Leonora Carrington
Zwierzę ludzkie płci żeńskiej.
Pięćdziesiąt trzy lata temu urodziłam się jako istota żeńska. Powiedziano mi, że to oznacza, że jestem kobietą. Ale nigdy nie zrozumiałam, co przez to rozumiano. "Zakochaj się w mężczyźnie, a poznasz..." Zakochałam się (kilka razy), ale nigdy nie wiedziałam. "Miej dzieci, a poznasz..." Miałam dzieci, ale nigdy nie wiedziałam.
Kim jestem? Czym? Kim? Czy jestem tym, który obserwuje, czy tym, który jest obserwowany?
„Ja jestem Tym, który jest” – powiedział Bóg Ojciec do Mojżesza na górze. To nic dla mnie nie znaczy. Mogło to być nieuczciwe zmyślenie, mające oznaczać wiele rzeczy: „Myślę, więc jestem” – ale dlaczego?
Czy to jakiś wykręt Kartezjusza? Jeśli jestem moimi myślami, to znaczy, że mogę być czymkolwiek – zaczynając od miski zupy z makaronem, pary nożyczek, krokodyla, trupa, lamparta, kufla piwa i tak dalej. Jeśli jestem moimi emocjami, to jestem miłością, nienawiścią, irytacją, nudą, szczęściem, dumą, pokorą, bólem, przyjemnością. Jeśli jestem moim ciałem, to jestem płodem kobiety, zmieniającym się w każdej chwili. Niemniej jednak – ja, jak wszyscy inni – pragnę indywidualnej tożsamości. Pragnę jej, ponieważ ledwie ją odnajduję – podobnie jak prawdę – gdyż zmienia się i ewoluuje. Później staram się trzymać faktów. Jestem starzejącą się kobietą; wkrótce umrę. To wszystko, co wiem, ściśle trzymając się faktów. Te fakty nie są ani budujące, ani oryginalne; jednak głęboko w tej kobiecej humanoidzie stale obecny jest nienazwany lęk – manifestujący się jako „nie jestem”, „nie ja”, „nie to”. Ona jest tajemnicza lub bezgraniczna; jednak bez wątpienia jest to preforma – praświatło, praciemność, pradźwięk i tak dalej.
Rozmyślając w bezczynności, lubię wyobrażać sobie, że jestem niczym ziarno, które musi pęknąć i wykiełkować w coś zupełnie odmiennego od tego, co widać na powierzchni – w coś, czego nie potrafię sobie nawet wyobrazić w chwilach największej odwagi. Jestem jednak przekonana, że gdy ziarno już pęknie, owa inna, pełna i absolutna istota przejmie władzę nad owym niepewnym tłumem, który noszę w sobie, i ruszy naprzód ku ewolucji. Być może mówię tu o zmarłych albo o tych, którzy jeszcze się nie narodzili – o tych, których nazywamy kobietami, czy też mężczyznami, o ile planeta wciąż będzie żywa i zdolna do wydawania istot na świat. Nie śmiem twierdzić, że wierzę w ewolucję, bo nie jestem już nawet pewna własnego istnienia. Jednak do ewolucji – o ile jest ona możliwa – miłość jest niezbędna, tak jak oddychanie.
Ale czy ziarno dostanie szansę na wykiełkowanie? Od czego zależy przyszłość życia organicznego na tej Ziemi? Co skłoniło węża do wykształcenia piór? W głębi duszy działa bezimienna, nieznana siła — a może to dopiero rodząca się forma życia, która zdołałaby czynić cuda, o ile cuda są w ogóle dopuszczalne... a jedyną rzeczą, na którą mogę sobie pozwolić, jest przyzwolenie na bycie sobą. To świadomość udziela tego przyzwolenia i umożliwia zaistnienie cudu. Odkąd cywilizacja rozpoczęła swój pośpieszny — i ślepy — zjazd ku absolutnej zagładzie Ziemi — ku bezsensownemu samobójstwu wszystkich istot żywych — nasza ostatnia nadzieja spoczywa w akcie woli: takim, który pozwoli nam na wydostanie się z tej mechanicznej pułapki i odrzucenie jej. Ten akt woli może zrodzić środki niezbędne do ewolucji. Gdyby wszystkie kobiety świata postanowiły powstrzymać eksplozję demograficzną — odrzucić wojnę, dyskryminację na tle płciowym czy rasowym i zmusić mężczyzn do zapewnienia przetrwania życia na tej planecie — to byłby doprawdy prawdziwy cud.
Technologia — czyli pomysłowe przedłużenie ludzkiego ciała, takie jak maczuga jaskiniowca, okręt podwodny czy odrzutowiec — stanowi hipnotyczny odcisk człowieka i jego inteligentnych zabawek. Ale my, kobiety, pozwalamy, by pożerały nas nasze własne pluszowe misie. Z pewnością nadszedł już czas — o ile w ogóle pozostało nam jeszcze dość czasu — byśmy stały się dojrzałymi kobietami, byśmy odrzuciły nasze misie i inne fatalne w skutkach zabawki, które grożą przekształceniem półki w dziecięcym pokoju w nagrobek.
Osobliwa myśl, że – kora mózgowa służy do fantazjowania, udawania i przechwalania się. Niekiedy udaje wyższość, mając za sobą określoną narodowość, duży dom lub sześć telewizorów. Albo twierdzi, że jest lepszą istotą od ciebie (kobiety) lub mnie (mężczyzny); albo twierdzi, że – my, kobiety – mamy rację, ponieważ posiadamy najgroźniejszą i najbardziej niszczycielską broń.
Cóż to za zwodzenie śmiertelników? Czy to możliwe, by kora mózgowa pełniła funkcję prawdziwie pozytywną — taką jak dążenie do prawdy, wola przetrwania czy pragnienie zgłębienia tajemnicy życia? – skoro przerażające i niezwykłe znęcanie się nad ludzkim ciałem, dokonywane przez inny ludzki mózg, jest trudne do wyjaśnienia.
Pozwolę sobie zacytować profesora Santiago Genovésa:
„Ten sam gatunek, który wynalazł wojnę, jest również zdolny do wynalezienia pokoju”. Oszustwo jest w istocie ślepym zaułkiem, który donikąd nie prowadzi, gdyż jest kłamstwem.
Wierzę, że musimy zajrzeć w tę „mgłę” wewnątrz nas samych i zapytać, co – lub kto – może "tam" żyć, dojrzewać i ewoluować. Jest to myśl macierzysta, być może wywodząca się z instynktu macierzyńskiego; a jednak – i właśnie dlatego istnieje to powiedzenie – instynkt daje życie świadomości. Abyśmy byli zdolni do uwolnienia pełnej gamy naszych emocji, musimy przyjrzeć się elementom, które trzymały je w okowach: wszystkim fałszywym tożsamościom, jakie przyjęliśmy pod wpływem reklamy, literatury oraz najnowszych przekonań, którymi karmiliśmy się od urodzenia.
Jest to jedyny sposób na oczyszczenie psychicznej ścieżki wiodącej do rzeczywistości. Nasze emocje reagują mechanicznie, gdyż takie nagromadzenie „odpadków” sprawia, że nasze prawdziwe uczucia stają się praktycznie niemożliwe do odczytania.
Niektórzy z nas – zwłaszcza kobiety – udają się do psychologów z nadzieją na "odnalezienie" czegoś; inni idą tam, by zapanować nad iluzjami, które stały się zbyt potężne i zbyt liczne, by mogli sobie z nimi poradzić – i z ukrytą nadzieją, że "nigdy" niczego nie odnajdą. Reszta po prostu akceptuje, co jej się mówi, i dostosowuje się – nawet jeśli owo dostosowanie okazuje się destrukcyjne i zniewalające. Siłą emocji – podobnie jak elektrycznością – można manipulować na różne sposoby: wyświetlając wizerunek Myszki Miki, zasilając krzesło elektryczne, napędzając system metra czy też poprzez zjawiska naturalne, takie jak piorun. Nie ma znaczenia, czy ich wyraz jest w swej manifestacji wzniosły, niedorzeczny, czy wręcz tragiczny. Siła ta pozostaje tą samą energią emocjonalną – siłą podlegającą zmianom oraz manipulacjom ze strony okoliczności lub samego intelektu.
Wiemy, że perswazja podprogowa wywołuje reakcje znacznie silniejsze niż sam rozum, gdyż oddziałuje na emocjonalny rdzeń – ośrodek funkcjonujący w oparciu o znacznie potężniejszy system. Musimy również zdać sobie sprawę z tego, że będziemy ten tajemniczy ośrodek zasilać.
Stopień skażenia naszego systemu emocjonalnego nie ma żadnego znaczenia, gdyż wewnątrz każdej istoty zawsze istnieje rdzeń, który rozpoznaje to, co prawdziwe, i to, co fałszywe. Psychoanaliza, która wciąż unosi się w sferze nieznanego, dowodzi, że możemy głęboko poznać samych siebie poprzez nasze sny.
Chociaż nauka ta znajduje się w fazie embrionalnej, kłamstwa, których doświadczamy, manifestują się w snach. Tam „ten, który wie”, pojawia się w nieświadomości, gdzie nie jest zdezorientowany i może powrócić do świadomości, jeśli emocje są gotowe zaakceptować pewne elementy prawdy. Przekonanie, że nasi „panowie” mają rację i że jesteśmy im winni miłość, oddanie i posłuszeństwo, wydaje mi się jednym z najbardziej destrukcyjnych kłamstw, jakie zaszczepiono w kobiecej psychice. Jest przerażająco oczywiste, co ci „panowie” zrobili z naszą Ziemią i jej organicznym życiem. Jeśli my, kobiety, nadal będziemy bierne, myślę, że jest niewielka nadzieja na przetrwanie życia na tej planecie.
6 września 1970, Chihuahua, 194, Mexico, D.F.
Tłumaczenie z języka angielskiego autorstwa Karli Segury Pantoji z książki Leonora Carrington: What She Might Be, kat. wyd. The Dallas Museum of Art, 23 grudnia 2007–30 marca 2008), Salomon Grimberg (red.), The Dallas Museum of Art, 2007, s. 11–15, gdzie została opublikowana pod tytułem „Female, Human, Animal”.
Po raz pierwszy ukazała się pod tytułem „What is a Woman” w czasopiśmie Arsenal: Surrealist Subversion, nr 4, 1989, a następnie w Penelope Rosemont, Surrealist Women: An International Anthology, Londyn, The Athlone Press, 1998, s. 372–375. © Estate of Leonora Carrington, za wersję oryginalną
° ° °
Powyższy tekst nie jest wiernym tłumaczeniem oryginału, jest jedynie próbą spolszczenia wersji z Katalogu. Nie podejmuję się odtworzenia specyficznego stylu Leonory, z którym nie radzi sobie zbyt dobrze nawet (zaprogramowany na nowoczesne wersje językowe) Ggl. Trnsl. Kiedy jednak porównać oryginał z powyższą wersją, zdecydowana większość sensów wydaje się być tu i tam nieomal identyczna. Bardzo możliwe, że owo porównywanie powinno być dokładniejsze, co może zdołam uzyskać nieco później. BK)