Mamy nowe opowiadanie Olgi Tokarczuk, jednocześnie znane i nieznane. Oto 13 września tego roku w tygodniku New Yorker opublikowano tekst pod tytułem Yente. Nie anonsowano go jako fragmentu z Ksiąg Jakubowych, chociaż tam się znajduje opowieść zatytułowana – Jenta. Jest to oryginalnie końcowa partia książki z rozdziału 31. Może to fantazja pisarki albo redaktorów NY, ale raczej ze względu na prawa autorskie do całości, która będzie w amerykańskich księgarniach od 1 lutego 2022 roku, postanowiono już teraz pokazać czytelnikom fragmenty powieści, ale w całkiem osobno skompilowanym tekście. Tłumaczką Ksiąg jest Jennifer Croft, ta co genialnie przełożyła Biegunów.
Początek opowiadania Yente Olga Tokarczuk wzięła z Ksiąg z rozdziału 3. z części pt. Ul pszczeli, czyli dom i rodzina Szorów rohatyńskich. Potem są jeszcze dwa kawałki z tego samego rozdziału – jeden z fragmentu: Jenta czyli zły moment na śmierć, drugi z: O połkniętym amulecie. Potem następuje obszerny cytat z rozdziału 7., wzięty ze środka części pt. Historia Jenty. Kolejny fragment pochodzi z rozdziału 6. z kawałka pt. O strasznych skutkach zniknięcia amuletu. Ostatni, najkrótszy akapit w New Yorker to kompilacja początku Prologu, dwóch zdań z oryginalnego rozdziału Jenta i wreszcie ostatniego zdania z rozdziału 7. zmienionego nieco: w oryginale Jenta leży "w korolewskiej drewutni", w opowiadaniu z tygodnika leży ona "przykryta po szyję wilczymi skórami". W poniższej polskiej "rekonstrukcji" zachowałem wytłuszczenia liter w osobnych częściach zgodnie z podziałami zrobionymi w New Yorker.
*
Tydzień wcześniej ten sam tygodnik opublikował rozmowę Olgi Tokarczuk z Deborah Treisman, pod tytułem Olga Tokarczuk on the power of word
fragment tej rozmowy:
– Opowiadanie jest adaptacją fragmentów z twojej powieści Księgi Jakubowe, która ukaże się w Stanach w przyszłym roku.(...) Jenta jest w niej w stanie zawieszenia, ni to żywa, ni to umarła, ale występuje przeważającej części dzieła. Jaką rolę gra ona w książce? I dlaczego w ogóle się pojawiła?
– Trudno mi mówić oddzielnie o Jencie, bo to postać z wielowątkowej powieści, choć jest ona z tych wątków wyodrębniana. Gra tutaj specjalną rolę dziwnego, wszechwiedzącego narratora, który dzięki osobnemu statusowi, może wędrować w czasie i patrzeć na świat panoptycznie. (tzn. zarazem teleskopowo, jak i mikroskopowo).
Jej postać pomogła mi dokończyć powieść. Pojawiła się, gdy miałam już napisaną jedną trzecią, gdy zaczął mnie przytłaczać ogrom wydarzeń, faktów, liczb i spraw, które chciałam opisać i gdy zwątpiłam, czy poradzę sobie z tak rozległą narracją. I wtedy Jenta nadała opowieści nową perspektywę poprzez spojrzenie z lotu ptaka, niezależne od czasu i przestrzeni. A ponieważ jej punkt widzenia przekraczał kompetencje zwykłego narratora w trzeciej osobie, żartobliwie nazwałam Jentę "czwartosobowym narratorem", który może wyjrzeć poza tekst książki i nawet zobaczyć autorkę.
*
Całość opowiadania z NY po "rekonstrukcji" z Ksiąg wygląda tak:
Asher Rubin wchodzi przez błotniste, ciemne podwórko, na którym wiszą głowami w dół świeżo zabite gęsi tuczone całe lato. Idzie przez wąską sień, czując zapach smażonych kotletów i cebuli, słyszy, jak tłuką gdzieś pieprz w moździerzu. Kobiety hałasują w kuchni, skąd w zimne powietrze wzbija się ciepła para z gotowanych potraw, a wraz z nią zapachy octu, gałki muszkatołowej, liści laurowych, a także woń świeżego mięsa, słodka i mdląca. Przy tym wszystkim jesienne powietrze wydaje się tym bardziej chłodne i nieprzyjemne.
Mężczyźni za drewnianą ścianą rozmawiają dość gwałtownie, jakby się kłócili – słychać ich głosy, czuć też zapach wosku i wilgoci, jaką przesiąknięte są ich ubrania. Pełno ich tu dzisiaj, dom jest zatłoczony.
Aszera mijają dzieci; szkraby nie zwracają na niego uwagi, podekscytowane bliskim już świętem. Aszer Rubin przechodzi przez drugie podwórko, oświetlone słabo jedną pochodnią,
W progu natyka się na lekko podpitego Jehudę, na którego cała rodzina woła Lejbe. Zresztą i on nie nazywa się Rubin, tylko Aszer ben Lewi. Teraz, w mroku i w ciżbie gości, imiona wydają się jednak czymś płynnym, zmiennym i drugorzędnym. W końcu wszyscy nosić je będą niedługo. Jehuda bez słowa prowadzi go w głąb domu i otwiera drzwi do małej izby, gdzie pracują młode kobiety, a na łóżku przy piecu leży wsparta na poduszkach stara, zasuszona kobieta. Pracujące witają go hałaśliwie i ciekawie zawisają nad łóżkiem, żeby popatrzeć, jak będzie badał Jentę.
Jest drobna i chuda jak stara kura, a jej ciało wiotkie. Wypukła ptasia klatka piersiowa unosi się i opada szybko jak u dziecka. Wpółotwarte usta, obciągnięte wąziutkimi wargami, zapadają się do środka. Jednak ciemne oczy uważnie śledzą ruchy medyka. Kiedy po przegonieniu wszystkich ciekawskich z pokoju unosi przykrycie, widzi całą jej postać wielkości dziecka i kościste dłonie pełne sznureczków i rzemyków. Otulili ją wilczymi skórami po szyję. Wierzą, że skóra z wilka grzeje i przywraca siły.
Jak można było ciągnąć ze sobą tę staruszkę, której zostało ledwie trochę życia, myśli Aszer. Podobna jest do starego, zeschniętego grzyba, ma brązową, pomarszczoną twarz, a światło świec rzeźbi ją jeszcze bardziej i okrutniej, tak że powoli przestaje wyglądać jak ludzka. Aszer ma wrażenie, że za chwilę stanie się nieodróżnialna od dzieł natury – kory drzewa, szorstkiego kamienia i sękatego drewna.
Nie ma się co dziwić, że i ona przyjechała na wesele krewnego, skoro będą tu kuzyni z Moraw i z dalekiego Lublina. Aszer kuca przy niskim łóżku i od razu czuje zapach soli z ludzkiego potu oraz – zastanawia się przez chwilę, szukając właściwego określenia – dziecka. W jej wieku zaczyna się mieć taki sam zapach, jaki mają dzieci. Wie, że nic tej kobiecie nie jest, ona po prostu umiera. Bada ją starannie i niczego się nie dopatruje, poza starością. Serce jej bije nierówno i słabiutko, jakby się zmęczyło, skórę ma czystą, choć cienką i suchą jak pergamin. Oczy szkliste, zapadnięte. Tak samo skronie, a to znak nadchodzącej śmierci. Spod lekko rozpiętej pod szyją koszuli widać jakieś sznureczki i supły. Dotyka jej zaciśniętej pięści, a ta przez chwilę się opiera, potem jednak, jakby zawstydzona, rozkwita przed nim niczym wyschnięta róża pustyni. Na dłoni leży kawałek jedwabnej szmatki, cały gęsto zapisany znakami: ץײש.
Aszer ma wrażenie, że staruszka uśmiecha się do niego bezzębnymi ustami, a jej ciemne, studzienne oczy odbijają płomienie świec, i wydaje mu się, że to odbicie biegnie ku niemu z daleka, z nieodgadnionych głębi mieszczących się w człowieku.
– Co jej jest? – pyta go Elisza, który nagle wchodzi do tej ciasnej izdebki.
Aszer podnosi się powoli i patrzy na jego zaniepokojoną twarz.
– Co ma być? Ona umiera. Nie doczeka wesela.
Aszer Rubin robi przy tym minę, która mówi sama za siebie. Po cóż było ją tu wieźć w takim stanie?
Elisza Szor bierze go na bok i chwyta pod łokieć.
– Masz ty swoje metody, których my nie znamy. Pomóż nam, Aszer. Mięso już posiekane, marchew obrana. W miskach moczą się rodzynki, kobiety skrobią karpie. Widziałeś, ile gości?
– Ledwo jej bije serce – mówi Rubin. – Nic tu nie poradzę. Nie trzeba było brać jej ze sobą w podróż.
Delikatnie uwalnia łokieć z uścisku Eliszy Szora i idzie ku wyjściu.
Jako że Jenta jest najstarsza, każdy, kto przyjeżdża na wesele, od razu idzie się z nią przywitać. Goście odwiedzają ją nieustannie w pokoiku na końcu labiryntu, w drugim domu, do którego trzeba przejść przez podwórko, a który sąsiaduje przez ulicę z cmentarzem. Dzieci zaglądają do niej przez szpary w ścianach, najwyższy czas uszczelnić je przed zimą. Długo przesiaduje u niej Chaja. Jenta kładzie jej dłonie na swojej twarzy, dotyka jej oczu, ust i policzków – widziały to dzieci. Głaszcze ją po głowie. Chaja znosi jej smakołyki, poi ją rosołem z kury, dodaje łyżkę gęsiego smalcu, a wtedy stara Jenta długo mlaska ze smakiem i oblizuje wąskie, suche wargi, ale smalec nie dodaje jej tyle sił, żeby się podniosła.
Zaraz po przyjeździe idą odwiedzić starą kuzynkę Morawianie – Salomon Zalman i jego młodziutka żona Szejndel. Jechali tu z Brünn trzy tygodnie przez Žlin i Prešow, i potem Drohobycz, ale nie będą wracać tą samą drogą. W górach napadli ich jacyś zbiegli chłopi i Zalman musiał zapłacić im spory wykup, szczęście, że nie zabrali wszystkiego. Będą wracać teraz przez Kraków, zanim śnieg spadnie. Szejndel jest już w ciąży ze swoim pierwszym dzieckiem, właśnie powiedziała o tym mężowi. Ma mdłości. Najbardziej nie służy jej zapach kaffy i przypraw, który czuć w pierwszej części rozległego domostwa Szorów i który ciągnie od sklepiku. Nie podoba jej się też zapach starej Jenty. Boi się tej kobiety, jakby jakiejś dzikiej, w dziwacznych sukniach, z włosami na brodzie. Na Morawach starsze kobiety wyglądają o wiele porządniej, noszą krochmalone czepki i schludne fartuchy. Szejndel jest przekonana, że to czarownica. Boi się usiąść na skraju łóżka, choć ją do tego zachęcają. Boi się, że coś z tej starej przejdzie na dziecko w jej brzuchu, jakieś mroczne szaleństwo, nie do poskromienia.
Usiłuje niczego nie dotykać w tym pokoiku. Od zapachu ciągle robi jej się niedobrze. W ogóle krewni z Podola wydają jej się dzicy. W końcu jednak popychają Szejndel ku starej, tak że przysiada na brzeżku, gotowa natychmiast uciec.
Za to podoba jej się zapach wosku – ukradkiem obwąchuje świece – oraz błota wymieszanego z końskimi odchodami, a także, teraz to odkryła, wódki. Salomon, starszy od niej znacznie, dobrze zbudowany, brzuchaty, brodaty mężczyzna w średnim wieku, dumny ze swej ślicznej i wiotkiej żony, przynosi jej kieliszek. Szejndel smakuje trunek, ale nie może go przełknąć. Pluje na podłogę.
Gdy młoda żona siada przy łóżku Jenty, ta wyciąga rękę spod wilczych futer i kładzie ją na brzuchu dziewczyny, choć jeszcze wcale nie widać krągłości. O tak, Jenta widzi, że w brzuchu Szejndel rozgościła się właśnie pewna dusza, jeszcze niewyraźna, trudno ją opisać, bo jest mnoga; właściwie są to wolne dusze, których wszędzie wokół jest pełno i które tylko szukają okazji, żeby się chwycić jakiegoś wolnego kawałka materii. I teraz również liżą tę maleńką grudkę, która przypomina kijankę, zaglądają w nią, ale nic tam jeszcze nie ma konkretnego, zaledwie strzępki, cienie. Obmacują, próbują. Same składają się ze smug: obrazów, wspomnień, pamięci uczynków, kawałków zdań, z liter. Nigdy przedtem Jenta nie widziała tego tak wyraźnie. Prawdę mówiąc, Szejndel też czasami jest jakaś nieswoja, bo również czuje ich obecność – jakby ją macały dziesiątki obcych rąk, jakby w nią wtykały palce. Nie chce się zwierzać z tego mężowi, nie umie znaleźć słów.
Gdy mężczyźni siedzą w jednej izbie, kobiety zbierają się w pokoiku Jenty, gdzie ledwie mogą się pomieścić. Co jakiś czas któraś przynosi z kuchni trochę wódki, tej weselnej, niby w tajemnicy, jak przemytniczka, ale przecież to część wesela. Stłoczone, podniecone bliską zabawą zapominają się i zaczynają dokazywać. Lecz chyba nie przeszkadza to chorej – a może nawet jest zadowolona, że stała się ośrodkiem tej zabawy. Czasem popatrują na nią z niepokojem, z poczuciem winy, gdy nagle przysypia, a po chwili budzi się z dziecinnym uśmiechem. Szejndel patrzy wymownie na Chaję, gdy ta poprawia na chorej wilcze skóry, owija jej wokół szyi swój szal i widzi, że staruszka nosi mnóstwo amuletów – jakieś małe woreczki na sznurkach, kawałki drewienka z wypisanymi na nich znakami, figurki z kości. Chaja nie śmie ich tknąć.
Kobiety opowiadają sobie straszne historie – o duchach, zbłąkanych duszach, ludziach pochowanych żywcem i oznakach śmierci.
– Gdybyście wiedziały, ile złych duchów czyha na jedną ćwiartkę kropli waszej serdecznej krwi, tobyście pewnie poświęciły swe ciało i swą duszę stwórcy tego świata – mówi Cypa, żona starego Notki, uważana za uczoną.
– Gdzie są te duchy? – pyta któraś trwożliwym szeptem, a Cypa podnosi z klepiska patyk i wskazuje na jego koniuszek:
– Tutaj! Tutaj są wszystkie, patrz uważnie.
Kobiety wpatrują się w koniec patyka, oczy zezują śmiesznie, któraś zaczyna chichotać, a w świetle kilku zaledwie świec już im się on dwoi i troi w oczach, ale duchów nie widzą.
W nocy, gdy wszyscy już śpią, Elisza Szor przy świetle świecy pisze na małym skrawku papieru litery:
הנתמה, הנתמה, הנתמה
Hej-mem-taw-nun-hej. Hamtana – czekanie.
Chaja w białej nocnej koszuli staje na środku izby i rysuje w powietrzu wokół siebie niewidoczny dla oczu krąg. Tam unosi papierek nad głowę i tak stoi z zamkniętymi oczami długą chwilę. Jej usta poruszają się. Dmucha weń kilka razy, potem starannie zwija papierek w rurkę i wkłada do drewnianego pudełeczka wielkości paznokcia. Stoi jeszcze dłuższy czas w milczeniu z pochyloną głową, żeby zaraz potem, pośliniwszy palce, przewlec rzemyk przez dziurkę amuletu. I wręcza amulet ojcu. Ten ze świecą w ręku sunie przez śpiący dom pełen skrzypienia i pochrapywań, przez wąskie korytarze, do pokoju, gdzie położono Jentę. Zatrzymuje się przy drzwiach i nasłuchuje. Widocznie nic go nie niepokoi, bo delikatnie otwiera drzwi, które poddają mu się pokornie, bez jednego dźwięku, i odsłaniają małe, ciasne wnętrze, oświetlone ledwie oliwną lampką. Ostry nos Jenty mierzy śmiało prosto w sufit i rzuca na ścianę wyzywający cień. Elisza musi przez niego przejść, żeby założyć umierającej amulet na szyję. Kiedy się nad nią pochyla, jej powieki zaczynają drgać. Elisza zamiera w bezruchu, ale to nic, widocznie kobieta śni: oddech ma tak lekki, że prawie niezauważalny. Wiąże końce rzemyka i wsuwa amulet pod koszulę staruszki. Potem odwraca się na palcach i bezszelestnie wychodzi.
Kiedy światło świecy znika za drzwiami i słabnie w szparach między deskami, Jenta otwiera oczy i słabnącą ręką wymacuje amulet. Wie, co tam jest napisane. Przerywa rzemyk, otwiera pudełko i połyka zapisany skrawek jak pigułkę.
Jenta leży w ciasnym pokoiku, gdzie służba przynosi bez przerwy okrycia gości i kładzie je w nogach łóżka. Gdy w końcu zaczynają grać gdzieś w głębi domu, Jenta jest już ledwie widoczna spod sterty płaszczy; dopiero gdy przychodzi tu Chaja, robi z tym porządek i płaszcze lądują na podłodze. Chaja nachyla się nad starą ciotką i wsłuchuje się w jej oddech – jest taki słabiutki, iż wydaje się, że motyl spowodowałby machnięciem swoich skrzydeł silniejszy ruch powietrza. Ale jej serce bije. Chaja, lekko zarumieniona od wódki, przykłada ucho do piersi Jenty, do wiązek amuletów, sznurków i rzemyków, i słyszy delikatne bom, bom, bardzo wolne, oddalone jedno od drugiego o cały oddech.
– Babciu Jento! – woła ją cicho Chaja i ma wrażenie, że wpółprzymknięte oczy staruszki drgnęły, że poruszyły się źrenice, a na ustach pojawił się jakby uśmiech. Jest to uśmiech zbłąkany – faluje, czasem kąciki ust unoszą się, czasem opadają i wtedy Jenta wygląda jak nieżywa. Dłonie ma letnie, nie zimne, skórę miękką, bladą. Chaja poprawia jej włosy, które wyszły spod chustki, i nachyla się do jej ucha: – Czy ty żyjesz?
I znowu na twarzy starej kobiety pojawia się skądś ten uśmiech, który trwa chwileczkę i zaraz znika. Chaję wzywają z daleka tupot nóg i wysokie dźwięki muzyki, więc całuje starą w letni policzek i biegnie tańczyć.
Do izby Jenty dochodzi rytmiczne przytupywanie – weselnicy tańczą, choć tutaj nie słychać już muzyki, utknęła w drewnianych ścianach, rozbiły ją na pojedyncze pomruki kręte korytarze. Słychać tylko bum, bum tanecznych kroków, a od czasu do czasu piski i pokrzykiwania. Przy Jencie czuwała jakaś starsza kobieta, ale rozochocona weselem w końcu sobie poszła. Jenta też jest ciekawa, co się tam dzieje. Odkrywa zaskoczona, że z łatwością może wysunąć się ze swojego ciała i zawisnąć nad nim; patrzy wprost na swoją twarz, zapadłą i bladą, dziwne uczucie, ale zaraz potem odpływa, sunie wsparta na podmuchach przeciągu, na drganiach dźwięku, przenika bez trudu przez drewniane ściany i drzwi.
Jenta widzi teraz wszystko z góry, a potem jej wzrok wraca pod przymknięte powieki. I tak jest przez całą noc. Uniesienie i powrót w dół. Balansowanie na granicy. Męczy to Jentę, właściwie nigdy się tak nie napracowała, ani przy porządkach, ani w ogrodzie. A jednak i jedno, i drugie jest przyjemne, i opadanie, i wznoszenie. Niemiły jest tylko ten ruch, świszczący i gwałtowny, który usiłuje ją wypchnąć gdzieś daleko, poza horyzonty, ta siła, zewnętrzna i brutalna, z którą trudno byłoby się zmierzyć, gdyby ciała od środka i nieodwracalnie nie chronił amulet.
Dziwne – jej myśli owiewają całą okolicę. Wiatr – mówi jakiś głos w jej głowie, zapewne własny. Wiatr to jest wzrok umarłych, kiedy patrzą na świat stamtąd, gdzie są. Widziałaś kiedy pole traw, jak się kłania i słania, zapewne patrzy na nie właśnie któryś z umarłych – chciałaby powiedzieć do Chai. Bo gdyby zliczyć wszystkich umarłych, to okazałoby się, że jest ich dużo więcej niż żywych na ziemi. Ich dusze już się oczyściły wędrowaniem w wielu żywotach i teraz czekają na Mesjasza, który przyjdzie dokończyć dzieła. I patrzą na wszystko. Dlatego na ziemi wieje wiatr. Wiatr to jest ich baczny wzrok.
Po chwili spłoszonego wahania i ona dołącza do tego wiatru, który przelatuje nad domami Rohatyna i małych, skarlałych osad, nad furmanami, co przycupnęli na rynku w nadziei, że zdarzy się im klient, nad trzema cmentarzami, nad kościołami, synagogą i cerkwią, nad rohatyńskim gościńcem – i pomyka dalej, poruszając pożółkłe trawy na wzgórzach, najpierw chaotycznie, bez ładu i składu, a potem, jakby uczył się kroków tańca, gna wzdłuż koryt rzek aż do Dniestru. Tam zatrzymuje się, bo Jentę zdumiewa maestria krętej linii rzeki, jej esy-floresy, jakby zarysy liter gimmel i lamed. I potem zawraca, choć wcale nie z powodu granicy, która zmówiła się z rzeką i oddziela od siebie dwa wielkie państwa. Bo przecież wzrok Jenty ma za nic takie granice.
Jenta znajduje się teraz we wsi pod Brzeżanami osiemdziesiąt kilka lat wcześniej. Jest to dokładnie ten sam dzień, kiedy została poczęta. Dopiero teraz może go ujrzeć.
Czy Jenta w tym dziwnym stanie, w jakim się znalazła, potrafi inicjować jakieś drobne sprawy? Wpływać na bieg wypadków? Czy może? Gdyby mogła, zmieniłaby ten jeden dzień.
Widzi młodą kobietę, która idzie polami z koszem w ręku, ma w nim dwie gęsi. Ich szyje poruszają się w rytm jej kroków, oczy jak koraliki patrzą wokół z tym rodzajem ufności, jaką mają oswojone zwierzęta. Spod lasu wyjeżdża konny patrol kozacki, galopuje, rośnie w oczach. Jest za późno na ucieczkę, kobieta staje zaskoczona, zasłania się koszem z gęsiami. Konie otaczają ją, napierają na nią. I jakby na rozkaz mężczyźni zsiadają z koni; wszystko dzieje się bardzo szybko i w milczeniu. Popychają ją miękko na trawę, kosz upada, gęsi wydostają się z niego, ale nie odchodzą, posykują tylko groźnie, ostrzegawczo i świadkują temu, co się dzieje. Dwóch trzyma konie, a jeden odwiązuje od pasa szerokie marszczone spodnie i kładzie się na kobiecie. Potem zmiana, robią to coraz szybciej, w pośpiechu jakby musieli wykonać tych kilka ruchów – właściwie niemal nie widać, żeby sprawiało im to przyjemność. Nasienie wlewa się w kobietę i ścieka potem na trawę. Ostatni przydusza jej szyję i kobieta już zaczyna się godzić z tym, że umrze, ale któryś z pozostałych podaje mu lejce i mężczyzna wsiada na konia. Patrzy na nią jeszcze przez chwilę, jakby chciał zapamiętać swoją ofiarę. Potem szybko odjeżdżają.
Kobieta siedzi z rozrzuconymi nogami, oburzone gęsi patrzą na nią, gęgając z dezaprobatą. Kawałkiem halki wyciera się między nogami, potem rwie liście i trawę. Na końcu biegnie do rzeczki, podnosi wysoko spódnice, siada w wodzie i wypycha z siebie nasienie. Gęsi uważają, że to dla nich zachęta, i też biegną do wody. Ale zanim zdecydują się do niej wejść, jak zwykle z gęsią rezerwą, kobieta łapie je obie, pakuje do kosza i wraca na ścieżkę. Zwalnia przed wsią, idzie coraz wolniej, aż w końcu zatrzymuje się, jakby dotknęła niewidzialnej granicy.
To jest matka Jenty.
Pewnie dlatego całe życie przyglądała się córce uważnie i podejrzliwie. Jenta przyzwyczaiła się do jej spojrzenia pełnego rezerwy, rzucanego znad jakiejś pracy wykonywanej przy stole, znad krojenia warzyw, obierania jajek ugotowanych na twardo, szorowania garnków. Matka co chwila na nią popatrywała. Jak wilk, jak pies, który szykuje się do zatopienia zębów w łydce. Z czasem do tego popatrywania dołączył się drobny grymas ust: lekkie uniesienie górnej wargi, podciągnięcie jej pod nos – wyraz ni to niechęci, ni to obrzydzenia, ale nieznaczny, ledwie widoczny.
Pamięta, jak plotąc jej warkoczyki, matka znalazła we włosach nad uchem ciemny pieprzyk, który bardzo ją ucieszył. „Patrz – powiedziała do ojca – ma pieprzyk w tym samym miejscu co ty, tylko po drugiej stronie, jak odbicie w lustrze”. Ojciec przyjął to z roztargnieniem. Nigdy się niczego nie domyślał. Matka umarła z tajemnicą zaciśniętą w pięść. Umarła w jakimś skurczu, w furii. Zapewne powróci jako dzikie zwierzę.
Urodziła się jako jedenasta. Majer dał jej na imię Jenta, co znaczy: taka, która roznosi wiadomości, i taka, co uczy innych. Matka nie miała już siły się nią opiekować – była zbyt delikatna. Jentą zajmowały się inne kobiety, które wiecznie kręciły się po domu – kuzynki, ciotka, przez jakiś czas babka. Zapamiętała, jak matka wieczorami zsuwała z głowy czepiec – wtedy Jenta widziała z bliska jej marne, krótko i byle jak obcięte włosy porastające niezdrową, łuszczącą się skórę.
Jenta miała sześciu starszych braci, którzy uczyli się w jesziwie i dukali w domu wyrazy Pisma, podczas gdy ona wisiała u stołu, przy którym siedzieli; była za mała, żeby wziąć ją do prawdziwie kobiecej pracy. Miała też cztery starsze siostry, z których jedna już wyszła za mąż, a drugą usilnie starano się wyswatać.
Ojciec widział jej zapał i ciekawość, więc pokazał jej litery, sądząc, że będą dla niej jak obrazki, jak klejnoty i gwiazdki – piękny alef niczym odbicie kociej łapy, szin niczym łódeczka z masztem, którą robi się z kory i puszcza na wodę. Ale Jenta, nie wiadomo jak i kiedy, nauczyła się liter inaczej, po dorosłemu, tak że mogła wkrótce układać z nich słowa. Matka biła ją za to po rękach z nieoczekiwaną wściekłością, jakby Jenta sięgała po zbyt wiele. Sama nie umiała czytać. Chętnie za to słuchała, gdy ojciec, rzadko, albo, częściej, ich stary krewny, Kulawy Abramek, opowiadał kobietom i dzieciom po żydowsku historie z ksiąg; Abramek robił to zawsze głosem zawodzącym, jakby zapisane słowa pokrewne były z natury lamentowi. Zaczynał, kiedy się zmierzchało, przy mdłym świetle świec, więc wraz z czytaniem pojawiał się w domu wieczorami uporczywy smutek wiejskich kabalistów, których było wtedy wielu. W smutku tym można się było rozsmakować tak samo, jak niektórzy rozsmakowują się w wódce. I potem ogarniała ich wszystkich taka melancholia, że zawsze ktoś zaczynał płakać i biadolić. Chciało się wtedy dotknąć tego wszystkiego, o czym mówił Abramek, wyciągało się rękę po coś konkretnego, ale nie było nic. I ten brak okazywał się straszny. Rodził prawdziwą rozpacz. Wokół ciemność, chłód i wilgoć. Latem pył, zeschła trawa i kamienie. Gdzie to wszystko jest – ten świat, to całe życie, ten raj? W jaki sposób się do nich dostać?
Małej Jencie wydawało się, że każdy taki wieczór opowieści stawał się gęsty, bardziej ciemny, nieprzenikniony, zwłaszcza gdy Kulawy Abramek mówił niskim ciepłym głosem:
– I to jest wiadome, że przestwór świata jest pełen upiorów i złych duchów, rodzących się z grzechu ludzkiego. Unoszą się one w przestrzeni, jak jest napisane wyraźnie w księdze Zohar. Należy się tedy wystrzegać, by w drodze do bożnicy nie przylgnęły do człowieka, i dlatego winien tenże wiedzieć, co jest napisane w Zoharze, a mianowicie, że z lewej strony czyha na ciebie szkodnik, bo mezuza jest przybita tylko od strony prawej, a w mezuzie jest napisane Imię Boże: Szaddaj, które pokonuje szkodnika, co nam wyjaśnia napis na niej: „I Szaddaj będzie na twoich odrzwiach”.
Kiwali zgodnie głowami. To wiemy. Lewa strona.
Jenta była tego świadoma: „Powietrze jest pełne oczu – mawiała jej szeptem matka, tarmosząc ją jak szmacianą lalkę przy każdym ubieraniu. – Patrzą na ciebie. Rzuć tylko pytanie przed siebie, a duchy zaraz odpowiedzą. Trzeba jedynie umieć pytać. I znajdować odpowiedzi: w mleku, które wylało się w kształt litery samech, w odcisku kopyta końskiego w kształcie litery szin. Zbieraj, zbieraj znaki, to wkrótce przeczytasz całe zdanie. Co to za sztuka czytać z ksiąg napisanych przez człowieka, kiedy cały świat jest księgą pisaną przez Boga, także gliniana dróżka, która prowadzi nad rzekę. Przyjrzyj się jej. Także piórka gęsi, wyschnięte słoje
drewna na deskach w płocie, pęknięcia gliny na ścianach domu – ta jest zupełnie jak jedna z liter: szin. Umiesz to, czytaj, Jento”.
Bała się swojej matki, a jakże. Malutka dziewczynka stoi przed chudą, drobną kobietą, która wiecznie coś mamrocze, zawsze ze złością. Piekielnica – za taką miała ją cała wieś. Nastroje matki zmieniały się zbyt często i Jenta nigdy nie wiedziała, czy biorąc ją na kolana, ucałuje ją i przytuli, czy ściśnie boleśnie jej ramiona i potrząśnie nią jak kukiełką. Dlatego wolała jej schodzić z drogi. Patrzyła, jak chudymi rękami układa w skrzyni resztki dawnego posagu – pochodziła z zamożnych Żydów ze Śląska, ale niewiele jej z tej zamożności pozostało. Jenta słyszała, jak rodzice pojękują w łóżku, i wiedziała, że to ojciec w tajemnicy przed resztą rodziny wygania z matki dybuka. Matka zaś najpierw mu się słabo wyrywała, a potem brała głęboki oddech, jak ktoś, kto zanurkował w zimnej wodzie, w lodowatej wodzie mykwy, i tam się skrył przed złem.
Kiedyś, w czasach wielkiej biedy, podpatrzyła ją, jak wyjada zapasy przeznaczone dla wszystkich – ze zgarbionymi plecami, z wychudłą twarzą, z pustymi oczami, które były tak czarne, że nie było w nich widać źrenic.
Gdy Jenta miała siedem lat, matka umarła przy kolejnym porodzie – ona i dziecko, które nie miało siły wydostać się z niej na zewnątrz. Dla Jenty to był oczywiście dybuk, którego tamta zjadła, kradnąc pożywienie, a którego ojciec nie zdołał wygnać w czasie nocnych zmagań. Rozgościł się w brzuchu jej matki i nie chciał wyjść. A śmierć – to była kara.
Nad ranem, gdy wszyscy po weselu śpią po kątach, a trociny w wielkiej izbie są tak zdeptane, że przypominają zbity kurz, w izbie u Jenty pojawia się Elisza Szor. Jest zmęczony, ma przekrwione oczy. Siada przy niej na łóżku, kiwa się w przód i w tył i szepcze:
– Już po wszystkim, Jento, możesz odejść. Nie miejże mi za złe, że cię przytrzymałem. Innego wyjścia nie było.
Delikatnie wyciąga zza jej dekoltu garść sznurków i rzemieni; szuka tego jednego, przekłada przez palce pozostałe, i wciąż sądzi, że tego najważniejszego nie zauważył, że zmęczone oczy go nie widzą. Robi to kilka razy – zlicza malutkie terafim, puzderka, woreczki, kościane tabliczki z wydrapanym na nich zaklęciem. Wszyscy je noszą, ale te stare kobiety mają ich zawsze najwięcej. Zapewne wokół Jenty krążą dziesiątki aniołów, duchów obronnych i innych, bezimiennych. Ale jego amuletu nie ma. Został sznurek, sam, pusty. Zaklęcie zniknęło. Jak to możliwe?
Elisza Szor natychmiast trzeźwieje, jego ruchy robią się nerwowe. W końcu zaczyna obmacywać starą. Podnosi bezwładne ciało i szuka pod plecami, pod biodrami, odkrywa chude kończyny biednej Jenty, jej kościste duże stopy, które wystają sztywno spod spódnicy, grzebie w fałdach koszuli, sprawdza wnętrze dłoni, w końcu, coraz bardziej przerażony, szuka w poduszkach, w prześcieradłach, kołdrach i derkach, pod łóżkiem i wokół łóżka. Może upadło?
Śmiesznie wygląda ten dostojny starzec buszujący w pościeli starej kobiety, jakby ją wziął za młódkę i się do niej niezdarnie dobierał.
– Jento, ty mi powiedz, co się stało? – mówi do niej przenikliwym szeptem, jak do dziecka, które dopuściło się strasznego przewinienia, ale ona oczywiście nie odpowiada, tylko drżą jej powieki i przez chwilę gałki oczne poruszają się w jedną i w drugą stronę, a na wargi wypływa niepewny uśmiech.
– Coś ty tam napisał? – pyta ojca Chaja natarczywym szeptem. Rozespana, w nocnej koszuli i chustce na głowie, przybiegła tutaj na jego wezwanie. Elisza jest strapiony, zmarszczki na jego czole układają się w miękkie fale, ich wzór przyciąga wzrok Chai. Ojciec zawsze tak wygląda, kiedy czuje się winny.
– Ty wiesz, co napisałem – mówi. – Zatrzymałem ją.
– Powiesiłeś jej to na szyi?
Ojciec przytakuje.
– Ojcze, miałeś to włożyć do pudełka i zamknąć na kluczyk.
Elisza bezradnie wzrusza ramionami.
– Jesteś jak dziecko – mówi Chaja, jednocześnie czule i ze złością. – Jak mogłeś. Tak jej to po prostu założyłeś na szyję? I gdzie to jest?
– Nie ma, zniknęło.
– Nic nie znika tak o!
Chaja bierze się do szukania, ale widzi, że to nie ma sensu.
– Zniknęło, szukałem.
– Ona to zjadła – mówi Chaja. – Połknęła.
Ojciec milczy wstrząśnięty, a potem bezradnie pyta:
– Co można zrobić?
– Nie wiem.
– Kto jeszcze o tym wie? – pyta córka.
Elisza Szor zastanawia się. Ściągnął z głowy futrzaną czapkę i trze czoło. Włosy ma długie, rzadkie, spocone.
– Ona teraz nie umrze – mówi Szor do córki z rozpaczą w głosie.
Na twarzy Chai pojawia się dziwny wyraz niedowierzania i zaskoczenia, które z każdą chwilą zmieniają się w rozbawienie. Śmieje się najpierw cichutko, potem coraz głośniej, w końcu jej niski, głęboki śmiech wypełnia małą izbę i przenika drewniane ściany. Ojciec zatyka jej usta.
Połknięty papierek zatrzymuje się w przełyku gdzieś w okolicy serca. Namaka śliną. Czarny, specjalnie przygotowany atrament powoli się rozpływa i litery tracą swą postać. W ciele człowieka słowo pęka na dwoje, na substancję i istotę. Gdy ta pierwsza zanika, druga, pozostając bez kształtu, daje się wchłonąć tkankom ciała, jako że istota nieustannie poszukuje materialnego nośnika; nawet jeśli ma się to stać przyczyną wielu nieszczęść.
I staje się zupełnie jasne, że te ciała są jak liście, w których na jeden sezon, na kilka miesięcy zamieszkało światło. Potem opadają martwe i suche i ciemność miele je na proch.
I teraz, gdy Jenta leży przykryta po szyję wilczymi skórami, wie, że wszystkich oszukała.
