sobota, 13 marca 2021

Teatr zmyślony i prawdziwy, czyli przyszły i miniony – 2020 i 2021.


Teatr zmyślony i prawdziwy, czyli przyszły i miniony – 2020 i 2021.

Nowy spektakl Emila Vardy.



Zima 2021. Wygasł już kominek w salonie. Domownicy szykują się do snu. Przy ogniu urządzili sobie wieczór z czytaniem katechizmu o grożącym faszyzmie w którym Timothy Snyder napomina:


Bądź odważny, na ile potrafisz. 

Jeśli nikt nie chce umierać za wolność, 

wszystkich nas zabije tyrania.  


Ale już koniec miłego, rodzinnego  spotkanka. Emil idzie na piętro, a zanim dotrze do sypialni, zajrzy do pracowni i tam może za godzinę, za trzy zaśnie w fotelu przy czytaniu, albo pisaniu. Za chwilę wyśle mi stamtąd emailem fotografię i podpisze: Pamiętasz?


Może to jakieś historyczne zdjęcie z Polski, albo ze wspólnych lat osiemdziesiątych w Nowym Jorku... Wyświetla się obrazek z teatralnej garderoby. Przed lustrem Aniołki czyli Erynie – Rivers i Mia z ubielonymi twarzami, obok Eliott – Wieniczka. Dlaczego mam przypominać sobie wydarzenie, które się właśnie dzieje? Przecież każdego dnia, gdy akurat nie filmujemy próby, czy spektaklu, Emil dzwoni  informując, że zaraz zaczynają, a na widowni ponad połowa miejsc zajęta, czyli jest dobrze. Mam pamiętać, co sam widziałem wczoraj i pewnie zobaczę znów za dwa dni?  No, pewnie, że nie. To wizja z minionego snu, garderoba z trzeciego teatru, tuż przed spektaklem "Wszystkie drogi prowadzą na Dworzec Kurski", z jesieni 2018 roku. Chyba, że... to jest zdjęcie z przygotowań do nowego spektaklu, którego jeszcze nie zaczęli... przygotowywać. Fotografię z nieistniejącego, przyszłego przedstawienia muszę przywołać z odleglejszych wspomnień. Pamiętasz? – a więc wszystko, co już było oddala się, odpływa. Teatr to jest wyłącznie teraźniejszość. Zapis filmowy dla przyszłości nie jest przecież przedstawieniem. Jutro Eliott, lub Ryan, lub aktor, którego jeszcze nie znam, wypije o dwa łyki mniej niż dziś i już tak nie zagra, jak teraz. Przyszłość także odpływa, oddala się, i razem z przeszłością są coraz bardziej nieosiągalne, nieobecne, niedotykalne. Jest tylko teraźniejszość, gasnący kominek, pobielone twarze. 



Koniec roku 2020.


1.

Zaraza nieustannie trwa. Ani na dziś, ani na wczoraj, a także na jutro nie jest to nowina, informacja, lub wiadomość. Napisałem to zdanie z cichą nadzieją, że któregoś nieznanego dnia, w roku również nieznanym przeczytam je jako wspominek z przeszłości. Jeśli dożyję owego nieznanego czasu. Dwa lata temu, kiedyśmy nie podejrzewali, że globalne choróbsko zdarzy się naszym pokoleniom (naszym – z końca XX wieku i początku XXI), Emil wymyślił bulwersujący w zamierzeniu happening z postaciami ludzi o wielkich dziobach kruczych lub papuzich.  


Chciał te postacie pokazywać na Florydzie po inscenizacjach ulicznych w Nowym Jorku. Emilowi wydawało się, że figury w długich czarnych kapotach, z maskami o wielkich dziobach i oczach na biało zasłoniętymi będą dla widzów amerykańskich zaskoczeniem i dziwactwem, dlatego, że nie było tutaj takich lekarzy i zbieraczy zwłok w czasach zarazy. Podczas karnawału w Wenecji przebierano się w stroje Doktorów Plagi, przypominając medyków z prawdziwych epidemii dżumy. Ustroił się tak nadworny lekarz Ludwika XIII, króla Francji na początku siedemnastego wieku, wzorem kolegów po fachu we Włoszech lub w Irlandii. Ale to nie był tylko europejski strach. W Stanach przebranie owo jest w kolekcjach strojów na halloween. Efekt zaskoczenia spalił na panewce. Dopiero kiedy wybuchła pandemia Covid–19, przypomniałem sobie pomysł Emila, podejrzewając go o zdolności profetyczne. Okazało się, że Emil sam tak sądzi o sobie, skromnie wprawdzie, nie z rozmachem Nostradamusa, ale jednak. 


Nie tak dawno opowiadał, że we śnie został ostrzeżony przed ogniem, a dzień, czy dwa później z niewiadomych sobie powodów ociągał się z zamknięciem restauracji o normalnej porze w nocy i nagle poczuł w lokalu dym. Spostrzegł początki pożaru w kominie i gdyby nie zamarudził w tę noc, być może ktoś inny wezwałby straż pożarną, ale na pewno cokolwiek za późno. 


Drugie przedstawienie Emila pod tytułem "Choróbsko", wystawiano w lutym 2020 roku, czyli w ostatniej chwili – tuż przed zamknięciem wszelkich teatrów w Nowym Jorku. Rok pandemii Covidowej kończy się za trzy dni, a wygląda na to, że pierwsza połowa następnego będzie całkiem podobna. Lutowy spektakl dotyczył "choróbska" narkomanii. Gdyby dotyczył wirusa, Emil byłby w roku 2020 najsłynniejszym (proroczym) reżyserem w Metropolii. 


2.

Pierwsi widzowie przyszli do teatru bardzo wcześnie.  Było ich czworo. Nie pili darmowej kawy. Rozejrzeli się po holu i sięgnęli po programowe broszury spektaklu pt. "Ptaki".  Czytali, ustawiwszy się tuż przed wejściem na widownię i najwyraźniej mieli zamiar zająć najlepsze miejsca. Nie wiedzieli chyba, że te najlepsze są już zarezerwowane. A może Emil zarezerwował je właśnie dla nich? Na pewno jednak nie przypuszczali, że przedstawienie zacznie się nie na scenie, ale...


Nic podobnego nie miało miejsca. Nie było po "Choróbsku" przedstawienia "Ptaków", nadal nie ma i nie wiadomo kiedy i czy w ogóle się odbędzie. Poniższe sprawozdanie z teatralnego wydarzenia jest kompletnie zmyślone, ta recenzja lub relacja jest wyssaną z palca bujdą,  to jest mit, apokryf i legenda. Ale nie piszę tego tekstu, żeby czytelnika oszukać, tylko żeby oszukać samego siebie, pocieszyć się  wymyślaniem, że wszystko jest OK, że idzie normalnie, że nic się nie wali w ruinę, nie rozsypuje w drzazgi. Że nie ma tej jebanej pandemii, że nie są w Nowym Jorku pozamykane teatry, kabarety, studia do ćwiczeń. Że nie chodzimy z gębami zasłoniętymi i że nie boimy się własnych i cudzych oddechów.


Przedstawienie jest właśnie o pandemii, a ściślej – o pandemii również, ale nie może odbyć się teraz, kiedy szaleją coraz nowe odmiany wirusa, kiedy już niedługo media oznajmią, że umarł pięćset–tysięczny Amerykanin. Nie można obejrzeć tego przedstawienia z żadnej widowni na jakiejkolwiek scenie, bo trzeba się rozglądać, gdy idziemy, stoimy, siedzimy, czy utrzymujemy tzw "społeczny dystans" i czy w ogóle nie jesteśmy za blisko siebie i czy, nie dajcie bogowie, nie ma w pobliżu kogoś bez maski na twarzy. 



Początek roku 2021.


3.

Rozpuszczane były niedawno wieści w aktorskich gremiach Nowego Jorku, że już w czerwcu, najdalej we wrześniu będzie lepiej, że zaczną się próby, że otworzą się teatry. Jest styczeń 2021 roku. Obecny Prezydent mówi prawdę o tym, co jest i co nas czeka. Poprzedni koleś w Białym Domu kłamał, plótł bzdury i interesował się wyłącznie swoim pomarańczowym wizerunkiem, a nie choróbskiem w Ameryce. Czy o takiej zarazie też mówi ta sztuka niemożliwa do wystawienia? Zobaczymy.


Zobaczymy, bo jeśli teatralny spektakl o pandemii nie mógł się odbyć w zeszłym roku, a jego tegoroczny los jest także niepewny, skoro otwarcie drzwi na widownię wydaje się równie nierealne, jak gruszki na wierzbie, to logiczne będzie wrócić do tej czwórki w holu czytającej program przedstawienia, zwłaszcza, że za nimi ustawił się już spory tłumek widzów.



4.

Czworo młodych ludzi z broszurami w dłoniach. Przedziera się do nich między ludźmi w holu dziwny koleś w poszarganym odzieniu. Wygląda jak zwyczajny nowojorski bezdomny, nie bardzo brudny, ale i niezbyt czysty, cera raczej alkoholowa i oczy zapatrzone w nieistniejący horyzont. Dlaczego akurat do nich? Bo stoją pierwsi w kolejce? To może być koleś z towarzystwa koczującego na Penn Station, na Grand Central i na ulicach Wielkiego Miasta. Jak się znalazł w teatrze?


Facet taszczy ze sobą czarny wór plastikowy, nie widać co w nim ma, ale coś wielkiego. Potrącił kogoś i popatrzył na niego zgniewany – Ej, ty, uważaj, jak stoisz. Na drodze mi stoisz. – Ale nie ma awantury, bo przepycha się dalej. Wcale nie do tej czwórki. Obok nich na podłodze siedzi kobieta. Typowa madame bezdomna z pakunkami w plastikowych woreczkach. The  Bag Lady mówią na takie w Nowym Jorku. Koleś stawia wór na podłodze obok niej, ciągnie plastik w górę i odsłania akordeon. Schyla się z trudem, podnosi instrument, zakłady pasy na ramiona. Ludzie przy drzwiach skonfundowani, bo zupełnie nie spostrzegli kiedy "Lady" przysiadła za nimi. 


– Tak wyglądasz, że Boga przestraszasz, – mamroli ten z akordeonem i zaczyna grać. Ktoś w tłumie widzów zaśmiał się głośno. 

– Jakiego boga? – odszczekuje "Lady". – Nie ma boga na Mahattanie. Nigdzie go nie ma.


Melodia, którą gra akordeonista, to znana mi z dawnych czasów polska śpiewka knajpiana. Bezdomny nowojorski Polak? Bo kto by inny znał tę melodię?


– Ty, weź mi powiedz, gdzie tu jest gorący kaloryfer. – "Lady" trąciła w nogę dziewczynę stojącą przy drzwiach na widownię. – Se majtki i nacycnik uprałam, wysuszyć muszę, bieliznę mokrą mam. Ni cholery nie widzę tu kalafiora. – Dziewczyna patrzy na nią trochę rozbawiona, trochę przestraszona. Machinalnie rozejrzała się dookoła. Jej kolega z pierwszej czwórki mówi półgłosem – Świrnięta jakaś. Gorący kaloryfer o tej porze roku? 


"Nie ma boga na Mahattanie" to kwestia z poprzedniej sztuki "Choróbsko". Ta "Lady" na podłodze to Mia, narkomanka z tamtej sztuki. Ledwo ją poznałem, bo jest przebrana w rozczochraną perukę, w kilka sukienek, dwa swetry, ze trzy szale wokół ramion i bioder, a tam występowała w podkoszulku i w szortach.


Nic nie zmyślam. Tak zacznie się... Tak się zaczyna  nowe przedstawienie Emila Vardy pod tytułem "...już ptaki odleciały i nigdy nie powrócą..." A może nie dokładnie tak, ale na pewno w holu teatralnym, na pewno z postaciami Bezdomnych, po nowojorsku "bums”, ale grzeczniej “homeless”. Bardziej magicznie (a może i straszniej) – są to jurodiwi, święci szaleńcy.



5.

W maju roku 2020 Emil miał już tyle scenariusza, że mógł go wysłać do Krzyśka i do mnie na pierwsze czytanie i po pierwsze opinie, a zastrzegł się przy tym, że to jeszcze nie koniec, że pracuje nad dalszymi scenami. Latem wirus jakby się gdzieś zapodział, a scenarzysta wyobraził sobie, że jesienią może zamienić się w reżysera. Nie jestem kronikarzem zarazy, ale nie mogę nie przypomnieć, że jesienią wirus wrócił i to w nowym wydaniu, zmutowany. Reżyserskie zamiary Emila odwlekły się do wschodu słoneczka szczepionki; mówiono, że już jest za horyzontem, że nadchodzi od Europy i że to będzie świt w dwóch dawkach, ale jeszcze nie wiadomo kiedy, jeszcze chwila.


Scenariusz o zarazie, czyli o ptakach, które odleciały i nigdy już nie powrócą, powstawał wiosną. Od 16 marca Emil miał mnóstwo czasu; tego dnia dnia zamknęli restaurację; tego dnia Mia pierwszy raz nałożyła maseczkę, a reszta załogi kucharsko–kelnerskiej podśmiewała się z jej pionierskiej gorliwości. Potem już okazji do wspólnych chichów–śmichów nie było, bo nie było pracy. Tego wieczoru Emil wracał z Nowego Jorku do domu prawie pustym pociągiem i ośmielił się przez nikogo nie podglądany także przymierzyć maseczkę antywirusową. On zaczął zapisywać swój pomysł teatralny, a równolegle, według nieokiełznanego scenariusza, rozpoczęła swój teatr zaraza w Nowym Jorku. 


Pociągiem nie pojechał nigdy więcej w tamtym i w następnych sezonach. Do City wybierał się jeszcze kilka razy autem i dzwonił, opowiadając jak puste jest miasto, ile widzi witryn i drzwi zabitych płytami sklejki, że przybywa wielkich, białych kontenerów na ulicach przed szpitalami i stacjami pogotowia. Któregoś dnia nie wysiadając z samochodu zapytał stojącego w kombinezonie, po co te kontenery.  – "Co ty? Wiadomo, po co." Ten człowiek miał kombinezon, jak postacie z filmów o awariach w reaktorach atomowych. Żadnego wielkiego dzioba kruczego lub papuziego nie przymocował sobie do głowy. 17 marca zanotowano w NYC 182 przypadki zachorowań, dwa dni później 1133, miesiąc później 4970. W scenariuszu Emila zbieracze zwłok znajdują zmarłych nawet na klatkach schodowych. W Nowym Jorku przerażeni mieszkańcy wielkich bloków wzywali zbieraczy zwłok do ciał znajdowanych nawet na klatkach schodowych. Prezydent całego państwa robiąc mussolińskie miny doradzał dezynfekować się doustnie lub dożylnie chlorowym wybielaczem. 


Emil nie był w City przez dłużej niż miesiąc. Za to Mia, mająca grać główną postać kobiecą, mieszkała naprawdę w scenerii zarazy, w scenerii prawdziwego teatru. Nowy Jork ogłoszono miastem zamkniętym. Późną wiosną, po zamieszkach w Soho na Manhattanie, Mia przeszła się przez dzielnicę. Na fotografiach utrwaliła puste miasto, puste ulice, witryny zasłonięte dyktą, w niezasłoniętych kilka rozbitych szyb, nieczynne stacje benzynowe i restauracje, puste kramy w chińskiej dzielnicy, żadnych aut na jezdniach; na czterech tuzinach jej zdjęć z Miasta naliczyłem jedenaście postaci ludzkich. Był drugi dzień czerwca 2020. Poprzedniego dnia aresztowano 250 osób. Ktoś komuś strzelił w pierś. Prezydent całego państwa przesiedział godzinę w schronie, bo w okolicy Białego Domu rzucano kamieniami w policję. 



6.

Niecały rok później pomrukujący i dymiący nad Ameryką wulkan faszyzmu wybuchł na Capitolu. To jest zaraza równoległa, zmutowany wirus brunatny. To ona razem z dżumą zaczaja się po zakamarkach, schowana w ostrzeżeniu Camusa. Scenariusz zatytułował Emil na początku "Pestilence", to znaczy "Zaraza".  W szóstej i siódmej odsłonie rzecz dzieje się równolegle – w szpitalu, który jest więzieniem i w więzieniu, które jest szpitalem. To jedno, podwójnie istniejące miejsce. Metafora Miasta, czy całego Państwa?  Tutaj Emil przerwał pisanie scenariusza i mimo obiecanek nie dosłał dalszego ciągu. Rzecz ma dziać się na jednej scenie, ale jakby na dwóch, w podwójnej scenerii, ale w równoczesnym, pojedynczym  planie. Nie jestem pewien, że rozumiem ten naszkicowany, niedokończony wątek, to znaczy rozumiem przesłanie, ale nie pojąłem, jak to ma się rozegrać w jego teatrze. 


W teatrze realnym tak właśnie się dzieje, niby oczywiście i po prostu, chociaż nie mieści mi się w głowie, że herbaciane i pomarańczowo fryzowane idee, nawiedzenia, zaślepienia, polityka powrotu do wielkości, czyli restauracja szamba, istnieją rownolegle z Ameryką Ze Snu. Przypuszczam, że metafora wieloplanowej zarazy, wirusowej i ideowej zarazem, zmęczyła autora scenariusza samym swoim tytułem "Pestilence", który wszystko plącze mimo pozornej oczywistości, tak jak "Dżuma" zmęczyła ongiś Camusa, gdy z literackim trudem rozplątywał powikłanie zarazy z polityką i pomieszanie katastrof w naturze i w ideach ludzkich. Latem 2020 Krzysiek wymyślił do przedstawienia piosenkę w której śpiewać się ma, według Emilowego pomysłu, że "już ptaki odleciały i nigdy nie powrócą." Sądzę, że Emil z ulgą ten swój wers, na dodatek wyśpiewany, wziął za tytuł i porzucił poprzedni.*



7.

"Nie miałam czasu myśleć o tym przedstawieniu" – powiedziała Mia. 


Ma ona być jedną z trojga Jurodiwych. Ta trójka zatem to nie tak dosłownie amerykańscy "bums", to także nie polscy "bezdomni","włóczędzy", lub "żule". Jurodiwy jest słowem rosyjskim, oznacza postać zwariowaną, nawiedzoną religijnie, działającą szaleńczo i wbrew wszelkim przyjętym zasadom; to szaleniec Boży, czasem prorokujący, czasem czyniący cuda, który żebrze, nie myje się, plecie zapalczywie, ale bez sensu, niekiedy milczy zupełnie. Byli uprzykrzeniem dla społeczności, a zarazem osobami na pół świętymi. Akceptowani, póki nie zaczynali zagrażać spokojowi, wtedy częstokroć przepędzano ich, lub nawet zabijano. Taki był jurodiwy legendarny. W nowszych czasach miana jurodiwy mógł doczekać się człowiek i z wyższych sfer, jak na przykład książę Myszkin u Dostojewskiego. Chyba wszyscy Karamazowowie są jurodiwcami. Wienia Jerofiejew też był jurodiwym, jak jego Wieniczka. 


Postać, którą gra Mia, nazywała się po polsku Babcia Szamcia. Mia nie zna polskiego, musi przyjąć, że jest Grandma Imbibe. Zaraz, zaraz, tak się nazywała w majowych przedstawieniach, we wrześniowych nosi imię Theckla O'Munchin. Babcia Szamcia to postać autentyczna z miasteczka uniwersyteckiego w Lublinie sprzed pięćdziesięciu laty. W kawiarni studenckiej zajmowała stolik, rozkładała swoje manele dookoła i nie wolno było się dosiąść na puste przy niej krzesła, bo one nie były puste. Tam siedzieli jacyś oni, z którymi Babcia Szamcia rozmawiała. Do Babci próbowali się dosiadać tylko niezorientowani pierwszoroczniacy. Przy uciesze całej kawiarni byli przez nią przepędzani. Babcię Szamcię tolerowano w studenckiej społeczności.


Tego dnia wykupiono sporo biletów i w foyer robi się tłoczno. Tłumek nie wypełni widowni, ale przedsionek tak duży nie jest. Pierwsza wtłacza się między ludzi Babcia Szamcia. Już wiemy, że jest ponad miarę ubrana, już wiemy, że pomimo peruki da się rozpoznać aktorkę Mię Vallet. Już odpyskowała Akordeoniście. Nagle staje, otoczona widzami, rozgląda się po twarzach, patrzy w górę; nie dłużej niż na trzy sekundy oczy uciekają jej pod czaszkę, ale ten brak źrenic jest tak okropny, że wydaje się trwać wieczność. Zachwiała się. Jakaś dziewczyna obok, z lękiem w oczach, ale odważnie wyciągnęła do niej rękę w pomocnym geście. Babcia Szamcia zaczyna strasznym głosem: "Jeżeli On, jeżeli On..." Patrzy z bardzo bliska odważnej dziewczynie w oczy i mówi dalej: "...na zawsze porzucił ziemię, ale widzi każdego z nas, wiem, że w tę stronę ani razu nie spojrzał." Przerwała i odepchnęła zbyt blisko stojącego młodzieńca. "A jeżeli On nigdy ziemi mojej nie porzucał, jeżeli całą ją schodził boso i pod postacią niewolnika, to ominął to miejsce i przeszedł bokiem..."


Akordeonista na to: "Trzeba pić i jebać, żeby się z zarazy wygrzebać." 


Babcia Szamcia wygłosiła na początek kwestię, którą mówił trzy lata temu Wieniczka pod koniec spektaklu pt. "Wszystkie  drogi prowadzą na Dworzec Kurski"; zagnany pod mury Kremla zorientował się, że wcale do Pietuszek nie dojechał, i że dwa słodkie Aniołki–Opiekunki to okrutne Erynie. Babcia jest jurodiwa i być może przyniósł jej tę kwestię szum wiatru, albo głos, gdy w nocnej ciszy się rozlegał. 


– Grubo pojechałaś dziś z oczami, – powiedział ktoś po spektaklu. 

– Jutro będzie inaczej, – nieomal zachichotała Mia.

– Jak?

Mia zagwiazdorzyła hollywoodzkim gestem i wymijająco kliknęła w smartfon. Następnego dnia Babcia Szamcia powiedziała tę samą kwestię, śmiejąc się cały czas, jak diablica. 


– To ciekawe, jak będziemy teraz widzieć siebie z czasu przed przedstawieniem? – Tak kilka tygodni wcześniej Mia zapytała właściwie nie wiadomo kogo, kiedy do pierwszej próby "Ptaków" wyszła na scenę zakutana w pomnożone stroje, jeszcze jako Grandma Imbibe. Jaka to była, jest, lub będzie data w kalendarzach? 


Emil nie miał jesienią wiele czasu na myślenie o "Ptakach". Zaczęto otwierać restauracje na ulicach. Musiał on i swoją uruchomić. Trzeba było dostawiać ogrzewacze przy stolikach w listopadowe chłody. Któregoś dnia, gdy czekano na kolejną dostawę ogrzewaczy, czy jakichś innych urządzeń pozwalających jeść kotlet na podwórku, Emil wyciągnął zwitek papierów i zrobili  z Mią próbę czytaną, jedyną do tej pory prawdziwą próbę "Ptaków". Tu akurat nic nie muszę zmyślać. Potem znów na teatr zmyślony nie mieli czasu.



8.

Latem zeszłego roku zaraza obłudnie i nieprawdziwie ustąpiła, a wokół spektaklu zawiał zefirek jesiennej nadziei, że coś się zacznie dziać. Krzysiek napisał po angielsku upiorną, a przy tym liryczną balladę i zaśpiewał najpierw z gitarą, a w drugiej wersji dodał akordeon, na którym też grał. Wszystkim się ballada podobała. Przetłumaczam ją sobie na własny użytek, tak żeby się pięknie rymowała, bo u Krzyśka się rymuje, toteż nie w każdym wersie jest dokładnie tak, jak u niego, ale sensy krążą wokół siebie. A może kolidują? Co za różnica komuś, ktoś nie zna oryginału. U mnie są Oni, u niego My; niech Oni błądzą po fałszywych drogach, a nie My. Krzysiek napisał, że rozum i nadzieje są "under attack", żeby był rym do "coming back", a u mnie się kłócą. A gdzie się dwóch kłóci, tam trzeci zaatakuje z całą pewnością.


to krajobraz bolesny, wokół drut kolczasty

nawet dzieci tutaj nie płaczą

czy z obowiązku, czy przez pożądanie

śmiejesz się i konasz z rozpaczą.

z rozumem nadzieje się kłócą

już ptaki odleciały i nigdy nie powrócą


pod stopami jarmoli echem pusta puszka

wiatry tylko trzęsą trzcinami

czy to wspomnienie czy iluzja

moja rana rozdarta krwawi

porzucili swój trop, niebawem cel porzucą

już ptaki odleciały i nigdy nie powrócą


Jest jeszcze trzecia zwrotka, ale z potrzeb kronikarskich zostanę przy drugiej. "Trzciny? – zapytał Emil. – Świetna, rewelacyjna, znakomita piosenka, ale skąd w mieście trzciny? Za bardzo one liryczne. Ten wiatr ma przewiewać śmieci, brudy, papierzyska, worki plastikowe, wyrzucone, używane maseczki."


– Mnóstwo jest trzcin w Central Parku, – powiedziałem w obronie tekstu i trzcin również. "Są trzciny w Central Park," – powiedział tak samo Krzysiek. "I na pewno przy niektórych domach i na skwerach w Mieście." Nie bardzo Emila przekonaliśmy. Zawsze, gdy wjeżdża do miasta, nie widzi trzcin tylko półpiętrowe "osiedle" bezdomnych pod pętlami wiaduktów. Zmarźnięci jurodiwi nowojorscy w kocach, w kołdrach mieszkają w kartonowych pudłach, w resztkach mebli, osłonięci namiotami z parasoli.


Krzysiek do swojego śpiewania zrobił video–clip z nakrętek podczas spaceru po swoim Akron w Ohio.  Przewrotność w tym pomyśle polega na upiornej treści ballady i liryźmie  chwytliwej melodyjki. Podobnie i film przeplata obrazki ponurej "ziemi jałowej", widoki bezludzia – pusty park, poszarpany asfalt dróg, obok odrutowane ogrodzenia, rozrzucone rupiecie. Na niebie wycięte jak nożem chmury i krążące ptaki, a jedyny fragment dynamiczny w zastygłych krajobrazach to roztrzęsione wiatrem trzciny. W jakiś dziwny sposób, może z braku kolorów w bieli i czerni, wydaje się to wszystko zarazem i dalekie i bliskie realiom zdewastowanego zarazą Nowego Jorku i fantazmatom szpitala-więzienia w spektaklu.



9. 


Dwaj jurodiwi, towarzysze Babci Szamci, to Kopernik i Akordeonista, ten drugi znany przed pół wiekiem, jako Pan Rysio. Głupstwo, że publiczność w foyer musi wytrzymać biznesową namolność Pana Rysia, który próbuje sprzedawać za piątkę łyk gorzałki ze swoich butelek – bo oto Kopernik występuje z tyradą. Pamiętam, jak zaczepiał nas w holu biblioteki uniwersyteckiej i powiadał szpiegowskim szeptem, że wystarczy kupić jeden samolot z bombą atomową, wysłać nad Moskwę i – "wtedy sobie pogadamy."  Jego argumenty o wklęsłej Ziemi szły za koncepcją bomby. Otóż Ziemia, powiada Kopernik czekającym w holu, nie jest ani okrągła, ani płaska, gdyż buty ścierają się na czubkach i na obcasach, a to oznacza, że jest wklęsła.  Tak samo jak ongiś prawdziwy, tak i ten sceniczny oczekuje Nobla za obalenie teorii Kopernika. Różnica taka, że prawdziwy właśnie za pieniądze z Nobla miał kupić bombowiec z atomówką. Teraz przyznaje się publiczności, że naprawdę nazywa się Borys Pasternak. Pan Rysio nie czekając na noblowską nagrodę, próbuje opowieść kolegi opylić za również pięć tak zwanych "baksów".


Wycofuję się powoli pod ścianę i chyłkiem na schody, bo za chwilę odbędzie się w tym ciasnym holu makabreska. Akordeon idzie szeroko w ruch, łokciami po żebrach, basami po uszach, a Borys Pasternak zaczyna szaleć, śpiewając: "Kosi, kosi, ciach, kosi, kosi, ciach, kosi, kosi, ciach." I udaje Śmierć niesprawiedliwie, jak popadnie, metodycznie i absurdalnie koszącą po ludziach w swoim tańcu, czyli w Dance Macabre. Ludzie cofają się przed szalejącym kosiarzem trochę na oślep, nie patrząc do tyłu, nadeptują sobie na stopy, wszyscy chcą uciec ze środka pomieszczenia w najdalsze kąty. Makabryczny kosiarz odsuwa się od wejściowych drzwi.


Wiem, że teraz powinno rozpocząć się przedstawienie w sali teatralnej, wiem, że za chwilę dwaj  dziwni osobnicy otworzą wejście. Będą ubrani w wielkie maski przeciwgazowe, jakby wojskowe, ale może zamiast zwisających filtrów, będą z nich sterczały dzioby,  jak    średniowiecznym lekarzom i zbieraczom zwłok w zarazie.  ("Wypchane były suszonymi ziołami i owocami" – przypomniał mi Emil pewnego wieczoru.) 

Otworzą drzwi i odstraszając jurodiwych, zaproszą wszystkich do wchodzenia, ale nie tylko bilety trzeba będzie im pokazywać. Do koszów każdy musi wrzucić przedmioty, na których, uchowaj Boże, wnieść by mógł wirusa, a zatem paszporty, portfele, pieniądze luzem, posiadane precjoza, bransoletki, pierścionki, obrączki, zegarki szwajcarskie przede wszystkim (jak rosyjskie to nie trzeba, bo ruskich wirus się nie ima).

Babcia, Kopernik i Akordeonista powinni się w tym czasie przedostać na scenę, skąd powitają wchodzących piosenką o ptakach, które odleciały i nigdy już nie wrócą.

Ale drzwi się nie otwierają.

Kopernik i Akordeonista nie wychodzą z holu. Jeden już nie kosi, drugi już nie gra.

Obaj powoli przepychają się do mnie.

Podeszli.

– Nie wiemy, co dalej, – powiedział Kopernik.

– Nie jest napisane, – powiedział Akordeonista.

– Rozumiem, – mówię. – Emil skończył na siódmej scenie.

– Do siódmej sceny możemy grać. A co dalej? Co dalej z przedstawieniem? Już jest marzec następnego roku. Show must go on.

– Szołmas goł łon, – płaczliwie jęknął grajek.



10.

Te zapiski nie są rejestracją minionych kłopotów reżysera, nie mogącego wystawić swój spektakl; nie czekam również na dalszy rozwój wypadków, by z nich układać kronikę trzeciego spektaklu. Próbuję przypisać "Ptakom" choćby cień, mgłę, zwid podejrzanego zaistnienia.

Scenariusz reżyserski leży przede mną nie jako suflerski egzemplarz do korygowania pomyłek aktorskich i sprawdzania w didaskaliach odpowiedniości zdarzeń i rzeczy na scenie do ich projektu. Ten egzemplarz to moje lorgnon, przez które przyglądam się, jak przedstawienie się toczy, jakie ono jest dzisiejszego wieczoru; przez teatralną lornetkę podglądam szczegóły, niezbyt wyraźnie widoczne z dalekiej loży.


Akcja odgrywanego spektaklu zbliża się do sceny podwójnej, właściwie do dwóch scen równoległych, zapisanych jako szósta i siódma. Minęła scena trzecia w której dwaj zbieracze precjozów, czyli Doktorzy Plagi, to znaczy zbieracze zwłok, znaleźli martwe kukły jurodiwych, Babci i Noblisty. Obaj w tracie wydarzeń zdołali już, Jeden Doktor lepiej, Drugi Doktor gorzej, przywyknąć do coraz liczniejszych ofiar zarazy, lecz są w szoku, widząc, że także postacie wolne, szalone, na pół święte nie potrafiły jej umknąć. Zjawia się, jakimś cudem ocalały Grajek, lecz jego postać wydaje się tak nierealna, że Drugiego nawiedza myśl o napisaniu rozprawy na temat sukcesu "Frankensztajnizmu", osiągniętego w medycynie w 21 wieku. Minęła też odsłona czwarta w której obaj Doktorzy skonstruowali ni to szpital, ni to więzienie – po jednej stronie cela, pod drugiej stronie... może szpitalna sala, a może reszta świata? Właściwie nie interesują mnie nazwy tych miejsc, gdyż w tym fragmencie przedstawienia w jego teraźniejszość, w jego własny czas, wplątują się inne czasy - dwa z nich są wyraźnie wzięte z przeszłości Emilowego teatru. Kolejny czas przeszły sięga pozornie do szkatuły z opisywanymi wyżej kalendarzami sprzed pół wieku, ale miesza się z przeszłością znacznie bliższą, tyle że opowiedzianą buńczucznym kłamstwem. A więc odsłony szósta i siódma to przemieszanie, pomnożenie chronologii, a nie lokacji. 


To wszystko razem może sugerować, że głównym osiągnięciem (zamierzeniem?) Emila Vardy jest metaforyzacja czasu w teatrze. Metaforyzacja, czyli może inne znaczenie teraźniejszości zdarzeń, gdy następuje ingerencja niezamkniętej przeszłości, i gdy stale wpisana jest weń przyszłość otwartych zmian w dawnych i aktualnych scenariuszach? Zakłócony przepływ, a raczej utykanie, kalekowanie czasu jest nie do zrelacjonowania w tradycyjnej chronologii, którą traktuje się ironicznie, nieomal prześmiewczo.   Taka poetyka ironizującej  metafory  widoczna była już w przedstawieniach "Wszystkie drogi..." i  "Choróbsko". Nie chciałbym wykraczać poza obszar teatru, ale sądzę, że  sprawę komplikuje i gmatwa (aluzyjne? autoironiczne?) wplątywanie przez reżysera do czasu teatralnego czasu z własnego kalendarza. Co wolno w poezji, nie jest zabronione w teatrze.


Nowy spektakl jest tyleż o pandemii, co o czasie w którym pandemia się zdarzyła i zdarza. Jeśli przyjrzeć się wysiłkom w zwalczaniu obecnej zarazy, widać wyraźnie, że ludziom najbardziej chodzi o czas – Kiedy się zaczęło?  Kiedy będą gotowe szczepionki? Czy zdążymy? Jak długo jeszcze? Do 4 Lipca? Do jesieni? Przed zimą? Czy także w przyszłym roku? 


Jest w zamyśle twórcy "...już ptaki odleciały i nigdy nie powrócą..." metafora czasów z własnego teatru: czasu Wieniczki z jego niespełnionej podróży i niedoszłego spotkania z ukochaną w Pietuszkach oraz czasu rozmowy kobiety X i mężczyzny Y z "Choróbska" – obu przedłużonych w dialogu postaci Jej i Jego pod celą w "Ptakach". Ona i On występują w scenie szóstej, a obok, w siódmej, Akordeonista z Drugim doktorem-grabarzem. Grajek twierdzi jakoby słuchał w Polsce wykładów profesora Wodzińskiego o średniowiecznych jurodiwych rosyjskich. Kiedy? W tej teraźniejszości na scenie, którą teraz widzę dzięki lorgnon, przeszłość byłych, prawdziwych przedstawień, wspomaga wątpliwą przyszłość przedstawienia zmyślonego. Widzę przecież na scenie, że i tym razem kolejny Wieniczka wątpliwie doświadcza miłosnych spełnień. To znaczy – nic nie widzę: Ona przyzwala Jemu zejść na swoją dolną pryczę, ale co się tam naprawdę dzieje, nie sposób wypatrzeć przez szczelną zasłonę prześcieradła. Zapewne to znów fantazje w zdyszanym monologu, bo prawdziwość Jej równie nieugruntowana, jak Aniołków-Erynii. Ironią obecnych czasów jest, że ten spektakl o czasie nie ma dobrego czasu na wystawienie.


 Muszę przerwać zaplątane dywagacje, bo ktoś wchodzi do mojej loży. To Kopernik, który zastąpiony kukłą nie pojawiał się na więcej na scenie.

– Widzisz, jakoś dograliśmy do siódmej odsłony – mówi.

– Do szóstej, – poprawiam. – Szósta, pod celą, ciągnie się długo po zakończeniu siódmej.

– No, tak..

– Emil nad tym pracuje, – mówię tonem wtajemniczonego.

– Wiesz coś o tym, czy się domyślasz? – pyta Kopernik.

Nie usłyszałem własnej odpowiedzi, zagłuszonej aplauzem widzów na koniec przedstawienia.

* * *


*Nie chcę zapuszczać się przy tej okazji w nazbyt pompatyczne skojarzenia, ale nowy tytuł wydaje mi się zmieniać teatralny scenariusz w poemat; literacko rozpatrywana tajemnicza podwójność scen w jednej sztuce, kłopotliwa dla widzów, byłaby dla czytelników poematu oczywista i stosowna. Ewentualną górnolotność pomysłu sprowadza w niziny prosty fakt literackiego istnienia tekstu, wobec mglistej przyszłości dramaturgicznej. Emil koncepcji poematu nie podważa, ale jako człowiek teatralny, moich supozycji o medialnej przewadze literatury nad teatrem słucha bez przekonania, choć już mu sugerowałem wydanie książki o poetyckim charakterze, z ilustracjami nawet.



Marzec, 2021.