czwartek, 25 listopada 2021

CYPRIAN KAMIL NORWID Epos – Nasza


I

Z którego dziejów czytać się uczyłem, 

Rycerzu! – piosnkę zaśpiewam i tobie. 

Wysoki, właśnie obrócony tyłem

Do słońca, które złoci się na żłobie

I, po pancerzu przebiegłszy promieniem, 

Z osieroconym bawi się strzemieniem...


II

Liców twych – wyznam – opiewać nie mogę, 

Bowiem rozlałeś profil swój  na wielu.

Lecz serce? – czuję – i podzielam trwogę

O bohatyrstwo... stary przyjacielu!

Podzielam, mówię, gorącość i zapał, 

Których-em z dziejów twych usty nałapał.


III

Dziecina – pomnę – nad ciemnawą kartą 

(Bo nawet odcień pamiętam papieru) 

Schylony – z głową oburącz podpartą,

O! ileż, ileż ciągnąłem eteru

Z czytania, z księgi, z możności czytania?

I  jak smutnawo było mi dokoła,

Kiedy  już świeca gasła (rzecz tak tania!...) 

Albo gdy z starszych kto nagle zawoła,

Albo gdy widzę  już, że kilka tylko

Arkuszy – tak że końca dotkniesz szpilką!...



IV

Czylim cię kochał i czy prawdę piszę,

To wiedz ze wspomnień, które tu skreśliłem, 

Bom niepiśmienny  ja i mało grzészę

Twórczością: piszę – śpiewam – tak  jak żyłem...


V

To tak!... więc stajesz mi znów przed oczyma, 

Jak ongi, rdzawą osłonięty zbroją,

I smutek budzisz, co się wężem zżyma,

Bo i ja miałem Dulcyneę moją!


VI

To tak!... a śmiechu nie ma w tym, oj! nie ma –

Dla widzów chyba i dla czytelników,

Lecz dla nas? – mówię: dla nas, co obiema 

Rękami nikłych walczym rozbójników, 

Oswobodzając księżniczkę zaklętą –

Ból, spieka, gorycz i marsz drogą krętą.



VII

A śmiech? – to potem w dziejach – to potomni 

Niech się uśmieją, że my tacy mali,

A oni szczęśni tacy i ogromni,

I czyści, i tak zewsząd okazali...


VIII

A oni? – że tak zniskąd nie zdradzani

Po paradyzie latają w promieniach

Z Beatryksami swymi – rozkochani–

W purpurze, w wieńcach i w drogich kamieniach, 

Co odśmiechują się niebieskim ciałom

I oczom – i otwartym w strop aż na wskroś Chwałom!



IX

Szczęść-że im, Panie . . . . . . . . . . . . . . .


X

...a my – kawalery błędne, 

Bez giermków, z wstęgą na piersi czerwoną,

Przez mokre lasy, przez lasy żołędne, 

Ciągniemy przędzę z dala zaczepioną: 

U przekreślonych szyb żelazną kratą, 

U najeżonych bram wściekłą armatą...


XI

Raz smoków stado, grzejące się cicho

Na wygorzałej  od  jadu darninie;

Drugi raz psotny gnom brzozową wiéchą 

Około nozdrza koniowi zawinie;

A indziej  panna z wieży woła chustką; 

A indziej  szary wąż z żółtą wypustką...


XII

Przez  jakie ścieżek bo chadzałem krocie 

Z ogromną dzidą, co gałęzie kruszy,

Ty  jeden, wielki, znasz to, Don Kichocie, 

Jednego ciebie to wspomnienie wzruszy, 

Bo gawiedź śmiać się będzie wielolica, 

Niewarta ostróg z la Manczy szlachcica!


XIII

A Dulcynea moja – o! prze-chrobry 

Rycerzu – wiedz, że w swojej  ona

Osobie nigdy mi nie odsłoniona;

– Chyba że wietrzyk  jaki, wietrzyk dobry, 

Uchyli czasem kwefu i nad włosem

Rumianych grono gwiazd pokaże z dala, 

Albo obrączkę tęczową z opala,

Albo obuwia, co się bawi z wrzosem 

Kwitnącym, rąbek mały, taki mały,

Jak najdrobniejsza koncha perłowana...


XIV

To wszystko!... ptaki często mi śpiewały, 

Że  już zbudzona i odczarowana

Pomiędzy smoki wychodzi z wieżyce;

Że lampę trzyma w ręku, a potwory,

Nie mogąc światła znieść, w ziemię się ryją, 

Skrzydłami w ciasne łopoczą piwnice

I klną, i gardła rozdzierają... wyją...


XV

Ale cóż? – ptaki, co im się przywidzi,

To wyśpiewują, przysiadłszy na tarczy

Albo na hełmie moim – a duch widzi,

Że kłamią – prawda  jedynie wystarczy

Nam, co za prawdą gonim, Don Kichotom, 

Przeciwko smokom,  jadom, kulom, grotom!...



(napisane około 1848r.)