy żołnierze rozglądali się, bladzi i przestraszeni, i drżeli na najdelikatniejszy szelest; udało mu się wrócić do domu tak spokojnie, że pogrążony w swoich książkach nauczyciel Adrian niczego nie zauważył.

Stara kobieta nie była zbyt zadowolona z biegu wydarzeń; niemniej udało jej się w pełni wykorzystać obrót spraw tak, aby dom nie stracił strasznej reputacji; zanim zamknęła drzwi za uciekającymi gośćmi, wyskoczyła z szafy i ku przerażeniu Belli, jak szalona zaczęła trzaskać drzwiami i przewracać krzesła, tak że zbiegowie truchlejąc wskoczyli na konie i nie oglądając się za siebie pogalopowali do miasta, gdzie przesadnymi opowieściami utwierdzili złą sławę opuszczonego domu.

W nocy książę zapłacił za swoją zuchwałość okrutną gorączką. W marzeniach wciąż widział słodką twarz Belli, majaki wzmagały uczucia, tak otumaniając głowę realnym jej obrazem, że zgnębiony wyznał następnego ranka Adrianowi, że zakochał się w duchu. Dla mentora, któremu cesarz Maksymilian polecił szczególnie dbać o nauczanie wnuka łaciny, nie mogło być lepszej okazji, więc zadał mu w formie pokuty mnóstwo ćwiczeń, którymi sam książę próbował odwrócić uwagę od swych nocnych wrażeń.

Biedna Bella w swej samotni zapłaciła za swoją pierwszą miłość jeszcze większą cenę. Przez kilka dni nie mogła spać i wciąż o księciu myślała, a nocą wyglądała przez uchylone okiennice, żeby zobaczyć, czy znów przyjechał odwiedzić nawiedzony dom.

Braka surowo ją zganiła, że głupio traci młodość, więc dziewczyna powtarzała sobie jej napomnienia o wielkim przeznaczeniu, ale rychło o nich zapominała, porywana nieustępliwymi marzeniami. W końcu pewnego dnia zapytała Brakę, czy jest jakiś sposób, aby stać się niewidzialnym i niepostrzeżenie wędrować po mieście. Braka roześmiała się i powiedziała:

– Nie znam innych środków niż pieniądze; pieniędzmi otwierasz wszystkie ścieżki, pieniądze są magicznym kluczem do wszystkich drzwi. Twój ojciec być może znał inne sposoby, ale jeśli nic o nich nie mówi się w jego książkach, to są one stracone na zawsze.

Bella głęboko wbiła sobie w duszę te słowa i przysięgła pamiętać o nich; gdy tylko stara kobieta zajęła się swoimi sprawami, dziewczyna ponownie sięgnęła po książki ojca, które leżały w kącie od czasu wizyty księcia; w tym samym czasie odkryła, że staruszka zabrała cały zapas rzadkich ziół leczniczych i korzeni, a widząc tę zdradę, postanowiła nie mówić jej więcej o tym, dlaczego zamierza skorzystać z pomocy tajnych sił. Ale czytając księgi napotykała niesłychane trudności! Tajne zasady, rysunki – z których nic nie rozumiała – wskazywały, jak znaleźć kamień filozoficzny, jak przyzywać duchy, zamawiać choroby, czarować bydło, a wreszcie odsłaniały sposoby wytwarzania złota, ale metody i zabiegi tak były powikłane, że łatwiej byłoby w zaprzęgu dwóch księżyców wybrać się na słońce. 


7.

Tak mijał tydzień po tygodniu, aż pewnej nocy, już całkowicie zmęczona, przeczytała szczegółowe informacje o tym, jak przywołać alrauny, mieszkające w mandragorze i jak one w sprytny, tajny i pewny sposób wytwarzają złoto i wszystko, czego zapragnie ludzkie serce. Ale jakąż pracę trzeba było wykonać! A zarazem jest to najłatwiejsza magiczna operacja, przestrzegano w książce. Magia wymaga tak rygorystycznego treningu, że ktokolwiek by mu podołał, mógłby, jak się zdaje, nawet w najbardziej codziennych sprawach posługiwać się czarami. Kto nie znający sposobów znajdowania alraunów może je poznać i posłużyć się nimi?


Tutaj potrzebna jest dziewczyna, która kocha całą duszą, bez cielesnej pożądliwości i w pełni ją kontentuje sama bliskość ukochanego; to pierwszy konieczny warunek, który być może spełniała Bella, gdyż wszyscy Cyganie, spotykani do tej pory, traktowali ją jak istotę wyższego rzędu i takie jej cechy przyznawali; pojawienie się księcia wzbudziło w niej tak święte, czyste uczucie, jak święte są dary niesione podczas mszy, i było ono zbyt duchowe, by wzbudzić w niej przyziemne myśli. Ta dziewczyna, której fantazja nie zna granic, musi jednocześnie mieć odwagę przewyższającą męską odwagę, tak aby potrafiła przed północą pójść z czarnym psem pod szubienicę, gdzie wisiał niewinny człowiek i ronił na ziemię łzy; tam ma dokładnie zatkać uszy pakułami i grzebać rękami w ziemi, aż natknie się na korzeń mandragory; potem nie zwracając uwagi na wrzaski tego korzenia, który nie jest w żadnej mierze naturalną rośliną, lecz wyrasta z niewinnych łez powieszonego człowieka, musi wygrzebać spod ziemi głowę mandragory, obwiązać ją pasmem własnych włosów, a drugi koniec pasma przywiązać do czarnego psa, a następnie uciekać, tak aby pies pędząc za nią wyciągnął korzeń z ziemi, przy czym pies zostanie nieuchronnie zabity piorunem, wywołanym trzęsieniem ziemi. Kto w tym decydującym momencie nie ma uszu dostatecznie mocno zatkanych, ginie na miejscu z powodu strasznego wrzasku.

Bella była jedyną dziewczyną po wielu stuleciach, która spełniła wszystkie te wymagania: któż jak nie ona była nawet bardziej niewinna niż jej drogi ojciec Michał, niestrudzenie pracujący dla dobra swojego ludu, znoszący ciągłe trudy dla dobra swoich rodaków, zbyt szlachetny i dumny, by kusił go byle jaki kąsek ze stołu bogacza? Jaka dziewczyna miałaby odwagę wyruszyć o północy, jeśli nie Bella, która przez cztery lata od śmierci matki poznała w ciche noce wszystkie ruchy księżyca i gwiazd i doświadczała ponurej nocnej samotności?

Jaka inna dziewczyna miała czarnego psa, którego oczy mówiły więcej, niż mógłby wyszczekać, a zarazem jaka dziewczyna miała towarzystwo bardziej znienawidzone niż ten pies, który ugryzł ją dzieciństwie i którego nie znosiła? Teraz pogardzała nim jeszcze bardziej, bo nieprzychylnie, niechętnie jej służył i nieustannie szpiegował, a nawet kiedy rozmawiała delikatnie ze szmacianą lalką, jakby ze swoim księciem, wykrzywiał pysk w szyderczym grymasie. Ojciec zawsze twierdził, że zły duch siedzi w tym psie. A w końcu która dziewczyna miała włosy tak długie jak Bella, żeby można było upleść sznur z ich pasma, i która inna kobieta chętnie by je temu poświęciła? Ona sama nie przejmowała się swoją urodą; z przyjemnością pomyślała nawet, że nie będzie musiała się czesać dłuższy czas; a oto jej włosy, których gładkie loki często odbijały gwiazdy, jak włosy egipskiej królowej Bereniki, szybko obcięte nożyczkami, jak czarny welon, spadały wokół niej na ziemię, aby utkano z nich dla Samsona sznur,  który przyniesie mu śmierć.


8.

Zauważyła, że pies zrozumiał wszystko, co mówiła, bo zamiast jak dotąd zakopywać chleb i kości w ogrodzie, zaczął wykopywać zapasy i pożerać. Jeśli zapowiedź jego śmierci mogła dotknąć Bellę, to żarłoczność jeszcze bardziej ją zniechęciła do niego; jednak pies nie wydawał się wcale smutny, tylko patrzył na nią kpiąco, a kiedy nadszedł piątek – bo wszystko trzeba było zrobić w piątek – ponownie splądrował cały dom, obwąchał wszystkie kąty i jak miał w zwyczaju, rozłożył się na swoim legowisku, co tym razem Bella łatwiej mu wybaczyła niż staruszce zanudzanie niekończącymi się opowieściami o swojej przeklętej pierwszej miłości, z tymi wszystkimi "on powiedział", "ja powiedziałam", itd. Przeciąganie tych opowieści groziło naruszeniem jednego z głównych warunków znalezienia korzenia z alraunem, więc Bella niecierpliwie czekając na odejście starej kobiety, liczyła minuty i godziny, zbliżające ją do północy.

W końcu Bella rozdrażniona i niespokojna, że całe przedsięwzięcie trzeba odłożyć o tydzień, podskoczyła i zaczęła tańczyć cygański taniec ze starą kobietą, tak że w końcu ta ledwo oddychając upadła na krzesło i kaszląc zaczęła przysięgać, że tak wesoło nie tańczyła nawet na własnym weselu; zjadła kawałek lukrecji, aby uspokoić kaszel, i wreszcie truchtem udała się do domu z wielkim żalem, że musi przerwać zabawę.

Bella wciąż była trochę przerażona; straciła cały tydzień, ale wydawało jej się, że lepiej odczekać, by mogła się przygotować, a czarny pies też najwyraźniej chciał opóźnienia, aby móc porządnie się najeść; Bella rozpieszczała go najsmaczniejszymi kąskami, wiedząc, co musi on dla niej zrobić; czasami, pomimo całego obrzydzenia do zwierzęcia, łzy pojawiały się w jej oczach, gdy na nie patrzyła, chociaż pocieszała ją notatka w księdze o czarach, że wierne dusze psie, które zginą w takiej sprawie, łączą się z duszami ich panów; nabrała więc pewności, że czarnemu psu będzie lepiej z jej ojcem Michałem niż z nią.

Wreszcie nadszedł kolejny piątek; zimno już się zaczęło, stojące wody pokrył cienki lód; stara kobieta przeprosiła ją, że nie może jej odwiedzać w najbliższych dniach, bo kaszel stał się tak intensywny, że musiała siedzieć w domu.

Wszystko wydawało się sprzyjać, sąsiedzi wszyscy przenieśli się do miasta, noc była ciemna, a wiatr wiał pierwszymi płatkami śniegu po suchej ziemi. Bella jeszcze raz przejrzała księgę czarów, serce waliło jej gwałtownie, a gdy jedenasta wybiła, czarny pies złapał jej lalkę, którą wyobrażała sobie i hołubiła, jako swojego księcia, zaczął ją rozdzierać i gryźć.To przyspieszyło decyzję: zniewaga wyrządzona jej ukochanemu musi zostać ukarana. Chwyciła sznurek, który utkała z włosów i cały czas nosiła ze sobą, udając, aby nie wzbudzać podejrzeń staruszki, że służy do karcenia psa. Nim otworzyła drzwi, pies podbiegł do nich i po chwili oboje znaleźli się w magicznym zimowym świecie i szli na wietrze, nie bardzo widząc drogę prowadzącą ku wzgórzu, na którym dokonano powieszenia.

Droga była pusta, ale co jakiś czas spod bramy ogrodu wyskakiwały psy i ze szczekaniem biegły za czarnym Samsonem, ale gdy tylko ci Filistyni zbliżali się doń, odwracał się, obnażał zęby, a wszystkie kundle przerażone podwijały ogony i uciekały do swoich ogrodów, a wpadając na niedomknięte bramy, piszczały żałośnie. Tak samo groźnie zareagował Samson na parę jeżozwierzy, które przecięły im drogę, z przyklejonymi do igieł jabłkami i gruszkami z sąsiednich sadów, które zebrały, tarzając się po ziemi; na widok czarnego psa zwinęły się w kłębki, a on bez wahania wyczyścił igły, pożerając ich zdobycz.

Bella usiadła, by odpocząć, ale kiedy wstała i zaczęła zbliżać się do góry, wydawało jej się, że ktoś za nią podążał, próbując cały czas nadepnąć jej na pięty; nie śmiała się odwrócić i tylko przyspieszyła kroku, gdy nagle powalił ją cios w głowę.

Cios jednak nie ogłuszył jej zbytnio i szybko odzyskała przytomność, zwłaszcza że wokół panowała cisza. Przesunęła ręką obok siebie, nie było nikogo, ale pod palcami poczuła obniżoną belkę w ogrodzeniu, o którą uderzyła czołem; a to, co tak nieubłaganie deptało jej po piętach, okazało się ostami przyczepionymi do sukienki. Uśmiała się ze swojego strachu, postanowiwszy być bardziej uważną i spokojniejszą, ale po chwili znów się zatrwożyła, gdy kilka spłoszonych koni wyskoczyło ze swojego pastwiska i pogalopowało przez krzaki i żywopłoty.



9.

W końcu znalazła się na górze, skąd widziała rozciągające się bogate miasto, gdzie tu i ówdzie paliły się jeszcze światła, a jeden dom był szczególnie jasno oświetlony, tam, pomyślała, mieszkał jej książę: tak właśnie stara kobieta opisywała ten budynek. Bella wiedziała też, że dziś obchodzi się książęce urodziny. Zapatrzyła się tak, że zapomniała o wszystkim, nawet o dwóch wysuszonych zwłokach, wiszących nad jej głową, które trzęsły się i trzęsły, jakby zadawały sobie pytanie, po co tu przyszła; ale wtedy czarny pies zaczął z własnej woli rozrywać ziemię pod szubienicą. 




Chwyciła to, co znalazł i poczuła, że trzyma w dłoniach ludzką postać, która jednak wrosła w ziemię obiema nogami; tak, tak, to była owa tajemnicza mandragora, podziemny wisielec; bez trudu udało jej się znaleźć jego głowę i w mgnieniu oka obwiązać sznurem z włosów, którego drugi koniec zawiązała wokół szyi czarnego psa; potem rzuciła się do ucieczki, przerażona krzykiem korzenia. Zapomniała zatkać uszu, pobiegła tak szybko, jak mogła, pies rzucił się za nią, wyrwał korzeń z ziemi, a potem straszny grzmot zwalił z nóg jego i Bellę, ale dzięki chyżości swych nóg była już daleko.




To uratowało jej życie; długo jednak leżała nieprzytomna i ocknęła się dopiero, gdy kilku młodzieńców, wracających do domu po miłosnych przygodach przechodziło obok, śpiewając piosenki o swych ukochanych i o złych językach, plotkujących o tajemnej miłości. Powieki opadały im z senności tak, że przeszli nie zauważając Belli. Nie pamiętała jak dotarła do tego miejsca i nie poznawała go; z trudem wstała i w świetle porannego świtu ujrzała martwego Samsona.

Ledwie żywa doszła do psa, przypomniała sobie, jak się tu znalazła i po co przyszła, a po odwiązaniu włosianego sznura, zobaczyła na drugim końcu człekopodobne stworzenie, którego kształty, jeszcze nie ożywione szlachetnymi emocjami, przypominały poczwarkę motyla: był to alraun, i Bella, dziwiąc się sama sobie, poczuła, że nie myśli już o księciu, który był wcześniej jedynym powodem szukania mandragory z alraunem, lecz o nim właśnie i że kocha go z czułością, która pierwszy raz objawiła się jej duszy w nocy, gdy ujrzała księcia Karola.

Matka, która podczas trzęsienia ziemi znów widzi swoje dziecko, uznane już za zaginione i martwe, nie może go pieścić czulej i serdeczniej, niż Bella pieściła małego alrauna, przyciskając go do swojego serca i ścierając wszelkie drobinki kurzu z jego małego ciała.

Stworek wydawał się niczego nieświadomy, a jego oddech wydobywał się przez ledwie zauważalne otworki w głowie; dopiero po kilku chwilach kołysania go w ramionach, zauważyła, że ten ruch mu się podobał; jego ręce i nogi uspokajały się, gdy kołysała go do snu.

Tuląc stworka w ramionach pospieszyła do domu; nie zwracała uwagi na szczekanie psów ani na pojedynczych handlarzy idących na targ, którzy zbiegli się przy bramach miasta wczesnym rankiem, aby jako pierwsi doń wejść, gdy tylko otworzono podwoje; patrzyła tylko na uroczą istotkę, którą starannie zawinęła w połę spódnicy. W końcu dotarła do swojego pokoju, zapaliła świecę i zbadała małego ludzika. Żałowała, że nie miał ust do całowania, ani smukłego noska do boskiego oddechu, ani oczu, w których świeciłaby jego dusza, ani włosów zakrywających czułe miejsce jego myśli, ale to wszystko nie umniejszało jej miłości. Uważnie zaczęła znów czytać swoją książkę o czarach, chcąc przypomnieć sobie, co zrobić z tym człekopodobnym i ruchliwym korzeniem, aby rozwinął swoje moce i zdolności; wkrótce znalazła opis, którego szukała.



10.

Przede wszystkim należało umyć alrauna, potem trzeba było obsypać prosem jego szorstką głowę, a gdy wykiełkuje włosami, inne członki ciała same się rozwiną, tylko trzeba było wcisnąć jagody jałowca w miejscu przyszłych oczu, a na miejscu przyszłych ust – owoc dzikiej róży. Na szczęście mogła zdobyć wszystko, co potrzebne: stara kobieta przyniosła jej niedawno trochę słodkiej kaszy jaglanej, zaś ojciec używał jagód jałowca do palenia w swoim pokoju; przedtem nie mogła znieść ich zapachu, ale teraz były to wonie przyjemne i cieszyła się, że ma całą garść tych jagód; krzew dzikiej róży w ogrodzie był obsypany czerwonymi owocami, ostatnim pięknem mijającego lata.

Wszystko zostało znalezione; przede wszystkim dzika róża została wciśnięta we właściwe miejsce, ale Bella nie zauważyła, że swoim kochającym pocałunkiem przekrzywiła ją nieco; potem wcisnęła dwa nasiona jałowca i wydawało jej się, że ziarna patrzą na nią i tak jej się to spodobało, że byłaby gotowa powtykać ich cały tuzin, gdyby tylko znalazła dla nich odpowiednie miejsce; chciała nawet umieścić oczy z tyłu główki, ale zatrwożyła się, że przyniesie mu to ból; w końcu jednak ulokowała dwoje oczu z tyłu głowy i trzeba przyznać, że ten pomysł nie był taki zły.

Wesoło, a jednocześnie poważnie, pracowała nad stworzeniem żywej istoty, która później miała ją zasmucić nie mniej niż człowiek swego Stwórcę. Zadowolona, jak młoda artystka, której wszystko udaje się mimo obaw, obejrzała małego bezkształtnego dziwotwora, włożyła go do ładnej kołyski, którą znalazła w domu i zawinęła w koc, postanawiając nie ujawniać nawet starej Brace ten pierwszy sekret jej życia.

Braka, która następnego wieczoru zapowiedziała się swoimi wystękanymi pod oknem pacierzami, zauważyła jednak jakąś zmianę w dziewczynie i różnymi sztuczkami, chciała się wywiedzieć, o co chodzi, zwłaszcza, że odkryła nieobecność czarnego psa.

– Dzięki Bogu – powiedziała, – ten pies w końcu zniknął! Jak to się stało? Dawno bym zabiła tego przeklętego psa, gdybym tylko miała dość odwagi. Kiedyś udało mi się go złapać w worek i chciałam go utopić, ale kiedy wiązałam supeł, ten potwór ugryzł mnie przez płótno tak mocno, że pozwoliłam mu uciec z workiem. Więc powiedz mi, dziecko, jak udało ci się usunąć go z domu?


Bella odwróciła wzrok, spoglądając w dół na swoją pracę – obierała jabłka – i zaczęła szczegółowo opowiadać, jak weszła do ogrodu nocą, jak rzucił się na nią wściekły pies, jak czarny Samson szarpał się z nim, aż dziwny pies w końcu rzucił się do ucieczki, a kaleki, krwawiący Samson pobiegł za nim i od tego czasu go nie widziała, zapewne dlatego, że czuł truciznę wścieklizny i bał się, że ją ugryzie. Wzruszająca opowieść! Bella mówiła zadziwiająco wiarygodnie, mimo, że było to jej pierwsze kłamstwo w jej życiu. Braka uspokoiła się i zachwyciła oddaniem psa i szczęśliwym uchronieniem Belli od wielkiego niebezpieczeństwa.

Bella nabrała takiej odwagi w zmyślaniu, że jeśli byłoby konieczne, plotłaby bzdury nawet o swoim małym korzeniu, ale że nie chciała, więc nie mogła się doczekać odejścia starej kobiety, z niepokojem myśląc, czy jej dziecko wciąż żyje.

Opróżniwszy garnek z gulaszu cebulowego, który przygotowała dla siebie, stara kobieta wreszcie była gotowa do wyjścia. Bella zamknęła drzwi i pospieszyła do sekretnej kołyski; z drżącym sercem odsłoniła baldachim i ujrzała z radością, że proso zapuściło już korzenie na głowie człowieczka z mandragory, a nasiona jałowca mocno wrosły; właściwie w małym stworzeniu zauważalny był jakiś wewnętrzny ruch, tak jak wiosną na polu pod pierwszymi gorącymi promieniami słońca po deszczu nic jeszcze nie rośnie, ale ziemia rozpręża się i słychać jej tętno; a jak słońce ożywia wszystko, tak pocałunkami Bella obudziła uśpione siły tajemniczej natury. Dopiero gdy nie mogła już walczyć ze zmęczeniem, zdecydowała się zasnąć obok swojego skarbu, ale nie zdjęła rąk z kołyski, chroniąc ją.

Czy możemy być zaskoczeni dziwną miłością do tego humanoidalnego stworzenia, znając już nieokiełznany poryw dziewczęcych uczuć dla przystojnego księcia? Nie ma nic bardziej świętego niż przywiązanie do wszystkiego, co sami tworzymy, a nasza dusza, przerażona brzydotą świata i naszą własną brzydotą, przywołuje słowa Biblii: Bóg tak umiłował świat, który stworzył, że posłał nań swego jednorodzonego syna. O, świecie, bądź przemieniony, aby stać się godnym tej wielkiej miłości!



11.

Bella zapomniała o własnym zamyśle zdobycia magicznego stworka, po to aby zbliżyć się do ukochanego księcia; cudowne dziecko, zdobyte w niebezpieczeństwie, wypełniło teraz wszystkie jej myśli, śniła o nim, ale sny nie przyniosły ukojenia; widziała swojego zapomnianego księcia, jak rywalizował z innymi w strzelaniu z łuku, w tej eleganckiej grze Hiszpanów, w której starają się popisywać i wyróżniać zarówno siłą, jak i szybkością oraz zręcznością w konnej jeździe; książę pokonał wszystkich: jego strzały wyrwały gwiazdy z nieba i rozsypały na jej piersi błyskotliwą dekorację. Większość tych gwiazd zgasła, ale jedna świeciła głębokim światłem na środku jej piersi; Bella spoglądała w nią coraz głębiej i głębiej, nieskończenie głęboko i nie mogła się napatrzeć.

Kiedy się obudziła, nie pamiętała już, za kim tęskniła; wydawało jej się, że za małym, korzennym człowiekiem i przywitała go radosnym okrzykiem, a on zapiszczał do niej całkiem wyraźnie, jak dziecko, i patrzył na nią swoimi okrągłymi czarnymi oczami, jakby miały mu wyskoczyć z głowy; jego żółtawa, pomarszczona twarz zdawała się łączyć cechy ludzi w różnym wieku, a proso wyrosło w szczeciniaste włoski nie tylko na jego głowie, ale także na ciele, gdziekolwiek przypadkowo spadły nasiona. Bella pomyślała, że krzyczy on prosząc o jedzenie i martwiła się, zupełnie nie wiedząc, co mu dać, bo nie miała mleka. Wreszcie przypomniała sobie kotkę, która spała na strychu i ta myśl ją zachwyciła; przyniosła z góry kocięta i złożyła w kołysce obok korzennego człowieczka, który patrzył na nie kpiąco; kotka chętnie zaczęła go karmić wraz ze swoimi małymi, a one ślepe jeszcze musiały znosić, że ich bystro widzący sąsiad nadąża przed nimi i niezauważalnie dla matki ssie ich mleko.

To na kolanach, to kucając Bella mogła godzinami oglądać przebiegłe sztuczki swojego małego mężczyzny; kiedy udało mu się przechytrzyć innych, dostrzegała w tym jego wyższość nad nimi, gdy zaś tchórzliwie unikał ich pazurków – ostrożność i rozwagę; ale przede wszystkim radowały ją jego bystre oczy z tyłu głowy. Zrozumiał nawet, kiedy mrugnęła do niego, że jedno z kociąt nie trafiło do sutka, a on sprytnie wykorzystał okazję. Jej uczucie rosło tak szybko, że bolała nad każdą kroplą mleka, którą nowonarodzone kocięta mu zabierały; walczyła ze sobą przez długi czas, ale w końcu nie mogła się powstrzymać przed wykradnięciem jednego z kociąt i położyła je na trawie przy strumieniu; zaczęła uciekać, żeby za nią nie podążyło, ale zanim zdążyła przebiec kilka kroków, usłyszała, że coś wpadło do wody; mimowolnie odwróciła się i zobaczyła, jak strumień porwał małego ślepego kota. Było jej smutno, pomyślała o swoim niewinnym ojcu, który odpłynął tą samą drogą, była już gotowa wskoczyć do wody, ale stała na brzegu, czując, że zgrzeszyła; nad nią było ciemne niebo, pod nią zimna ziemia, powietrze wokół niej niespokojnie wibrowało; zamknęła się w domu i płakała.



12.

Kiedy korzenny człowieczek zobaczył ją potylicznymi oczami, zaczął śmiać się tak głośno, że kocica wyskoczyła, zabierając ze sobą jedno z kociąt. Nie interesowało go już ciepłe mleko, i chociaż wyglądał jak zmniejszony starzec, posiadał wszystkie złe cechy małych dzieci. Widząc, że Bella była na niego zirytowana z powodu śmierci kotka, naumyślnie przylgnął do niej tak blisko, jak to możliwe, a ona nie mogła go pokonać, i jedno, co mogła zrobić, to pocałować go i zostawić mu wolną wolę, co przejawiło się tym, że zaczął chwytać różne korzenie, rozrzucone w pokoju jej ojca przez starą Brakę, która powyciągała je z szuflad i nie wiedziała, co z nimi zrobić. Gdy skosztował magicznego korzenia poszukiwaczy skarbów, zaczął skakać i przewracać się po stołach i krzesłach tak dziwacznie, że Bella przelękniona odwróciła wzrok, a potem niespokojnie zaczęła biegać za nim, jak kura za wyklutym kurczakiem, ale nie mogła go ani chwycić, ani dosięgnąć. Wkrótce zdołał przeszukać wszystkie zakamarki i znalazł korzeń gadający, który zielone papugi przynoszą z najwyższego szczytu Chimborazo na równinę, gdzie węże drzewne wymieniają go na jabłka rosnące wśród zaklętych gałęzi; tylko diabeł może je odebrać wężom, a z łap diabła nie jest łatwo je wydrzeć; wielu szanowanych nauczycieli na próżno męczyło się nad tym.

Chciwie pożerając mdły korzeń, człowieczek wskoczył na piec i wyglądał tam, niczym papuga, która mimo podciętych skrzydeł, nagle, ku zdziwieniu swego pana, wyleciała przez okno, siadła na drzewie i zanim znikła w oddali ze swą piosenką wolności, kpiąco odgwizdała motyw, którego nauczył ją sam właściciel – pierwsze słowa małego człowieczka były kpiącym powtórzeniem instrukcji Belli: „Bądź posłuszny, bądź rozsądny, bądź dobry!” Nieustannie powtarzał te słowa, ona zaś miała zamiar go schwytać ale siedział za wysoko. Wreszcie założył stare, zardzewiałe okulary i zaczął drażnić dziewczynę różnymi szalonymi sztuczkami, którymi zamierzał bawić wszystkich i każdego z osobna. Tym wyczerpał resztki jej cierpliwości i Bella rozpłakała się; nie była w stanie na niego patrzeć, bowiem oczy są najbardziej uduchowioną rzeczą w człowieku i naprawdę można się doprowadzić do rozpaczy, gdy słabość tego organu zmusza nas do oddzielenia się twardym, niewrażliwym szkłem od ukochanej osoby; rozum wrażliwej istoty może ulec rozchwianiu, gdy narząd zmysłów, najczulszy na żywioły światła i powietrza, musi uciekać się do pomocy prostackiej, przyziemnej siły, która go nieuchronnie umniejsza i niszczy.

Okulary to straszne lochy, z których cały świat wydaje się zniekształcony i tylko przyzwyczajenie może wygładzić okropny obraz świata, przez nie przedstawiony. Bellę naprawdę przerażał do głębi duszy jej ulubieniec, którego ubóstwiała; zdała sobie sprawę, że trzeba wymyślić jakieś środki, aby oswoić alrauna, i postanowiła porozmawiać o tym z Braką. Ale gdy tylko cicho podjęła tę decyzję, mały człowieczek krzyknął do niej z gzymsu pod sufitem:


– Słuchaj, Bello, obserwowałem cię oczami potylicznymi i wydaje mi się, że nie kochasz mnie tak bardzo jak na początku, a jeśli to prawda, to nie jest to dla ciebie dobre!

Bella była przestraszona jak skazany przestępca; taka wszechwiedza, albo lepiej powiedzieć, tak przenikliwy wzrok małego człowieczka, pogrążyły ją w rozpaczy; strach wzmocnił jej postanowienie, by uwolnić się od tego strasznego chochlika.

A on znowu krzyknął z gzymsu:

– Wydaje mi się, że knujesz coś złego przeciwko mnie, no cóż, musisz być dla mnie łaskawsza!

Mówiąc to, zszedł na dół, skoczył na jej kolana i pocałował ją tak mocno, że prawie podrapał jej wargi swoją szorstką brodą; poczuła dziwne podniecenie we krwi, nad którym nie zastanawiała się, chociaż go nie rozumiała. Jej dziwne dziecko stało się dla niej znów tak słodkie, że zapomniała o wszystkim innym oprócz niego.



13.

Minął tydzień i alraun osiągnął swój pełny wzrost, około trzech i pół stopy; Braka domyślała się jego obecności, a i on sam nie miał ochoty być dłużej zamykany, kiedy przychodziła – wręcz przeciwnie, chciał pojawić się przed starą Cyganką w całej okazałości i na spotkanie założyć szatę, utkaną ze srebrnych nici, należącą ongiś do matki dziewczyny; Bella musiała przenicować suknię do jego rozmiarów; w takim stroju pewnego wieczoru siedział cicho w swoim kącie i udawał, że czyta, kiedy weszła Braka.

Bella pospieszyła z wyjaśnieniem, że to jej krewna, bardzo bogata dziewczyna, którą poprosiła, by zamieszkały wspólnie, a która zamierza zrobić prezent na ślub. Braka wiedziała, jak być uprzejmą, kiedy uznała to za stosowne, ujęła więc dłoń rzekomej kuzynki, aby ją ucałować, ale gdy z zaskoczeniem odkryła, że była to dłoń sztywna, pomarszczona i owłosiona, nie odważyła się wycisnąć na niej pocałunku. Widząc to, korzenny człowiek wpadł we wściekłość i mocno uderzył ją w twarz. Braka w jednej chwili zapomniała o wszelkich powściągliwych uprzejmościach, wsparła się buńczucznie pod boki i wybuchła stekiem okropnych przekleństw. Bella wybuchnęła śmiechem i z ledwością ją uspokoiła, mówiąc, że krzyki mogą usłyszeć sąsiedzi, a wtedy ich schronienie zostałoby odkryte.

Alraun w najmniejszym stopniu nie przejął się, ani zawstydził przekleństwami starej Cyganki i skoczył ku niej zręcznie, przytrzymał ją i nie puszczając, kopał krótkimi nogami i nie pozwalał uciec. Wyszywana sukienka spadła z niego i stara kobieta natychmiast poznała z kim ma do czynienia, a wtedy potulnie mu ustąpiła. Kiedy wreszcie dał jej spokój, wyczerpana usiadła na krześle, a gdy skończyła lamentować, powiedziała:

– Och, Bello, a to ci się szczęśliwie trafiło! Z tym małym człowieczkiem wszystkie skarbce stoją przed tobą otworem! Przecież mój zięć miał podobnego, nazywał go Korneliusz Nepot.

– Chcę się nazywać tak samo! – zawołał korzenny człowieczek. – Co się z nim stało?

– Och, mój zięć został śmiertelnie dźgnięty nożem – odpowiedziała Braka. – W kieszeni jego kapoty znaleziono małego człowieczka, pozwolono dzieciom bawić się nim, a gdy się znudziły, rzuciły korzeń świni, świnia zjadła go i zdechła.

Małego Monsieur Korneliusza rozzłościła ta opowieść, surowo zabronił rzucać jego samego świniom i zażądał, aby mu wytłumaczyć, co to są za zwierzęta. Braka jednak próbowała mu wytłumaczyć, że przede wszystkim nie ma żadnej potrzeby, by przejmował się otaczającym światem i tym kto kogo w nim pożera, ani w ogóle czymkolwiek, co się tam dzieje. Jego zadaniem jest wynajdować skarby i nie martwić się o nic innego. Kiedy mały Korneliusz ponownie wpadł we wściekłość, uspokajała go, roztaczając wizje różnych wysokich stanowisk, które mógłby z powodzeniem piastować.

Wydawało się, że korzenny człowieczek już kiedyś żył na ziemi, bo niezwykle szybko zrozumiał wszelkie powiązania między ludźmi, choćby wspominane aluzyjnie. U słabych dzieci często obserwuje się taką nieprzyjemną inteligencję. Nic, co opowiadała Braka o cudownym życiu cukierników i kamerdynerów, nie pociągało go tak, jak opowieść o buławie marszałkowskiej i zaraz odmalował obraz siebie samego zakutego w lśniącą zbroję. Nawet rozkazał kobietom, aby w domu nazywały go nie inaczej, jak Marszałkiem Korneliuszem i dały mu odpowiednią broń.

– To wymaga pieniędzy, – powiedziała przebiegła Braka. – Tak tu jest: coś za coś. Pieniędzy! Pieniędzy! Woła cały świat.

– No, dobra, zajmę się tym. Coś mi nie pasuje w tym rogu pokoju. Czuję, że w ścianie ukryty jest skarb.

Braka gotowa byłaby wydrapać ściany paznokciami, gdyby nie dostała innych narzędzi, ale ku jej radości znalazła pod piecem żelazny pogrzebacz i natychmiast zabrała się do pracy. Na szczęście skarb okazał się zamurowany za jedną cegłą, ale gdyby przyszło co do czego, żadne kopniaki ze strony korzennego marszałka nie przeszkodziłyby jej do przewiercenia dziur w całym domu. Tak samo gryzienie i drapanie małego człowieczka nie przeszkodziło jej w zagarnięciu pudełka z prawdziwie cennymi monetami w srebrze i złocie. Usiadła na skrzynce i rozpoczęła uroczyste przemówienie:

– Drogie dzieci, młodość jest nierozważna; starzy ludzie znają głupi temperament młodzieży i cieląt. Wy nie umiecie obchodzić się z pieniędzmi, zginiecie z nimi, sprowadzicie na siebie podejrzenia i traficie do sądu, jeśli ja nie przyjdę wam z pomocą i z moją dobrą radą. Posłuchajcie mojej opinii o tym, co należy zrobić, abyśmy mogli bezpiecznie cieszyć się naszym bogactwem.

Ty, Bello, często nazywałaś mnie matką, jako więc swoją córkę wprowadzę cię w świat. Ty, Korneliuszu, będziesz moim siostrzeńcem, kuzynem mojej drogiej Belli, a jeśli będziesz się dobrze zachowywał, możesz mieszkać z nami, a my przedstawimy cię jakiemuś znamienitemu cesarzowi, który mianuje cię marszałkiem. Teraz możemy kupić ci miecz, hełm i konia bojowego, a ludzie na ulicy będą wskazywać na ciebie palcami i mówić: oto on, nasz wspaniały młody rycerz, marszałek polny, dzielny rębajło. Dziewczyny bedą spuszczać oczy, a ty pokręcając wąsa łaskawie skiniesz tu i tam i przejedziesz mimo.


Gdyby Korneliusz patrzył na nią, oczywiście dostrzegłby fałsz tej przemowy, ale nigdy nie doświadczył tak przyjemnych wrażeń, jak przy słuchaniu opowieści starej Cyganki. Wskoczył na jej kolana i zaczął przytulać się do niej i całować ją, aż Bella z zazdrości złapała go i ugryzła. Maluch nie chciał być traktowany w ten sposób i doszłoby może do kolejnej kłótni, ale staruszka wróciła do swej przemowy.

– Powalczysz innym razem, kiedy będziesz miał więcej czasu! – powiedziała – Teraz musimy zdecydować, dokąd się udać, aby wrócić do Gandawy z honorem. Znam pewną starą złodziejkę w wiosce Bejk, zajmie się ona wszystkim, czego potrzebujemy, a przede wszystkim dostarczy nam pięknego powozu, w którym będziemy wozić pana Korneliusza, jak gdyby był ranny w pojedynku i jeszcze nie w pełni zdrowia.

– Nie, – powiedział mały człowieczek, – nie chcę takich żartów, bo naprawdę mi się coś przydarzy. A dlaczego nie miałbym pojawiać się publicznie?

– Och, – westchnęła Braka do siebie. – Ten też jest z tych garbusów, co nie pojmują, czemu na grzbiecie przecierają się im koszule. Pamiętaj – powiedziała głośno, – że potrzebujemy dla ciebie stroju odpowiadającego twej godności, a poza tym musisz się przystrzyc i ogolić brodę, bo cię ludzie wezmą za Niedźwiedzią Skórę.

– A może ja pochodzę z tego rodu? Ale kim on jest i gdzie mieszka?

– Opowiedz nam o nim, – zawołała Bella. – Noc się już kończy i nie czas teraz na podróż.

Braka odstawiła oliwną lampę i mnąc w dłoniach skraj chusty, zaczęła opowieść.




14.

Historia pierwszej niedźwiedziej skóry





Kiedy węgierski król Zygmunt został pokonany przez Turków, jeden niemiecki lancknecht, żołnierz zaciężny, uciekł z pola bitwy i zgubił się w lesie. Nie miał już pana i pieniędzy, a w Boga nie wierzył od dawna. Nagle ukazał mu się piekielny duch i powiedział, że jeśli zgodzi się być u niego strażnikiem, otrzyma mnóstwo pieniędzy i będzie sobie samemu panem. Lancknecht bez wahania się zgodził, ale duch chciał najpierw wypróbować jego odwagę, aby nie na próżno szastać skarbami; zaprowadził żołnierza do jaskini niedźwiedzicy z młodymi, a kiedy rzuciła się na nich, rozkazał mu strzelić jej prosto w nos. 


Lancknecht dokładnie wykonał rozkaz, wystrzelił pociski w oba nozdrza i położył zwierza na miejscu. Wtedy duch oznajmił: „Zdejmij skórę z niedźwiedzia i ubierz się w nią, przyda ci się; dobrze, że nigdzie nie przebiłeś jej kulą. Uczynię cię bogatym człowiekiem, jeśli wysłużysz u mnie siedem lat; przez te siedem lat zawsze o północy musisz stać na straży w moim zamku; przez siedem lat nie wolno ci ściąć ani umyć włosów, brody i paznokci, nie możesz się kąpać, czyścić, otrzepywać z kurzu i pudrować; przez siedem lat nie wolno ci używać żadnego światła, z wyjątkiem słonecznego w dzień, a w nocy blasku księżyca i gwiazd, będziesz pić tylko wino, całkiem dobre, i jeść żołnierski chleb; i przez cały ten czas nie możesz się modlić."


Lancknecht zgodził się z ochotą: „Wszystko to niechętnie robiłem całe życie: nie lubiłem ani grzebienia ani mydła, ani modlitwy, więc to, co mi każesz zrobić dla dobrego kieliszka wina, nie będzie dla mnie trudne." Następnie przyodział się w niedźwiedzią skórę, a gdy duch przeniósł go w powietrzu do opuszczonego zamku na środku morza, natychmiast przystąpił do służby. Przez sześć i pół roku lancknecht strzegł zamku, chodząc w niedźwiedziej skórze, i stąd się wziął jego przydomek – Niedźwiedzia Skóra; włosy na głowie i brodzie urosły mu tak bardzo i zbiły się w kołtun, że pozostało w nim niewiele śladów boskiego stworzenia; na skórze wyrastała mu pietruszka, co wyglądało wyjątkowo przerażająco.


Przy tych słowach Bella spojrzała z niepokojem na proso na głowie alrauna, który z satysfakcją przesunął po nim ręką, przekonany o wyższości swojego piękna nad brudnym lancknechtem. 


Minęło sześć i pół roku – kontynuowała Braka, – duch ponownie ukazał się lancknechtowi, oglądał go z podziwem i powiedział, że już go nie potrzebuje i pozwolił mu wrócić do ludzi, pod warunkiem, że jeszcze przez sześć miesięcy zachowa swój dziki wygląd; potem rozliczy się z nim i da mu zarobione pieniądze. "Będziesz mógł żyć, jak zechcesz" – powiedział. Lancknecht nie miał nic przeciwko temu, by wrócić do ludzi, bo prawie zapomniał ludzkiej mowy i poprosił ducha, by go zaniósł przez morze do Niemiec, do Gryzonii, najbardziej zaniedbanego wówczas miejsca na ziemi. 


Ale nawet tam żaden karczmarz nie chciał wpuścić go do gospody, dopóki jednemu z nich nie rzucił w twarz garści dublonów i garści piastrów; karczmarz dał mu swoje najlepsze pokoje, żeby tylko nie straszył innych podróżnych. Wtedy akurat papież, który rządził chrześcijańskim światem obwożąc święte obrazy, przejeżdżał przez Gryzonię w powrocie do Rzymu z katedry w Konstancji. Duch niespodzianie zjawił się u Niedźwiedziej Skóry i pomalował jego pokoje wizerunkami najróżniejszych sławnych ludzi – zarówno zmarłych, jak i jeszcze się nie narodzonych (na przykład Antychrysta). Namalował też Sąd Ostateczny, który karczmarza niezmiernie zadziwił i zachwycił, ale mimo to zmusił Niedźwiedzią Skórę do przespania w chlewie tej nocy, gdyż rozgościł papieża w pięknie pomalowanych pokojach.



15.

Kiedy papież obudził się następnego ranka, pierwszą rzeczą, jaką zrobił, było zapytanie o niesamowitego artystę, który tak umiejętnie pomalował pokoje. Karczmarz opowiedział wszystko, co o wiedział, i wezwał brudasa z chlewni. Papież przywitał go ciepło i bez odrazy zapytawszy, kim jest, a lancknecht wyznał, że nazywa się Niedźwiedzia Skóra; wtedy papież zapytał go, czy to prawda, że ​​namalował takie piękne obrazy. „A któż by inny?” odpowiedział Niedźwiedzia Skóra. Wówczas papież pochwalił go, jako najpierwszego artystę na świecie, i powiedział mu, że ma trzy ulubione córki nieślubne, najstarsza nazywa się Passato, druga – Presente, a najmłodsza – Futuro; jeśli namaluje ich portrety, przedstawiając, jak każda z nich wyglądać będzie za kilka lat, może wziąć za żonę tę, którą polubi. 


Niedźwiedzia Skóra obiecał to zrobić w nadziei, że duch mu pomoże. Papież mówił dalej: „Ale przecież możesz mnie oszukać, że takie będą w przyszłości, jak przedstawiłeś na obrazach, więc jeśli tak się nie stanie, a już zasmakujesz miłości mojej córki, co mam wtedy zrobić?  Najpierw cię wypróbuję. Pokażę ci tylko najmłodszą córkę, Futuro, a ty, patrząc na nią, namalujesz obrazy dwóch starszych, Presente i Passato; jeśli ci się uda, dziewczyna będzie twoja, jeśli jeśli nie, oddasz mi cały swój majątek, o którym opowiadał mi karczmarz." Niedźwiedzia Skóra zgodził się na wszystko, pojechał za papieskim powozem, niekiedy podpierał go, gdy przechylał się na bok, i obaj bezpiecznie dotarli do Rzymu. Tego samego wieczoru papież przedstawił go swojej córce Futuro, która była cudowną pięknością, tylko że miała włosy w dwóch kolorach; Niedźwiedzia Skóra zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia, ale ją przerażał jego widok. 



Kiedy wyszła do swoich komnat, Skóra przywołał ducha, a ten przyleciał z pudłem farb i pędzli; portrety dwóch najstarszych córek były w jednej chwili gotowe. Skóra zobaczył na portrecie Presente, zapomniał o swojej ukochanej Futuro i zapłakał, że nie tę wybrał. Duch zaczął go pocieszać i powiedział: „Za sześć miesięcy twoja oblubienica będzie jak dwie krople wody podobna do tamtej, więc na portrecie pokazałeś to, czego żądał papież, to znaczy, obraz jego córki, jaką stanie się z czasem, zaś portret trzeciej córki, Passato, wygląda tak, jak w przyszłości obraz Presente.” 

Duch namalował również ten portret, Niedźwiedziej Skórze wcale się nie spodobała, więc zażądał od ducha, aby przedstawił mu Passato, jaką stanie się w przyszłości; duch wytarł pędzel o ścianę i powiedział: „Albo rozmyje się jak chmura bez śladu, albo będzie jak obraz Futuro, żyjący w twoim sercu, którego nigdy nie potrafiłbym odmalować wystarczająco dobrze." To powiedziawszy duch znikł. 


Następnego ranka Niedźwiedzia Skóra pokazał swoje portrety Papieżowi, który głęboko się przy nich zamyślił, a następnie przytulił go i przedstawił najmłodszej córce jako narzeczonego. W swojej radości Skóra nawet nie zauważył, jak płakała jego oblubienica, dzieląc się dwiema częściami swojego pierścionka, który można było rozkręcić na pół i włożyć połowę na palec. Potem pożegnał się, bo duch nakazał mu – zapomniałam wam powiedzieć o tym – wyruszyć w drogę powrotną do Niemiec, do Gryzonii, aby zaczekać na wygaśnięcie siedmioletniej umowy. Gdy czas upłynął, Skóra udał się do źródeł badeńskich, gdzie przez sześć miesięcy nie wychodził z wody i obcierał się najgrubszymi szczotkami, kilkanaście brzytew i nożyc stępiono przy ścinaniu włosów i brody, a na koniec Skóra zamówił sobie najlepsze stroje i pośpieszył z powrotem do ukochanej Futuro. 

Ona tymczasem przybrała urodę, którą miała wcześniej Presente; była piękna jak dawniej, tyle tylko, że bardziej zasmucona, bo bała się swojego narzeczonego i nieustannie znosić musiała wyśmiewanie go przez siostry, które pozostały dziewicami. 


16.

Pewnego dnia zabrzmiały głośno trąby, a gdy wszystkie trzy podbiegły do ​​okien, zobaczyły, że do miasta wjeżdża piękny,  zagraniczny rycerz z liczną świtą; obie starsze od razu wyśniły, że pojawił się ich narzeczony. No i proszę! Rycerz zatrzymał się przed ich domem i kazał się zapowiedzieć. Chętnie zaprosiły go do siebie, a on przedstawił się im jako ich daleki krewny, który chciałby poślubić jedną z nich i prosi o przyjęcie od niego prezentów. Obie starsze ochoczo chwyciły prezenty, podczas gdy najmłodsza stała z boku, sama jak gołąbeczek; starsze siostry starały się przymilać gościowi, ale już mu się nie podobały, gdyż Presente wyglądała teraz jak dawna Passato, a sama Passato wyblakła na twarzy, jak alabastrowy posąg, który przez długi czas stał pod rynną, natomiast droga Futuro rozkwitła pięknem, a jej włosy lśniły równomierną złotą barwą. 


Początkowo jednak flirtował ze starszymi, aby wystawić na próbę uczucia najmłodszej; zachowywała się cicho i skromnie.  W końcu wyjawił prawdę,  ogłosił ją swoją narzeczoną i przymocował swoją połowę pierścionka do drugiej na jej palcu. Serce najskromniejszej zapłonęło radością; potem przyszedł papież i pobłogosławił oboje. Gdy nowożeńców doprowadzono do łoża małżeńskiego, obie starsze siostry wpadły w taką rozpacz, że jedna z nich się powiesiła, a druga rzuciła się do wody. W nocy duch ukazał się Niedźwiedziej Skórze po raz ostatni, trzymając w ramionach zwłoki obu dziewcząt i powiedział: „Spełniłeś wszystko, co mi obiecałeś, a teraz mam przewagę: posiadam dwie córki, a ty jedną. Bądź zdrowy i dbaj o nią. To jest twój obiecany skarb." 


– Ale dlaczego na nią, – przerwał staruszce alraun, – siostry tak się złościły, kiedy szła do ​​łóżka?

– Ponieważ się pobrali, – powiedziała Braka.

– Co to znaczy pobrać się? – zapytał Alraun.

– Nie zrozumiesz tego, – powiedziała stara kobieta.

Alraun chciał się odwrócić, by odczytać myśli Braki potylicznymi oczami, ale nagle wrzasnął z przerażenia, wskoczył pod stół i schował się pod połataną spódnicą staruszki.

– Co za strachy na wróble zobaczyłeś? – zawołała stara kobieta i spojrzała w tym samym kierunku, w którym patrzył  człowieczek i z okrzykiem rzuciła się do szkatuły z monetami, podczas gdy Bella ze strachem schowała głowę między kolana i nie odważyła się spojrzeć w górę. 


 


17.

– Żywi ludzie to głupcy – zabrzmiał szorstki głos, – z przyjemnością słuchają strasznej opowieści o mnie, ale boją się mnie zobaczyć. Opamiętajcie się, bo wrzasnę tak przeraźliwie, że zawalą się podłogi pod wami i sufity nad wami!

– Czego chcesz, Niedźwiedzia Skóro? – wymamrotał alraun spod spódnicy staruszki. – Posłuchamy, co masz do powiedzenia.

– Jak wlazłeś w tę mysią dziurę, mały dzieciaku? – zapytał Skóra.

– Tak, jak ty, potworze, nie potrafisz – odpowiedział alraun. – Pospiesz się, bo inaczej się uduszę od upału, a muchy mnie zagryzą! Czego od nas chcesz, ty brudny draniu?

 – Ach, – westchnął Skóra, – póki żyłem, kochałem swoje pieniądze tak bardzo, że zamurowałem je tutaj i muszę ich strzec po śmierci. Oddaj mi moją jedyną radość! 

– Daj mu je – szepnęła stara kobieta – albo skręci nam karki.

– Nie, – zawołał dzieciak, – nie dostaniesz ani jednego halerza! Po pierwsze, zarób je. Jesteś ogromnym stworem i możesz nam się przydać, jeśli tylko doprowadzisz się do porządku, dokładnie się umyjesz i wrócisz tu jako nasz sługa.

– Ach, jeśli chodzi o ciało, – powiedział Niedźwiedzia Skóra, – to głupie dwa lub trzy zwapnienia żył, przez które umarłem. Nic mnie nie kosztuje zeskrobanie ich ostrym nożem, ale służenie takiej kukiełce jak ty, mój drogi, to dla mnie okropna robota; to ciężka kara za moje skąpstwo! 


– Ej, ej, co tam mamroczesz!  – zapytał alraun i wyszedł spod spódnicy staruszki. – Nie jestem taki mały, ale ty jesteś za ogromny, i wiem, co wolę bardziej; mały prześliźnie się i wczołga tam, gdzie duży się nie wciśnie; krótko mówiąc, jeśli zechcesz mi wiernie służyć, co tydzień otrzymasz ode mnie dukata, dopóki nie wyczerpie się twój skarb. 


– Przyjmuję warunki, – odpowiedział Niedźwiedzia Skóra. – Jutro wieczorem wrócę w moim cielesnym kształcie, jeśli zdołam go odzyskać; obok mnie pochowany jest sługa szlachetnego pana, z nim zamienię ubranie, wtedy moja jedwabna marynarka nie będzie rzucać się w oczy, a biedak na pociechę wstanie z trumny w dniu sądu ostatecznego we wspaniałym garniturze; zawsze tak cicho i grzecznie leżał obok mnie, z wyjątkiem tego, że trochę chrapał.

– W porządku, – powiedział alraun, – ale moje kobiety nie czują się przyjemnie, słuchając ciebie. Zmywaj się, chłopcze!

– No cóż, do widzenia, – powiedział Niedźwiedzia Skóra. – Ale prosiłbym o jednego dukata jako zapłatę z góry, zastawiłem kilka drobiazgów u grobowych robaków, a chciałbym je wykupić.

– Proszę bardzo – powiedział alraun, z trudem wyciągając dukata z pudełka, na którym siedziała stara kobieta (szepnęła cicho: „Daj połowę, to mu wystarczy!”). – Oto twój dukat, służ mi dobrze, a nie pożałujesz! 


Niedźwiedzia Skóra zniknął, ale minęło kilka minut, zanim Braka i Bella odważyły się otworzyć oczy. Mały Korneliusz kpił z nich, a one nie potrafiły ukryć pewnego szacunku dla niego.

–  Oby tylko ten brutal nie uciekł z całym naszym dobrem! – powiedziała Braka.

– To niemożliwe, – sprzeciwił się alraun. – Duch jest zawsze związany swoim słowem; wy, ludzie, tego nie przestrzegacie, bo nie boicie się o swoją duszę po śmierci.

– A ty, jesteś duchem czy człowiekiem, drogi Korneliuszu? – zapytała Bella. 

– Ja? – mruknął alraun. – Głupie pytanie! Ja jestem mną, a ty nie jesteś mną, i ja zostanę feldmarszałkiem, a ty pozostaniesz tym, kim byłaś. Nie podchodź mnie swoimi podchwytliwymi pytaniami! Gdy myśli się za dużo, bańka puchnie w mózgu, jak morski chrzan na skórze.

– Skąd znasz powiedzenie o chrzanie morskim? – zapytała Braka.

– Kiedy byłem pod szubienicą, obok mnie wyrósł chrzan morski, który zawsze chwalił się, że może powodować łzawienie oczu i pieczenia skóry; nazwał to swoją tragiczną cechą. Dobranoc wam! – krzyknął i wychodząc z pokoju dodał, – Braka, nie zapomnij jak najszybciej przynieść mi buławę marszałka. 



18.

Gdy zostały same, Braka przypomniała, co jeszcze trzeba było koniecznie przygotować do  podróży, która była dokładnie i ostatecznie zaplanowana na następną noc. 


Ostatniego wieczoru Bella weszła do swojego ogrodu; ogarnęły ją wspomnienia, każda gałąź była jej znajoma. Przypomniała sobie noc, kiedy zobaczyła arcyksięcia Karola; zupełnie o nim zapomniała; jego rysy wymazywały się z pamięci, ale nie martwiła się tym zbytnio; cieszyła się, że udaje się do świata ludzi, choć bała się tych, którzy ją otaczali, a przeczucie, że źle ją potraktują, ścisnęło jej serce boleśnie; wstydziła się siebie, bo pamiętała świetność swojego ojca, a całe uczucie wdzięczności dla Braki, cała radość, jakiej doświadczyła ze skarbu, tak śmiało i szczęśliwie uzyskanego przez jej korzennego człowieczka, nie mogły stłumić tego wstydu. 


Była dziedziczką wysokiego egipskiego rodu; z ufnością wpatrywała się w gwiazdy, jakby patrzyła na swoich przodków, a przy tutejszej, zimnej, październikowej pogodzie z tęsknotą myślała o letnich upałach w jej kraju, kiedy wody Nilu zalewały brzegi i wszyscy zabierali się do pracy; ale była również świadoma starożytnego grzechu swego ludu, który odmówił schronienia świętej Matce Bożej podczas jej ucieczki do Egiptu, kiedy ona i Dziecię–Zbawiciel wpadli w straszny deszcz, a Dziecię piórkiem nakreśliło w powietrzu okrąg i tęcza rozpostarła się nad nimi, chroniąc przed deszczem. 


„Czyż nasza wina nie została jeszcze odkupiona!” – myślała Bella wzdychając. Zobaczyła wokół księżyca cudowny kolorowy krąg; jej serce ucieszyło się i odmówiło modlitwę bez słów. "Z jakimi snami mój ukochany ojciec Michał, – pomyślała Bella, – patrzył na te wzgórza, czekając na pierwsze promienie słońca! Nie zobaczę ich już tutaj w cichy poranek! Czego ludzie chcą ode mnie? Pobiegnę w dal, gdzie poniosą nogi, świat nie jest dla nikogo zamknięty!"


Natchnęło ją pragnienie wolności, a Braka w międzyczasie podeszła do niej i cicho zaszeptała:

– Skóra Niedźwiedzia już wszystko załadował, Korneliusz pojedzie na jego plecach; chcesz zabrać ze sobą coś jeszcze? 

– Oczywiście, – odpowiedziała Bella, – moje lalki i magiczną książkę.

– Ach, drogie dziecko, – powiedziała stara, – głupi Skóra wrzucił to wszystko do pieca. Cóż, nie złość się, nie ma się czym martwić.

Bella pochyliła głowę. – A więc ze wszystkim muszę się rozstać, ze wszystkim, co mi było drogie!

– Tak, miłe dziecko – powiedziała Braka i przytuliła ją. – Minęły dwa tygodnie, jak zamierzam ci o tym powiedzieć; dorosłaś już, możesz wyjść za mąż w każdej chwili; dlaczego nie jesteś szczęśliwa, rogata duszo? Twoje piersi dojrzały jak jabłka, ale nawet tego nie zauważyłaś; księżyc ma co pieścić swoimi promieniami. 

– Zwariowałaś, babciu?!– krzyknęła Bella.

– Ach, zaczekaj, – powiedziała Braka, – w taką noc ja też mogę zapomnieć, że jak brudna miotła włóczę się po świecie, zamiatając cały kurz i wszelkie śmieci. Ale kiedyś byłam młoda i ładna, układałam piosenki i śpiewałam z młodymi, przystojnymi mężczyznami. Widzę, że jesteś taka sama, jak dawniej ja. I nic nie wiesz o sobie.  Spójrz na siebie – wyrosłaś na dużą dziewczynę, ile radości przed tobą! Każdy będzie chciał, byś nań spojrzała; podasz komuś dłoń – krew mu uderzy do głowy, drugi zapomni języka w gębie; jednych będziesz onieśmielać, innych podniecać; spojrzysz na tego, potem na tamtego, a gotowi będą walczyć ze sobą i krew swoją o ciebie przelewać. 


– Mój Boże – zawołała Bella, – jakie nieszczęścia mnie czekają! Byłoby lepiej, gdybym szybko stąd uciekła i ukryła się przed ludźmi!


Braka powstrzymała ją: – Gdzie chcesz biec, dziecko nierozważne? Spróbuj tylko, dopadnę cię i wychłostam pokrzywami! Widać, że nadal jesteś głupia! Z gęsią rozmawiać o miłości, to zagęga bez sensu. No, trudno, wracajmy, nie ma czasu do stracenia, innym razem opowiem ci więcej! 



19.

Wepchnęła Bellę do domu, która dziwnie poruszona tym, co usłyszała, a jeszcze bardziej tym, co ją czekało, przestała opłakiwać swoje książki i lalki, a nawet była trochę zawstydzona widokiem Niedźwiedziej Skóry, który w swojej brązowej liberii uderzająco przypominał prawdziwego niedźwiedzia; alraun siedzieli na nim okrakiem, jak małpa w ludzkim stroju, pokazywana na jarmarkach. Braka poszła przodem, Bella za nią, Skóra wyszedł jako ostatni i zamknął drzwi; szli w milczeniu, tylko Braka mamrotała do siebie, gdy nie mogła w śniegu odnaleźć ścieżek. Na wzgórzu pod szubienicą odbywał się taniec wisielców, ale wędrowcy nie zwracali na to uwagi; raz czy dwa przestraszyły ich hałaśliwie wylatujące spod stóp kuropatwy. Wreszcie ujrzeli wioskę Bejk w dolinie i Braka rozpoznała światło w oknie swojej starej przyjaciółki, złodziejki Nitken. 


Po cichu podkradli się do bramy ogrodowej, a gdy Braka dała znak, naśladując przepiórkę, pojawiła się mała dziewczynka, przyjrzała się przybyszom i poprowadziła ich przez piwnicę do oświetlonego pokoju, gdzie gruba staruszka, wyglądająca jak goździk w zielonej jedwabnej sukience i w czerwonej chuście na głowie, klęczała przed małym domowym ołtarzem, ozdobionym wizerunkiem Matki Boskiej i wieloma kolorowymi świecami. Braka śmiało weszła do pokoju.


– Cóż to, stara tłuściocho, – powiedziała na przywitanie, – znowu się modlisz? Tak się zapiłaś, że cię przedśmiertna czkawka dusi?


Gruba Nitken, ponieważ to ona się modliła, obejrzała się, machnęła ręką i nadal gorliwie przesuwała paciorki różańca. Niedźwiedzia Skóra wpadł w nastrój modlitwy i ukląkł, podobnie jak Bella, która umiała wiele modlitw; ale Braka, znająca wszystkie skrytki w tym domu, wyjęła z szafy baniastą butlę piwa i opróżniła ją kilkoma haustami. Alraun był tak rozbawiony bałaganem rupieci, które zalegały pokój różnego rodzaju starymi warkoczami, szmatami, naczyniami kuchennymi, pościelą na nieporządnych stosach, że nie mógł się tym nacieszyć; wszystko było dla niego nowe, ale wkrótce wszystko po kolei obejrzał. 


Pani Nitken, jako handlarka starzyzną miała bardzo duże obroty handlowe, zbierając najdziwniejsze zabytkowe starocie; w jej domu nie było ani jednego przedmiotu gospodarstwa domowego, który byłby podobny do przedmiotów w innych domach; po naturalnej selekcji jej zapasów, dokonanej przez kupujących, zniknęły rzeczy najbardziej odpowiednie do codziennego użytku i zostały najdziwniejsze produkty kaprysów starej mody i bogatych ludzi. Na przykład zgromadzone w holu krzesła, w kształcie drewnianych figur Maurów, trzymających kolorowe parasole, niegdyś stały w ogrodzie zamożnego kupca z Gandawy, handlującego w Afryce. 


Na środku pokoju znajdowała się wymyślnych kształtów mosiężna korona, niegdyś kandelabr oświetlający zlikwidowaną żydowską synagogę w Gandawie; teraz na cześć Matki Bożej płonęła w niej spiralna woskowa świeca. Ołtarz był wyrzuconym na śmietnik stolikiem karcianym, z którego wyrwano skórzaną miseczkę na karty i zastąpiono starą solniczką, wypełnioną wodą święconą. Na ścianach wisiały tkane dywany, przedstawiające dawne turnieje, i zniszczona broń rycerska. 


Grubą panią Nitken, która dla swojego rzemiosła (nawiasem mówiąc, polegało ono na ukrywaniu rzeczy ukradzionych) korzystała z usług wszystkich okolicznych złodziei, łączyła serdeczna przyjaźń z Braką, która doskonale wiedziała, jakim gadaniem jej schlebiać. Skończywszy swoją ostatnią ave, Nitken wstała z nieoczekiwaną jak na jej otyłość zwinnością, oparła dłonie na biodrach stanąwszy przed Braką i powiedziała: 


– Cóż to, stara lampucero, a tobie nie czas się modlić? Twój pan, czort wcielony, zabronił ci? Kiedy cię w końcu dorwie? Każdego dnia się marszczysz coraz paskudniej. Uch, z twoją gębą, nie odważyłabym się wyjść na ulicę!

– A tyś młoda! – wrzasnęła Braka.  – Wyglądasz jak mój stary, gruby szpic Puszek, kiedy go nieporządnie ostrzygę; powinnaś dawno ogolić siwe kłaki w zmarszczkach na czerwonej facjacie! Najwyraźniej wychlałaś dziś za dużo pieprzówki! Umiesz jeszcze tańcować po rosyjsku, stara trąbo! 


– Hej, hej, pewnie że! – zatrąbiła pani Nitken i ku ogólnemu zdumieniu zatańczyła tak, jakby jej się poluźniły stawy w biodrach; w końcu klepiąc się po udach upadła na kolana, a wszyscy wybuchnęli dzikim śmiechem, ona zaś krzyczała, że połamała wszystkie kości i zażądała kieliszka hiszpańskiego wina.

Dopiero gdy podniosła go do ust, po raz pierwszy obejrzała swoich gości. Widząc Bellę, zwróciła się do Braki:

– Zostaw mi ją, przyda się; co z nią robisz? Dostajesz za nią trochę pieniędzy? 

Braka z szacunkiem oświadczyła, że Bella jest jej Panią.

– A to co za ropucha? – zapytała dalej pani Nitken, wskazując na Korneliusza.

– Jestem marszałek polny, Korneliusz, – odpowiedział alraun, – nie bądź arogancka, stara kwoko!

– Oho, – kontynuowała Nitken, – widzi mi się, że jesteś feldmarszałkiem w kreciej norze. A ty, co za jeden, oswojony misiu? Twoja liberia jest mi znana. 

– Tak, tak, wymieniłem go z panem von Floris na nowy, w którym nie chciał pochować starego służącego.

– Faktycznie wygląda na to, że ukradłeś ją z grobu! 

Niedźwiedzia Skóra zamiast odpowiedzieć, wyszczerzył kły tak groźnie, że staruszka natychmiast otrzeźwiała i zapytała, czego od niej chcą.

Braka zażądała eleganckich ubrań, biżuterii i wystawnego powozu, którym pojadą do Gandawy i wynajmą szlachecką kamienicę.


20.

Pani Nitken od razu zdała sobie sprawę, że da się sporo zarobić, więc obudziła swoich ludzi i zaczęła biegać po domu, szukając wszystkiego, co miała najlepsze. Wrzuciła do pokoju naręcza sukienek, a cokolwiek pasowało, zostało wybrane i włożone do dwóch skrzyń; z bielizną było gorzej, ponieważ mieszkańcom Niderlandów łatwiej rozstać się z suknią niż z koszulą.


Gdy Bella przymierzyła suknie, pani Nitken przyniosła kociołek i szczypce, aby zwinąć jej włosy według najnowszej mody, bo choć z natury były kręcone, nie zaspokoiły gustu starej kobiety. Biedna dziewczyna myślała, że dopadły ją diabelskie pazury, gdy gorące żelazo przycisnęło loki do czoła. Warkocze, nawet po strzyżeniu, pozostały wystarczająco długie, aby uzyskać modną fryzurę. Królewska postawa Belli trzymała panią Nitken w rewerencji i w stosownym dystansie, a nawet sama Braka, kiedy myła i czesała jej włosy, przybrała szacowny wyraz twarzy, niczym zaufana dama dworu. Nikt przecież nie uznałby jej za matkę pięknej Belli. Zarówno Braka, jak i Bella nie mogły powstrzymać się od pysznienia się swoim wyglądem, kiedy ubierały jedwabne suknie i długo przeglądały się w lustrze, a wszyscy inni też paradowali przed nim. 


Z feldmarszałkiem stara Nitken miała najwięcej roboty. Na próżno ścinała i czesała jego szorstkie włosy – pozostał tym samym krasnoludem z pomarszczoną twarzą, niezgrabnymi ramionami i chrapliwym głosem.

– Słuchaj, dzieciaku, – powiedziała, – jeśli nie jesteś krasnoludem, to ja jestem szacowną matroną!

– Co? – zaperzył się Korneliusz. – Jestem mężczyzną, a nie krasnoludem. Ale co to jest krasnolud?

– Prawdę mówiąc, nie wiem, – odpowiedziała pani Nitken, – ale wyglądasz jak krasnolud. Można cię pokazywać na jarmarku za pieniądze! 


– Może to byłoby miłe! – rozmarzył się Korneliusz, myśląc, że wszystko za co zapłacono pieniędzmi ma wielką wartość i że starucha powiedziała mu komplement.


Rano wszyscy byli wystrojeni; Korneliusza wniesiono do pozłacanego powozu w szlafroku, jego głowę trzymała Madame von Brack, a nogi Panna Braque, Niedźwiedzia Skóra siedział na koźle. Ruszyli z bijącymi sercami, po części ze strachu, po części dlatego, że stroje były dla nich za ciasne, bo nowe stroje nie pasują od razu; oczywiście dobierano je z różnych staroci, ale tak drogich, że Skóra wzdychał, mówiąc o roztrwanianiu swego skarbu. Jechali już pół godziny, kiedy Korneliusz nagle zaczął się głośno śmiać i powiedział: 


– Stara kocica myślała, że ​​nas oszukała, ale ja też ją oszukałem! Buty, które mi wdziała, maja wszytą wspaniałą biżuterię. Nie wiem, jak ją tam ukryto, ale ona o niej nie wiedziała. Ostrożnie otwórz szew nożem!


Braka zabrała się do pracy, rozcięła mankiety u cholewy i znalazła diamentowy naszyjnik; z przyjemnością i zgodnie ze starym zwyczajem, wczepiła go we włosy. 


– Och, jak mi pasuje! – powiedziała i już miała przełożyć go na pomarszczoną szyję, ale Korneliusz zażądał, by naszyjnik nosiła Bella, a kłótnia byłaby nieunikniona, gdyby bliskość miasta nie rozproszyła uwagi starej kobiety. Korneliusz bez przeszkód założył na piękną Bellę naszyjnik, który w przyszłości okazał się dla niej bardzo ważny.

– Patrzcie, patrzcie, dzieci!, – wykrzykiwała Braka, – ile nowego przed wami, ale wydaje mi się, że was to nie obchodzi! Zobacz, jakie bogactwo jest wokół! Ile wozów z towarami dociera do miasta! Nie możemy się między nimi przecisnąć! 


Ale Korneliusz i Bella patrzyli najpierw na przystojnych jeźdźców, którzy przejeżdżali obok nich, a potem dopiero na konie i owce, które rzeźnicy pędzili na rzeź, na wozy z cielętami, które ryczały żałośnie, cisnąc się na wozach, co przestraszyło Bellę, tak jak przestraszyły ją hałasy i krzyki w podmiejskich szynkach, gdzie pieniądze przepijano wcześnie rano wraz z przekleństwami i bójkami.


W końcu podjechali do bram miasta; strażnik wyszedł z halabardą i zapytał, skąd są.

– Z Hadeln! – odpowiedziała nieco stremowana Braka. – Jestem Madame von Brack, to moja córka, a to mój bratanek, Herr von Cornelius. 




– Przejeżdżajcie! – krzyknął odźwierny, a stangret Skóra wiózł ich, drżąc, ale i triumfując, że strażnicy nie sprawili im żadnych kłopotów. Dojechali do domu przy rynku, który stara Nitken zdążyła już wynająć. 



21.

Pierwsze dwa miesiące poświęcono na nauczanie dobrych manier; nauczyciele o wszystkie błędy w zachowaniu czcigodnej Madame von Brack obwiniali Hadeln, gdzie szlachetne maniery nie były głęboko zakorzenione. Bella wkrótce zabłysła wśród wyższych sfer, również płynną znajomością hiszpańskiego. Mimo odosobnienia stała się już tematem rozmów młodych ludzi, którzy codziennie przejeżdżali przed jej domem, aby ją zobaczyć i zwrócić na siebie jej uwagę. Monsieur Cornelius miał najgorzej ze wszystkich; ciasny garnitur był dlań wyjątkowo niewygodny, a lekcje szermierki męczyły go do całkowitej utraty sił. 


Reszta jego edukacji była bardziej udana; często zawstydzał nauczyciela retoryki swoją elokwencją i irytował go kpiną. Mógł sprytnie naśladować język większości ludzi, ale nie miał własnego; jego złośliwość i odkrywanie cudzych myśli potylicznym okiem pozyskały mu wielu znajomych i wyjątkową reputację; wszelkie o nim plotki w mieście były mu zaraz rozpowszechniane, a on rozwijał je w tak interesujący i dowcipny sposób, że zaczęto je przekazywać z ust do ust, aż w końcu wieść o nim dotarła do arcyksięcia. 


W tym czasie arcyksiążę otrzymał wiadomość, że z powodu pominiętego tytułu swojego dziadka Ferdynanda w liście doń, tenże pozbawił go spadku. Stało się to w chwili, gdy wrócił z polowania zgnębiony tym, że zabił ciężarną łanię, myląc ją z samcem. Mały Korneliusz natychmiast połączył oba te wydarzenia ze sobą i poinstruował kogoś zbliżonego do dworu, aby powiedział arcyksięciu, że zamiast polować na łanie, powinien był raczej ustrzelić dziadka.


Książę usłyszał te słowa i będąc człowiekiem o pogodnym usposobieniu, nakazał paziom zaprosić szydercę. Mały Korneliusz wszedł na komnaty wprawdzie z niepokojem, ale równym zuchwałości i bezwstydowi. Kompromitująco śmieszne wrażenie, jakie wzbudził wesoły karzełek, Karol złagodził w sobie młodzieńczą i książęcą litością. Zaczął wypytywać go o swój kraj, a krasnolud wykazał się niewyczerpanym dowcipem, opisując chłopów z Hadeln, tak że wszyscy słuchacze mogliby przysiąc, że to wszystko prawda. 


Faszerowano go pochwałami, a on nadymał się próżnością, aż zaczął się chwalić pojedynkiem, w którym walczył o honor swoich dam z dwoma zagranicznymi rycerzami i zabił ich obu, a sam ranny w pierś przybył do Gandawy na wpół umierający. Kiedy ktoś sceptycznie wypytywał go, u jakiego chirurga się leczył, alraun rozpiął kamizelkę i pokazał prążki na skórze korzenia, a wszyscy wzięli to za blizny po ranach. 


Po tym wyczynie zaczął chwalić się swoim majątkiem i szlachetnym pochodzeniem; jego ciotka Braque okazała się taką urodzoną dworską damą, tak wykształconą, życzliwą, tak delikatną w traktowaniu, że podobnej w Gandawie nie ma. Bella, zgodnie z jego opisem, przewyższała trojańską Helenę urodą; jednocześnie opowiedział wiele anegdot o jej niewinności, które oczywiście były prawdziwe, ale mało kto by uwierzył, ponieważ nikt nie znał jej dziwnego wychowania i natury. Podsumowując, zasugerował, że się z nią ożeni. Arcyksiążę czuł za nią tęsknotę, ale przyzwyczajony od najmłodszych lat do ukrywania uczuć, namawiał karzełka, nie porzucając żartobliwego tonu, by któregoś dnia pojawił się publicznie z narzeczoną na kolejnych targach w Bejk, które odwiedzi wielu i szlachetnych i prostych mieszkańców Gandawy. 


koniec część pierwszej