poniedziałek, 28 września 2026

MARIA.

 




 

To Whom the Bell Tolls 

1940 English

 Por quien doblan las campanas 

1944 Spanish...  Argentina...  BA

1968 Spain 

 


Tomas Rozz



MARIA

 

Październik...  1985...  New York...  East Village...  Bida...  ale optymistycznie i z nadzieją w bankrutującym mieście...  Policja nigdy  tu nie zagląda...  trzeba było czekać trzy dni na coronera...  żeby zabrał ciało młodego Niemca...  punckowca ... przedawkował... ze schodów mojego budynku. W Tompkins Park...  favella jak w Rio...  najtańsze narkotyki w mieście i inne nielegalne usługi...   na ulicach ciemno...  wieczorami wyprowadzamy psy z latarkami...  świeci co trzecia latarnia...  rozbite butelki po piwie  gęsto na chodnikach kaleczą stopy nieuważnych przechodniów ...  wtedy jeszcze recycling nie istniał...  ale w każdym barze koncert innej kapeli...  od jazzu do punk rock’a...  co chcieċ...   w ukraińskich barach za $1 szklanka piwa z beczki i pięćdziesiątka... na każdej ulicy galeria...  w jednej sikający Jezus...  w innej abstract...  wszyscy jesteśmy biedni ale szczęśliwie roześmiani...  piękni i młodzi... świat należy do nas...  do artystów...  ja też usiłuję  coś na tym ugraċ...  coś osiągnąċ... wtedy marzyłem BIG...  very BIG... ...  marzyłem żeby zostaċ gwiazdą alternatywnego teatru w NYC... wtedy...  w 1985 to nawet nie marzyłem byłem głęboko o tym przekonany...  arogancja...  źle skończyłem z arogancją na sztandarze...  w knajpie... 

 W repertuarze miałem  wtedy “teatr jednego aktora” ...  wersja polska ...  angielska była na warsztacie...  grałem na małych scenach...  w loftach a nawet w salonach nowojorskich apartamentów...  bez żadnego sukcesu...  nikogo...  “psa z kulawą nogą” to nie interesowało...  pomimo “znakomitej” recenzji w polskiej prasie weekendowej napisanej przez bardzo dobrego kolegę...  sąsiada zresztą...  żadna instytucja nie chciała mnie przygarnąć...  przytulić

  Cała alternatywa...  off jak i off off  pragną tylko...  za wszelką cenę...  wejść na Broadway i po pełnym sezonie pojechaċ “w trasę” na prowincję...  żeby trochę zarobiċ...  a ja ze swoją avangardą byłem tak daleko od Broadway’u jak Westside Highway...   Reagan’a złota myśl: “greed is beautiful” bombardowała naiwne głowy młodzieży z sal kinowych i ekranów TV nonstop...  i oczywiście z przerażającym skutkiem...  nie zapominajmy o uznanej i zakwalifikowanej do mainstream...  przez krytyków sztuki...  koszmarnej hochsztaplerce Warhol’a, która produkowała dzikie tłumy epigonów...  naśladowców i najgorszego rodzaju wyznawców...  niestety Warholizm stał się...  dla niektórych religią... 

Po spektaklu w malusieńkim teatrze na 13-tej ulicy...  poszliśmy  “pogadaċ” do Cedar Tavern...   tłumy jak zawsze...  wszyscy palą... .  głośno...  nawet Bob’a Dylan’a nie słychaċ z jukebox...  znajdujemy kawałek stolika i zakładamy tu bazę... . David...  zakochany w Polsce lalkarz ...  przyprowadza młodą dziewczynę...   przedstawia...  w hałasie nic nie słyszę...  jej głos niknie...  gubi się w kakofonii muzyki i gwaru pijanej klienteli... zniżam głowę żeby lepiej słyszeċ...  ale najpierw czuję...  poniżej ucha...  ciepły oddech...  kogoś kto mówi szeptem swoje imię... ”Maria” ...  nie pamiętałem...  żeby ktoś kiedykolwiek tak się przedstawił... zanim jeszcze spojrzałem w oczy...  byłem już uwiedziony...  trampki...  jeansy... sweter...  obowiązujący “mundurek” tamtych czasów w East Village...  kręcone ciemne włosy do ramion...  przenikliwie radosne czarne oczy... Maria chce rozmawiać...  chce opowiedzieć mi o ”moim teatrze’’...  ja? zdjąć jeansy...  a sweter? może zostaċ... 

 Odchodzimy w kąt...  z dala od gwaru z nadzieją...  że będziemy mogli wygodnie porozmawiać...  Maria przyznaje...  że czytała książkę...  David zadał jej lekturę jako przygotowanie do spektaklu...  była to adaptacja Wieni Jerofiejewa.

W “kącie” ciasno...  i też głośno...  stoimy bardzo blisko siebie... prawie dotykami się piersiami...  twarze tak blisko że czuję jej każdy oddech...  uśmiecha się zachęcająco wszystkimi zębami...  zwilża usta koniuszkiem języka...  radosne czarne oczy...  zaglądają w moją duszę...  usiłuje mnie czytać...  usiłuje mnie przejrzeć...  rozbroić wszystkie moje mechanizmy obronne...  wszystkie zapory...  barykady...  chce poznać moje zamiary... moje najczarniejsze tajemnice... 

Na początek zachwyt moim “prawie akrobatycznym”  cielesnym aktorstwem...  “nawet szept był słyszalny w ostatnim rzędzie” ...  blah... blah...  blah...  oczywiście “genialna adaptacja”...   I tak bez końca...  praktycznie wyznała mi artystyczno-intelektualną miłość...  Oh! boginie wszelkiej maści! Jakże bardzo chciałem ją pocałowaċ...  wpiċ się w jej pełne...  “koniuszkiem języka lekko zwilżone usta”... 

Zamiast...  zaproponowałem krótką...  do East Village...  przechadzkę...  żeby wyprowadzić moją kochaną Zośkę...  Labradorkę...  na pewno cierpi...  nie była “za potrzebą” już ponad 6 godzin...  z przyrzeczeniem...  że naszą rozmowę...  czytaj: jej monolog...  będziemy  kontynuowali...  nie żegnamy się z towarzystwem...  bo “za chwilę wracamy” ... 

 Wychodzimy...  cudowna bezksiężycowa noc...  Indian Summer...  ciepło...  na Astor Pl. punkowcy...  na haju...  kręcą kostką krzycząc - śpiewają...  nic nie rozumiem...  to najpewniej w języku punk...  na Marks Pl. jak zwykle o tej porze bazar na chodniku...  wszystko na sprzedaż... książki...  CD’s...  meble...  szmaty...   i wiele...  wiele innych rzeczy  nikomu nie potrzebnych...  czyli...  wszystko co...  “sprzedawcy”...  ukradli w ciagu dnia albo wyciągnęli ze śmietnika...  Kilka miesięcy temu...  przyjaciel jazzman kupił tu swój saksofon kilkanaście minut przedtem skradziony z bagażnika jego samochodu...  mój “bookonista” macha do mnie zachęcająco ręką...  tzn. ma “nowości” ...  wtedy...  za starych dobrych czasów pluskwy nie istniały w świadomości społecznej...  teraz nikt nie kupuje...  co ja mówię...  nie bierze do ręki...  używanych książek...  mebli...  ciuchów bo pluskwy...  Pluskwa jest drugim z największych wrogów Nowojorczyków 21 wieku...  pierwszy to Szczur...  ale o tych fobiach w innym kawałku...  moja biblioteka składa się z kilkudziesięciu pozycji kupionych od “mojego bookinisty”...  i nigdy nie doświadczyłem pluskiew...  teraz? Nie wiem...  po słynnej gentrification East Village przez faszystę Giuliani’ ego w 1989 roku...  nigdy więcej nie spotkałem “mojego  bookinisty”...  w pudełku...  przy ścianie...  “na zapleczu” odkrywa “nowości”...  jakieś King’i ...   Steel’sy nic interesującego...  ale na dnie Hemingway! ...  pierwsze wydanie z 1940 “To Whom The Bell Tolls” ...  biorę...  chce $5...  targujemy się...   po chwili schodzimy do $2...  

 Maria czekająca na froncie wyciąga rękę...  podaję jej  książkę...  rzuca okiem na okładkę i zaczyna kląċ po hiszpańsku; “puta madre!...  puta madre! ...  “Por Quién Doblan Las Campanas”...  ty nawet nie wiesz co ta książka znaczy dla mnie...  mój brat jest Robert a ja Maria... ” zaczyna płakać ze wzruszenia...  “to właśnie przez tę książkę...  rodzice dali nam te imiona...  oni żyli tą historią...  to była ICH książka”... płacze...  przytulam ją mocno...  płacze...  usiłuję ją uspokoiċ...  bezskutecznie...  “nigdy nie czytałam ...  ale znam historię z detalami...  mama opowiadała nam wielokrotnie...  niestety podczas rewizji PNR skonfiskowała ją jako wywrotową propagandę kapitalistyczną...  a później już nie można było kupiċ nawet na czarnym rynku... ” dom już blisko...  wchodzimy... 

 Zośka z radości skacze z kanapy na Marię... z Marii na mnie... na kanapę... szaleje... Zośka i Maria? Miłośċ  od pierwszego spojrzenia...to bardzo  typowe dla Zośki... kocha wszyskich ludzi, psy, koty, którzy są gotowi  wygłaskaċ, wyczochraċ jej łeb i plecy... smycz... poop bags...  wychodzimy...Maria z książka pod pachą... nie chce się z nią rozstać, jak z  najcenniejszym skarbem... oboje milczymy...  po raz pierwszy tego wieczoru... nagle Maria; “mira! mira!” ... zauważyłem, kiedy chce coś ważnego emocjonalnie zaakcentować to używa hiszpańskiego.... “mira!” i podsuwa mi otwart ksiażkę na stronie, gdzie tradycyjnie autor pisze dedykację... a tam: “For John Stuard” podpisano Hemigway... niestety bez daty i miejsca... jak stwierdziłem - stuprocentowa autentyczność...Maria płacze z wrażenia.. Zośka tuli się do niej i skacze bo chce polizać jej załzawione policzki i zasmarkany nos zamiast robić kupę...  waryjuje... “Puta Madre!... Puta Madre!” ...  co za noc...” wykrzykuje Maria... “Puta Madre!” ... Zośka w końcu załatwia swoje interesy... wracamy...

Ja przygotowuję dla Zośki kolację... kibble and bison steak z puszki... Maria w łazience... serwuję moją ulubioną Glenmorangie...wypija jednym haustem... nalewam jeszcze raz...  siadamy na kanapie – też “z ulicy” wtedy “meblowalem się” tylko “z ulicy” i nigdy nie miałem pluskiew. Wówczas nie “śmierdziałem groszem” ... wszystkie meble z “ulicy” albo z bazaru na St. Marks ha! ha! byłem, z moim przyjacielem, też aktorem, argentyńczykiem, współwłaścicielem firmy malarskiej “Tribeca Paint”, brzmi to bardzo serio i z przytupem... w rzeczywistości; “bida z nędzą”... często kradlem, tak kradłem ze zwyklego, zwierzęcego głodu... jabłka, banany i chleb z ulicznych warzywniaków i lokalnych narożnych sklepików... w NYC znanych jako “Deli” albo “Corner Shop”... właścicielami przeważnie  były rodziny z Bliskiego Wschodu albo Koreańczycy... jeden z nich na Read St. i Hudson wyleciał do mnie z pałką baseboll’ową... a ja? jak gangster włożyłem rękę do torby, tak w tamtym życiu zawsze nosiłem skórzaną torbę przez ramię, nawyk ze starego kraju, gdzie oprócz kalendarza z adresami i numerami telefonów, książka, którą w tym czasie czytałem, kajetu na złote myśli i kondonów, których nigdy nie używałem, nic więcej nie było... udałem, że chwytam za pistolet, skierowałem dół torby w strone napastnika... wskazujący palec lewej ręki przyłożylem do ust...facet “zdębiał”... wziąłem tuzin jaj i odszedłem Hudson’em na północ...  krzyczał jeszcze czas jakiś, ale ja spokojnie, spacerkim podążałem w swoim kierunku...spanikowałem dopiero na Canal St. wtedy dopiero uświadomiłem sobie, co  się wydarzyło i  jakie mogłyby byċ konsekwencje... ochłonąłem, dopiero jak wysiadłem z “szóstki”  na Astor Pl. właściwie nie ochłonąłem a przestałem się panicznie bać tego faceta z pałką baseboll’ową... ochlonąłem dopiero w domu po podwójnej whiskey... ale Koreańczyk z pałką przychodził jako nocna mara przez następnych kilka lat... nie kradłem nigdy więcej w koreańskim Deli..


 Przutulam ją prawą ręką... lewa na jej prawym uchu... szyi...we włosach... całujemy się z “całych  sił”... moje ręce wędrują pod swetrem po nagich plecach...po małych, jak się później okazało, przecudownych piersiach... seans trwa... Zośka wkurwiona... jest bardzo o mnie zazdrosna i posesywna,  obserwuje nas złym okiem ze swojego łóżka... whiskey i... rozgrzewa nas... Maria wstaje, stając do mnie tyłem sciąga sweter... odwraca się...iiii holy fuck!... z czarnej podkoszulki spogląda na mnie, z zakapiorskim uśmieszkiem, z taniego, czerwonego sitodruku Argentyński przystojniaczek Che!... Che Gevara!... szlag mnie trafia... krew zalewa... ostatkiem woli pytam ironicznie, “Arafatkę też masz?” ... “tak, ale noszę tylko zimą teraz za ciepło” odpowiada naiwnie szczerze...wypijam resztęw whiskey jednym haustem... spokojnie otwieram dzwi i bez słowa pokazuję gestem... “wypierdalaj!” ... skonfundowana stoi bezradnie na środku pokoju... oczy nabiegają łzami... przynaglam gestem... obawiam się, że zmięknę i pójdę na skróty... wybuchnę, wykrzyczę się, wybaczę i... muszę wyglądaċ jak potwór bo przez łzy widzę strach w jej oczach... chwytam sweter, ksiażkę, już wcześniej, jeszcze na ulicy obiecałem, że to jest prezent dla niej... duszę absolutne, doglębne wkurwienie... “wyjdź prosze!... NOW!... łapie  sweter... ksiażką odkłada... nie chce jej... wciskam ksiażkę pomiedzy sweter a drażące ręce i zamykam dzwi z hukiem... to wszystko trwało 30? nie więcej niż 40 sekund... nalewam jeszcze jedną, podwójną whiskey... na raz... Zośka wskakuje, obok mnie, na kanapę... wie, czuje, że wydarzyło się coś bardzo niedobrego... jakaś tragednia... liże mnie po ręce... staram się uspokoiċ... poskladaċ myśli... po prostu dojśċ do siebie...

Po kilku minutach telefon... wyświetla się numer  budki telefonicnej z Cedar Tavern... nie odbieram... jestem pewien że to David ... 


° 

 

 

Nota od Autora,

Nie nazywam się Tomas Rozz, właściwie nazywam się Tomasz Różański, ale dawno, bardzo dawno temu podczas produkcji teatralnej w obsadzie było dwóch Tomasów, ja Tomasz Różański i Argentyńczyk Tomas dwojga, albo nawet trojga nazwisk... żeby było wygodniej, dla ułatwienia, on został Tomas a ja Rozz, nawet było na afiszu: Tomas Rozz... no i tak już zostało... bardzo wielu moich znajomych, do dziś, nie maja pojęcia, że Rozz to nie moje imię... ale jestem Rozz i koniec... I dobrze mi z tym. 

* * *

 

 

Tomasza Różańskiego znałem do tej pory tylko jako tłumacza. To on przełożył na angielski tekst, którym w roku 2018 rozpocząłem ten blog. Był to obszerny esej o przedstawieniu teatralnym Emila Vardy w Nowym Jorku. 


https://www.blogger.com/blog/post/edit/4199673293375212336/9150353114321133450


Początek tłumaczenia Tomasza Różańskiego. 

 

 (oryginalny esej po polsku:

 https://osiemipolminuty.blogspot.com/2018/06/delirium-liryczne.html


 Okazało się, że oprócz tłumaczeń uprawiał w tajemnicy przede mną i przed Emilem twórczość literacką. Sobie znanymi sposobami udało się Emilowi – może wykwintną kolacją w ekskluzywnej restauracji Emila na Manhattanie; nie znam ich układów – namówić go na kawałeczek prozy do mojego bloga. Mam zatem trzeciego już współautora. I także z wysokiej półki twórczości pisanej, jak u Krzysia i Wojtka.


Opowiadanko "Maria" jest ponoć fragmentem większej całości. Jeśli reszta jest tak dobra jak prezentowany tu fragment to na moim blogu  znajdzie miejsce nawet parędziesiąt stron. Rzecz w tym ile jeszcze sznycelków i szampana będzie musiał zainwestować restaurator Emil, żeby pisarz Tomasz ujawnił się z całością. A może to nie zależy od przysmaków w kultowej Waverly Inn w Greenwich Vilage, lecz od tego, że Tomasz jest w twórczości literackiej cyzelatorem, czyli skrupulantem i perfekcjonistą słowa, które to przypuszczenie podsuwa mi forma graficzna jego tekstu, czyli liczne trzykropki, które w takiej ilości spotykałem dotychczas u autora "Podróży do kresu nocy". Taka inspiracja (jeśli istotnie tu się zdarza) może być zarazem i ostrogą i wędzidłem. W każdym razie – powodzenia. Czekamy na więcej. (B.K.)