sobota, 3 maja 2025

Ani przesada, ani kokieteria.


Tereusowi pokazują głowę jego syna Itylusa (olej na płótnie, namalowany w latach 1636–1638), jedno z późnych dzieł flamandzkiego malarza barokowego Petera Paula Rubensa (1577–1640) (Prado, Madryt) /Wikipedia


Trzeba by wydać sporo grosza w walucie euro lub w dolarach na kupno  katalogu wydanego w roku 1965 z okazji wystawy obrazów Leonory Carrington w Meksyku. Nie wydam. Za darmo mam autorstwa  jakiegoś R.X. niewielki artykulik z tamtego roku, a w nim z drogiego katalogu jedno zdanie Carlosa Fuentesa. I to jedno zdanie wystarcza, żeby stanąwszy z jego powodu przed dżunglą uczonych rozważań, porzucić zamiar nadwerężania portfela (i umysłu, jak się zaraz okaże). 


Carlos napisał tak: „Malarstwo Leonory Carrington — jak wszyscy wiemy — należy do tajnego królestwa czarów. Jej sztuka to przedłużone Pervilegium Veneris, w którym przeciwieństwa łączą się w (gorszącej? zakazanej?) niedopuszczalnej wiedzy. Gotyckie postacie Leonory mówią nam, że zdrowie Boga niczym nie różni się od zdrowia Diabła, a Czarodziejka jest wysłanniczką, która zbiera wszystko, co ludzkie, a co Bóg odrzuca, gdy umiera, uduszony szatami kapłanów i dymem obrzędu”.


Jak wiadomo z poprzedniego tekstu na tym blogu przed dżunglę zawiodło nieprzezornego ryzykanta tajemnicze "Pervilegium Veneris". Jeszcze nie było nic strasznego, gdy ze "Znakowej" antologii Literatura Greków i Rzymian Z. Kubiaka wydobyłem owo "PV", które okazało się istniejącym dwa tysiące lat poematem rzymskim. Zląkłem się nie na żarty dopiero wtedy, gdy próbowałem nadążać za bogactwem  dwumilenijnych  rozważań, domysłów i ustaleń pani profesor Anny Kucz z Uniw. Śląskiego w jej książce pt. Kobiety i milczenie w Pervigilium Veneris. Średnio mi wyszło to nadążanie.  Prócz tego z książki wynikło, że polskie wersje poemaciku różnią się tak, jakby tłumacze ponauczali się każdy innej łaciny (chyba nawet czerpiąc z wikipedii, da się przypuścić, że to jest prawdopodobne). 


Panią profesor najbardziej zainteresowała ostatnia zwrotka "PV" i przytoczyła, wśród innych, jej tłumaczenie Z. Kubiaka, ale nie z antologii wydanej w roku 2013 w "Znaku", lecz wcześniejsze z jego Muzy rzymskiej z 1974 roku. Okazało się, że dwudziestopierwszowieczne byki, które "sobie błogo spoczywają pod janowcem (...) w więzach spokojnego stadła", w wieku poprzednim miały wigor, że ho!: "Już w buhajach wzbiera żądza", –  tłumaczył przedtem Z.K. –  "Gdy w zaroślach janowcowych Kroczą obok swoich samic." Barany podobnie – w 20-tym wieku były "jurne", a w następnym spoczęły "w cieniu".


Ale nie w rozmaitych translacjach gęstwi się dżungla powikłań Venusjańskich, lecz wtedy, gdy nieznany autor powiada, że niejaka biedna Filomela śpiewa głosem słowika, a on sam milcząc jak Amikle utracił Muzę. Z Amiklami sprawa jest dosyć prosta: było to miasto niedaleko Sparty, w którym tak się bano napadu militarnych Spartan, że zakazano o nich mówić, więc kiedy peloponescy zbóje istotnie ruszyli na Amikle, w mieście nikt nie wszczął alarmu i Amikle przepadły. 


Z Filomelą rzecz jest powikłana w różnych wersjach mitu, ale główny wątek wydarzeń polega na tym, że Tereus, mąż pani Prokne połasił się erotycznie na jej siostrę Filomelę i po gwałcie uciął bidulce język, żeby się z paskudnej molesty nie wygadała. Ona jednak utkała peplos i w deseniu tkaniny zawarła wiadomość #metoo, a Prokne swego (z Tereusem) syna Itysa zabiwszy z wściekłej zemsty, przyrządziła jako potrawę tatusiowi/mężusiowi. Bogowie wysłuchali błagań sióstr o ochronę przed rozsierdzonym synojadem i całą trójkę zamienili w ptaki. Różnie opowiadano kogo w jakiego, ale autor "PV" przyjął, że słowikiem została Filomela.


To, że autor "PV" po napisaniu wielu zwrotek stwierdził niespodzianie, że zamilkł, lub zamilknie, i że w ciszy zakończyć rzecz musi, bo Muza odeszła, a on boskiej łaski miłosno-wiosennych nawiedzeń wobec jego osoby nie jest pewien, powoduje – jeśli dobrze rozumiem akademickie rozważania o tekście łacińskim  – że poemacik jest tajemniczy i wyrafinowany. Czy Fuentes miał na myśli ową łaskę miłosnych tajemnic i wyrafinowania w sztuce Leonory? Czy to, że malowaniem i pisaniem przekraczała ona poematowe niemożności rzymskiego artysty co do uczuć i ich wyrażania? Czy to, że na czym rzymski poeta skończył zrozpaczony, ona potrafiła oprzeć swą sztukę i poza rozpacz ją kontynuować? Może Carlos swoje własne kłopoty w zderzeniu sztuki z emocjami miał na myśli; własne ograniczenia i bezradność wobec klasycznej doskonałości, a zaskoczony znalazł je rozwiązane i rozwinięte w twórczości Carrington? Nie wiem. A być może w dalszych zdaniach rozprawy w katalogu, na który mnie nie stać, wyjaśniał dokładniej o co mu chodziło. Albo nie wyjaśniał. I dlatego tajemniczy R.X. w artykuliku napisał tak:


Malarstwo Leonory pozostaje surrealistyczne, ale, by użyć terminu Fuentesa, jest zarazem gotyckie (jej ulubione książki: powieści gotyckie oraz opowieści grozy i o duchach). Jak cały surrealizm, malarstwo Leonory zmaga się z obiektywizacją siebie, by stać się świadomym obrazem, by przekazać w danych to, co jest przede wszystkim impulsami, emocjami, uczuciami, wizjami i objawieniami. Ale nie jest to tylko problem Leonory i surrealizmu: jest to często problem każdego języka, który, kiedy coś wyraża, zawsze czyni tak, że nie kończy się na tym, że mówi nam o wszystkim, co sam w sobie zawiera. Stąd problem języka – zarówno pisanego, jak i obrazowego. Stąd też jego cnota; ponieważ język, który ogólnie możemy nazwać poetyckim, jest przede wszystkim aluzyjny, sugestywny, stanowi przejście poza samego siebie: a to znaczy sens, który paradoksalnie próbuje wyjść w paradoks, jakim jest życie, czyli istnienie poza znaczeniami. Zaletą sztuki Leonory jest spontaniczność (nie w sensie automatyzmu, ale w mówieniu dokładnie tego, czego chce, nawet poprzez sugestie i aluzje).


Jest w tym fragmencie ukryta teza, że i genialny Fuentes i jego doskonały rzymski poprzednik, najzwyczajniej w świecie nie byli kobietami. Że tam, gdzie oni się, by tak rzec, skończyli, ona dopiero się zaczynała. Jako osoba i jako artystka. Gdyby ta teza mogła być jasno wyartykułowana, nie byłoby w tekście R.X. nieprawdziwej konkluzji, że: "Jak cały surrealizm, malarstwo Leonory zmaga się z obiektywizacją siebie, by stać się świadomym obrazem..." Bo ona przeczy i drugiej części całego zdania i nieustannemu zaprzeczaniu Leonory, gdy mówiono o niej, jako o surrealistce. Zatem z owym "królestwem czarów" Fuentes ani nie przesadził, ani nie kokietował. Może więc szło mu i o to, że autor PV był już blisko królestwa czarów, ale nie przeszedł przez próg? A ona tak.



„Zgwałcenie Filomeli przez Tereusa”, księga 6, rycina 59. Rycina autorstwa Johanna Wilhelma Baura do wydania Metamorfoz Owidiusza z 1703 r. /Wikipedia