piątek, 18 września 2026

Cały ten jazz w Ce-Ka, u Szekspira i w Grecji. Część pierwsza.

 


Wojciech Chojna

 


Cały ten jazz w Ce-Ka, u Szekspira i w Grecji



 

Lublin, 2026, Lipiec – wcześniej.


Podróż do Polski była długa, jak to bywa, gdy kupuje się tanie bilety z przesiadką, tym razem w Londynie, jedzenie w samolocie okropne, jak przystało na Brytyjczyków, siedzenia jeszcze gorsze, obsługa pod psem – imperium się zawaliło, średnia życia w Anglii jest teraz poniżej średniej w najbiedniejszym Amerykańskim stanie Missisipi. Tylko bogaci się dobrze mają, ale finansowo, bo duchowo osiągnęli wysoki stopień zidiocenia i degrengolady, vide Farage, który nie przepracował ani jednego dnia w swoim życiu, ale poświęcił dużo energii, żeby uprzykrzyć życie swoich rodaków, obniżyć ich poziom życia i możliwości, wyprowadzając Anglię z Unii Europejskiej. Jak przestrzegał Bengalski poeta Tagore, umarli za życia, tak jak wielu miliarderów tutaj i gdzie indziej. W każdym razie dotarłem cało, choć w drodze powrotnej kazali mi nadać bagaż na samolot, i nigdy go w całości nie dostałem, ale to tylko didaskalia do wspaniałej podróży i zaznanych wrażeń w Lublinie, Gdańsku i Grecji.


W Lublinie czekała mnie wspaniała niespodzianka – trzydniowy koncert jazzowy w Centrum Kultury (CK), Tomeka Reid Quartet z Chicago, Young Mothers, Unleashed Cooperation z Anną Gadt oraz kilka świetnych polskich kapel jazzowych.

Mieszkam na co dzień na Florydzie, więc to była niesamowita uczta, o jaką w tym kraju ciężko, chyba że mieszka się w Nowym Yorku czy Chicago. Lublin został Europejskim Centrum Kultury na 2027, więc w przyszłym roku będzie co pooglądać.

Załapałem się też na międzynarodowy spektakl sztukmistrzów i akrobatów, celebrujących "Sztukmistrza z Lublina" Bashevis Singera, oraz na festiwal kapel ludowych z całego kraju, a moja przygoda ze sztuką dopiero się zaczęła.


 




 

° ° °


 

Część pierwsza


"Hamletów" widziałem aż pięć...


Gdańsk, 2026, Lipiec – później.


Do Gdańska pojechałem koleją, w czym też przegoniliśmy Anglię i Amerykę o trzy głowy, bo PKP Intercity ma nowe, czyste wagony, często kursuje i z 30% emerycką zniżką jest tanie, a nie obskurne, drogie, zapyziałe i sporadyczne, jak na Florydzie,  gdzie w niewiele miejsc można koleją dojechać. 


Do Gdańska pojechałem na Festiwal Szekspirowski, który obchodził swoją 30-sto letnią rocznicę. Budynek teatru ukończono w 2014 z inicjatywy i energii założyciela festiwalu, Jerzego Limona, anglisty, pisarza, szekspirologa, któremu wszyscy wmawiali, że to szalony pomysł, ale jako znawca Szekspira wiedział, że w szaleństwie jest metoda, więc poszedł na całość. Budynek jest ogromny, najwspanialsza jest scena główna, otoczona balkonami siedzeń, jak w oryginalnym The Globe Szekspira, piękny, luksusowy, z masywnym sklepieniem i dachem który otwierano na zakończenie gali otwierającej i zamykającej festiwal. W innych, mniejszych salach odbywały się imprezy towarzyszące i spotkania z aktorami po spektaklach Są tam też dwie kafejki i loggia jak w zamku, który mi trochę mury teatru przypominały. Położony w samym centrum, niedaleko najbardziej znanej ulicy Długiej i fontanny Neptuna, oraz Teatru Wybrzeże, w którym też odbywały się spektakle festiwalowe.


Okazuje się, że w tym miejscu, w 17-tym wieku miała miejsce jedyna poza Anglią scena elżbietańska i szkoła fechtunku, co zainspirowało profesora Limona do budowy teatru. Napisał list do księcia Karola (obecnego Króla Anglii) i choć pomysł był szalony, rodzina królewska przychylnie objęła projekt swoim królewskim patronatem. Teatr powstawał przeszło dwadzieścia lat, otworzył się w 2014 roku i stał się domem nie tylko dla Fundacji Theatrum Gedanense, ale i wielu innych teatrów i spektakli.  

 


Na zdjęciu, ja i moja szwagierka Ludmiła Gruszewska-Blaim, patrzymy na dach Teatru Szekspirowskiego, który się otwiera, po gali na zakończenie festiwalu. Zawdzięczam te wspaniałe doświadczenia mojemu bratu (ciotecznemu) Św. Pamięci, Arturowi Blaim, który był kilka lat temu prezesem tego teatru, no i zabrał mnie na ten festiwal po raz pierwszy. Snuliśmy plany, że będziemy razem uczęszczać na wszystkie spektakle w ubiegłym roku, w 2025-tym, ale Artur przed czasem, czyli przed-wcześnie ‘zniknął’ z tego świata. W tym roku przyjechałem na festiwal,  Artur był obecny w moich myślach, słyszałem jego uwagi na temat spektakli, na które chodziłem z jego żoną, czyli moją szwagierką (cioteczną), Ludmiłą. 
 
Wykładali literaturę angielską na Uniwersytecie Gdańskim. Wszyscy pochodzimy z Lublina, oni wyprowadzili się do Gdańska dwie dekady wcześniej, a ja wyjechałem do Filadelfii jeszcze wcześniej, na studia doktoranckie z filozofii w 1985 roku.  
 
Po siedmiu latach obroniłem doktorat, pracowałem w Ohio w Atenach i w Urbanie, w końcu wynieśliśmy się z żoną Magdą na Florydę, trochę bezmyślnie, bo brak tu kultury oraz odpowiedniej temperatury, żeby normalnie żyć.   
 

Dlatego dobrze jest pojechać do Polski, żeby zobaczyć przedstawienia teatralne, koncerty jazzowe; czego dusza zapragnie, tym można się nasycić, nie mówiąc już o smacznym jedzeniu, zatrzęsieniu warzyw, owoców, no i umiarkowanej letniej temperaturze, nawet jak zachodzie szalały pożary. 


 

Festiwal Szekspirowski zaczął się od uroczystego otwarcia 23-ego lipca i zakończył się rozdaniem nagród 2-ego sierpnia, w uroczystej gali z udziałem dyrektorki Teatru Szekspirowskiego, Agaty Grendy, wielu oficjeli z Uniwersytetu Gdańskiego i miasta Gdańsk, teatru tańca i Andrzeja Seweryna, który wygłosił najsłynniejszy monolog o byciu i niebyciu. Mottem festiwalu była Pochwała Szaleństwa. 


Szaleństwo na festiwalu dopisało – w "Hamlecie" szaleństwo, jest jak wiadomo, motywem przewodnim, Hamlet udaje szaleństwo, albo chwilowo w nie wpada, Ofelia wpada w szaleństwo niczego nie udając, a w końcu wpada do wody, która od wieków była z szaleństwem kojarzona. Najwspanialsze w ‘szaleństwie’ były we wszystkich wystawionych "Hamletach" aktorki grające Ofelię, ale też opętane szaleństwem miłości postacie w "Śnie Nocy Letniej".



Złoty Yorick


Pierwszą sztuką, którą widziałem była "Tragedyjo Hamleta, ksiyncia Dynymarku", w przekładzie Mirosława Syniawy na język śląski, w reżyserii Roberta Talarczyka z Teatru Śląskiego z Katowic. Język śląski walczy o przetrwanie, a w tym spektaklu okazał się bardziej dosadny, bezpośredni, i autentyczny niż współczesne przekłady. Wyobrażam sobie, że angielski Szekspira musiał być właśnie tak dosadny dla ówczesnej widowni jak wydawał się dla mojego ucha język śląski w tym przedstawieniu – bez ogródek, miejscami sprośny, konkretny, do rzeczy, no i znakomicie nadawał się do scen humorystycznych – wiele scen komediowych Szekspir napisał tak, żeby wszyscy mieli dobrą zabawę, a na spektakle przychodzili widzowie ze wszystkich klas społecznych – niektórzy siedzieli na klepisku, pili piwo, wszczynali burdy – teatr w tych czasach był popularną rozrywką, jak w starożytnej Grecji. 


 

{dwaj długowłosi aktorzy po lewej z tyłu to grający w "Hamlecie" po śląsku

 postacie grabarzy-kopidołów rektorzy Uniw. Śląskiego, 

były - Tadeusz Sławek i obecny - Ryszard Koziołek /BK/ }

 


 


Oprócz prostego, dosadnego języka, kopalniana scenografia, z rozpalonym sercem bryły węgla nad sceną, kołem szybu i strojami na modłę górniczych barbórkowych mundurków, taniec techno otwierający spektakl i death metal w scenie zabójstwa Gonzagi, no i wspaniała Ofelia (Ewelina Adamska-Porczyk), przejmująca w swoim smutku i rozpaczy, którą obłapia nie tylko Hamlet ale i Klaudiusz, brat Laertes i ojciec Poloniusz, genialnie zagrany przez Grażynę Bułkę. Hamlet (Paweł Kempa) spokojny i opanowany w swoim kontrolowanym „szaleństwie”, Klaudiusz (Marcin Gaweł) stary, gruby satyr, którego nazywają spaślakiem. Końcowa scena z Fortynbrasem, mówiącym po polsku i zamykającym Horacja w szklanej klatce z przekrzywioną czapką górniczą miał pewnie parodiować stosunek polskiego rządu do mniejszości śląskiej, czego ostatnim przykładem jest niedawne weto uznania języka śląskiego za jeden z oficjalnych języków przez przemocowego Polskiego prezydenta, raczej nie lingwisty, (bardziej iliterata niż literata).


Humoru dodali znani akademicy z Uniwersytetu Śląskiego (Tadeusz Sławek i Ryszard Koziołek), w roli grabarzy, bo kto jak nie akademicy są w stanie pogrzebać wspaniały spektakl, doszukując się w nim przestarzałych zawiści, krzywd i martyrologii, jak starał się jeden akademik/krytyk w recenzji tej sztuki w Teatrze.

 

„Niezborność, hybrydyczność” o którą Dariusz Kosiński oskarża twórców spektaklu, w miesięczniku Teatr jest przecież zamierzoną cechą "Hamleta" Szekspira, który nigdy nie doprowadzał swych sztuk do wypolerowanych, wykończonych całości, dopisując w kolejnych wydaniach nowe sceny i monologi –  szczególnie "Hamlet" rozrósł się do sztuki tak długiej, że reżyser musi dokonać wyboru, inaczej sztuka trwałaby cztery godziny. Niespójność nie „męczy i rozczarowuje”, jak pisze Kosiński, ewidentnie chcąc tę sztukę pogrzebać, ale która wręcz przeciwnie, oczarowuje i inspiruje do myślenia.


„Hamletów” widziałem aż pięć na tym festiwalu, a jak bym przejechał się po Polsce, to mógłbym zobaczyć dwa razy tyle, tak inspirujący okazał się ‘niespójny’ "Hamlet" dla młodych reżyserów. Szekspir jest ciągle aktualny w naszych chaotycznych i niepewnych czasach, które jak Hamlet mówi są „out of joint”, wykoślawione, wykolejone, gdzie już się nawet nie wspomina o sprawiedliwości, prawdzie, estetyce czy etyce. Nic dziwnego, że "Hamlet", gdzie tytułowy bohater ubolewa, że to jemu przypadło rzeczy naprawić,  jest tak aktualny. 


Nie ma również co lamentować, że Ślązacy obnoszą się ze swoją krzywdą, czy że Ofelia jest portretowana jako patriarchalna zabawka seksualna, którą każdy może wykorzystać, bo z nią „można se pozwolić”. Wygląda na to że Kosiński chciałby zobaczyć silną bohaterkę, która się męskim chuciom opiera, co tylko pokazuje, że akademicy nie powinni się zajmować krytyką, bo bezpośrednie doświadczenie sztuki przesłania im preskryptywna teoria, jak w socrealizmie, gdzie bohaterzy mieli się kulom nie kłaniać.


Na przykład Ofelia z Teatru Zagłębia z Sosnowca (Natalia Bielecka) przedstawiona jest jako ubezwłasnowolniona ofiara męskiej przemocy, z której wyswobadza ją szaleństwo i śmierć. Rozciągają nad nią seksualne macki nie tylko Hamlet, który ją gwałci ale i brat Laertes i ojciec Poloniusz. Wiadomo, że serce rośnie jak ogląda się Wonder Woman, która jest sprawcza i z łatwością panuje i mści się na przemocowych mężczyznach, ale to bajka dla pokrzepienia serc, a rzeczywistość jest ciągle taka jaką była i współczesny Szekspir ma to odzwierciedlać, a nie tworzyć modele feministycznych rewolucjonistek, jak sztuka zaan-gażowana, czy teoria.


Teatr Zagłębia przedstawił "Hamleta" w reżyserii Jacka Jabrzyka, który zainspirował się prawdziwą historią nastolatka zagubionego w wirtualnej rzeczywistości sztucznej inteligencji. Na scenie wszędobylskie ekrany komputerowe wyświetlają myśli postaci, plotki, fejkowe wiadomości, a głosy, krzyki i szumy elektroniczne w tle potęgują odczucie niezrozumienia i szaleństwa, ciężkie w odbiorze dla kogoś nie z tego pokolenia, a być może normalne dla młodszych, którzy są tym otoczeni. Sam duch zamordowanego króla pojawia się Hamletowi (Paweł Charyton), siedzącemu w goglach VR jako troll z ksywką Ghost. Horacjo, z żeńskim głosem, też jest botem AI, sceny i sekwencje ze sztuki są wyświetlane na ekranach wokół sceny. 


Na scenie Gertruda i Klaudiusz tańczą bez zapału do piosenki Ofelii. Nawet słynny monolog wygłoszony jest początkowo nie przez Hamleta, ale przez grabarza, jako że Hamlet wydaje się nie mieć czasu na wątpliwości egzystencjalne – w wyświetlanych elektronicznie scenach, gwałci brutalnie Ofelię, rusza w pościg za Poloniuszem, zabija go i ciągnie jego ciało przez całą scenę i poza sceną, za kulisami, co widzimy na ekranach. Zwłoki Poloniusza, tak jak i pozostałych postaci, które giną w końcowej scenie, okazują się kukłami, czyli fejkami, tak jak i postacie z ekranów, które są botami AI. Nie wiadomo gdzie podziała się prawda, jakie są motywacje postaci, bo jak wszyscy z tego pokolenia, bohaterzy są przylepieni do ekranów, na których wyświetlają się nieprzystające do siebie fragmenty fejkowej nierealności. 


Gertruda rozwiewa złudzenia syna o szlachetności zamor-dowanego króla – nie był obecny w życiu syna, a wobec matki był przemocowy – w zasadzie więc nie ma po co się mścić, bronić skompromitowanych, patriarchalnych układów, źródła cierpienia dzieci wtłaczanych w role swoich rodziców. Nad Ofelią rozciągają się seksualne macki; przedstawiona jest jako ubezwłasnowolniona ofiara męskiej przemocy, z której wyswobadza ją szaleństwo i śmierć. 


Podobny brak motywacji, celu i wartości przedstawili aktorzy w "Hamlecie" Teatru  Powszechnego z Warszawy, w reżyserii Kamila Białaszka. W pierwszej scenie małpy, to znaczy aktorzy schematycznie przebrani za małpy obradują przy stole korporacyjnym jak napisać "Hamleta". Bardzo śmieszna scena, odsłaniająca zysk jako jedyny motyw korporacji, co jest nihil novi, ale sponsorzy korporacyjni w Warszawie byli ponoć oburzeni, okazuje się że nie można kierownictwu odbierać złudzeń. 


Krytyka idzie w tym spektaklu głębiej, Dania jest techno-korporacyjną dystopią; syn poprzedniego CEO pojawia się na jego pogrzebie i dowiaduje się jak skończył jego ojciec. Klaudiusz monologuje przy pisuarze o bombardowaniu Iranu, jest stary, ma prostatę, Guildernstern i Rosencrantz czekają aż skończy i spłynie na nich moc, a raczej mocz króla, jak bogactwo, które miało spłynąć na biednych ze stołów bogatych, według fałszywej samoświadomości możnowładców. Pisuarów jest kilka, ustawionych na obrotowym podeście oblepionym „bobokoinami”,  tronie prezydenta i jego gabinetu. W korpo-państwie jest strajk, który kończy się niepowodzeniem; wybucha śmiech z bezsilności artystów złapanych w spiralę zależności, jako że krytycy korporacji są przez nie sponsorowani. Niemoc rodzi złość i wściekłość co napędza akcję, i tylko humor ratuje uczestników i daje nadzieję na przetrwanie. 


W rozmowach z aktorami po spektaklu padały słowa pastisz, ironia, groteska, a nawet post-ironia. Jak zwał tak zwał, spektakl był śmieszny i tragiczny zarazem, jak to u Szekspira, cała historia szaleństwa Ofelii, we wspaniałej kreacji Natalii Szczypki, staje się przestrogą, żeby systemu nie brać na poważnie, żeby się śmiać z wszechmocy korporacji, ale też śmiać się z własnej bezsilności, gdzie odwagą jest po prostu brnięcie i trwanie w rzeczywistości, którą reżyser, Kamil Białaszek określił jako „rzeczywistość fekalną, w której politycy i bogaci szczają na nas, srają na nas, w której …. natłok dezinformacji powoduje odruch wymiotny.” Rewolucja jest już niemożliwa, jak dosadnie podsumowuje w ostatniej scenie Fortynbras, ale dopóki istnieje teatr można się z władców śmiać, ale i śmiać się z własnej roli, hipokryzji i niemocy – lepsze to niż bezsilna wściekłość, która rodzi przemoc. Ten spektakl otrzymał główną nagrodę, Złotego Yoricka, natomiast Teatr Śląski za swojego "Hamleta", otrzymał nagrodę publiczności. 


Poza konkursem zaprezentował "Hamleta" Teatr im. Heleny Modrzejewskiej z Legnicy, w reżyserii Jacka Głomba i Krzysztofa Kopki. Spektakl, grany od przeszło dwudziestu lat, odbył się w Klubie 90B, gdzie była kiedyś hala przeładunkowa Stoczni Gdańskiej – nadal zachowały się ciężkie metalowe wrota, szyny kolejowe, oraz rampy. Wchodziliśmy przy pochodniach, co przy żarze, który lał się z nieba było dość okropne, grzęzło się w piachu wzdłuż szpalerów żebraków potrząsających blaszanymi miskami. Dyskomfort postindustrialnej przestrzeni świetnie ilustrował słowa Hamleta, że Dania gnije, rozpada się, aktorzy miotają się, przepychają, żeby dojść do głosu, zdobyć władzę. Hamlet co chwilę wybucha złością, Ofelia (Zofia Bąk) stacza się w szaleństwo wśród kurzu, obskurnych ścian i metalowych fabrycznych ramp prowadzących po obu stronach na górną scenę. Akcja rozwijała się na przemian, a czasami równocześnie na obu scenach. Płomienie ognia okalały sceny, słychać było śpiew i lament kobiet, a muzyka na żywo Wrocławskiego zespołu Kormorany, jak ścieżka dźwiękowa, towarzyszyła słowom aktorów, śpiewom i tańcom. 





Nowy Yorick


W konkursie o Nowego Yoricka przedstawiono krótsze spektakle, czasem etiudy – teatry ubiegały się o stypendium, żeby je rozwinąć i wystawić pełnometrażową sztukę. Widziałem dwa, "Hej Hamlet", teatru Współczesnego ze Szczecina, w reżyserii Anieli Płudowskiej, oraz "Romeo i Julia", w reżyserii Macieja Jaszczyńskiego z Teatru im. Stefana Jaracza z Olsztyna.


"Hej Hamlet" przedstawił wizję płynnej rzeczywistości, na gorąco projektowanej przez promptera AI, który użycza aktorom głosów i kieruje ich akcją. Ciekawy pomysł, nawiązujący moim zdaniem, bo nie wiem czy takie było zamierzenie twórców spektaklu, do „płynnej rzeczywistości” Baumana, czy też przestrzeni podzielonej na zony, którą kiedyś wyobraził sobie, czy też przewidział, filozof francuski Deleuze, gdzie sam człowiek nie jest już indywidualistą, a ‘dywidualistą’, człowiekiem porozdzielanym przez różne funkcje i interesy, które go nie tyle określają co rozdzierają, poruszającym się w przestrzeniach, do których wstęp umożliwia kod, karta elektroniczna, gdzie dostęp jest dany, modyfikowany, albo odebrany przez AI. W spektaklu słowa generowane na bieżąco przez AI wyznaczają ruchy postaci. Ciekawe jak rozwinie się wizja reżysera, jak będzie wyglądał ukończony spektakl, choć może w tej wizji nie będzie zakończenia, tylko ciąg niedokończeń, jak w nowej, nieznanej nam jeszcze rzeczywistości. 


W drugim spektaklu podstarzały Romeo napełniał woreczki foliowe dymem, który skądś się sączył, wśród metalowych regałów, fabrycznych maszyn. Miłość ulotna jak dym, to wyświechtana klisza, która na pewno tu nie pasuje, ale prócz metalowych regałów i dymu w nieszczelnych plastikowych woreczkach, niewiele z tego spektaklu zapamiętałem, prócz tej scenografii w jakiejś opuszczonej fabryce. Bohaterowie popychają metalowe wózki na kółkach wzdłuż alejek fabrycznych, przeżyli już pierwsze odloty miłości, bo nie są już tacy młodzi, nie wiadomo czy ją utracili, bo świat dzisiaj jest mało przychylny dla romantycznych uniesień, których w tym spektaklu raczej nie widziałem.



Spektakle zagraniczne


Poza konkursem odbyły się spektakle zagraniczne. "Hamlet. Książę Danii" w wykonaniu tancerzy kanadyjskiej trupy Ex Machina i Cote Danse, w reżyserii założyciela Roberta Lepage, gdzie teksty Szekspira są projektowane na ekranach, a tragedie, pragnienia i emocje wyrażone są poprzez taniec, więc nie będę się na ten temat rozpisywał.


Widziałem również "Romeo i Julię" w wykonaniu Barcelona Flamenco Ballet, w reżyserii Davida Gutierreza,  łączący taniec współczesny, balet i oczywiście flamenco, z elementami tradycyjnej muzyki Hiszpańskiej i jazzu, wspaniała, kolorowa uczta tańca, muzyki, kolorowych strojów i wybuchających co chwilę emocji. 





 


Jedyną komedię na festiwalu, "Sen Nocy Letniej", przedstawił teatr kukiełkowy Divadlo Radost z Brna, w reżyserii Pawła Chomczyka.  Aktorzy przywdziewali maski, zdejmowali je, albo znikali i grali kukiełkami zwierząt, groteskowymi i prze-rysowanymi, tak że granica między tym co zwierzęce a tym co ludzkie została zatarta poprzez płynną zmianę ról – maski zwierząt mają odsłaniać dzikość i szaleństwo instynktów i uczuć – pożądania, miłości, nienawiść – bardziej ludzkich niż zwierzęcych, bo zwierzęta nie są raczej zdolne do szaleństwa miłości i nienawiści. W pamięci szczególnie utkwiła mi scena, w której kukiełki zwierząt leżą na półmiskach i oferują siebie jako strawę dla postaci ludzkich, mówiąc, że jedzenie to język miłości. 


Władcy elfów, Oberon i Tytania mają szczególnie groteskowe, demoniczne maski, ludzie nie są w stanie oprzeć się magii i potędze uczuć. Nawet królowa elfów Tytania nie jest wolna od siły pożądania, zakochując się w ośle. Wspaniałe, dynamiczne przedstawienie, szaleństwo drzemie pod cienką politurą cywilizacji, w lesie prawdziwa natura człowieka odsłania się w dzikich, szalonych popędach. Tyle że jak to w komedii, wszyscy dostają drugą szansę na szczęście, albo jak by to Freud powiedział, wracają do swojego, zwykłego, niezbyt szczęśliwego, ale też nie tragicznego żywota.


W tragedii, bohaterowie też chcieliby takiego obrotu sprawy, ale według Stephena Greenblatta, tym się tragedia od komedii różni, że nikt takiej drugiej szansy nie dostaje. 


Król Lear jest najlepszą ilustracją tej tezy. Lear pragnie naprawić swoje błędy, ale jest już za późno, jedyna kochająca córka Leara, Kordelia, zostaje powieszona z rozkazu Edmunda, a sam król w swym szaleństwie nie widzi, że już nie jest królem lecz żebrakiem. Rumuński spektakl, w wykonaniu Teatru Narodowego im. Marina Sorescu w reżyserii Silviu Purcarete umieszcza akcję w samych środku – widzowie otaczają scenę i patrzą z różnych perspektyw na szaleństwo króla dziejące się przed nimi jakby w przestrzeni bez ścian, z góry, widząc to czego nie dostrzega obłąkany król. 


Nie widziałem wielu innych spektakli i imprez towarzyszących, takich jak filmy czy happeningi zapraszających widzów do udziału, porannych rozmów o spektaklach, spotkań poświęconych pamięci profesora Limona i promocji jego książki "Siedem Grzechów Głównych", oraz większości spotkań z aktorami po spektaklach, choć załapałem się przypadkiem na mural w podziemnym przejściu w śródmieściu, w wykonaniu Olgi Yatsencho. 


° ° °

Wszystkie ilustracje: Wojciech Chojna.