Ślub Latarnika
scenariusz filmowy z roku 1999.
*
– Głos spoza obrazu filmowego:
Kilka dni temu zbudziła się we mnie zapomniana od lat emigrancka nostalgia. Już ponad tydzień wędruję przez kraj widm i upiorów. Sam też się czuję jak widmo nierealne.
– Sceneria dalekich od Nowego Jorku okolic nad Hudsonem; za wielką rzeką mgliste i ciemne wzgórza Catskill. Między zabudowaniami wiejskiego miasteczka prowincjonalna szosa; przed każdym domem typowe dekoracje Halloweenowe – kościotrupy, pajęczyny, czarownice, pomniczki cmentarne. W takim tle idzie wędrownie odziany Latarnik, w ręku kijaszek, na plecach plecak. Jest późnopaździernikowe popołudnie. Słońce skłania się już dobrze ku wzgórzom na zachodzie.
W zeszłym tygodniu porzuciłem poważną i intratną posadę Głównego Latarnika Nowego Jorku, by teraz snuć się traktem dróg dalekich, duchów smętnych i poezji.
– Wędrowny Latarnik – osobnik mocno w średnim wieku, długie włosy, zmęczona twarz, oczy rozglądające się bystro – idzie krętą drogą, między polami zżętej kukurydzy. Na głos recytuje strofy o sadzie z "Pana Tadeusza", albo o bukietach z "Kwiatów polskich" Tuwima. Gdy wchodzi w zacienioną aleję starych, wielkich drzew, ciszej mruczy do siebie fragmenty z "Pana Cogito" Herberta, a w końcu z utworu "Gdzie słońce wschodzi i kędy zapada" Miłosza:
Nadzieja starych ludzi
Nieuspokojona.
Czekają na swój dzień
siły i chwały,
na dzień zrozumienia.
Tak wiele mają dokonać...
– Na twarzy Latarnika plamki świetliste słońca spomiędzy liści. W alei wielkich drzew wędrowiec przystaje na uboczu, zapala papierosa.
Wiele lat temu, gdym smakował początki uzyskanej wolności, włóczyłem się często po Nowym Jorku. Strząsałem z siebie pył gorzkich wspomnień stanu wojennego.
– Na cały ekran palce przeliczające banknoty jednodolarowe, potem prawie cała postać Latarnika w tłumie przechodniów; nasz bohater kupuje hot-doga u ulicznego sprzedawcy, w tle zapchana samochodami jedna z Alej lub Ulic Manhattanu.
Pewnego dnia zauważyłem, że straszliwe korki na ulicach metropolii biorą się stąd, że światła sterujące ruchem zapalają się w złym porządku. Gdyby – myślałem twórczo – jako pierwsze błyskało zielone światło, ruch w City płynąłby gładko.
– Zbliżenie głowy Latarnika jedzącego hot-doga przy skrzyżowaniu którejś Alei z którąś Ulicą na tle typowych trójkolorowych świateł ulicznego ruchu.
Projekt zmiany porządku: czerwone-żółte-zielone, na kolejność: zielone-żółte-czerwone wysłałem do Burmistrza Nowego Jorku.
– Latarnik wkłada do dużej, żółtej koperty, zaadresowanej: Mayor of New York City, kartkę z rysunkiem kolorowych kółek – jeden układ przekreślony; drugi ze słowem YES. Panorama wielkich schodów Poczty Głównej naprzeciwko Penn Station na Siódmej Alei. Latarnik wrzuca kopertę do niebieskiej skrzynki.
Tydzień później objąłem posadę Głównego Latarnika Metropolii. Mayor był zachwycony, to mu dawało pewną reelekcję. Miasto odetchnęło. Ja zaś cieszyłem się popularnością i poważaniem.
– Latarnik idzie do ratusza, City Hall w NYC, ubrany jest w czapkę i koszulkę z rysunkami trzech kolorowych kółek; tłum żurnalistów, mikrofony, kamery. Ktoś z tłumu krzyczy: Polish power!!! Valesa!!!
Były to czasy, gdy Ronald Reagan walczył uparcie z komunizmem. Konspira kwitła w Warszawie, w Paryżu i w Nowym Jorku. Wszyscy byliśmy młodsi. Moje biuro, politycznie z pozoru neutralne, stanowiło skrzynkę kontaktową. Wysyłaliśmy sprytnie zakonspirowane fundusze dla podziemnych w Kraju.
– Widać wielkie szyby okrągłego okna jak w konstrukcji typowej latarni morskiej, ale tylko z jej szczytu, zainstalowane na najwyższym tarasie Empire State Building. Za oknem, we wnętrzu, nieco zniekształcona grubością szkła twarz Głównego Latarnika obserwującego miasto. Jego ręce na komputerowym pulpicie; typowe z tamtych czasów wielkie pudła komputerów, niewielkie ekrany baniastych monitorów starego typu. Migają żółte, czerwone i zielone lampki.
Potem wszystko ucichło. Zająłem się wydajną i rzetelną pracą. I tak szło całe lata do zeszłego tygodnia.
– Co pewien czas ręce Latarnika odrywają się od klawiatury i sięgają po trzy różnokolorowe wajchy sterczące z maszynerii przed nim. Za przesunięciem każdej zapalają się odpowiednie światła na skrzyżowaniach.
Tydzień temu dostałem tajemniczą paczkę. Przyniesiono mi ją aż na czubek Empire State Building. Z naklejek wynikało, że przysłano ją z Kraju za pośrednictwem tutejszego, lecz polskiego bookstore. W niej była ta księga zaczarowana, słana wszystkim latarnikom, a dla mnie tylko, wyłącznie i specjalnie, mój stary, ukochany, zniszczony "Sindbad".
– Listonosz podaje paczkę Latarnikowi. On rozdziera papier paczki, wyciąga z niej Leśmianowskie "Przygody Sindbada Żeglarza" w słynnym, starym wydaniu w niebieskim płótnie, okładka nosi znaki czasu. Zaczyna czytać.
Zacząłem czytać.
– Alarmująco miga czerwone światło przy nie przesuniętej czerwonej gałce wajchy. Latarnik czyta. Światło miga coraz szybciej. Latarnik nie odrywa wzroku od książki, przewraca kartkę.
I tak oto znalazłem się w tej dalekiej i pustej okolicy, gdzie było smutno i głucho.
– Latarnik skrupulatnie zadusza peta i patrzy w głąb zacienionej alei wielkich drzew. Za pniami i za białym ogrodzeniem widać łąkę, zadbane farmerskie pastwisko. Nieopodal stoi piękny koń, potrząsający grzywą. Wśród jesiennych liści migotliwe błyski zniżającego się słońca.
Sądziłem, że w tej okolicy nie znajdę nikogo znajomego, że wszyscy przyjaciele zostali w City, które musiałem czym prędzej opuścić, gnany Sindbadowską żądzą dalekich podróży. I oto niespodziewanie spotkałem Henryka, dawno, dawno niewidzianego przyjaciela. Zdumiałem się ogromnie. Wszak został on w Kraju i nie godził się na emigrację, sprzeciwiał się naszym wyjazdom. Ale widać i jemu dopiekli nieźle, skoro tu przyjechał i zaszył się na prowincji, w głuszy zupełnej, w samotni.
– Z daleka widać dość zaniedbaną posesję; na frontowych ścianach dużego domu o staromodnym stylu łuszczy się mocno biała farba; obok domu, na podwórzu kuchennym, stoi niespotykana już cembrowina starej studni pod daszkiem, wiadro i opasany łańcuchem wałek z korbą. Przy bliższym ujęciu widać obok budyneczek wędzarni zamienionej na kurnik, ptactwo krąży dookoła stolika z ustawioną na nim starodawną maszyną do pisania. Przy stoliku siedzi Konspirator. Latarnik wchodzi przez małą furtkę i zbliża się do Konspiratora.
Jak zwykle pisał, stukał w tę swoją maszynę, której nie chciał zamienić na nową, jakie po Sierpniu dostawaliśmy z Francji i Austrii.
– Konspirator jest najpewniej w tym samym wieku, co Latarnik, ale odziany farmersko, ma mocno siwiejące, bardzo długie włosy i podobną brodę. Nie zauważa Latarnika, stuka w klawisze.
Kiedym przeczytał, co tworzył tak zawzięcie, zdębiałem zdumiony. Dla niego czas na tym wygwizdowie najwyraźniej zatrzymał się wiele lat temu.
– Latarnik wyciąga z maszyny kartkę, widać, co czyta.
Solidarność matka nasza
Kuroń, Michnik dwa bratanki
A Wałęsa i pluralizm
Stocznia i porozumienie
przyszłość nasza
precz komuchy
wujek Reagan i Gorbaczow
Zalegalizować!!!
– Henryk-Konspirator sypie kurom ziarno. Spostrzega Latarnika.
Miałem ze sobą nieco aktualnej prasy krajowej sprzed tygodnia. Wszystko mu pokazałem i skwapliwie objaśniłem, jakie zmiany zaszły w Kraju po Czerwcu, już przecież ładne dziesięć lat temu i co się działo ostatnio.
– Latarnik wyciąga z plecaka gazety, układa na stoliku obok maszyny. Henryk czyta zachłannie.
Gdy on czytał zachłannie, rozejrzałem się po okolicy. Być może zmęczony byłem wędrówką, albo wspomnienia zaćmiły mi umysł, bo ujrzałem w oknach kuchennych zwidy niezwykłe, czyli oboje Rodziców Henia, a na dodatek Manię, dawną, dawną moją narzeczoną, za którą zatęskniłem nagle.
– Henryk pochylony nad gazetami. Latarnik spogląda na drogę za furtką, biegnącą nieco pod górę i widzi na niej w oddali Henryka, który przywołuje go gestem ręki. Latarnik przeciera oczy. Henryk-Konspirator siedzi wciąż obok i czyta gazety. Latarnik znów patrzy na drogę, tym razem widzi Rodziców i Manię, ale stary dom obok studni zniknął. Rodzice i Mania stoją w pustej przestrzeni.
Henryk przestał czytać i zerwał się gwałtownie, wołając, że skoro tak się historia potoczyła, to czas w niej brać udział, do czynu stawać, sprawom służyć.
– Konspirator odkłada gazety. Mnie zapisaną kartkę, a potem desperackim ruchem podnosi maszynę ze stolika i rzuca w zarośla obok kurnika. Latarnik widzi, że dom stoi, jak stał.
Dom już nie znikał w mej wyobraźni. A poza tym Henio zapowiedział, że Rodzice jego ucieszą się moim powrotem. – Jakże to? – pytałem wstrząśnięty do głębi. – Przecież oni... świętej pamięci... ten wypadek... – Tym się w ogóle nie przejmuj. – uspokoił mnie Henio.
– Latarnik i Konspirator idą do Domu tą samą drogą, gdzie były zjawy, schodzą po niewielkiej pochyłości aż do drzwi i znikają we wnętrzu. W środku wielki stół nakryty białym obrusem. Siedzą przy nim Matka i Ojciec. Ona wita uściskiem Latarnika, on tym samym gestem ściska Henryka.
Postanowiłem w tej sytuacji zaryzykować i zapytać o Manię, ongiś niedoszłą narzeczoną moją.
– Rodzice pokazują w bok na podłogę.
Nikt się nie zdziwił, ale przyznam, że zaskoczył mnie widok Mani, jako sługi, niskiej pomywaczki obecnej, ongiś przecież delikatnej i subtelnej panienki. Postanowiłem się z Manią ożenić natychmiast.
– Mania ubrana w stare łachy szoruje podłogę, Latarnik podchodzi, ujmuje dziewczynę pod brodę. Twarz Mani na całym ekranie.
Ale Ojciec i Henio wzięli mnie między siebie i częstując obficie, jęli tłumaczyć, że obecnej Mańki poślubić nie mogę. Mańkę trzeba wywyższyć, ze stanu sługi wydobyć i dopiero godną już, za mnie godnego godnie za mąż wydać. – A któż ją wywyższy? – pytałem. – Sam prezydent ojczystego Kraju – szepnął mi na ucho Henio. – Powiadam ci, Ojciec ma piekielne koneksje.
– We trzech siedzą u szczytu stołu, młodsi po bokach, Ojciec na głównym miejscu, Matka przynosi półmiski z jadłem rozmaitym. Raz Ojciec, raz Henio zwracają się do Latarnika i mówią mu coś konspiracyjnie, po cichu. Za każdym podszeptem wznoszą kształtne kielichy do toastu.
Udaliśmy się na spotkanie z Prezydentem i najwyższymi głowami państwa.
– Ta sama, co przedtem lekko spadająca droga. Cała czwórka towarzystwa idzie do niedalekiego od Domu znacznie większego budynku gospodarskiego, jakby dawnej stodoły. Służba w galowych strojach rozsuwa szerokie drzwi. W wielkim wnętrzu stoi stół jeszcze dłuższy niż w Domu, obrus także biały, na stole puchary w dwóch rzędach, a przed każdym pucharem wymodelowane z gliny naturalnych rozmiarów głowy męskie. Wszystkie są identyczne, ale każda naznaczona jakimś piętnem, jakby cięciem szablą – to przez policzek, to przez ciemię, to przez nos. Krzeseł nie ma.
Henio z każdym się poznał, zbliżył, zaprzyjaźnił. Doprawdy, miał talent dyplomatyczny.
– Henryk przechodzi wzdłuż stołu, upija z każdego pucharu, kiedy sięga po kolejny, Matka zabiera mu go z ręki i sama wypija do dna, po czym idzie ku fotelom u szczytu, gdzie na jednym siedzi Prezydent i siada w drugim obok niego. Henio nie zrażony kontynuuje ostatnie przywitania i podchodzi do Prezydenta (przed nim złota tabliczka z napisem: Prezydent Ojczystego Kraju). Latarnik postępuje za nim. Prezydent wręcza Henrykowi majestatycznie wyglądający dokument nominacji ambasadorskiej. Potem zwraca się do Latarnika.
A gdy Henio ogłoszony został ambasadorem, Prezydent wraz z Dostojnikami Mańkę moją jęli wywyższać. – Mańka dobrze wywyższona, – wniósł do mnie toast Prezydent, – dobrze wykreowana i właściwie wylansowana, procentować ci będzie owocnie.
– Mańka wskakuje na stół u przeciwległego końca stołu i idąc po nim między rzędami Głów Dostojników, rozbiera się z łachów do obcisłego trykotu i spódniczki bardzo mini. Zeskakuje przed Prezydentem i przy dźwiękach walca Straussa odtańcowują wdzięczne pas.
Później zaprosił mnie Henio na swoje pierwsze ambasadorskie spotkanie.
– Zebranie odbywa się na tarasie wspaniałej rezydencji, choć przy bliższym oglądzie widać, że zaniedbana jest nieco i wymaga remontów, ale wygląda wciąż imponująco. Henryk niosąc biało-czerwony parasol wchodzi po krętych schodach na taras, gdzie czeka nań Osobistość z parasolem w barwach flagi USA. Sekretarki podają obu teki z notami, a oni je odczytują oficjalnie.
Osobistość wysoka zagadnął był ambasadora nowego, czy też nie wie, gdzie się podziewa jego krajan, Główny Latarnik New York City. – Znajdź ziomka swego – prosił błagalnie nieomal, – bo trzeba Metropolię ratować od zagłady, tam auta ciągle stoją na czerwonym świetle i nikt nie wie, jak nieszczęściu zaradzić. Uśmiechnął się Henio i przywołał mnie z dołu stopni na taras oficjalny.
– Kiedy Latarnik ściska dłoń Osobistości kilka dam wprowadza Manię na taras. Jest ona ubrana w białą suknię ślubną. Widać w głębi kadru, że przyjechała limuzyną Prezydenta, ten zaś śle jej całusa dłonią. Jedna z dam wygładza suknię Mani i dyskretnie poprawia fryzurę panny młodej.
Potem ujrzałem Manię mą, piękną jak ongiś, wywyższoną już kompletnie, poślubioną mi do końca życia na złe i dobre, na drogi dalekie, na wspólne czytanie poezji i ksiąg podróżniczych. Ruszyliśmy do miasta, a ja Mani swej ukochanej szeptałem do ucha już godnego, już wylansowanego, zamężnego najpiękniejsze wersy.
– Latarnik i Mania schodzą z tarasu krętymi stopniami. Potem wielkie zbliżenie na dwa plecaki stojące obok siebie. Kamera odjeżdża powoli, Mania i Latarnik podchodzą i zabierają plecaki, zakładając na plecy. Widać początkową drogę Latarnika obok skoszonej kukurydzy, idącą prawie prosto w głąb ku szosie. Odchodzą oboje tą drogą, Mania wciąż w białej sukni ślubnej, kiedy są dość daleko Latarnik podskakuje i stuka obcasami jak w krakowiaku, a Mania odwraca się i macha na pożegnanie stojącym, jak teraz widać Ojcu, Matce, Henrykowi, Prezydentowi, Osobistości, służbie, sekretarkom i innym.